Zlot pl.rec.rowery w Ojcowie




:: Wspomnienia z II Zlotu pl.rec.rowery 8-9 maja 1999 r. Ojców k/Krakowa


Zdjęcia »

Jest pomysł, są chętni

Po długich sporach na grupie dyskusyjnej pl.rec.rowery udało się wreszcie ustalić datę i miejsce zorganizowania II Zlotu (pierwszy odbył się w 1998 r. w Jaśliskach). Impreza oprócz oczywistego pojeżdżenia na rowerach miała też dać okazję do poznania się ludzi z różnych regionów kraju, którzy dotychczas znali się tylko z krótkich najczęściej postów (listów) na grupie. Teraz mieliśmy mieć możliwość "odwirtualizowania" naszych znajomości.

Pomysł miejsca zawdzięczamy Andrzejowi Oziębło z Krakowa. On to wśród podkrakowskich górek i dolinek wypatrzył "Zosię" - pensjonat, w którym mieliśmy się spotkać i w ten szczęśliwy sposób przerwał długotrwałą dyskusję, co do miejsca zlotu. 29 marca zakomunikował wszystkim: "(...)Istnieje mozliwosc zorganizowania zlotu dla 15-25 osob w domu wycieczkowym "Zosia" na Zlotej Gorze kolo Ojcowa (...) Miejsce przednie, tereny rowerowe dobre i urozmaicone. Mozliwe sa dwa terminy: 8-9 maja lub 15-16 maja (...)".
Wybrany został termin 8-9 maja. Organizacji podjął się przedstawiciel gospodarzy - Szymon "Zbooy" Madej - jedna z najbardziej znanych postaci polskiego światka cyberbikerów tj. ludzi, którzy zamiłowanie do roweru łączą z zamiłowaniem do internetu, twórca jednej z najlepszych polskich rowerowych stron WWW ( http://www.cyfronet.krakow.pl/rowery/ ) i autor przewodnika rowerowego pt. "Okolice Krakowa" (z serii "Najciekawsze wycieczki na rowerze górskim"). Dzięki jego zaangażowaniu i stronie WWW udało się poinformować i zebrać chętnych. Akces zgłaszało coraz więcej osób...

Dojazd

Część zlotowiczów dotarła do Ojcowa wcześniej, ale większość pojawiła się w sobotnie przedpołudnie.
Sposoby dotarcia na miejsce były różne. Krakowianie wiadomo - przybyli rowerami zabierając ze sobą grupę, która dotarła do Krakowa z pomocą PKP. Również część ludzi ze Śląska zdecydowała się na przyjazd na rowerach. Reszta skorzystała z samochodu jako środka lokomocji. Tak uczyniła również nasza trójka z Wrocławia.
Wyruszyliśmy przed 6 rano by dotrzeć do Ojcowa przed zapowiadanym na godz. 11 wspólnym wyjazdem w teren. Plan okazał się realny i o 10.30 zameldowaliśmy się na dziedzińcu u "Zosi".
Największe nasze obawy budziła oczywiście pogoda, zwłaszcza, że prognozy zapowiadały deszcze, a przed Krakowem pojawiły się ślady porannych opadów.

