TURYSTYKA

Chorwacja 2004





      Jan Otop
      Tomasz Dąbrowski


wyprawa2004.fm.interia.pl
wyprawa2004@interia.pl

 



Informacje ogólne

Pierwotnie wybieraliśmy się nad Morze Czarne, jednak zmieniliśmy plany.

- czas przejazdu: 14 lipca - 9 sierpnia (27 dni)
- całkowity dystans: 3365 km
- średni dystans dzienny: 124,6 km
- min. dystans dzienny: 87 km
- max. dystans dzienny: 171 km
- odwiedzone kraje: Czechy, Słowacja, Węgry, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Austria

Odbywaliśmy podobne podróże m.in. wyjazd w Bieszczady (1400 km/15 dni), Słowacja-Węgry-Austria-Czechy (2600 km/25 dni).

W trasie jesteśmy przeważnie od 6 rano do zmroku. Po przebudzeniu się i spakowaniu szukamy na mapie potencjalnego miejsca na następny nocleg, zazwyczaj oddalonego od punktu wyjścia ok. 120 km (ale zdarzały się wyjątki - 170 km). Do wieczora są 2 lub w trasie 3 przerwy na posiłki (w sumie ok. 2,5h). Gdy jedziemy "pod wiatr", rozbijamy go na zmianę, co ustaloną liczbę kilometrów. Oczywiście, jeśli jest coś wartego zobaczenia i mamy odpowiednią ilość czasu - zatrzymujemy się.

Śpimy głównie "na dziko". Staramy się aby był to las. W zasadzie możnaby nocować "pod chmurką" gdyby nie komary (najgorzej jest wokół zbiorników wodnych i rzek - w takich miejscach tempo rozbijania namiotu jest znaczne). Prawie nigdy nie palimy ognisk - często o tej porze roku jest susza. Poza tym w lasach jest to zakazane, też nie chcemy zdradzać swojej obecności. Pieniądze idą prawie tylko na jedzenie. Zwykłe kanapki z masłem, pomidorem, mięsem czy serem (ważne, żeby posiłek był syty - nie "zapychał"), czasem słodycze. Pijemy dużo wody. Na niektórych stacjach benzynowych są prysznice - tanio można się umyć i zrobić pranie.

Często omijamy główne drogi. Po pierwsze - bezpieczeństwo, po drugie - jadąc wioskami poznaje się kulturę ludzi danego regionu, ich codzienne nawyki. Wybieramy drogi biegnące wzdłuż autostrad lub tych głównych - tu natężenie ruchu jest niewielkie. Przeważnie wzbudzamy sympatię, ciekawość. Czasem ludzie patrzą na nas jak na przybyszów z innej planety, często pozdrawiają. Ponieważ liczymy każdy gram, zakupy na zapas robimy tylko wtedy, gdy wjeżdżamy do "drogich" krajów.

Przy wyjeździe z dużych miast łatwo pomylić kierunek. Szkoda czasu, żeby co chwilę pytać ludzi o drogę, czy wyciągać plan. My rozwiązaliśmy ten problem kierując się na azymut przy pomocy kompasu i dopiero na obrzeżach miasta wyciągamy mapę. Jak dotąd działa.

Wybierając się do danego kraju, warto znać przynajmniej w Bratysławie kłopotu z wyjazdem nie było podstawowe zwroty grzecznościowe. Do komunikacji wystarczał nam angielski, czasem niemiecki (jeśli ktoś nie znał żadnego z nich, i przypadkowo był Węgrem, trzeba było stosować język migowo-stękany). Dobrze też przed wyjazdem zapoznać się (przynajmniej orienatcyjnie) z kursami walut. Wiadomo wtedy od razu (zysk czasu) czy z danego kantoru można skorzystać (bez porównywania jego cen z innymi). Czasem różnice bywają znaczące. Jeśli kożystamy z bankomatu - wiemy po prostu ile rzeczywiście płacimy. Dowiedzieć się jakie gatunki zwierząt w danym kraju, mogą stanowić zagrożenie (żmije, niedźwiedzie, wilki, dziki...) oraz jak zachować się na wypadek spotkania jednego z nich. Przed wyjazdem przydaje się też umiejętność rozwiązywania nietrywialnych problemów: 3 czy 4 pary majtek wziąć na te 4 tygodnie? Dzięki temu nasze bagaże ważą tylko 10-13 kg.

