Praca konkursowa: "Opisz swój udział w maratonie
rowerowym"
Wyróżnienie
KREW, ŁZY I PECH
Na początku było SŁOWO.
Nieśmiało
wypowiedziane na wiosnę tego roku słowo: "maraton".
Mój mąż Sławek popatrzył na mnie z niedowierzaniem,
kiedy oznajmiłam, że pojadę na sierpniowy maraton do
Krakowa.
No tak, wtedy być może brzmiało to niewiarygodnie. Co
prawda na rowerze jeżdżę już 4 sezon, ale przecież górala
mam dopiero od marca.
Słowo stało się ciałem zdecydowanie wcześniej bo już
w lipcu na krakowskim MIO Fuji Bike Maraton (to miała
być próba przed sierpniem). Potem były jeszcze Michałowice,
a Sławek zapowiedział, że jak mu się spodoba to po sierpniowym
krakowskim Poweradzie pojedzie do Kielc. Miałam mieszane
uczucia bo wieści , które dochodziły do nas na temat
Kielc też były takie "mieszane".
Mirek Bieniasz, który jak wiadomo do maratonowych słabeuszy
nie należy, mówił: nie tak trudno... No ale trasa łatwa
dla niego, raczej na pewno nie będzie łatwa dla mnie.
Ktoś inny mówił, że to trudny technicznie maraton. Tak
więc ja, maratonowy debiutant, kiepski zjazdowiec, bikerka
z zerowym doświadczeniem w jeździe po błocie, trochę
się wahałam.
W
dodatku tydzień poprzedzający start to były nieustanne
opady deszczu. Byłam na bieżąco w kontakcie ze znajomym
z Kielc, który wciąż donosił: pada.... W końcu po zakupie
kompletu Nobby Nic, zapadła decyzja: jedziemy, bez względu
na błoto, pogodę itp.
Aura okazała się jednak łaskawa, słoneczko świeciło
od samego rana.
Na parkingu w Nowinach tłum kolorowo ubranych bikerów,
ze swoimi wspaniałymi maszynami. Czuję się jak uboga
krewna w nierzucającej się w oczy koszulce i z rowerem,
który najlepszy jest może i owszem, ale u mnie pod blokiem:).
Ustawiamy się na starcie. Niektórzy mawiają, że kiedy
się zakochają, czują motyle w brzuchu. Ja coś na kształt
tych motyli odczuwam przed maratonowym startem. W pamięci
mam opowieść Mirka Bieniasza, który właśnie tu na stadionie
w Nowinach tuż po rozpoczęciu jazdy wyciął malowniczego
orła . Start jednak przebiega niezwykle płynnie i już
lecimy szeroką asfaltową drogą. Jadę ponad 30 km/h,
co dla mnie jest sporym wyczynem. Co z tego kiedy inni
pędzą chyba ponad 40. Myślę sobie: co to jakiś pieprzony
Tour de Pologne? Po kilku kilometrach asfalt zamienia
się w dziwny szuter, który przypomina sitko (co rusz
dziura z wodą i nawet nie ma po co omijać). Tak więc
prysznic i kamyki pryskające spod kół. Po chwili skręcamy
w las i zaczyna się zabawa. Błota zdecydowanie mniej
niż można było się spodziewać po takich opadach, ale
nawierzchnia trudna, kręci się ciężko. Pierwszy ostrzejszy
podjazd którym straszono, czyli górka z wyciągiem narciarskim.
Nie jest łatwy, ale decyduję się podjeżdżać. Mam satysfakcję,
bo wielu bikerów prowadzi swoje rowery. Mielę sobie
wolno, jakiś jadący za mną kolega mówi: nieźle dajesz...
znaczy pod górę... znaczy jak na kobietę, dodaje po
chwili.
Uśmiecham się. Jeszcze mam siłę się uśmiechać...