Twarzą w twarz

Muszę przyznać, że pierwsze spotkanie było dla mnie bardzo ekscytujące, bo oznaczało już nie bezduszne siedzenie przed monitorem, ale stanięcie twarzą w twarz z ludźmi, których zna się od dawna, ale nigdy nie widziało.
Do świetlicy pełnej rowerów weszliśmy akurat w momencie zapoznawania obecnych, atmosfera była trochę ociężała, a ludzie wyraźnie speszeni. Jesteśmy w trójkę z Wrocka (dla niewtajemniczonych - taki skrót ma w sieci Wrocław), więc jest nam trochę raźniej. Obecni przypinają kartki z imionami do ubrań - będzie łatwiej się identyfikować. Wszyscy zwracają się do siebie bardzo bezpośrednio jak na grupie. Podświadomie czujemy, że wszystko scali się jak tylko wsiądziemy na rowery, ale wciąż czekamy na ekipę z Krakowa, która ma zebrać przyjezdnych z PKP i pod "wodzą" Andrzeja dotrzeć do "Zosi".
Wreszcie i oni się pojawiają, a wśród nich miła niespodzianka - legendarna już Halina, na codzień mieszkanka Nowego Jorku, która jednak na identyfikatorze wybiera rodzinną Bielsko-Białą. Brak jednak Andrzeja Oziębło, który zaopiekował się najbardziej pechowym zlotowiczem - Romalem.
Romal przyjechał do Krakowa aż ze Szczecina, lecz zaraz po wyruszeniu na trasę miał groźny wypadek. Zbyt gwałtowne hamowanie przy dużej szybkości (ech te V-braki :-) zakończyło się upadkiem i uderzeniem głową o podłoże. Mocno zakrwawiony, pod opieką Andrzeja, udał się na pogotowie, gdzie nie obeszło się bez szwów. Po opatrzeniu ran i... zakupie kasku wybrali się w dalszą drogę do Ojcowa.

Ruszamy

Wszyscy z rowerami pojawiamy się na dziedzińcu schroniska. Atmosfera rychłego wyjazdu wyraźnie ożywia obecnych. Wreszcie o wpół do dwunastej pada sygnał do wyruszenia na trasę. Rozpoczynamy od asfaltowej drogi w dół.
- Uwaga na zjazd - krzyczy ktoś za plecami i już po chwili sens tej wiadomości dociera do naszych umysłów. Po kilkudziesięciu metrach przestaję pedałować, a i tak wkrótce licznik pokazuje prawie 60 km/h. Długi i kręty asfaltowy pas zdaje się nie mieć końca. Wreszcie zaczyna się przejaśniać między drzewami - pora hamować. Decyzja okazuje się słuszna, na dole droga skręca pod kątem 90 stopni. Zjazd miał prawie 2 km...
Grupa zbiera się ponownie i ruszamy dalej, by wkrótce zatrzymać się w miejscu zwanym Bramą Krakowską. Tutaj następuje podział na dwie grupy: "ambitną", która wkrótce znika za skalnymi ścianami i "leniwą", która rusza dalej łagodnymi drogami, by piąć się powoli do góry. Podział ten zachowa się już do końca dnia. Autor tych słów podążył z grupą mniej ambitną. W międzyczasie powoli zaczyna się przejaśniać i pojawiają się pierwsze oznaki ładnej pogody, która miała towarzyszyć nam przez cały dzień. Powoli ciepłe bluzy i kurtki ustępują miejsca lżejszemu odzieniu. Większość z nas zaopatrzona jest w kaski, co dobrze świadczy o grupowiczach i ich dbałości o własne zdrowie.