Trzeba dobrze znać własny organizm. Wiedzieć kiedy zrobić przerwę, np. gdy zaczyna boleć kolano, kiedy uzupełnić brak witamin, płynów (łatwo o udar słoneczny czy odwodnienie - jazda staje się wtedy koszmarem, a można tego uniknąć). Podczas upałów obowiązkowo smarujemy się olejkiem do opalania. Celem takiej wyprawy nie jest przywiezienie do domu opalenizny na ciele, dlatego nie polecam zdejmowania koszulki czy kasku podczas jazdy. Oparzenia słoneczne wcale nie pomagają w podróży. Ba, przeszkadzają! Fakt - w niektórych miejscach skóra będzie blada - widać wtedy wyraźną różnicę z tymi cześciami ciała, ktore podczas jazdy są odsłonięte. Jeśli więc na plaży ludzie dziwnie się do nas uśmichają, trzeba mieć świadomość, że trochę śmiesznie wyglądamy. No ale przecież cel uświęca środki.

Nietrudno jest przejechać jednego dnia 160, może nawet 200 km. Sztuką jest natomiast tak rozłożyć siły, żeby przez miesiąc w trasie jechać 120 km/dzień. Poznajemy wtedy granice własnej wytrzymałości. Dlatego sceptycznie odnosimy się do zabierania kompanów "na gapę". To są już zbyt duże odległości, żeby pozwolić sobie na ryzyko zawracania z powodu czyjejś kontuzji, a im więcej osób, tym prawdopodobieństwo takowej większe. My znamy swoje możliwości. Poza tym trójka to fatalna liczba, gorsza od czwórki, choć im więcej, tym teoretycznie trudniej wyśrodkować tempo (generalnie to bierze się maksimum najsłabszej a nie jakąś tam średnią). Najlepiej byłoby jechać w pojedynkę, ale niektóre czynności są wtedy utrudnione, jeśli nie niewykonalne.

Całą podróż sfinansowaliśmy z własnej kieszeni (chyba zbyt późno zabraliśmy sie za szukanie sponsorów). W Unii wszystkie graniece przekarczaliśmy "na dowód". Nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkiego co zaplanowaliśmy - wyjazd opoźnił się o 2 dni. Ponadto program z którego korzystamy podał długość planowanej trasy mniejszą niż ta, którą przejechaliśmy (zobacz mapę). Nie żeby programiści się nie postarali czy zła baza danych - my po prostu żadko jechaliśmy głównymi drogami.



Uczestnicy wyprawy

Tomek i Janek
Jan Otop (Wrocław). Student Informatyki i Matematyki UWr.
janek007.fm.interia.pl    e-mail

Tomasz Dąbrowski (Sobótka). Student Informatyki UWr. i Studium Organistowskiego we Wrocławiu
www.nomit.republika.pl    e-mail



