|
:: Wspomnienia z II Zlotu
pl.rec.rowery 8-9 maja 1999 r. Ojców k/Krakowa

Zdjęcia »
Jest pomysł, są chętni
Po długich sporach na grupie dyskusyjnej pl.rec.rowery
udało się wreszcie ustalić datę i miejsce zorganizowania II Zlotu
(pierwszy odbył się w 1998 r. w Jaśliskach). Impreza oprócz oczywistego
pojeżdżenia na rowerach miała też dać okazję do poznania się ludzi
z różnych regionów kraju, którzy dotychczas znali się tylko z krótkich
najczęściej postów (listów) na grupie. Teraz mieliśmy mieć możliwość
"odwirtualizowania" naszych znajomości.
Pomysł miejsca zawdzięczamy Andrzejowi Oziębło z Krakowa. On to
wśród podkrakowskich górek i dolinek wypatrzył "Zosię" - pensjonat,
w którym mieliśmy się spotkać i w ten szczęśliwy sposób przerwał
długotrwałą dyskusję, co do miejsca zlotu. 29 marca zakomunikował
wszystkim: "(...)Istnieje mozliwosc zorganizowania zlotu dla
15-25 osob w domu wycieczkowym "Zosia" na Zlotej Gorze kolo Ojcowa
(...) Miejsce przednie, tereny rowerowe dobre i urozmaicone. Mozliwe
sa dwa terminy: 8-9 maja lub 15-16 maja (...)".
Wybrany został termin 8-9 maja. Organizacji podjął się przedstawiciel
gospodarzy - Szymon "Zbooy" Madej - jedna z najbardziej znanych
postaci polskiego światka cyberbikerów tj. ludzi, którzy zamiłowanie
do roweru łączą z zamiłowaniem do internetu, twórca jednej z najlepszych
polskich rowerowych stron WWW ( http://www.cyfronet.krakow.pl/rowery/
) i autor przewodnika rowerowego pt. "Okolice Krakowa" (z serii
"Najciekawsze wycieczki na rowerze górskim"). Dzięki jego zaangażowaniu
i stronie WWW udało się poinformować i zebrać chętnych. Akces zgłaszało
coraz więcej osób...
Dojazd
Część zlotowiczów dotarła do Ojcowa wcześniej, ale większość pojawiła
się w sobotnie przedpołudnie.
Sposoby dotarcia na miejsce były różne. Krakowianie wiadomo - przybyli
rowerami zabierając ze sobą grupę, która dotarła do Krakowa z pomocą
PKP. Również część ludzi ze Śląska zdecydowała się na przyjazd na
rowerach. Reszta skorzystała z samochodu jako środka lokomocji.
Tak uczyniła również nasza trójka z Wrocławia.
Wyruszyliśmy przed 6 rano by dotrzeć do Ojcowa przed zapowiadanym
na godz. 11 wspólnym wyjazdem w teren. Plan okazał się realny i
o 10.30 zameldowaliśmy się na dziedzińcu u "Zosi".
Największe nasze obawy budziła oczywiście pogoda, zwłaszcza, że
prognozy zapowiadały deszcze, a przed Krakowem pojawiły się ślady
porannych opadów.
Twarzą w twarz
Muszę przyznać, że pierwsze spotkanie było dla mnie bardzo ekscytujące,
bo oznaczało już nie bezduszne siedzenie przed monitorem, ale stanięcie
twarzą w twarz z ludźmi, których zna się od dawna, ale nigdy nie
widziało.
Do świetlicy pełnej rowerów weszliśmy akurat w momencie zapoznawania
obecnych, atmosfera była trochę ociężała, a ludzie wyraźnie speszeni.
Jesteśmy w trójkę z Wrocka (dla niewtajemniczonych - taki skrót
ma w sieci Wrocław), więc jest nam trochę raźniej. Obecni przypinają
kartki z imionami do ubrań - będzie łatwiej się identyfikować. Wszyscy
zwracają się do siebie bardzo bezpośrednio jak na grupie. Podświadomie
czujemy, że wszystko scali się jak tylko wsiądziemy na rowery, ale
wciąż czekamy na ekipę z Krakowa, która ma zebrać przyjezdnych z
PKP i pod "wodzą" Andrzeja dotrzeć do "Zosi".