Podkrakowskie dolinki

Łagodna trasa sprzyja dyskusjom i wymianie poglądów na wszelakie tematy. Grupie spokojniejszej przewodzi główny organizator "Zbooy", który zna tutaj każdy kawałek terenu, dzięki czemu po niedługim okresie jeżdżenia drogami wreszcie wkraczamy w świat podkrakowskich dolinek, a naszym oczom ukazują się pierwsze prawdziwe skałki. Na pierwszy ogień idzie Dolina Będkowska. Na szczęście po suchym początku maja błota właściwie nie ma, co ponoć jest ewenementem na tym terenie. Wzdłuż strumienia docieramy do obiecanego baru, gdzie miał nastąpić pierwszy odpoczynek.
"Bar" okazuje się zwykłą przyczepą kempingową o niewyszukanym zaopatrzeniu - oczywiście nie ma obiecanego piwa :-), są za to lody "borówkowe", które przy bliższym poznaniu okazują się "jagodowymi".
Po krótkim postoju i serii pamiątkowych zdjęć wszystkich zlotowiczów znowu rozdzielamy się na grupy. Oczywiście "ambitni" przodem.
Po chwili na drodze małe zamieszanie. Okazało się, że Kasia jadąca z "ambitnymi" upadła dość boleśnie ocierając łokieć i kolano. Pytania o wodę utlenioną i plaster pozostają bez odpowiedzi. Większość z nas była doskonale przygotowana na naprawę roweru, wożąc do tego niezbędne narzędzia i materiały, ale nikt nie pamiętał o najprostszej nawet apteczce. Po przemyciu ran czystą wodą z bidonu pechowa dziewczyna nie poddając się goni swoją grupę.
Ruszamy dalej powoli przyzwyczajając się do ciągłych zmian terenu. Przecinamy zalesione dukty i kamieniste podjazdy ciesząc się ładną okolicą i miłą atmosferą. W pewnym momencie, podczas jazdy trudną leśną drogą, zza zakrętu wyłania się ostry, wąski i kamienisty zjazd. Wiele wskazuje na to, że jest to ulubione miejsce spływania wody w mokrych porach roku. Niestety tutaj kończą się zalety trekkingów. Duże i dość wąskie koła nie ułatwiają zjazdu, a wysoka rama powoduje konieczność balansowania środkiem ciężkości. Puszczam "górali" przodem, obniżam siodełko (to działa!) i wolno, z zaciśniętymi klamkami poczciwych Canti zsuwam się w dół. Z jazdą nie ma to zbyt wiele wspólnego, na szczęście wielkie klocki hamulcowe Ritcheya udowadniają, że nie są to niepotrzebnie wydane pieniądze.
Nagle przednie koło utknęło w kolejnej dziurze, a tylnie nic o tym nie wiedząc chce jechać dalej i powoli odrywa się od podłoża... Sytuacja staje się niebezpieczna, jeszcze chwila i czeka mnie "zsiadanie" przez kierownicę. Popuszczam hamulce jednocześnie wychylając się do tyłu i starając się wyrwać przednie koło. Udało się! Teraz tylko pilnuję, żeby się zbytnio nie rozpędzić i już po chwili dołączam do czekającej na dole grupy, która gorąco mi kibicuje.
Wjeżdżamy w Dolinę Kobylańską, a naszym oczom ukazuje się piękny widok na dno doliny i otaczające ją skałki. Przystajemy na chwilę robiąc zdjęcia i rozkoszując się krajobrazem skał i zieleni skąpanych w majowym, ostrym słońcu. Pogoda idealna, jakby chciała wynagrodzić nam wcześniejsze niepokoje i zupełnie zadrwić z prognoz.
Ruszamy ponaglani przez "Zbooya" dopiero po jego solennej obietnicy, że jeszcze tutaj wrócimy na dłuższy odpoczynek. Po chwili znajdujemy się przy najprawdziwszym barze serwującym zimne piwo :-). Teraz zaopatrzeni wedle gustu możemy powrócić do Kobylańskiej na obiecany odpoczynek.
Rozkładamy się na trawce i sącząc złocisty napój z puszek toczymy wielowątkową dyskusję. Oczywiście nie omija ona spraw poruszanych na grupie dyskusyjnej. Wreszcie jest okazja wyjaśnić do końca niektóre sprawy i rozwinąć wątki, które w krótkich postach nie zawsze zostały dostatecznie omówione. Wkrótce pojawia się mała podgrupa "ambitnych", która donosi, że pozostała część zlotowiczów rozpierzchła się po okolicy i pozostaje tylko nadzieja, że wszyscy wrócą do "Zosi" wiedzeni instynktem, mapami i wizją obiadokolacji. Po chwili rozmowy dwaj najbardziej niecierpliwi zaczynają zdobywać pobliski bardzo stromy podjazd, ale ten broni się dzielnie. Tymczasem Halina wraz z "Wrocławianami" wspina się do skalnej kapliczki (to stąd jest zrobione zdjęcie przedstawiające odpoczywającą grupę), a dwaj najdzielniejsi - Marek i Grzesiek - zdobywają szczyt i docierają do powiewającej na nim biało-czerwonej flagi. Tak oto z rowerzystów nizinnych powstają prawdziwi "górale" :-). Po ich powrocie stwierdzamy, że pora jechać dalej.
Wypoczęci puszczamy się pędem dnem Doliny Kobylańskiej przejeżdżając w bród liczne strumyczki, po drodze mijając kolejnych "ambitnych" jadących nie wiedzieć czemu w przeciwnym kierunku. Niestety teren szybko przypomina nam o tym, że nie jesteśmy na równinie i zaczyna się długi podjazd, który sprawia, że wypite piwo szybko z nas wyparowuje. Pierwsze objawy zmęczenia dają się we znaki i do szczytu wzniesienia niewielu dociera na rowerach. Reszta pomaga swoim zmęczonym maszynom znaleźć drogę na górę. Okazuje się, że dotarliśmy prosto pod sklep spożywczy, z czego kilka osób ochoczo korzysta uzupełniając glukozą w postaci ciastek straty kalorii. Rozsądni zaopatrują się też w kiełbasę i musztardę na wieczorne ognisko, niestety jest ich niewielu...
Przez dłuższy czas jedziemy spokojnymi drogami wracając do Doliny Będkowskiej i dalej w kierunku "Zosi". Rozmów już trochę mniej, każdy walczy z własnymi myślami i mięśniami. Po drodze odwiedzamy małą jaskinię. Czeka nas jeszcze jedna strategiczna decyzja - jechać w dół i na końcu zdobywać podjazd, którym rano wyruszyliśmy na trasę, czy wybrać wersję spokojnego zdobywania wysokości? Jednogłośnie zwycięża wariant drugi - spokojnego powrotu. Podjazd jest rzeczywiście długi i wreszcie pozwala mi zrozumieć po co w rowerze tyle łagodnych przełożeń, z których na podwrocławskich nizinach praktycznie się nie korzysta. Na szczęście nachylenie jest niewielkie, ale grupa i tak rozciąga się na sporym odcinku drogi. Jednak czujny przewodnik nie pozostawia żadnej "owieczki" bez opieki, wracając co jakiś czas do pozostających w tyle i dbając by wszyscy wrócili razem. Wreszcie docieramy do asfaltu skąd już tylko 10 minut łatwego zjazdu do "Zosi". Sprawdzam kolejny raz stan kół w moim trekkingu, ale wszystko jest w jak najlepszym porządku, żadnych oznak scentrowania itp.
Po krótkim przeglądzie rower idzie na zasłużony odpoczynek do świetlicy, jeszcze tylko krótki rzut oka na stan licznika - 36km - niewiele, ale różnica wzniesień robi swoje i organizm informuje, że nie był to łatwy dzień. A z kuchni już dobiega radosne pobrzękiwanie garnków i kotłów, znaczy obiadokolacja zaraz wjedzie na stoły.