Mapa





Dziennik podróży

Polska
Z Sobótki wyjechaliśmy w południe. Kierunek - Paczków.
Czechy
O 18.30 tego samego dnia przekroczyliśmy granicę w Gościcach. Następnego dnia Wstaliśmy po 9. Deszcz. Wyjazd o 11.15. Trzeba było przebić się przez Hruby - Czeskie Sudety Wschodnie (przeł: +992, +759). Padało do południa. Ponieważ wyjazd się opóźnił, minęliśmy zaplanowany wcześniej Ołomuniec od zachodu. Za miejscowością Prostejov zaczęły się męczące "hopki". Czesi mają dziwny zwyczaj - jeśli jest alternatywa budowania drogi doliną, żeby amplituda wysokości była minimalna, prawie zawsze budują przez środek góry. Tak jakby ktoś powiedział - "Musimy połączyć drogą te dwie miejscowości". No i łączą. W linii prostej. Kierunek Hodonin.
Słowacja
Jechaliśmy wzdłuż rzeki Morava Odtąd prawie zawsze wstawaliśmy o 6.00. Następnie drogą krajową nr 2 przez Malacky (wzdłuż autostrady - małe natężenie ruchu). Skwar. Dojechaliśmy do Bratysławy. Za granicą taniej jest wysyłać SMS-y z kafejek internetowych niż z komórki - tak też zrobiliśmy. Pojeździliśmy po rynku. Teraz wszystko ładnie (w zeszłym roku był w remoncie). Ze stolicy Słowacji do granicy z Węgrami jest ścieżka rowerowa. Po drodze było jezioro z plażą nudystów. Przejście Rusovice-Rajka.
Węgry
Kierunek Papa. Ładne miasteczka po drodze. Węgrzy lubią stawiać znaki "zakaz ruchu rowerów" w najmniej spodziewanych miejscach. Często bez żadnej alternatywy. Z początku się stosowaliśmy, jednak po pierwszej próbie objechania "zakazanej drogi" okazało się, że przybliżyliśmy się do celu o 15 km robiąc 40 (nie wspomnę o czasie straconym na pytanie ludzi o drogę - nasza mapa, z racji odległości jakie pokonywaliśmy nie była zbyt dokładna - 1:750000). Potem postanowiliśmy zakazy te ignorować. Okazało się, że obowiązywałyna odcinkach kilkukilometrowych co kilkadziesiąt (droga była takiej samej szerokości, natężenie ruchu podobne na całym odcinku - trudno tu dostrzec logikę). Za miejscowością Papa spaliśmy na ogromnej polanie, skąd ładny widok na zachodzące słońce (w ogóle na Węgrzech są niesamowicie duże "dzikie" przestrzenie na wyciągnięcie ręki). nad Balatonem

Kierunek Balaton (celowo ominęliśmy Budapeszt - byliśmy tam w zeszłym roku). Niesamowite pierwsze wrażenie, gdy zjeżdżaliśmy z pasma górskiego Bakony(+600) do jeziora. W Balatonfüred okazało się, że za pole namiotowe musielibyśmy zapłacić 6000 forintów (nad Balatonem duże pola zrzeszają się i wszędzie ceny są podobne). Znaleźliśmy małe, prywatne pole - 5-ciokrotnie tańsze (oprócz nas były tam tylko 3 osoby - z Warszawy:). Pranie, prysznic, zupka chińska i ruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie miasta.

Jechaliśmy wzdłuż jeziora w kierunku zachodnim (ścieżka rowerowa). Po drodze zrobiliśmy przerwę na kąpiel (prawie wszystkie plaże są płatne). Spaliśmy za miejscowością Keszthley. Zanim rozłożyliśmy namiot (jakieś 2 min.) komary zdążyły ugryźć nas w kilkudziesięciu miejscach. Widzieliśmy przez siatkę jak setki tych owadów próbowało dostać się do namiotu. Nie rozbijaliśmy tropiku - noc zapowiadała się pogodna. To był błąd - w namiocie były 3 male dziurki. W nocy komary były w środku. W ogóle się nie wyspaliśmy. Wydawałoby się, że to Polska jest stolicą bociana - na Węgrzech jest ich kilkakrotnie więcej. Kierowaliśmy się do przejścia w Letenye.
Chorwacja
Na przejściu ładne celniczki kierowały ruchem (w ogóle dziewczyny węgierskie prawie tak ładne jak Polki). Po stronie kolacja z Francuzami Chorwackiej trzeba było pokazać paszport. Celnicy niemili, takie cwaniaczki ale żadnych kłopotów z wjazdem. Tam też spotkaliśmy czwórkę rowerzystów z Francji (3 chłopaków + 1 dziewczyna). Wracali z Budapesztu (Austria->Węgry->Chorwacja->Słowenia->Włochy->Francja, 4000 km w 1,5 m-ca). Okazało się, że - tak jak my - jadą do Zagrzebia, potem na północ (my na południe), toteż zdecydowaliśmy, że do stolicy Chorwacji pojedziemy razem. W jakiejś wiosce zatrzymał nas trochę śmieszny człowiek na skuterku. Zafundował wszystkim po 2 kolejki lodów (miał zamontowaną przenośną lodówkę). Ciągle pokazywał na siebie i powtarzał - Made in Albania. Wieczorem znaleźliśmy odpowiednie miejsce na nocleg, wspólnie zjedliśmy kolację i zaczęliśmy rozmawiać o odbytych podróżach, planach i doświadczeniach. Zazwyczaj wstawali ok. 9 (śpiochy), ale następnego dnia postanowili, że obudzą się razem z nami o 6. Nazajutrz my gotowi do wyjazdu byliśmy już o 6.20, oni natomiast o 7.20 kończyli dopiero śniadanie. Wymieniliśmy się mailami i w końcu wyruszyliśmy. Niestety o 9.00 trzeba było się porzegnać - Tomka tylne koło zaczęło dziwnie się zachowywać (naprawa mogła zająć 5 min, mogła też trwać 2 h - nie chcieliśmy, żeby na nas czekali). Poluzowaly się śruby na konusach. W Zagrzebiu byliśmy o 14.30.