Wreszcie i oni się pojawiają, a wśród nich miła niespodzianka -
legendarna już Halina, na codzień mieszkanka Nowego Jorku, która
jednak na identyfikatorze wybiera rodzinną Bielsko-Białą. Brak jednak
Andrzeja Oziębło, który zaopiekował się najbardziej pechowym zlotowiczem
- Romalem.
Romal przyjechał do Krakowa aż ze Szczecina, lecz zaraz po wyruszeniu
na trasę miał groźny wypadek. Zbyt gwałtowne hamowanie przy dużej
szybkości (ech te V-braki :-) zakończyło się upadkiem i uderzeniem
głową o podłoże. Mocno zakrwawiony, pod opieką Andrzeja, udał się
na pogotowie, gdzie nie obeszło się bez szwów. Po opatrzeniu ran
i... zakupie kasku wybrali się w dalszą drogę do Ojcowa.
Ruszamy
Wszyscy z rowerami pojawiamy się na dziedzińcu schroniska. Atmosfera
rychłego wyjazdu wyraźnie ożywia obecnych. Wreszcie o wpół do dwunastej
pada sygnał do wyruszenia na trasę. Rozpoczynamy od asfaltowej drogi
w dół.
- Uwaga na zjazd - krzyczy ktoś za plecami i już po chwili sens
tej wiadomości dociera do naszych umysłów. Po kilkudziesięciu metrach
przestaję pedałować, a i tak wkrótce licznik pokazuje prawie 60
km/h. Długi i kręty asfaltowy pas zdaje się nie mieć końca. Wreszcie
zaczyna się przejaśniać między drzewami - pora hamować. Decyzja
okazuje się słuszna, na dole droga skręca pod kątem 90 stopni. Zjazd
miał prawie 2 km...
Grupa zbiera się ponownie i ruszamy dalej, by wkrótce zatrzymać
się w miejscu zwanym Bramą Krakowską. Tutaj następuje podział na
dwie grupy: "ambitną", która wkrótce znika za skalnymi ścianami
i "leniwą", która rusza dalej łagodnymi drogami, by piąć się powoli
do góry. Podział ten zachowa się już do końca dnia. Autor tych słów
podążył z grupą mniej ambitną. W międzyczasie powoli zaczyna się
przejaśniać i pojawiają się pierwsze oznaki ładnej pogody, która
miała towarzyszyć nam przez cały dzień. Powoli ciepłe bluzy i kurtki
ustępują miejsca lżejszemu odzieniu. Większość z nas zaopatrzona
jest w kaski, co dobrze świadczy o grupowiczach i ich dbałości o
własne zdrowie.
Podkrakowskie dolinki
Łagodna trasa sprzyja dyskusjom i wymianie poglądów na wszelakie
tematy. Grupie spokojniejszej przewodzi główny organizator "Zbooy",
który zna tutaj każdy kawałek terenu, dzięki czemu po niedługim
okresie jeżdżenia drogami wreszcie wkraczamy w świat podkrakowskich
dolinek, a naszym oczom ukazują się pierwsze prawdziwe skałki. Na
pierwszy ogień idzie Dolina Będkowska. Na szczęście po suchym początku
maja błota właściwie nie ma, co ponoć jest ewenementem na tym terenie.
Wzdłuż strumienia docieramy do obiecanego baru, gdzie miał nastąpić
pierwszy odpoczynek.
"Bar" okazuje się zwykłą przyczepą kempingową o niewyszukanym zaopatrzeniu
- oczywiście nie ma obiecanego piwa :-), są za to lody "borówkowe",
które przy bliższym poznaniu okazują się "jagodowymi".
Po krótkim postoju i serii pamiątkowych zdjęć wszystkich zlotowiczów
znowu rozdzielamy się na grupy. Oczywiście "ambitni" przodem.