Jesteśmy w komplecie

Po powrocie okazuje się, że w międzyczasie do "Zosi" dotarli Andrzej z Romalem, który po optrzeniu i zakupie kasku nie zrezygnował z przyjemności poznania okolic Ojcowa i po dotarciu na miejsce ruszył w trasę. Niestety w tak urozmaiconym terenie szanse na spotkanie były niewielkie, choć jak się okazało bywaliśmy w tych samych miejscach.
Nie są to jedyni goście. Wśród zebranych na dziedzińcu pojawia się również znany miłośnik ekologii i rowerów miastowych Marcin Hyła, który przyjechał bynajmniej nie na jednym z reklamowanych przez siebie zdezelowanych "holendrów", ale na ślicznym i nowym trekkingowym Marinie powiększając grono miłośników 28".
Przybycie nowych uczestników jest okazją do dalszego poznawania się nawzajem.
Powoli do schroniska wracają kolejni zlotowicze. Pojawiają się pierwsze opowieści o przygodach na trasie - upadkach, awariach i zerwanych łańcuchach. Z uznaniem, ale bez zazdrości, oglądamy rany, których los nie szczędził grupie "aktywnej". Poobcierane nogi i ręce najlepiej świadczą o szaleństwach na trasie. Żeby nie marnować cennego czasu trwa serwisowanie sprzętu, wymiana gum itp.
Niestety zaraz po obiedzie Andrzej i Halina muszą nas opuścić. To duża strata dla naszej grupy, ale cóż. Na pożegnanie Przedstawiamy się sobie nawzajem i każdy ma okazję powiedzieć o sobie kilka słów. Zbyt szybko by zapamiętać wszystkie twarze i skojarzyć je z podpisami używanymi na grupie. Halina przypomina o obiecanej skrzynce piwa dla Zbooya, co wyraźnie poprawia miny obecnych.