Północna cześć kraju to wielki plac budowy. Bardzo dużo inwestycji. Po zakupach w pierwszym "Konzumie" (sieć Tomek - Muzeum Wojskowe w Karlovac supermarketów) wydawało się, że jest drożej niż w Polsce - albo złotówka stoi tu słabo, albo w kantorze przy granicy kiepski kurs. Okazało się, że pewne produkty są droższe a pewne tańsze. Poza tym, wbrew pozorom, w małych sklepach wiejskich było taniej niż we wspomnianych supermarketach. Główne zabytki zwiedzaliśmy do wieczora. Wyjechaliśmy z miasta. Okazało się, że nie jest tak łatwo o miejsce na nocleg. Spaliśmy koło autostrady w polu kukurydzy. Do 1.50 komary nie dawały spać (potem pewnie były już najedzone).

Zaczęły się upały (35 stopni w cieniu). Zjechaliśmy z drogi, żeby znaleźć miejsce na posiłek. Podbiegł do nas pies i zaczął szczekać. Za nim przyszedł młody Chorwat. Powiedział, że możemy zjeść u niego - zaprosił nas do domu przedstawił żonę i 3 miesięcznego synka. Poczęstował zimnym sokiem i miętową herbatą. Janek - There are many words between Polish and Croatian which are similar. Chorwat - Police? I don't like the police he he. W tej sytuacji nie wolno było się śmiać. nocleg u Chorwatki Powiedział, które miejsca warto jest zobaczyć, gdzie jest bezpiecznie i że nie lubią się z Serbami i Bośniakami (wojna domowa 1991-95). Na koniec podarował mapę Chorwacji.

Kierunek Karlovac (tam muzeum wojskowe). W miejscowości Veljun Odbiliśmy z głównej drogi na zachód. Na mapie była to biała droga i rzeczywiście była biała - szutrowana. Ok. 17 podczas posiłku rozpętała się burza. Po jakimś czasie drzewa przestały chronić przed deszczem. Postanowiliśmy zejść w dolinę i spytać się kogoś czy możemy przeczekać np. na ganku. Schroniliśmy się w jedynym domu w okolicy, gdzie mieszkała starsza Chorwatka. Porozmawialiśmy trochę po niemiecku, trochę po polsko-chorwacku (zadziwiająca ilość słów brzmi podobnie - Chorwacja to słowiański naród). Deszcz ciągle padał i nie zanosiło się, żeby do wieczora miał przestać. Babcia zaproponowała nocleg. Pokazała gdzie schować rowery, gdzie będziemy spać. Nie chciała też nic słyszeć o zapłacie. Włączyła radio z jakąś folklorystyczną melodią i zaczęła parzyć kawę przytupując nogą w rytm muzyki. Widać było, że żadko ją ktoś odwiedza dlatego pewnie nasza wizyta sprawiła jej dużo radośći. Wieczorem deszcz przestał padać. Zrobiliśmy pranie w rzece i poszliśmy spać.

