Praca konkursowa: "Opisz swój udział w maratonie
rowerowym"
Wyróżnienie
Stoję
na starcie, obok mnie trzystu tak samo skrojonych ludzi,
ta sama krew, te same marzenia w oku, te same pragnienia
- ukończyć, przetrwać, być pierwszym, być
Zdecydowana
większość z nas traci dzisiaj dziewictwo, zdecydowana
większość z nas porywa się na nieznane. Start
masa
mięsni nagle przekazała moc na ogromna połać górskiej
łąki. Masa
ten wyraz zawsze kołacze się w mojej głowie
gdy wspominam te chwile. Tak było
prawie dekadę temu,
drugi maraton MTB w Polsce, Szklarska Porębą, ponad
100km dystansu, legendarny przejazd po torach, góry,
pot.
Stoję na starcie, z przodu tysiąc zawodników, ludzi,
pasjonatów. Każdy ośrodek badania opinii publicznej
dałby się pokroić za tak zróżnicowany przekrój społeczny.
Tysiące myśli kołaczących się w głowach zakutych w styropianowe
skorupy we wszystkich kolorach sprezentowanych nam przez
naturę. Stoję zupełnie z tylu, to mój drugi maraton
w życiu. Po prawie dziesięciu latach zmieniło się wszystko,
organizacja, trasy, dostępność, ludzie. Rozpoznaje twarze
z profesjonalnych grup, wiedze rozbiegane oczy amatorów,
wiedze swoje nieporadne ruchy podczas rozgrzewki. Czuje
mały przedmiot palący mnie w tylnej kieszonce koszulki.
Zapakowany szczelnie w ochronną folie, zamknięty w metalowej
puszce po zestawie kluczy, pali mnie niezwykle mocno,
chyba dam rade to wytrzymać, musze, START
znam ten
dźwięk, znam na pamięć, ruszyli, cala lawa, masa, masa!
Przebijam
się przez kolorowy szpaler sobie podobnych uczestników
tego szaleństwa. Jedni maja juz serdecznie dość i czekają
na koniec, choć to dopiero początek, inni z odwieczna
pieśnią spóźnionego ściganta na ustach gnają w góre
- "lewa wolna, prawa wolna!". Jest zupełnie
milo, mijam setki szczęśliwych ludzi, setki mijają mnie.
Koniec podjazdu, czas na randkę z grawitacja. Jeden,
dwa, dziesięć, szczęśliwcy przede mną zapewniają mi
slalom miedzy zgubionymi bidonami, ręce wpadają w wibracje
o amplitudzie niezbyt przyjaznej dla ziemian. "Kto
ma pompkę?!", "Dętka, daj dętkę!", dziękuję
w myślach wynalazcy papki z manometrem, "4 bary
i dużo pary" - to magiczny przepis na szczęśliwy
maraton. Cały czas w dół, bardziej kręto, wolniej, szybciej,
stromo. Karetka pnie się pod prąd, chyba komuś się nie
udało.
Sznureczki trzymające numer na kierownicy nie wytrzymują.
Sztywna tektura zawisa na jednym szczęściarzu, który
jeszcze daje rade. Staje, numer nie daje się przymocować
niczym, co akurat jest pod ręką, jest za duży i sztywny
żeby schować go do kieszeni na plecach. Jestem na szesnastym
kilometrze, cały dystans jeszcze do przejechania, mały
przedmiot nadal pali w plecy, sądziłem że będzie łatwiej.
Wkładam numer bezpośrednio w spodenki, czuje się dziwnie,
rant wbija mi się w pośladek, jest pięknie, naprawdę.
Piętnaście kilometrów dalej schodzę z roweru żeby przeskoczyć
nad malutkim strumyczkiem, stawiam stopę na pochylonym
brzegu wyżłobionym przez wodę i zostaje tak na ponad
minutę. Właśnie dopadł mnie pierwszy skurcz od czasu
kiedy zacząłem jeździć na rowerze, nigdy czegoś takiego
mnie nie spotkało, przynajmniej nie podczas jazdy. Jest
pięknie.
Góra,
dół, asfalt, kamienie, znam te drogi w Przesiece jak
własna kieszeń, choć mieszkam ponad dwieście kilometrów
stad. Mały przedmiot pali mnie w plecy z uporem godnym
maniaka.
Dojeżdżam do miejsca, gdzie większość współplemieńców
znika w lesie, mamieni obietnicą zakończenia okresu
szczęśliwości i nieskrępowanej wolności. Rozpoczyna
się najgorsza cześć maratonu, moment wyboru. Przyjechałem
tu z założeniem przejechania najdłuższego dystansu.
To dla tej kategorii trenowałem od października zeszłego
roku. Nie mogę teraz zrezygnować, nie mogę. Ciepło wydawane
przez mały przedmiot na plechach nasila się niczym moc
pierścienia w pobliżu Mordoru. Jadę dalej.
Druga cześć dystansu to walka ze zmęczeniem, kolejnymi
atakami skurczów i małym przedmiotem w kieszeni mojej
koszulki. Praktycznie cala końcówkę myślałem juz o tym
co będzie się działo na mecie, co się tam stanie i jakie
będą tego konsekwencje. Dużo ciepła do którego staram
się powoli przyzwyczajać.
Tuż przed metą wyciągam ze spodenek numer startowy,
który wiozę ze sobą prawie od początku, jedyna możliwość
aby go utrzymać to posłużenie się zębami, tak właśnie
robie i podążam ostatnim zjazdem do mety. Jest tam gdzie
miała być. Czekała na mnie. Przywitała mnie z uśmiechem
i otwartymi ramionami. Piec godzin temu zaczynałem walkę
z samym sobą i małym przedmiotem. Oto jestem. Jeszcze
sam. Jestem.
Czas się skończył. Wyciągam mały przedmiot, który osiąga
juz temperaturę wrzenia, klękam przed nią i pytam, czy
Widzę uśmiech w jej oczach, czuje to samo w moich. Oto
jestem. Razem z nią. Jesteśmy.
Marcin Andrzejewski
|