Wieczorna integracja

Jednak nie szybko będzie dane spróbować tego piwa zebranym, a stało się tak m.in. za naszym powodem. Otóż wybraliśmy się do Krakowa by odwieźć Halinę i Andrzeja i załatwić tam parę spraw. Jedną z nich był zakup piwa z funduszy zlotowych oraz "skrzynki" obiecanej kiedyś przez Halinę. Po załadowaniu kartonów do bagażnika z przerażeniem stwierdziliśmy, że nie ma nas już prawie dwie godziny. Bez ociągania ruszyliśmy do Ojcowa, bo na dworze już dawno się ciemno zrobiło.
Gdy zaparkowaliśmy pod "Zosią" ognisko płonęło w najlepsze, a dookoła siedziało spore grono zlotowiczów. Ganieni za opieszałość przez obecnych wyładowaliśmy piwo wprost w ręce głównego organizatora - Zbooya. Niestety przy podawaniu dwie puszki spadły na ziemię i jedna z nich z głośnym sykiem ruszyła do ataku wprost na zebranych polewając ich spienionym płynem o zapachu chmielowej brzeczki. To wydarzenie wyraźnie ożywiło towarzystwo, a zebrani tak się zaaferowali, że nawet zapomnieli na nas krzyczeć za opóźnienie.
Piwo poprawiło nastroje i ożywiło dyskusje, niestety okazało się, że poza organizatorem niewiele już osób przejmowało się aprowizacją, co objawiło się niedoborem kiełbasy do pieczenia przy ognisku. Przyszła pora na kontynuacje dyskusji zaczętych w drodze lub wręcz przed ekranami monitorów w domu. Dokonywała się prawdziwa integracja i nie były temu w stanie przeszkodzić ani pojawiająca się mżawka, ani zmęczenie minionego dnia. Niestety to ostatnie mocno dotknęło piszącego te słowa, bo od niewyspania, świeżego ojcowskiego powietrza i niezłego tyskiego piwa zrobił się ociężały i około północy udał na zasłużony odpoczynek. Może to i lepiej, bo nie dotrwałem do chwili, kiedy to "pan Zosia" (czytaj kierownik obiektu) przyszedł i odesłał towarzystwo do spania.

Znowu pada

Przyzwyczajony do wczesnego wstawania budzę się przed 7. Jest jasno, ale nie słonecznie. Dzień wstaje powoli i bez zbytniego pomysłu - świecić czy padać? Deszcz, który już wieczorem objawiał się lekką mżawką w nocy nasilił się i wzorem poprzedniego dnia postanowił trochę postraszyć niesfornych rowerzystów, którzy pomimo niezbyt pomyślnych zapowiedzi przyjechali w górki zażywać przyjemności ich ujeżdżania. Ponieważ nie dotrwałem do końca ogniska dopytuję się co było dalej. Słucham i włos mi się jeży na głowie. Z opisów wynika, że "Zosia" zdemolowana (przez kobietę!), a "pan Zosia" (jak ochrzczono kierownika tego szacownego przybytku) rozpędził zgromadzonych przy ognisku nieustraszonych bikersów i zdobywców okolicznych szczytów. Na szczęście okazuje się, że nie jest tak źle - wśród start materialnych można ulokować tylko jedną zbitą umywalkę, a ognisko, prócz kierownika rozpędził deszcz, który zaczynał się nasilać i zmęczenie, które systematycznie pokonywało dzielnych następców Prometeusza.
Dusza się rwie do czynu, więc wychodzę na dwór i docieram do pobojowiska, które jeszcze niedawno było ogniskiem. Nie mogąc na to patrzeć społecznie staram się uporządkować teren wokół paleniska. Podczas sprzątania podsumowuję rezultaty wczorajszego posiedzenia - ponad 80 puszek po piwie i prawie 20 butelek (na szczęście też tylko po piwie). Jak na ponad 30 osób (na tyle można chyba ognisko ocenić) nie jest to wynik zwalający z nóg.
W samą porę wracam do środka, bo dźwięki z kuchni zaczęły się materializować w postaci śniadania, dość smacznego i pożywnego, czego bardzo nam było potrzeba. Po śniadaniu na szybko ustalamy dodatkowe opodatkowanie w wysokości 3 zł na nieprzewidziane wydatki :-) tj. większą ilość piwa i zrujnowaną umywalkę. Jednocześnie pojawia się problem dnia dzisiejszego. Umawiamy się na wspólne pożegnanie po śniadaniu przed "Zosią" i naradę dokąd jechać. Chociaż dla nas cel mógł być tylko jeden:

Pod Maczugę Herkulesa!