Rano mgła. Spakowaliśmy się, podziękowaliśmy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i pojechaliśmy dalej. Cały czas jechaliśmy szutrowaną drogą. Zaczęła się Chorwacja ta mniej turystyczna. Widać było ślady po wojnie - spalone, opuszczone Janek topless na polu minowym domy z dziurami po kulach w ścianach. Przez kilkanaście kilometrów nie było żywej duszy. Nagle na środku drogi zobaczyliśmy bramę z informacją o poligonie wojskowym i zakazie wstępu. Była otwarta. Żadnego strażnika (miejsca poligonów objęte są tajemnicą państwową, dlatego nie było go na zwykłej mapie). Postanowiliśmy jechać dalej. Po kilku kilometrach zaczęły pojawiac się dziwne tabliczki z trupią czaszką i taśmy z napisami "mine". Potem wojskowe mosty nad rzekami, w których widać było poprzednie - wysadzone. Cały czas jechaliśmy przez gęsty las i ani żywej duszy. Koło drogi spalone samochody i porozrzucane cześci wysadzonych czołgów. Musiał być to teren zaciętych walk. Strasznie chciało się pić - skończyła się woda. Był upał. Wjechaliśmy na polanę gdzie było z 10 czołgów - wyglądały tak "świeżo", jakby przed chwilą ktoś sobie tu zaparkował i poszedł na piwo. Nawet czapki załóg były zawieszone na lufach - pozakładaliśmy je i zaczęliśmy robić sobie zdjęcia. Po na poligonie kilku kilometrach zobaczyliśmy większy budynek - baza wojskowa - czynna. Przejechaliśmy obok - nikt nie zwrócił na nas uwagi. Dopiero gdy drogą jechał samochód wojskowy, kierowca zatrzymał się i spojrzał z niewyraźną miną. Spytaliśmy - Do you speak english? Nie mówił. Pokazał tylko ręką w kierunku wyjścia. Kiwnęliśmy głową na znak, że rozumieny i pojechał. Janek wiózł obie mapy Chorwacji (kupioną w Zagrzebiu i tą w prezencie) - zniknęły. Musiały wypaść. Zawrócił, a Tomek schował się koło drogi i czekał. Niedaleko był kolejny skład armat, czołgów i wozów opancerzonych. Też zdawały się być na chodzie. Już z większą ostrożnością Tomek szybko zrobił kilka zdjęć. Janek wrócił bez map (nie trzeba było kupować nowej - na stacjach INA były za darmo). Zbliżaliśmy się do wyjścia z poligonu, gdzie był szlaban. Nigdy nie zapomimy min strażników, gdy nas zobaczyli. No, wyjeżdza sobie dwóch turystów z samego środka pola minowego. My, niby nic, poprosiliśmy o wodę pokazując na puste butelki. Strażnik mówił coś o zakazie wstępu - my, że nie było, on - że musiał być, my - może, ale brama Plitvicka Jezera otwarta. Spojrzał, machnął ręką i powiedział - No problem. Dostaliśmy wodę i zanim otworzyli szlaban demonstracyjnie wypiliśmy na raz chyba po litrze. Trzeba było powstrzymać się przez kilkadziesiąt metrów zanim wybuchnęliśmy śmiechem. Dobrze, że nie pytali co tam robiliśmy. Pewnie nawet nie chcieli wiedzieć.

Koło drogi była niesamowicie czysta rzeka z niewielkimi wodospadami, gdzie można było się wykąpać. Woda jak na rzekę - cieplutka. Potem zwiedziliśmy najsłynniejszy Chorwacki Park Narodowy - Plitvička jezera (16 jezior połączonych wodospadami - zabytek UNESCO). Żyje tu niedźwiedź brunatny i wilk. Nocleg w bardzo wietrznej, malowniczej dolinie (zaczęły się prawdziwe Góry Dynarskie). W nocy obudził nas deszcz i burza. W ekspresowym tempie rozłożyliśmy tropik.

