Praca konkursowa: "Opisz swój udział w maratonie
rowerowym"
Wyróżnienie
Letni swit…
Sobota…
Co¶ mnie wyci±gnęło z łóżka. Półprzytomny, wiedziony
niewidzialn± sił±, swe kroki skierowałem do s±siedniego
pomieszczenia… Tam stał on - mój dwukołowy rumak. L¶nił
czysto¶ci± lakieru, wschodz±ce słońce odbijało się w
kroplach oleju i smaru na łańcuchu, trybach, łożyskach.
Nadszedł ten dzień, dzień próby, zwycięstwa lub porażki,
chwały lub klęski…
Kolejne chwile zlały się w jedno, przy¶pieszaj±c na
każdym zakręcie czasu. Ockn±łem się u stóp Wielkiego
Zamku. Dwukołowiec stan±ł zobaczywszy Innych. Ramy czerwieniły
się i złociły, słychać było chrzęst przerzutek, zapach
pieczonego mięsa mieszał się z zapachem olejów, smarów
i napitków. ¦miech niewiast, które i tu przybyły wraz
ze swymi druhami, na chwile odpędził moj± uwagę od Innych…
Oh, życie… Ale już zagrały tr±by, Inni stanęli w boksach,
ja i mój Dwukołowiec również…. "Nerwy, bracie,
nerwy trzymaj…" - szeptałem ni to do siebie, ni
to do mojego dwukółka… Coraz naciskałem pedał chc±c
wysforować naprzód, czuć to co kocham najbardziej: szum
wiatru na skroniach i błysk słońca na szprychach… Jeszcze
nie, jeszcze chwila… Nastała cisza, jakby przed burz±,
tr±by zagrały hymn, na cze¶ć ludu i tej ziemi… Cisza,
cisza, cisz, ci, ci, ci… JUŻ… !!! Poszedłem na równi
z innymi. Dwukołowiec jakby jeszcze niedowierzał, że
to już.. Walka, bark w bark, koło w koło… Nie ma słabszych,
nie ma mocnych… Jedno kłębowisko… Zgrzyty, krzyki, jęki,
przekleństwa… Kto¶ upadł, kto¶ jęczy z bólu… Nieważne,
teraz jedna droga - naprzód…!!!
Las ust±pił miejsca pastwiskom. W oddali konie stanęły
patrz±c na to kolorowe cudo przejeżdżaj±ce przez ich
zieleń. "Jakim prawem…!!!" parskały, zazdroszcz±c
jednak w duchu temu pędowi i szałowi, który ogarn±ł
Innych i mnie także. Zakręt, jeden, drugi, nagle czułem
jak ziemia odrywa się spod kół. Doszła mnie woń ¶wieżo
skoszonej trawy i wnet poczułem jej smak.. "Leże…
" - pomy¶lałem wiedz±c, że oznacza to najgorsze…
Inni byli wokół mnie, poczułem ugryzienie przez Innego…
Kto¶ przejechał po dłoni. Kto¶ przekl±ł. Wstałem prędko
nie bacz±c na Innych, uj±łem Dwukołowca, który patrzył
błędnym wzrokiem, ale już z iskr± w¶ciekło¶ci. Z t±
iskr±, która niosła nas po górskich szlakach na samotnych
wyprawach… Wiedziałem, że już jest dobrze… "Hej
Bracie Wietrze, dmij w nasze żagle… !" - krzykn±łem
i już byli¶my na szlaku… Inni obok, za mn±, przedemn±…
Ale teraz liczyłem się tylko ja, Dwukołowiec i Wiatr,
który ¶cigali¶my…
Pył, kurz i upał… Głosy parobków ze żniwnych kompanii
i dzieciaki biegaj±ce za nami… Towarzysze, bracia, których
głosy niosły się hen za nami, których u¶miechy sił nam
jeno przypadły. I wtedy zobaczyłem - Masyw Trójgarba…
Na imię tego bóstwa, rzekłby¶, tutejszego ludziska żegnali
się pobożnie. Po zmroku nikt tam swych kroków nie kierował.
