|
![]() |
|
![]() |
INFORMACJE PRAKTYCZNE O WIETNAMIE kliknij w zdjęcie
PATRONI MEDIALNI WYPRAWY:
PISMO AKTYWNYCH
PISMO DLA FOTOGRAFUJĄCYCH
PARTNERZY WYPRAWY:
SPONSORZY WYPRAWY: M.O.C. - Eskapada Sklep rowerowy dla prawdziwych podróżników! Warszawa, Wał Miedzeszyński Profesjonalne sakwy i torby rowerowe - za mniej niż myślisz!
Specjalistyczny Sklep "CZARNO BIAŁE" Firmy Fotograficznej 2M 00-528 Warszawa, ul. Hoża 9 tel./fax (22) 621 40 07 e-mail: marek2m@polbox.com e-mail: czarno-biale@wp.pl
Skanowanie
oraz wysokiej jakości reprodukcje z diapozytywów i negatywów
|
Przez Wietnam na rowerach Czy ktoś, kto nigdy nie był na wyprawie rowerowej i tylko raz w życiu zaliczył 100 km w jeden dzień może myśleć o przejechaniu blisko 2 000 km na rowerze w upale Azji Południowo-Wschodniej? Tak! Wyprawa do Wietnamu na długo zapadnie nam w pamięć. Nie tylko ze względu na azjatycką egzotykę, ale też nieoczekiwane wydarzenia jeszcze przed wyjazdem. Kiedy wyruszaliśmy do Wietnamu - w Iraku zaczynała się wojna, a w Hanoi była już jedna śmiertelna ofiara tajemniczej choroby SARS. Otrzymaliśmy maila, w którym Ambasador RP w Wietnamie radził nam odłożyć plany wakacyjne na późniejszy czas. Mniej więcej tydzień przed odlotem Aeroflot odwołał rejs wykupiony przez nas na 17 marca 2003. Później okazało się, że w tym czasie mniej więcej rozpoczęły się naloty na Bagdad. Do Wietnamu polecieliśmy kilka dni później. Jeszcze dzień przed wyjazdem nie byliśmy niczego pewni. Gregory, jeden z trójki uczestników, zwrócił bilet do biura podróży przepraszając nas, że jednak nie pojedzie. Po kilku godzinach zmienił zdanie - "Jadę!!!" - oznajmił przez telefon - "Mam nadzieję, że uda się wszystko odkręcić!".
Przed wyjazdem próbujemy trenować na różne sposoby. W Polsce jest zima, więc w grę wchodzi jedynie poranne bieganie po śniegu, jazda po oblodzonych ścieżkach rowerowych i na pożyczonym rowerku stacjonarnym. Po przylocie do Wietnamu - Sajgon, czyli Ho Chi Minh City - wita nas tropikalnym upałem. Powietrze, rozgrzane i ciężkie, nie ułatwia oddychania. W głowie kołaczą się myśli "czy rowery doleciały?" i "czy w takim upale jakikolwiek wysiłek fizyczny wchodzi w grę?!" Mamy za sobą kilkanaście godzin podróży - w planach przejechanie rowerem prawie 2 000 km w 3 tygodnie. Dwoje z naszej trójki robi coś takiego po raz pierwszy w życiu. Jazda po wietnamskim mieście Jazda rowerem po Sajgonie to na pierwszy rzut oka... kompletny Sajgon. Człowiek, który po raz pierwszy znajdzie się na ulicy pełnej skuterów, riksz i rowerów jest co najmniej zaskoczony. Pozornie panuje tam wyłącznie nieprawdopodobny hałas i chaos, jednak po jakimś czasie okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda. Konieczny jest spokój, uśmiech i zmysł obserwacji. Ludzie zwykle jeżdżą bez zbędnego pośpiechu, zgrabnie lawirując wśród innych pojazdów. Zmiana pasa ruchu wymaga nieco sprytu, ale wszyscy kierują się zasadą, że "jakoś to będzie" i to działa. Nigdy nie byliśmy świadkiem awantury ulicznej z powodu stłuczki. W Sajgonie na początku dziwisz się wielu rzeczom, ale po jakimś czasie przywykasz. Wystarczy pamiętać o paru zasadach. O tym na przykład, że w mieście pobocze drogi nie należy wyłącznie do ciebie - poruszają się po nim również ludzie jadący lub idący pod prąd i tak po prostu jest. Warto zwracać uwagę na boczne uliczki. Często zdarza się, że z którejś nich energicznie wyjedzie skuter lub rower bez oglądania się na nadjeżdżające pojazdy. To całkiem normalne i nie ma sensu z tym walczyć. Wietnamczyk jadący motorowerem pod prąd na rondzie i piszący SMS'a, 2 dziewczyny wspólnie pedałujące na tym samym rowerze, 4-osobowa rodzina plus balonik na skuterze czy para na rowerach trzymająca się za ręce w czasie jazdy - to tylko kilka przykładów typowych scenek ulicznych. Co kraj to obyczaj. Jazda po drogach Wietnamu Drogi wietnamskie są zwykle w bardzo dobrym stanie (gładki asfalt bez dziur!) albo wkrótce będą, bo są... w trakcie generalnego remontu. Remont taki polega na całkowitym