Adriatyk Następnego dnia przejechaliśmy 44 km na czczo - czasem sklepy nie stoją za każdym rogiem. Tu wyraźnie widać Chorwację biedniejszą. Po drodze dużo cmentarzy z nowymi nagrobkami. Ogromne pustkowia (kamienne podłoże, nie nadające się do upraw). Wakacje są tu okresem godowym dużych koników polnych - na początku od ich "śpiewu" może rozboleć głowa, potem można się przyzwyczaić. Klimat wyraźnie zaczynał się zmieniać (dziwne rośliny i drzewa - m.in. palmy). Za miejscowością Vrogac, na przłęczy tunel. Potem malowniczy zjazd do płaskiej jak stół doliny, gdzie ludzie uprawiali warzywa i owoce. Trudno było znaleźć nocleg - wszędzie, gdzie tylko kawałek równego terenu były domy albo pola uprawne (na nich ludzie). W końcu zobaczyliśmy morze.
Bośnia i Hercegowina
Krótki (10 km) odcinek tranzytowy w drodze do Dubrovnika. Nic ciekawego.
Chorwacja
Tomek Na stacji benzynowej spotkaliśmy dwóch Niemców - też przyjechali tu na rowerach. O 17 byliśmy w Dubrovniku (miasto założone przez Rzymian w VII w. - zabytek UNESCO). W starszsej części miasta - twierdzy niesamowity klimat. Uliczki węższe niż w Pradze. Specyficzne domy i niezliczone zabytki. Uliczni muzycy. Kolację zjedliśmy na skraju morza na ławce gdzie kiedyś była fosa (w ogóle często szukaliśmy miejsca, gdzie posiłek stawał się nietypowy). Zostaliśmy tu do pół do pierwszej w nocy. Wyjeżdżając z miasta, na moście zaczął wiać silny wiatr. Zaraz potem zaczęło padać. Jedyne miejsce gdzie można było się schronić był "dach" (takie żaluzje ustawione poziomo - na nasze nieszczęście projektant pewnie zakładał schronienie przed Dubrovnik słońcem, nie przed deszczem) przy wieży strażniczej za mostem. Mokliśmy prawie tak, jakbyśmy stali na środku ulicy. Z suchutkiego środka strażnik patrzył tylko dziwnie, zadowolony pewnie, że nie jest na naszym miejscu. Zaczęło robić się zimno. Przestało padać. Ruszyliśmy. Znaleśliśmy przy zjeździe z głównej drogi szutrowany odcinek z zakazem ruchu. Środek tej drogi był jedynym płaskim terenem w okolicy. Rozbiliśmy tu namiot zakładając, że Chorwaci przestrzegają przepisów drogowych. O 2.30 sen.

Do miejscowości Ploče wracallśmy tą samą drogą (jeśli ktoś w przysłości zamierza jechać rowerem w Chorwacji wzdłuż wybrzeża, polecamy kierunek przeciwny do naszego - przeważają tu wiatry północno-zachodnie, my prawie ciągle musieliśmy jechać pod wiatr). Po drodze wykąpaliśmy się (3 h przerwa). Plaże są kamieniste. Woda czysta, ciepła i słona. Niewiasty opalają się topless. Palmy. Morze i góry. No, fajnie tu. Wieczorem znaleźliśmy odpowiednie miejsce na nocleg (ciągle były góry - o Janek pod palmą takowe trudno). W Chorwacji każda ścieżka gdzieś prowadzi. Przeważnie tam, gdzie są ludzie. Zadowoleni, że takie fajne miejsce z widokiem na oświetlony port w oddali, rozbiliśmy namiot. Usłyszelismy szczekanie psa (jak pies to i człowiek). Widać było kontury postaci (było ciemno). Zapalilismy latarkę z zamiarem porozmawiania (najpierw poświeciliśmy po sobie, rowerach, namiocie). Były dwie kobiety (jedna mówiła po angielsku). Zapytaliśmy czy możemy tu spać. Powiedziała, że przecież minęliśmy pole namiotowe. My, że nie widzieliśmy pola (przecież nie musiały wiedzieć, że prawie w ogóle nie kożystamy z usłóg takowych). Zgodziły się, uprzedzając, że w nocy może szczekać pies i nie wyśpimy się. Pies szczekał do późna. Niestety, małe burki szczekają najgłośniej.

Ponieważ Tomka tylne koło nie nadawało się do dalszej eksploatacji, postanowił kupić nowe. Na stacji dowiedzieliśmy się, że droga wzdłuż morza najbliższy sklep rowerowy za 30 km w Makarska (nawet dwa - dobrze, konkurencja). Jankowi łatana dentka zaczęła puszczać (znajdując sklep można było upiec dwie pieczenie na jednym ogniu). Tam w EuroBike na drzwiach była naklejka "Tax free" (można liczyć na zwrot 22% ceny na granicy), jednak sprzedawca nie miał pojęcia co z tym fantem zrobić. Dzwonił gdzieś ale niczego sie nie dowiedział. O 17 zrobiliśmy przerwę na darmowej plaży. W tych terenach miejscowi nie byli już tacy mili. Ani wody nie chcieli nabrać w sklepie, ani nie pozwolili Tomkowi zrobic kupy w restauracji. Przed Splitem znaleźliśmy drogę w remoncie. Nie było innego miejsca, więc na asfalcie rozbiliśmy namiot. W nocy trzeba było uważać, żeby sobie zembów nie wybić podczas obracania towarzyska noga Tomka na drugi bok.