Po chwili na drodze małe zamieszanie. Okazało się, że Kasia jadąca
z "ambitnymi" upadła dość boleśnie ocierając łokieć i kolano. Pytania
o wodę utlenioną i plaster pozostają bez odpowiedzi. Większość z
nas była doskonale przygotowana na naprawę roweru, wożąc do tego
niezbędne narzędzia i materiały, ale nikt nie pamiętał o najprostszej
nawet apteczce. Po przemyciu ran czystą wodą z bidonu pechowa dziewczyna
nie poddając się goni swoją grupę.
Ruszamy dalej powoli przyzwyczajając się do ciągłych zmian terenu.
Przecinamy zalesione dukty i kamieniste podjazdy ciesząc się ładną
okolicą i miłą atmosferą. W pewnym momencie, podczas jazdy trudną
leśną drogą, zza zakrętu wyłania się ostry, wąski i kamienisty zjazd.
Wiele wskazuje na to, że jest to ulubione miejsce spływania wody
w mokrych porach roku. Niestety tutaj kończą się zalety trekkingów.
Duże i dość wąskie koła nie ułatwiają zjazdu, a wysoka rama powoduje
konieczność balansowania środkiem ciężkości. Puszczam "górali" przodem,
obniżam siodełko (to działa!) i wolno, z zaciśniętymi klamkami poczciwych
Canti zsuwam się w dół. Z jazdą nie ma to zbyt wiele wspólnego,
na szczęście wielkie klocki hamulcowe Ritcheya udowadniają, że nie
są to niepotrzebnie wydane pieniądze.
Nagle przednie koło utknęło w kolejnej dziurze, a tylnie nic o tym
nie wiedząc chce jechać dalej i powoli odrywa się od podłoża...
Sytuacja staje się niebezpieczna, jeszcze chwila i czeka mnie "zsiadanie"
przez kierownicę. Popuszczam hamulce jednocześnie wychylając się
do tyłu i starając się wyrwać przednie koło. Udało się! Teraz tylko
pilnuję, żeby się zbytnio nie rozpędzić i już po chwili dołączam
do czekającej na dole grupy, która gorąco mi kibicuje.
Wjeżdżamy w Dolinę Kobylańską, a naszym oczom ukazuje się piękny
widok na dno doliny i otaczające ją skałki. Przystajemy na chwilę
robiąc zdjęcia i rozkoszując się krajobrazem skał i zieleni skąpanych
w majowym, ostrym słońcu. Pogoda idealna, jakby chciała wynagrodzić
nam wcześniejsze niepokoje i zupełnie zadrwić z prognoz.
Ruszamy ponaglani przez "Zbooya" dopiero po jego solennej obietnicy,
że jeszcze tutaj wrócimy na dłuższy odpoczynek. Po chwili znajdujemy
się przy najprawdziwszym barze serwującym zimne piwo :-). Teraz
zaopatrzeni wedle gustu możemy powrócić do Kobylańskiej na obiecany
odpoczynek.
Rozkładamy się na trawce i sącząc złocisty napój z puszek toczymy
wielowątkową dyskusję. Oczywiście nie omija ona spraw poruszanych
na grupie dyskusyjnej. Wreszcie jest okazja wyjaśnić do końca niektóre
sprawy i rozwinąć wątki, które w krótkich postach nie zawsze zostały
dostatecznie omówione. Wkrótce pojawia się mała podgrupa "ambitnych",
która donosi, że pozostała część zlotowiczów rozpierzchła się po
okolicy i pozostaje tylko nadzieja, że wszyscy wrócą do "Zosi" wiedzeni
instynktem, mapami i wizją obiadokolacji. Po chwili rozmowy dwaj
najbardziej niecierpliwi zaczynają zdobywać pobliski bardzo stromy
podjazd, ale ten broni się dzielnie. Tymczasem Halina wraz z "Wrocławianami"
wspina się do skalnej kapliczki (to stąd jest zrobione zdjęcie przedstawiające
odpoczywającą grupę), a dwaj najdzielniejsi - Marek i Grzesiek -
zdobywają szczyt i docierają do powiewającej na nim biało-czerwonej
flagi. Tak oto z rowerzystów nizinnych powstają prawdziwi "górale"
:-). Po ich powrocie stwierdzamy, że pora jechać dalej.
