Praca konkursowa: "Opisz swój udział w maratonie
rowerowym"
Główna nagroda
Poszło z górki - Maraton rowerowy
Pędzę w dół, kurczowo ściskając kierownicę. Rower podskakuje na każdej nierówności terenu. Wydaje się,
jakby kierownica zmieniła się w rozszalały młot pneumatyczny, który za wszelką cenę chce się wyrwać z rąk.
Upadek jest kwestią sekund.
Przy zjeździe drogą pełną kolein tylne koło wpada w dół. Uderzam przerzutką w ubity piach i zaliczam
figurę, którą rowerzyści nazywają OTB (ang. over the bar), czyli lot głową przez kierownicę. Przydaje mi
się umiejętność padania zdobyta na treningach judo.
Już wiem, że przy pewnej prędkości na mokrej nawierzchni łatwo można stracić kontrolę nad rowerem. A to
była tylko rozgrzewka. Obiecuję sobie, że następnego dnia podczas maratonu nie będę przesadzał z
prędkością na zjazdach.
Weekendowy kierowca
Moja przygoda z rowerami górskimi zaczyna się dwa dni wcześniej w sklepie rowerowym. Kupuję książkę
"Nauka jazdy na rowerze górskim w weekend" z nadzieją, że przynajmniej w ten sposób uda mi się
przygotować do planowanego startu w V edycji Bike Maratonu w Stroniu Śląskim.
Jest to duża impreza odbywająca się co roku od połowy kwietnia do połowy września.
Obejmuje dziewięć wyścigów, każdy w innym mieście. Zazwyczaj bierze w nich udział kilkuset zawodników.
Kolarze jeżdżący w klubach, zawodnicy z polskiej kadry, zupełni amatorzy.
Ja oczywiście należę do tych ostatnich.Z dwóch tras do wyboru (tzw. mini- i megamaratonu) pokornie wybieram krótszą, 36-kilometrową, uznając, że dłuższej mogę nie przejechać. Wypożyczam rower, kask, koszulkę, kupuję bidon, spodenki, pompkę i dętkę na zmianę.
Jestem gotów.
Śniadanie mistrzów
Dzień startu zaczynam od naprawy zniszczonej przerzutki. Niestety, nie mam już czasu zastosować się do
rad, których wczoraj udzielił mi Jędrek, zawodnik poznany przed biurem zapisów, i zjeść na śniadanie
spaghetti.
Wybieram zamiast tego słynną i o wiele prostszą w przygotowaniu dietę Adama Małysza - banany i bułki. Do
tego zjadam kilka (może zbyt ciężkostrawnych) jajek na twardo. Na jednym ze stoisk rowerowych zaopatruję
się jeszcze w lekkie batony i żele energetyczne.
Życzliwy sprzedawca niczym trener radzi mi, co mam zjeść przed samym startem, co w trakcie wyścigu, abym
osiągnął jak najlepszy wynik, a co po, by dojść do siebie.
Kiedy przychodzę na miejsce startu, niemal wszyscy są już gotowi. Nie mam co się spieszyć. Fotokomórka
zsynchronizowana jest chipem przytwierdzonym do ramy mojego roweru - czas i tak liczony będzie nie od
wystrzału, tylko od momentu przekroczenia przeze mnie linii startu.
Najlepsi już z samego rana zajęli jednak miejsca z przodu. Nie chcą przedzierać się przez hordy amatorów
i niedzielnych kolarzy. Pouczony przez kolegę wiem, że nie ma co wchodzić w paradę zawodowcom. Ich i amatorów dzieli przepaść. Najlepszych widzi się tylko przez pierwsze 10 sekund po starcie, a potem dopiero gdy odbierają nagrody na
podium.
Na trasie
Syrena - czołówka już wystartowała. Wąż kilkuset rowerów rozciąga się błyskawicznie, gdy robimy pętlę
wokół miasta. Zamykam peleton, obserwując z bezpiecznej odległości przepychających się zawodników. Manewr
taktyczny okazuje się słuszny. Po chwili widzę dziewczynę, która w bezpardonowej walce zostaje potrącona,
wpada na krawężnik i ląduje na chodniku. Ale podnosi się błyskawicznie i jedzie dalej.
Utwierdzam się w powziętej decyzji obstawiania tyłów. Koło mnie jedzie miejscowy chłopak na rowerze typu
BMX. Pedałuje raźno, ścinając każdy zakręt po trawniku. Zastanawiam się, jak długo wytrzyma ten wyścig na
swoim rowerze - w jazdę musi wkładać dwa razy więcej siły niż ja.