W Splicie (kolejny zabytek UNESCO) domy i uliczki jak w Dubrovniku. Ładny port i starożytne budowle. Grupa 5 muzyków umilała czas śpiewając a capella folklor chorwacki. W Sibenik spotkaliśmy 2 rowerzystów - z Austrii i Ukrainy. W Zadarze zobaczyliśmy główne zabytki. W Chorwacji widzi się dużo policji. Dobrze. W tej części kraju już łatwo o miejsce na nocleg.

Postanowiliśmy przejechać wyspę Pag, potem promem do miejscowości Prizna. Krajobraz kamienistej pustyni. Po horyzont ani jesnej roślinki. Mijaliśmy porozjeżdżane węże (nawet do 1 m) - trzeba było uważać tylko na żmije. Prom "Jadrolinija" tani (24 kn z rowerem). O 14.30 skończyła się woda i jedzenie. Ciągle upał. Do 18.00 (145 km) żadnego sklepu. Dojechaliśmy do Senj. Potem odbiliśmy w kierunku Zagrzebia. Przed nami 2 przełęcze (+698, +887). Ludzie znów nagminnie zaczęli machać (jakiś kierowca nawet salutował). Z Vratnika ostatnie spojrzenie na morze. Tu zaczął się już normalny krajobraz. Przejechaliśmy Karlovač. Minęliśmy Zagrzeb (kierowcy jeżdżą tu szybko i niebezpiecznie). Granicę przekaroczyliśy w Letenye o 21.30. Tego dnia padł rekord - 171 km.
Węgry
Kierunek Zalaegerszeg. W pałacu (ładny w środku, z zewnątrz trochę zniszczony, duży ogród) w Fertöd odbywał się festiwal muzyki klasycznej "Haydn at Esterháza". Słychac było instrumenty ćwiczących muzyków (pierwszy koncert był następnego dnia). Niesamowita atmosfera. Do granicy była ścieżka rowerowa.
Austria
Spędziliśmy wieczór nad Nezyderskim Jeziorem. Fajnie to wyglądało, jak ludzie stali w wodzie ponad 100 m od brzegu i Nezyderskie Jezioro zanurzeni byli do kolan (max. głębokość 5 m). Austriacy to naród bardzo spokojny (nawet małe dzieci zdawały się wiedzieć, że nie powinny płakać czy biegać). Dużo uprawiają sportów. Bezpiecznie jeżdżą samochodami.

Wiedeń. Zwiedziliśmy oprócz głównych zabytków te, które przeoczyliśmy w zeszłym roku. Na Placu Św. Stefana spotkaliśmy Słowaka - mima przebranego za anioła. Powiedział, że był rowerem w Pakistanie, Iranie, Turcji, Bułgarii. Podał dużo praktycznych informacji dotyczących tych krajów (kto wie, może za rok?). Mówił coś o wspólnej podróży. Wymieniliśmy się adresami. Spieszył się na pociąg do Bratysławy. W katedrze Votivkirche o 19.15 Tomek poszedł na koncert chóru "Dedham Choral Society" (muzyka A. Dvořák). Janek wolał pojeździć jeszcze po starówce. Spaliśy pod Wiedniem, skąd ładna panorama na miasto nocą.

W Austrii prawie w ogóle nie ma lasów. Na granicy spotkaliśmy Polaka wracającego vanem do kraju - Jaszcze taki kawał, i to na rowerach? Zabrałbym was chłopaki, ale tył mam zawalony.
Czechy
Spaliśmy koło Lipuvki. Ognisko pożegnalne. Ładne rynki małych miasteczek. Czeskie wioski wydają się bardziej "zbite" od naszych.
Polska
Przejście Przeł. Międzyleska. W nocy było zimno. O 14.30 byliśmy w Sobótce.


 

<< Powrót
Strona Główna