Po śniadaniu i zbiorowym pożegnaniu kto ma siły i chęci wyrusza dużą grupą pod przewodnictwem Zbooya (a jakżeby inaczej :-). Króciutki asfalt z niewielkimi podjazdami, a tu nogi jakby inne niż wczoraj, jakieś takie cięższe...
- Co ja mam w mięśniach, wczoraj tego nie było - słyszę głos z boku.
Ale po chwili jest już lepiej jakoś się rozkręcamy. Niedługo też kończy się asfalt i skręcamy w polną drogę. Ponieważ grupa rozciągnęła się na dobre kilkaset metrów przewodnik staje i czeka na resztę kierując nas słowami: "cały czas główną drogą". Jak bym nie był blisko, to bym potem nie uwieżył, że mógł tak powiedzieć. Po chwili jazdy droga robi się coraz bardziej kamienista i wiedzie w dół. Kamienie wielkości piłek tenisowych to nie radość dla trekkinga więc w trosce o stan moich obręczy staram się nie rozpędzać, co nie zawsze jest możliwe. Obok co chwilę przemykają spragnieni mocniejszych wrażeń rasowi górale, a ja spokojnie, z godnością i konsekwentnie. Wreszcie widać koniec zjazdu - docieramy do asfaltowej drogi, jeszcze tylko mostek i stajemy na dnie Doliny Prądnika. Po lewej stronie stoi Maczuga Herkulesa jakby żywcem przeniesiona ze szkolnego podręcznika. Zdjęcie obowiązkowe. Zebrała się grupka kilkuosobowa więc zatrzymujemy napotkanych pieszych z prośbą o zrobienie zdjęcia. Pan zgadza się bezproblemów i na pytanie o aparat otzrymuje z 5 lub 6 sztuk różnej marki aparatów. Nie zrażony robi nam całkiem ładne zdjęcia dziwiąc się tylko po co nam tyle takich samych ujęć. Po połączeniu sił pod samą Maczugą ruszamy na zamek.
Wrocławianie jadą z małym opóźnieniem, spowodowanym koniecznością polowej naprawy hamulca, który nie wytrzymał zjazdu "główną drogą". Odjadujemy grupę na zamku, ale niestety ponoć tradycyjnie uzbrojony strażnik zakazuje wstępu dla naszych maszyn na dziedziniec. Oglądamy więc zamek z zewnątrz spieszeni.

Zagubieni

Po zwiedzeniu zamku zamarudziliśmy trochę przy kupowaniu kartek i gdy znowu w komplecie pojawiliśmy się przed bramą grupy już nie było. Cóż robić - wierząc, że Zbooy nie wybierze tak banalnej drogi jak powrót najprostszą trasą do zamku zaczęliśmy studiować mapę w nadziei odnalezienia jakiejś wskazówki dokąd wszyscy mogli się udać. Wyruszyliśmy pod górę wąską ścieżką, ale zaatakowani przez sforę małych, ale głośnych kundli zostaliśmy zmuszeni doodwrotu. Cenny czas mijał, a my wciąż tkwiliśmy na górze i nie wiedzieliśmy dokąd zmierzać. W tym czasie musieliśmy minąć się z Haliną, która dotarła pod zamek i zjechawszy na dół spotkała grupę czekającą na nas.
Wreszcie krótka decyzja zjeżdżamy tą samą trasą. Na dole pod Maczugą spotykamy kolejnego zbłądzonego zlotowicza - Glonka, który przyłącza się do nas i razem ochoczo pomykamy Doliną Prądnika. To jest droga w sam raz dla trekkingów; kilometry mijają szybko i tylko wciąż nie widać grupy. Zapytana przez nas kobieta stwierdziła, że jechali tędy jacyś rowerzyści, ale to chyba nie ci, których szukamy, bo wyglądali bardziej "profesjonalnie". W tym momencie podejmujemy decyzję na następny raz musimy zakupić kolorowe koszulki, okulary i kaski z daszkami :-). Tańsze to niż zakup kosztownych maszyn, na których panie i tak się pewnie nie wyznają...
Pomimo szybkiego pościgu nie udaje nam się spotkać, gdyż grupa wiedziona przez Zbooya już dawno zniknęła w bocznej drodze. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy kapliczce na wodzie. Chwila refleksji, parę zdjęć i dalej w drogę. Rezygnujemy z prób dotarcia do "Zosi" bocznymi drogami i jedziemy główną drogą wprost pod podjazd.