zrywaniu nawierzchni i budowaniu drogi na nowo. Wtedy zaczyna się małe "cross country", ale traktujemy to jako urozmaicenie jazdy po asfalcie. Poruszamy się głównie autostradą nr 1 biegnącą wzdłuż kraju z południa na północ. Po lewej stronie, na horyzoncie, ciągną się pasma Gór Annamskich i jaskrawozielone pola ryżowe. Po prawej, raz na jakiś czas, pojawia się turkusowe Morze Południowochińskie. Po drodze mijamy miasta i wioski, co pozwala na dokładną obserwację kraju i jego mieszkańców w wersji autentycznej i niezadeptanej przez turystów. Dosłownie co kilkanaście minut jazdy można się zatrzymać na jedzenie i coś do picia. To kolejny ogromny plus tego kraju, w którym prawie każdy prowadzi jakiś mini punkt gastronomiczny przed wejściem do własnego domu lub po prostu gdzieś przy drodze. Są też tradycyjne knajpki przydrożne, a niektóre z nich oferują odpłatnie miejsca w hamakach, w których można się zdrzemnąć w czasie największego upału (między 11:00 a 14:00). Sami Wietnamczycy z upodobaniem korzystają z tej formy spędzania czasu - również poza sjestą. Bywało, że gospodarza trzeba budzić, żeby coś kupić lub zamówić. Zaletą drogi nr 1 jest szybkość poruszania się i to, że w jej pobliżu znajdują się najciekawsze miasta i zabytki. Pewnym problemem są ciężarówki i ich kierowcy - niezwykle entuzjastycznie nastawieni do podróżujących na rowerach. Ich entuzjam przybiera czasem kłopotliwe formy. Zwykle jest to głośne, przekraczające wszelkie wyobrażalne normy hałasu, trąbienie połączone z pozdrowieniami wykrzykiwanymi z szoferki głównie po wietnamsku i angielsku. Szczególnie zabawni są pomocnicy kierowców autobusów, niezwykle wygimnastykowani mężczyźni, których rolą jest sprawne ładowanie bagaży na dach i obserwowanie sytuacji na szosie. Na nasz widok wykonują taneczne figury w otwartych drzwiach pędzącego pojazdu i zajmują się głównie pokrzykiwaniem na innych uczestników ruchu (zwykle nikt nie zwraca uwagi na klakson). Oczywiście pozdrawiają nas za każdym razem, co początkowo jest miłe i dopingujące, jednak po pewnym czasie odpowiadanie na kolejne w ciągu minuty "helloooou!" i machanie bywa uciążliwe. Czasami towarzyszą nam wietnamskie dzieci wracające na rowerach ze szkoły - zawsze skore do wyścigów kolarskich. Tamtejsze dzieciaki są uśmiechnięte, sympatyczne i ciekawe wszystkiego, jednak zdarza się, że 12-letnia dziewczynka w trakcie rozmowy o rodzinie, szkole i zwierzakach z niewinną miną zagadnie cię o zakup narkotyków... Zaletą jazdy na rowerze po Wietnamie jest bezpieczeństwo. Kierowcy pędzących autobusów i ciężarówek jeżdżą tak, jak gdyby za każdym razem bili rekord prędkości i techniki wyprzedzania, jednak nigdy nie przekraczają linii pobocza. Każdy z nich kiedyś był lub nadal jest rowerzystą - stąd duże poszanowanie dla tej formy poruszania się po drogach. Człowiek na rowerze nie jest w Wietnamie intruzem. To się czuje! Xe dap czyli rower Chociaż Wietnam to kraj, w którym chyba wszyscy jeżdżą na rowerach - są jednak one zupełnie inne. Ludzie dosiadają tu pojazdów "z minionej epoki", tak zardzewiałych, jakby zostały wydobyte z dna morza. Po około 2 tygodniach zauważyliśmy, że wszystkie niealuminiowe i niegalwanizowane części i śrubki w naszych rowerach pokryły się rdzą. Sprawcą jest bardzo wilgotne powietrze i słony wiatr od morza. Wietnamczycy jeżdżą, często grupkami, około 7-9 km/h gawędząc po drodze. Nawet peleton skośnookich kolarzy przypadkiem spotkany na trasie nie jechał w jakimś oszałamiającym tempie. Zwykle nikt się nie spieszy, tylko wiejskie dzieci urządzają czasami niezmordowane pościgi za nami i pomimo kiepskich rowerów nieźle sobie radzą. Dziewczęta i kobiety ubrane w ao dai (tradycyjny strój składający się z szerokich spodni i tuniki) jeżdżą w bardzo wdzięczny sposób. Sprytnie drapują długi strój tak, żeby nie przeszkadzał i dostojnie pedałują, bardzo często w butach na obcasie. Rowery przystosowane są do jazdy we dwójkę, w tym celu na bagażniku montuje się miękką poduszkę - dodatkowe siodełko. Nocą