Po prawie kilometrze kończy się asfalt, zaczyna droga szutrowa i wzniesienia. Najtrudniejszy ma być
pierwszy podjazd o długości 12 kilometrów i 600 metrach przewyższenia. Zaraz potem ma być ostry
3-kilometrowy zjazd po kamieniach.
Następnie jeszcze krótki podjazd o deniwelacji 100 metrów, a na końcu długi i przyjemny zjazd aż do mety.
Poinstruowany przez kolegów nie naciskam na początek zbyt mocno na pedały, by nie dopuścić do
przemęczenia. Staram się jednak nie schodzić z roweru nawet na stromiznach.Redukuję przerzutki i na najwolniejszym, z konsekwencją żółwia, pnę się kręcąc pedałami. Wyprzedzam dzięki temu zawodników decydujących się na pchanie roweru pod górę.
Ku mojej wielkiej radości mijam kilkanaście osób, nadal nie czując zmęczenia. I być może wyprzedziłbym
kolejne, gdyby nie nieoczekiwany problem z łańcuchem. Kiedy przerzucam przerzutkę na najmniejszą zębatkę z
przodu, łańcuch spada. Poirytowany obserwuję, jak wyprzedzają mnie zawodnicy, których z taką satysfakcją
niedawno mijałem. Szarpię się z zaklinowanym żelastwem i staram nie liczyć kolejnych wyprzedzających mnie. Zamiast walczyć
ze złośliwą materią, decyduję się na jazdę na większej zębatce. Mam więc do dyspozycji mniej przerzutek,
jedzie się trudniej i trzeba wkładać więcej siły w pedałowanie. Przypominam sobie Jędrka (kolega), który
chwalił się, że z najmniejszej zębatki nie ma zwyczaju korzystać, bo jest dla niego zbyt wolna. Do tego
trzeba mieć nogi ze stali - myślę ze złością. Na szczęście przełęcz już blisko, a najpoważniejsze podjazdy
udało mi się pokonać.
Pędzę w dół na złamanie karku. To tylko kamienista, górska droga, a ja czuję się, jakbym zjeżdżał na
tyłku ze schodów. Stoję na pedałach. Mięśnie rąk mam naprężone do granic możliwości i z trudem końcówkami
palców kontroluję hamulce. Całe szczęście, że wczoraj miałem wywrotkę - dzisiaj wiem już, że lepiej nie
ryzykować. Naciskam na hamulce i zwalniam. Po prawej mija mnie dziewczyna jadąca z szybkością dla mnie ani
razu nieosiągalną. Jest lżejsza, ma lepszy rower, skuteczną amortyzację, trenuje w klubie - próbuję
wytłumaczyć sobie dzielącą nas różnicę poziomów.
Prawdą jest, że dobry rower nie wygra za ciebie wyścigu, ale na pewno pomoże w osiągnięciu dobrego
wyniku. 70 procent zależy od kondycji zawodnika.
Pozostałe - od umiejętności i sprzętu.
Na metę przyjeżdżam po 2 godzinach i 17 minutach, jako 70. zawodnik na 90 startujących na krótkim
dystansie. Wyniku nie nazwałbym spektakularnym, lecz nie o niego chodzi.
- Najbardziej lubię - mówi Waldek( znajomy z maratonu) , 69-letni uczestnik
wyścigu - kiedy na trasie słychać już muzykę, bo to
znaczy, że niedaleko jest meta. Nie zrozumiałbym, o
co chodzi, gdybym sam jej nie przejechał. To wielka
radość ukończyć wyścig. Pokonanie każdego podjazdu i
przeszkody jest źródłem satysfakcji, ale uwieńczeniem
sukcesu przejechanie mety. Za nią wszyscy zabierają
się do podsumowań, a niektórzy przez całe godziny nie
chcą stamtąd odejść. Rozmawiają, pytają, jak było, wymieniają
się doświadczeniami i oklaskami witają kolejnych uczestników.
Na koniec wszyscy ruszają na tradycyjne spaghetti fundowane
przez organizatora wyścigu, przy czym niektórzy, choć
to niezdrowo, wypijają do tego kufel zimnego piwa. Ci,
którym impreza się spodobała, deklarują solennie chęć
występu w kolejnej edycji i umawiają się na start z
nowo poznanymi przyjaciółmi. Jak zauważyłem, większość,
do której się zaliczam, jest przekonana, że następnym
razem w walce o trofea pójdzie jej znacznie lepiej.
Czy tak będzie, okaże się za dwa tygodnie.
Michał Karczewski
Kalisz
|