Szkoda wracać

Tutaj rozstajemy się z Glonkiem, który podąża dalej penetrować Dolinę Prądnika, a my stajemy pod znakiem informującym o stromym podjeździe na odcinku 1,7km. Ruszmy asfaltem, ale wkrótce okazuje się, że jak dla nas wystarczy już podjazdów. Ja z Markiem dochodzimy do wniosku, że lepiej pokonać ten odcinek z godnością na nogach, niż się skatować na rowerze. Jednak Grzesiek twardo udowadnia, że nie bez powodu zakupił górski rower i pnie się mozolnie do góry testując najlżejsze przełożenia. My tymczasem zbaczamy na szlak pieszy, by wśród zieleni dotrzeć na szczyt.
Już dawno minęło południe i musimy się szykować do drogi powrotnej. Rowery wędrują na dach samochodu, a nam robi się jakoś przykro, że to już koniec i pora wracać do miasta. Żegnamy się jeszcze raz z obecnymi na miejscu, ostatni rzut oka na gościnną "Zosię" i już siedzimy na fotelach samochodu jadącego w stronę Wrocławia.
I tylko nie wiem dlaczego na każdy mijany podjazd patrzymy pod kątem rowerów i trudu jaki trzeba by włożyć, żeby go pokonać. Już w drodze powrotnej snujemy plany powrotu w okolice Ojcowa i podkrakowskich dolinek wszak "na jesieni tu musi być jeszcze ładniej". Wracamy do zatłoczonego i zakorkowanego miasta, by wieczorem zasiąść przed klawiaturą - pisać i czytać pl.rec.rowery teraz jeszcze bliższe i jakieś takie bardziej "ludzkie"...

Adam Samuel

 

Do góry

:: Zdjęcia




 Odpoczynek w dolinie Kobylańskiej.

Dolina Kobylańska - grupa "leniwa" w oczekiwaniu na grupę "ambitną".

Narada organizatorów - od lewej Andrzej Oziębło (bez kasku), Szymon
"Zbooy" Madej (z papierami w ręce), nn, legendarna Halina.

Wszyscy razem na "popasie" w Dol. Będkowskiej.

Pod Bramą Krakowską na chwilę przed rozdzieleniem (fot. Marek
Rokita)

Uczestnicy przed wyruszeniem na trasę w drugim dniu pod "Zosią" tj.
miejscem naszego stacjonowania. W środku Marcin Hyła (rude spodenki,
koszulka w paski).

"Wrocławianie" pod Maczugą Herkulesa. Od lewej Grzesiek, Adam (tzn.ja :-) i Marek

Zlotowicze na tle Maczugi Herkulesa.

"Zbooy" w podwójnej roli kierownika i przewodnika przed wyruszeniem
na trasę w drugim dniu.

Grupa "leniwa" na trasiee


 
Zlotowicze pod zamkiem Pieskowa Skała

Zamek Pieskowa Skała (wiadomo :-)
 
 
Przed podjazdem do "Zosi" (fot. Grzegorz Wilhelmi)
 
Kapliczka "Na wodzie" 
(fot. Marek Rokita)
 

foto by Adam Samuel

Do góry

 

 

MENU
Wiadomości | Forum | Sprzęt | Sklep | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.