Wypoczęci puszczamy się pędem dnem Doliny Kobylańskiej przejeżdżając
w bród liczne strumyczki, po drodze mijając kolejnych "ambitnych"
jadących nie wiedzieć czemu w przeciwnym kierunku. Niestety teren
szybko przypomina nam o tym, że nie jesteśmy na równinie i zaczyna
się długi podjazd, który sprawia, że wypite piwo szybko z nas wyparowuje.
Pierwsze objawy zmęczenia dają się we znaki i do szczytu wzniesienia
niewielu dociera na rowerach. Reszta pomaga swoim zmęczonym maszynom
znaleźć drogę na górę. Okazuje się, że dotarliśmy prosto pod sklep
spożywczy, z czego kilka osób ochoczo korzysta uzupełniając glukozą
w postaci ciastek straty kalorii. Rozsądni zaopatrują się też w
kiełbasę i musztardę na wieczorne ognisko, niestety jest ich niewielu...
Przez dłuższy czas jedziemy spokojnymi drogami wracając do Doliny
Będkowskiej i dalej w kierunku "Zosi". Rozmów już trochę mniej,
każdy walczy z własnymi myślami i mięśniami. Po drodze odwiedzamy
małą jaskinię. Czeka nas jeszcze jedna strategiczna decyzja - jechać
w dół i na końcu zdobywać podjazd, którym rano wyruszyliśmy na trasę,
czy wybrać wersję spokojnego zdobywania wysokości? Jednogłośnie
zwycięża wariant drugi - spokojnego powrotu. Podjazd jest rzeczywiście
długi i wreszcie pozwala mi zrozumieć po co w rowerze tyle łagodnych
przełożeń, z których na podwrocławskich nizinach praktycznie się
nie korzysta. Na szczęście nachylenie jest niewielkie, ale grupa
i tak rozciąga się na sporym odcinku drogi. Jednak czujny przewodnik
nie pozostawia żadnej "owieczki" bez opieki, wracając co jakiś czas
do pozostających w tyle i dbając by wszyscy wrócili razem. Wreszcie
docieramy do asfaltu skąd już tylko 10 minut łatwego zjazdu do "Zosi".
Sprawdzam kolejny raz stan kół w moim trekkingu, ale wszystko jest
w jak najlepszym porządku, żadnych oznak scentrowania itp.
Po krótkim przeglądzie rower idzie na zasłużony odpoczynek do świetlicy,
jeszcze tylko krótki rzut oka na stan licznika - 36km - niewiele,
ale różnica wzniesień robi swoje i organizm informuje, że nie był
to łatwy dzień. A z kuchni już dobiega radosne pobrzękiwanie garnków
i kotłów, znaczy obiadokolacja zaraz wjedzie na stoły.
Jesteśmy w komplecie
Po powrocie okazuje się, że w międzyczasie do "Zosi" dotarli Andrzej
z Romalem, który po optrzeniu i zakupie kasku nie zrezygnował z
przyjemności poznania okolic Ojcowa i po dotarciu na miejsce ruszył
w trasę. Niestety w tak urozmaiconym terenie szanse na spotkanie
były niewielkie, choć jak się okazało bywaliśmy w tych samych miejscach.
Nie są to jedyni goście. Wśród zebranych na dziedzińcu pojawia się
również znany miłośnik ekologii i rowerów miastowych Marcin Hyła,
który przyjechał bynajmniej nie na jednym z reklamowanych przez
siebie zdezelowanych "holendrów", ale na ślicznym i nowym trekkingowym
Marinie powiększając grono miłośników 28".
Przybycie nowych uczestników jest okazją do dalszego poznawania
się nawzajem.
