Konkurs na relację z maratonu MTB

Praca konkursowa: "Opisz swój udział w maratonie rowerowym"

Wyróżnienie

Nazywam się Starczewski Jakub, mam 18 lat i jestem psychopatycznie zapalonym rowerzystą-maratończykiem. Mój problem zaczął się we wczesnym stadium dzieciństwa, praktycznie od momentu kiedy to byłem w stanie zasiąść na niesamowitą maszynę dwukołową polskiej produkcji, zwaną "Reksio". Od tamtego dnia niewiele się zmieniło. Jak już oszalałem to na dobre… Dlatego kiedy to rok temu złożyłem swój wątpliwej jakości rower, postanowiłem wyżyć się jak najszybciej na jakimkolwiek maratonie MTB, by sprawdzić siebie i sprzęt. W fazie poszukiwań natknąłem się na Intel Powerade Bike Maraton w Krakowie. Ponieważ mieszkam 100 km od tego miasta uprosiłem tatę o transport i bez wahania ruszyłem w fazę przygotowań. Takie były moje początki jeśli chodzi o zawody. Teraz, rok po I-szym starcie, 26 sierpnia 2007 roku, po raz drugi ruszyłem na Krakowski maraton o którym postaram się opowiedzieć.
Był słoneczny poranek, ptaszki śpiewały, wiaterek leniwie owiewał liście drzew. Ta cała harmonia była bardziej męcząca niż tygodnie treningów przed tymi niecałymi dwoma godzinami, kiedy to człowiekowi własny język wpada pod kręcące się koła własnoręcznie składanego, dwudziesto kilowego kolosa, kiedy to oczy już nie widzą tylko patrzą a nogi nie pedałują a opadają powodując kręcenie się korby. Na myśl przychodziło mi tylko jedno zdanie o głębokim podmiocie filozoficznym. Brzmiało ono tak: "po co ty to robisz?".
"Ale już nie ma odwrotu"- wmawiałem sobie. Grunt to potrafić oszukać samego siebie!
Rozważając tak nad swoim losem, stoje beztrosko pomiędzy katalogowymi rowerami z najwyższej półki po kilka tysięcy każdy, oraz ich właścicielami ubranymi po same uszy w markowe ciuchy od "niby sponsorów". Wszyscy ustawieni w swoich sektorach, mając tylko jeden cel, czekamy na start. I w tem słychać odliczanie.. 10,9,8…uciekają wszystkie myśli….7,6…zostaje tylko ta jedna-wkręcić się w dobre tempo i dać z siebie wszystko…5,4…w myślach przypominam sobie zaplanowaną strategię…3,2…ciśnienie osiąga optymalny stan, rozgrzane wcześniej mięśnie krzyczą "TARGEJ!!!", oddech staje się głęboki ale za razem spokojny…1…no ile jeszcze można!!!!...START!. To zabrzmiało jak wybawienie, nareszcie każdy skoczył na pedała i pognał przed siebie.
Już na 5 km mamy "zwartą" czołówkę i tylko co jakiś czas ktoś odpada ktoś dojeżdża. Wszystko idzie jak z pięknej bajki, zapas kalorii w bidonie oraz wspomagacze miodowe w kieszeni trasa-ok. Jak w szwajcarskim zegarku. Wybija 10 km, odzywa się wyimaginowany przypominasz- "czas się zatankować!" Według moich wcześniejszych obliczeń dzięki temu mam duże szanse, że na sam koniec wyścigu dostane tzw. kopa. Tempo jakie nadali starsi koledzy jest na prawdę imponujące. Trudno w takich warunkach cokolwiek przełknąć na wyboistej drodze polnej, pokrytej kamieniami i piaskiem ale i na to znajdzie się sposób. Tak czy inaczej minął już 12 z 33 kilometrów, a więc do ? już niedużo! A od ? do ? a ? to już prawie meta. Z tego wnioskując już jestem na mecie?, no tak, to już meta!! Wszystko się zgadza!! Matematyka nie kłamie!! Trzeba wiec przyspieszyć, bo co jakiś czas jakiś 'studenciok' krzyczy "lewa wolna", a to mi się przestało podobać.