lokalni rowerzyści jeżdżą bez oświetlenia i w niektórych przypadkach, tak jak w dzień, bezstresowo pod prąd. Zauważyliśmy też, że wietnamskie opony napompowane są "na miękko", a złapanie gumy to poważne zmartwienie. Stanowisko ulicznego naprawiacza dętek można poznać po misce wody i dużej, stojącej pionowo pompce. Kiedy na oczach Wietnamczyków w ciągu kilkunastu minut zdejmowaliśmy koło i naprawialiśmy dziurę przy pomocy łatek byli pełni uznania dla "zachodniej techniki". Jak radzić sobie z upałem? Najgoręcej jest w południowej części Wietnamu, a na przełomie marca i kwietnia są to temperatury zdecydowanie powyżej 30 stopni, wilgotność powietrza wynosi nawet 90%, co w praktyce oznacza, że pranie nie schnie. Na północy klimat jest chłodniejszy, a w hotelach pojawiają się kołdry, zamiast cienkich prześcieradeł używanych na południu. Warto wyruszać wcześnie, również ze względu na fakt, że zmrok zapada tam około 18:00 o tej porze roku. My wstajemy, jak zresztą wszyscy Wietnamczycy, około 5:00 rano i zwykle całej trójce udaje się wyjechać z hotelu przed 7:00. Do 10:00 pogoda nam sprzyja, potem zaczyna się upał i - niestety - wiatr w oczy. Takie warunki panują do 15:00. Na gorący klimat w Wietnamie najbardziej pomaga jazda na rowerze. Każdy króciótki postój w pełnym słońcu daje się we znaki. Trzeba też oczywiście uzupełniać płyny. Wodę mineralną można kupić praktycznie wszędzie, ale należy zwracać uwagę na zafoliowaną oryginalnie nakrętkę. Na południu wszędzie dostępny jest fabrycznie produkowany lód. Wietnamczycy dodają go prawie do wszystkich napojów. Jak wynika z książki o kuchni wietnamskiej i naszych własnych doświadczeń - lód ten nie powoduje zatruć pokarmowych. Z napojów, największym odkryciem była dla nas aromatyczna, mielona kawa wietnamska parzona przy pomocy systemu sitek nakładanych na szklankę (mówiliśmy na to Viet nam ca fe i wszyscy wiedzieli o co chodzi). Kolejnym wynalazkiem, świetnie gaszącym pragnienie i dość bogatym w składniki typu witaminy/minerały, jest słodko-kwaśny sok z trzciny cukrowej. Wyciskają go na naszych oczach przy pomocy machiny przypominającej wyżymaczkę z kołem sterowym i mieszają z kruszonym lodem i sokiem z limonki lub ananasa. Mniammm. Ze względu na silne słońce warto już na początku zaopatrzyć się w "rękawki" - miejscowy wynalazek używany wyłącznie przez kobiety do ochrony przed opalenizną. Są to długie, sięgające ramion rękawiczki z syntetycznego, przewiewnego materiału, które można kupić w lokalnym sklepie lub na bazarze. Są niezbędne, inaczej grożą nam poparzenia słoneczne. Najlepszym nakryciem głowy okazuje się być kask rowerowy. Świetnie izoluje głowę od upału, a po wcześniejszym zmoczeniu włosów zimną wodą przez jakiś czas utrzymuje miły chłód. Liczne stacje benzynowe, niestety głównie na południu, są czasami wyposażone w spartańskie kabiny prysznicowe, więc w krytycznym momentach można dla ochłody wziąć zimny prysznic w ubraniu. Na każdej innej stacji można zrobić to samo przy pomocy kubełka wody. Socjalizm, targowanie i wolny rynek Zaskakujący jest dla nas system polityczny, który tu panuje - z jednej strony pomniki, flagi z sierpem i młotem, pionierzy w czerwonych chustach, patriotyczne pogadanki puszczane na ulicach przez megafon, a z drugiej strony luksusowe wille, samochody i restauracje, gdzie obiad kosztuje tyle, co przeciętna miejscowa pensja. Pieniądze i polityka nie przeszkadzają sobie nawzajem. Wietnamczycy są bardzo mili, choć oczywiście niektórzy próbują nas oszukać. Jesteśmy twardzi i targujemy się do upadłego. Kiedy negocjacje dobiegają końca, zwykle pada pytanie: "Skąd jesteście?". Szacunek dla pieniędzy i znajomość realiów - tak rozumieją targowanie - budzą uznanie i bywa, że sklepikarze oferują nam w dowód sympatii odpoczynek na plastikowym stołeczku czy filiżankę zielonej herbaty. Tekst jest fragmentem artykułu w Magazynie Rowerowym (09'2003)
To nasza ekipa. Od lewej: Grzegorz Grabiec, Aneta Nowak, Włodek Kierus INFORMACJE PRAKTYCZNE O WIETNAMIE |
|