Powoli do schroniska wracają kolejni zlotowicze. Pojawiają się pierwsze
opowieści o przygodach na trasie - upadkach, awariach i zerwanych
łańcuchach. Z uznaniem, ale bez zazdrości, oglądamy rany, których
los nie szczędził grupie "aktywnej". Poobcierane nogi i ręce najlepiej
świadczą o szaleństwach na trasie. Żeby nie marnować cennego czasu
trwa serwisowanie sprzętu, wymiana gum itp.
Niestety zaraz po obiedzie Andrzej i Halina muszą nas opuścić. To
duża strata dla naszej grupy, ale cóż. Na pożegnanie Przedstawiamy
się sobie nawzajem i każdy ma okazję powiedzieć o sobie kilka słów.
Zbyt szybko by zapamiętać wszystkie twarze i skojarzyć je z podpisami
używanymi na grupie. Halina przypomina o obiecanej skrzynce piwa
dla Zbooya, co wyraźnie poprawia miny obecnych.
Wieczorna integracja
Jednak nie szybko będzie dane spróbować tego piwa zebranym, a
stało się tak m.in. za naszym powodem. Otóż wybraliśmy się do Krakowa
by odwieźć Halinę i Andrzeja i załatwić tam parę spraw. Jedną z
nich był zakup piwa z funduszy zlotowych oraz "skrzynki" obiecanej
kiedyś przez Halinę. Po załadowaniu kartonów do bagażnika z przerażeniem
stwierdziliśmy, że nie ma nas już prawie dwie godziny. Bez ociągania
ruszyliśmy do Ojcowa, bo na dworze już dawno się ciemno zrobiło.
Gdy zaparkowaliśmy pod "Zosią" ognisko płonęło w najlepsze, a dookoła
siedziało spore grono zlotowiczów. Ganieni za opieszałość przez
obecnych wyładowaliśmy piwo wprost w ręce głównego organizatora
- Zbooya. Niestety przy podawaniu dwie puszki spadły na ziemię i
jedna z nich z głośnym sykiem ruszyła do ataku wprost na zebranych
polewając ich spienionym płynem o zapachu chmielowej brzeczki. To
wydarzenie wyraźnie ożywiło towarzystwo, a zebrani tak się zaaferowali,
że nawet zapomnieli na nas krzyczeć za opóźnienie.
Piwo poprawiło nastroje i ożywiło dyskusje, niestety okazało się,
że poza organizatorem niewiele już osób przejmowało się aprowizacją,
co objawiło się niedoborem kiełbasy do pieczenia przy ognisku. Przyszła
pora na kontynuacje dyskusji zaczętych w drodze lub wręcz przed
ekranami monitorów w domu. Dokonywała się prawdziwa integracja i
nie były temu w stanie przeszkodzić ani pojawiająca się mżawka,
ani zmęczenie minionego dnia. Niestety to ostatnie mocno dotknęło
piszącego te słowa, bo od niewyspania, świeżego ojcowskiego powietrza
i niezłego tyskiego piwa zrobił się ociężały i około północy udał
na zasłużony odpoczynek. Może to i lepiej, bo nie dotrwałem do chwili,
kiedy to "pan Zosia" (czytaj kierownik obiektu) przyszedł i odesłał
towarzystwo do spania.
Znowu pada
Przyzwyczajony do wczesnego wstawania budzę się przed 7. Jest
jasno, ale nie słonecznie. Dzień wstaje powoli i bez zbytniego pomysłu
- świecić czy padać? Deszcz, który już wieczorem objawiał się lekką
mżawką w nocy nasilił się i wzorem poprzedniego dnia postanowił
trochę postraszyć niesfornych rowerzystów, którzy pomimo niezbyt
pomyślnych zapowiedzi przyjechali w górki zażywać przyjemności ich
ujeżdżania. Ponieważ nie dotrwałem do końca ogniska dopytuję się
co było dalej. Słucham i włos mi się jeży na głowie. Z opisów wynika,
że "Zosia" zdemolowana (przez kobietę!), a "pan Zosia" (jak ochrzczono
kierownika tego szacownego przybytku) rozpędził zgromadzonych przy
ognisku nieustraszonych bikersów i zdobywców okolicznych szczytów.