Niestety przy tym całym przyspieszaniu wytrąciłem się z tempa i już od ok. 16 km zacząłem łamać się psychicznie. Prędkość spada, nie potrafię jechać szybciej, czołówka zaczyna się oddalać. "Paskudnie"- pomyślałem. Nie ma rady! Wdrożyłem w swój organizm ostatki zapasu kalorii i poczułem że więcej już nie mogę. Jest to moment w życiu w którym człowiek poznaje samego siebie, to ile jest wart, gdzie leży granica jego wytrzymałości. Większość z tych wcześniej wymienionych rzeczy to kwestia psychiki, ponieważ nie brakuje mi kondycji lecz tego czegoś w środku. Różnie to nazywają: ogień wewnętrzny, samozaparcie czy agresja…jak go zwał tak go zwał…W tej chwili tego zabrakło. Przez kolejne 4 km walczę z samym sobą próbując wygrać i postawić na swoim, lecz cały czas jest ta obawa jak spojrzeć do lustra gdybym się zatrzymał?
Aż tu w końcu, jak "grom z jasnego nieba" czy jak "uderzenie łysego grzywką o kant kuli", coś się zmieniło. Prędkość zaczęła wzrastać, sił coraz więcej, rower jakby sam się wyrywał do przodu. Po prostu nie ten człowiek! Wystrzeliłem jak przysłowiowa "gumka z majtek" i lecę! nie straszne mi dziury, doły, trawy, błota, istne szaleństwo! Przy okazji mojego 'przeistoczenia" pewna dziewczyna z długimi włosami mnie wyprzedziła. Pomyślałem, że tak być nie może. Nie to że nie lubię kobiet czy coś w tym stylu, po prostu tego już za wiele. Ukształtowała się z nas ładna ekipa jechaliśmy prawie jak peleton na Tour de France tyle że w trójkę (dołączył się do nas jeszcze jeden).
Spojrzałem na licznik, i zobaczyłem ze 27 km już minął. "Ok." -pomyślałem, jednak w pewnym momencie zawodnik który był za mną wyprzedza nas i odjeżdża jakieś 4 metry. Widząc iż koleżanka nie chce go w cale gonić postawiam sam tego dokonać. Kulturalnie przyspieszam, zrównuję się z osobą przede mną, i wtem ja się patrzę a to nie jest wcale kobieta!!!! 'Szczena w dół', oczy na wierzch, a gość nie za bardzo wie o co mi chodzi. Dokończam wyprzedzanie z wielkim trudem, i onieśmielony przez własną pomyłkę, jadę dalej.
Kolejne 5 km to walka między naszą trójką. Przy wlocie na finisz, zrobiło się zamieszanie. Ktoś odpadł ktoś doszedł. Nie ma już 'trójcy'. Nie wiem co się stało, ale nie ma żadnego z nich. Zdany tylko na siebie wyprzedzam tych co jadą przede mną żeby w końcu dotrzeć do tej mety. Zostało ostatnie 800m i mam już wszystkiego dość. Gadam sam do siebie, nie patrzę gdzie jadę, byleby przed siebie i względnie prosto. Widzę już widzów, nie wiem który jestem, ile jest za mną zawodników. Po prostu nie chce wiedzieć! 300 metrów przed metą i jakieś 50 przede mną jest jeszcze jeden gość którego mógłbym dopaść. Staram się jeszcze wykrzesać coś z siebie aż w końcu zaraz przed końcem zrównuje się z jego tylnym kołem, i stwierdzam że nie zmieścimy się razem w bramkę. Niestety odpuszczam. Między nami jest niecałe 2s różnicy, ale zostaje tylko pogratulować wytrzymałości z jego strony. Mi na sam dobry koniec, po zejściu z bike'a, przyszło się użerać z bolesnym nadwyrężeniem mięśni pleców, ale mimo wszystko i tak było fajnie;)
Cieszę się że wziąłem udział w tym maratonie, mimo że nie na najdłuższym dystansie, nie na ultra lekkim, 5-cio krotnie cieniowanym rowerze z przerzutkami na bluetooth'ufa. Startowałem sam dla siebie i dzięki własnej pracy, a tego mi nikt już nie odbierze.

Jakub Starczewski

 

Do góry


 

 

MENU
Wiadomości | Forum | Sprzęt | Sklep | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.