Pierwotnie wybieraliśmy się nad Morze Czarne, jednak zmieniliśmy plany.
- czas przejazdu: 14 lipca - 9 sierpnia (27 dni)
- całkowity dystans: 3365 km
- średni dystans dzienny: 124,6 km
- min. dystans dzienny: 87 km
- max. dystans dzienny: 171 km
- odwiedzone kraje: Czechy, Słowacja, Węgry, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Austria
Odbywaliśmy podobne podróże m.in. wyjazd w Bieszczady (1400 km/15 dni), Słowacja-Węgry-Austria-Czechy (2600 km/25 dni).
W trasie jesteśmy przeważnie od 6 rano do zmroku. Po przebudzeniu się i spakowaniu szukamy na mapie potencjalnego miejsca na następny nocleg, zazwyczaj oddalonego od punktu wyjścia ok. 120 km (ale zdarzały się wyjątki - 170 km). Do wieczora są 2 lub
3 przerwy na posiłki (w sumie ok. 2,5h). Gdy jedziemy "pod wiatr", rozbijamy go na zmianę, co ustaloną liczbę kilometrów. Oczywiście, jeśli jest coś wartego zobaczenia i mamy odpowiednią ilość czasu - zatrzymujemy się.
Śpimy głównie "na dziko". Staramy się aby był to las. W zasadzie możnaby nocować "pod chmurką" gdyby nie komary (najgorzej jest wokół zbiorników wodnych i rzek - w takich miejscach tempo rozbijania namiotu jest znaczne). Prawie nigdy nie palimy ognisk - często o tej porze roku jest susza. Poza tym w lasach jest to zakazane, też nie chcemy zdradzać swojej obecności. Pieniądze idą prawie tylko na jedzenie. Zwykłe kanapki z masłem, pomidorem, mięsem czy serem (ważne, żeby posiłek był syty - nie "zapychał"), czasem słodycze. Pijemy dużo wody. Na niektórych stacjach benzynowych są prysznice - tanio można się umyć i zrobić pranie.
Często omijamy główne drogi. Po pierwsze - bezpieczeństwo, po drugie - jadąc wioskami poznaje się kulturę ludzi danego regionu, ich codzienne nawyki. Wybieramy drogi biegnące wzdłuż autostrad lub tych głównych - tu natężenie ruchu jest niewielkie. Przeważnie wzbudzamy sympatię, ciekawość. Czasem ludzie patrzą na nas jak na przybyszów z innej planety, często pozdrawiają. Ponieważ liczymy każdy gram, zakupy na zapas robimy tylko wtedy, gdy wjeżdżamy do "drogich" krajów.
Przy wyjeździe z dużych miast łatwo pomylić kierunek. Szkoda czasu, żeby co chwilę pytać ludzi o drogę, czy wyciągać plan. My rozwiązaliśmy ten problem kierując się na azymut przy pomocy kompasu i dopiero na obrzeżach miasta wyciągamy mapę. Jak dotąd działa.
Wybierając się do danego kraju, warto znać przynajmniej
podstawowe zwroty grzecznościowe. Do komunikacji wystarczał nam
angielski, czasem niemiecki (jeśli ktoś nie znał żadnego z nich, i przypadkowo był Węgrem, trzeba było stosować język migowo-stękany). Dobrze też przed wyjazdem zapoznać się (przynajmniej orienatcyjnie) z kursami walut. Wiadomo wtedy od razu (zysk czasu) czy z danego kantoru można skorzystać (bez porównywania jego cen z innymi). Czasem różnice bywają znaczące. Jeśli kożystamy z bankomatu - wiemy po prostu ile rzeczywiście płacimy. Dowiedzieć się jakie gatunki zwierząt w danym kraju, mogą stanowić zagrożenie (żmije, niedźwiedzie, wilki, dziki...) oraz jak zachować się na wypadek spotkania jednego z nich. Przed wyjazdem przydaje się też umiejętność rozwiązywania nietrywialnych problemów: 3 czy 4 pary majtek wziąć na te 4 tygodnie? Dzięki temu nasze bagaże ważą tylko 10-13 kg.
Trzeba dobrze znać własny organizm. Wiedzieć kiedy zrobić przerwę, np. gdy zaczyna boleć kolano, kiedy uzupełnić brak witamin, płynów (łatwo o udar słoneczny czy odwodnienie - jazda staje się wtedy koszmarem, a można tego uniknąć). Podczas upałów obowiązkowo smarujemy się olejkiem do opalania. Celem takiej wyprawy nie jest przywiezienie do domu opalenizny na ciele, dlatego nie polecam zdejmowania koszulki czy kasku podczas jazdy. Oparzenia słoneczne wcale nie pomagają w podróży. Ba, przeszkadzają! Fakt - w niektórych miejscach skóra będzie blada - widać wtedy wyraźną różnicę z tymi cześciami ciała, ktore podczas jazdy są odsłonięte. Jeśli więc na plaży ludzie dziwnie się do nas uśmichają, trzeba mieć świadomość, że trochę śmiesznie wyglądamy. No ale przecież cel uświęca środki.
Nietrudno jest przejechać jednego dnia 160, może nawet 200 km. Sztuką jest natomiast tak rozłożyć siły, żeby przez miesiąc
jechać 120 km/dzień. Poznajemy wtedy granice własnej wytrzymałości. Dlatego sceptycznie odnosimy się do zabierania kompanów "na gapę". To są już zbyt duże odległości, żeby pozwolić sobie na ryzyko zawracania z powodu czyjejś kontuzji, a im więcej osób, tym prawdopodobieństwo takowej większe. My znamy swoje możliwości. Poza tym trójka to fatalna liczba, gorsza od czwórki, choć im więcej, tym teoretycznie trudniej wyśrodkować tempo (generalnie to bierze się maksimum najsłabszej a nie jakąś tam średnią). Najlepiej byłoby jechać w pojedynkę, ale niektóre czynności są wtedy utrudnione, jeśli nie niewykonalne.
Całą podróż sfinansowaliśmy z własnej kieszeni (chyba zbyt późno zabraliśmy sie za szukanie sponsorów). W Unii wszystkie graniece przekarczaliśmy "na dowód". Nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkiego co zaplanowaliśmy - wyjazd opoźnił się o 2 dni. Ponadto program z którego korzystamy podał długość planowanej trasy mniejszą niż ta, którą przejechaliśmy (zobacz mapę). Nie żeby programiści się nie postarali czy zła baza danych - my po prostu żadko jechaliśmy głównymi drogami.