Na szczęście okazuje się, że nie jest tak źle - wśród start materialnych
można ulokować tylko jedną zbitą umywalkę, a ognisko, prócz kierownika
rozpędził deszcz, który zaczynał się nasilać i zmęczenie, które
systematycznie pokonywało dzielnych następców Prometeusza.
Dusza się rwie do czynu, więc wychodzę na dwór i docieram do pobojowiska,
które jeszcze niedawno było ogniskiem. Nie mogąc na to patrzeć społecznie
staram się uporządkować teren wokół paleniska. Podczas sprzątania
podsumowuję rezultaty wczorajszego posiedzenia - ponad 80 puszek
po piwie i prawie 20 butelek (na szczęście też tylko po piwie).
Jak na ponad 30 osób (na tyle można chyba ognisko ocenić) nie jest
to wynik zwalający z nóg.
W samą porę wracam do środka, bo dźwięki z kuchni zaczęły się materializować
w postaci śniadania, dość smacznego i pożywnego, czego bardzo nam
było potrzeba. Po śniadaniu na szybko ustalamy dodatkowe opodatkowanie
w wysokości 3 zł na nieprzewidziane wydatki :-) tj. większą ilość
piwa i zrujnowaną umywalkę. Jednocześnie pojawia się problem dnia
dzisiejszego. Umawiamy się na wspólne pożegnanie po śniadaniu przed
"Zosią" i naradę dokąd jechać. Chociaż dla nas cel mógł być tylko
jeden:
Pod Maczugę Herkulesa!
Po śniadaniu i zbiorowym pożegnaniu kto ma siły i chęci wyrusza
dużą grupą pod przewodnictwem Zbooya (a jakżeby inaczej :-). Króciutki
asfalt z niewielkimi podjazdami, a tu nogi jakby inne niż wczoraj,
jakieś takie cięższe...
- Co ja mam w mięśniach, wczoraj tego nie było - słyszę głos z boku.
Ale po chwili jest już lepiej jakoś się rozkręcamy. Niedługo też
kończy się asfalt i skręcamy w polną drogę. Ponieważ grupa rozciągnęła
się na dobre kilkaset metrów przewodnik staje i czeka na resztę
kierując nas słowami: "cały czas główną drogą". Jak bym nie był
blisko, to bym potem nie uwieżył, że mógł tak powiedzieć. Po chwili
jazdy droga robi się coraz bardziej kamienista i wiedzie w dół.
Kamienie wielkości piłek tenisowych to nie radość dla trekkinga
więc w trosce o stan moich obręczy staram się nie rozpędzać, co
nie zawsze jest możliwe. Obok co chwilę przemykają spragnieni mocniejszych
wrażeń rasowi górale, a ja spokojnie, z godnością i konsekwentnie.
Wreszcie widać koniec zjazdu - docieramy do asfaltowej drogi, jeszcze
tylko mostek i stajemy na dnie Doliny Prądnika. Po lewej stronie
stoi Maczuga Herkulesa jakby żywcem przeniesiona ze szkolnego podręcznika.
Zdjęcie obowiązkowe. Zebrała się grupka kilkuosobowa więc zatrzymujemy
napotkanych pieszych z prośbą o zrobienie zdjęcia. Pan zgadza się
bezproblemów i na pytanie o aparat otzrymuje z 5 lub 6 sztuk różnej
marki aparatów. Nie zrażony robi nam całkiem ładne zdjęcia dziwiąc
się tylko po co nam tyle takich samych ujęć. Po połączeniu sił pod
samą Maczugą ruszamy na zamek.
Wrocławianie jadą z małym opóźnieniem, spowodowanym koniecznością
polowej naprawy hamulca, który nie wytrzymał zjazdu "główną drogą".
Odjadujemy grupę na zamku, ale niestety ponoć tradycyjnie uzbrojony
strażnik zakazuje wstępu dla naszych maszyn na dziedziniec. Oglądamy
więc zamek z zewnątrz spieszeni.