Przez dłuższą chwilę tasuję się z bikerką na ślicznym,
czerwonym Specu. Jedzie z nią chyba trener, bo co chwilę
podpowiada jej jak jechać. Myślę sobie: też by mi się
taki pomocnik przydał:). Niestety kapituluję, kiedy
po pomyleniu przez mnie drogi na rozjeździe, bikerka
odjeżdża mi, a ja nie mam siły jej gonić. Po 30 km.
zaczyna się walka już tylko z samą sobą i pojawiają
się charakterystyczne w takich momentach myśli: co ja
tu robię? Jestem za słaba! To mój ostatni maraton!
W pewnym momencie widzę trzy wykrzykniki na drzewie,
myślę: oho, jakiś podstępny zjazd, trzeba uważać...
ale okazuje się, że pułapka jest tuż przede mną i na
nic już nie ma czasu. Dziwny spadek i dziura jakieś
pół metra niżej. Oczami wyobraźni widzę już siebie przelatującą
przez kierownicę. A jednak udaje się przejechać. Sama
nie wiem co mnie uratowało, bo na pewno nie umiejętności.
Po prostu jakieś intuicyjne działanie mojego ciała:).
Odliczam kilometry do mety, a licznik jakby stal w miejscu.
Z nadzieją patrzę na "telewizorki" przy manetkach
- a nuż zapomniałam że da się ząbek wyżej ??? Nie, nie
da się. Nie robią kaset 11:36... Jeden z ostatnich podjazdów,
okoliczni maratończycy zsiadają z rowerów, ja postanawiam
jednak podjeżdżać, bo jak pomyślę o pchaniu 13 kg pod
górę to aż ciarki mnie przechodzą. Z góry zjeżdża jakiś
wesołek na rowerze zjazdowym i mówi do jednego z umęczonych
bikerów: jechać, jechać, nie prowadzić.... "Umęczony"
tylko burczy coś pod nosem, ale gdyby miał siłę pewnie
by go pobił. Zjazdowiec z uśmiechem: co? nie da się?
Jeszcze chwila a ktoś czymś w niego rzuci.
Do mety coraz bliżej. Może jakieś dwa kilometry. Już
jestem rozluźniona, a poza tym koncentracja już nie
ta co na początku. Koło dostaje poślizgu na jakichś
wystających kamieniach i już wiem: będzie gleba. Słyszę
że ktoś za mną krzyczy i czuję wjeżdżający we mnie rower.
Malowniczo lecę, uderzam intymnymi częściami ciała o
ramę ( Jezuuuu... jak boli), spadam na moją nogę pozbawioną
więzadła i łąkotki i nie mogę wstać. Wokół mnie zbiera
się tłumek, pytają czy coś się stało, pan który we mnie
wjechał mówi: hamulce mi nie zadziałały..., a ja nie
wiem co mam powiedzieć... Tak strasznie boli, czuję
jakieś dziwne ciepło i myślę: krew, leci krew....Zaciskam
zęby i wsiadam na rower, przecież muszę dojechać do
mety. Przy okazji wypadku tracę kilka pozycji. Tuż przed
metą kibice krzyczą: nie daj się... więc wiem, że ktoś
mnie goni. Naciskam na pedały i udaje się. Na mecie
zamiast zwyczajowych łez szczęścia, łzy bólu. W dodatku
nie ma mojego męża, a przecież zawsze czeka na mnie
na mecie. Przyjeżdża dużo później. Jak się okazuje dwukrotnie
zerwał łańcuch, zepsuł skuwacz i końcowe kilkanaście
kilometrów jechał na "hulajnodze".
Wysyłam smsa do przyjaciółki: krew, łzy i pech... Nie
potrzeba więcej komentarza.
A jednak dusza aż drży ze szczęścia.
Maraton w Nowinach przypłaciłam dwutygodniowym mocnym
przeziębieniem (wpadłam kilka razy w błoto i zamoczyłam
buty), ale nie żałuję, bo kiedy jeżdżę na rowerze czuję
się najszczęśliwszą osobą na świecie, a kiedy jeżdżę
na rowerze na maratonie moim szczęściem mogę obdzielić
cały wszechświat.
Izabela Sekulskia-Hebda
|