Za dużo ofiar, za dużo sił, potu, które znaczyły się
szlakiem na szczyt… A teraz ja i mój wierny towarzysz
rzucam wyzwanie.. Ja i Inni…
Bór przywitał nas cisz±. Gdzie¶ przedemn± widać było
Innych. Ci się już zmagali z Trójgarbem… Pogłaskałem
czule Dwukołowca, poprawiłem hełm i ruszyłem. Lęk, który
mi towarzyszył został na granicy lasu. Teraz tylko ja
i ON… Chrzęst korby zdawał się nie¶ć po lesie niczym
wiosenny deszcz. Pot mój ziemię poił. Brat Wiatr został
z Lękiem… U wrót; Trójgarba… Walczyłem.. Dwukołowiec
też… Orał ziemię, niczym pług oracza; powoli, jednostajnie,
ale cały czas naprzód. My¶li, wcze¶niej żywe i czytelne,
zamieniły się w bezładny potok górski, oplataj±cy raz
jeden głaz, raz drugi… ¦lad krwi na ¶cieżce, potem drugi,
¶lady… ¦lady walki… Na kamieniu siedział jeden z Innych.
Niewiasty bandażowały głowę, rękę… Pozdrowiłem ¶miałka.
On też - u¶miechn±ł się… Byłem jednym z Nich… Tym mocniej
nacisn±łem na pedały. Dwukołowiec zachrzę¶cił cichutko,
lecz poniósł mnie dalej, i dalej i dalej… Trójgarb nie
dawał się, lecz ja też uparty… Pokonałem Sowę, pokonałem
Włodarza, Kopę i wiele innych bezimiennych i teraz miałbym
się poddać? Nigdy !!!
¦wieży powiew. Sk±d? Tutaj? Znowu… Trójgarb odpuszczał.
"Ha !!! Teraz Cię mam !!!" - krzykn±łem w
las i pomkn±łem, tam gdzie urywała się droga… Tak się
przynajmniej zdawało.. I już… I… Ujrzałem… Trójgarb
m¶cił się… Droga usiana był kamieniami. Trójgarb zdawał
się krzyczeć "I co ¶miałku, zw±tpiłe¶ w moj± potęge?
Spróbuj teraz…ha ha ha "…. Nie my¶l±c wiele, rzuciłem
Dwukołowca w dół. Nie jechałem, toczyłem się na dół.
Wzbijałem tumany pyłu, słyszałem jęki Dwukołowca, raniłem
mu gumy, raniłem własne nogi, chrzę¶cił hamulec starty
na proch, chrzę¶cił łańcuch cały w piasku i glinie…
Ja jednak nie czułem nic.. Jechałem na spotkanie Trójgarba.
Jechałem po chwałę… Kamienista próba jak nagle się zaczęła,
tak nagle się skończyła… Trójgarb dyszał ostatkiem sił.
Ja i Dwukołowiec także.. Poklepałem go po ramie, po
poranionych gumach, nacisn±łem pedały i pomkn±łem dalej…
Zwyciężyłem… Trójgarb pokonany. Jeszcze my¶li chodziły
wolniej, ale ¶wiadomo¶ć już pracowała… Im dalej od Niego
tym ja¶niej…
Znów zamek… Znów Inni… Widzę wrota, widzę niewiasty
witaj±ce zwycięzców… Zwycięzców w tym i mnie… Mnie?
Tak… Zwyciężyłem… Nie Innych, ale Siebie, Trójgarba…
Łza w oku… Wzniosłem ręce na znak chwały…
W ten sposób ukończyłem swój pierwszy w życiu maraton…
Maraton MTB w Wałbrzychu odbył się 28 lipca br. na terenie
Ksi±żańskiego Parku Krajobrazowego oraz w Masywie Trójgarba.
Na 195 osób, które ukończyły dystans Mega (50 km) byłem
187… I to się dla mnie liczy najbardziej… Ukończyłem
!!!
Wojciech Pusz
|