Zagubieni
Po zwiedzeniu zamku zamarudziliśmy trochę przy kupowaniu kartek
i gdy znowu w komplecie pojawiliśmy się przed bramą grupy już nie
było. Cóż robić - wierząc, że Zbooy nie wybierze tak banalnej drogi
jak powrót najprostszą trasą do zamku zaczęliśmy studiować mapę
w nadziei odnalezienia jakiejś wskazówki dokąd wszyscy mogli się
udać. Wyruszyliśmy pod górę wąską ścieżką, ale zaatakowani przez
sforę małych, ale głośnych kundli zostaliśmy zmuszeni doodwrotu.
Cenny czas mijał, a my wciąż tkwiliśmy na górze i nie wiedzieliśmy
dokąd zmierzać. W tym czasie musieliśmy minąć się z Haliną, która
dotarła pod zamek i zjechawszy na dół spotkała grupę czekającą na
nas.
Wreszcie krótka decyzja zjeżdżamy tą samą trasą. Na dole pod Maczugą
spotykamy kolejnego zbłądzonego zlotowicza - Glonka, który przyłącza
się do nas i razem ochoczo pomykamy Doliną Prądnika. To jest droga
w sam raz dla trekkingów; kilometry mijają szybko i tylko wciąż
nie widać grupy. Zapytana przez nas kobieta stwierdziła, że jechali
tędy jacyś rowerzyści, ale to chyba nie ci, których szukamy, bo
wyglądali bardziej "profesjonalnie". W tym momencie podejmujemy
decyzję na następny raz musimy zakupić kolorowe koszulki, okulary
i kaski z daszkami :-). Tańsze to niż zakup kosztownych maszyn,
na których panie i tak się pewnie nie wyznają...
Pomimo szybkiego pościgu nie udaje nam się spotkać, gdyż grupa wiedziona
przez Zbooya już dawno zniknęła w bocznej drodze. Zatrzymujemy się
jeszcze na chwilę przy kapliczce na wodzie. Chwila refleksji, parę
zdjęć i dalej w drogę. Rezygnujemy z prób dotarcia do "Zosi" bocznymi
drogami i jedziemy główną drogą wprost pod podjazd.
Szkoda wracać
Tutaj rozstajemy się z Glonkiem, który podąża dalej penetrować
Dolinę Prądnika, a my stajemy pod znakiem informującym o stromym
podjeździe na odcinku 1,7km. Ruszmy asfaltem, ale wkrótce okazuje
się, że jak dla nas wystarczy już podjazdów. Ja z Markiem dochodzimy
do wniosku, że lepiej pokonać ten odcinek z godnością na nogach,
niż się skatować na rowerze. Jednak Grzesiek twardo udowadnia, że
nie bez powodu zakupił górski rower i pnie się mozolnie do góry
testując najlżejsze przełożenia. My tymczasem zbaczamy na szlak
pieszy, by wśród zieleni dotrzeć na szczyt.
Już dawno minęło południe i musimy się szykować do drogi powrotnej.
Rowery wędrują na dach samochodu, a nam robi się jakoś przykro,
że to już koniec i pora wracać do miasta. Żegnamy się jeszcze raz
z obecnymi na miejscu, ostatni rzut oka na gościnną "Zosię" i już
siedzimy na fotelach samochodu jadącego w stronę Wrocławia.
I tylko nie wiem dlaczego na każdy mijany podjazd patrzymy pod kątem
rowerów i trudu jaki trzeba by włożyć, żeby go pokonać. Już w drodze
powrotnej snujemy plany powrotu w okolice Ojcowa i podkrakowskich
dolinek wszak "na jesieni tu musi być jeszcze ładniej". Wracamy
do zatłoczonego i zakorkowanego miasta, by wieczorem zasiąść przed
klawiaturą - pisać i czytać pl.rec.rowery teraz jeszcze bliższe
i jakieś takie bardziej "ludzkie"...
Adam Samuel
Do góry
:: Zdjęcia

foto by Adam Samuel
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|