TURYSTYKA

DIABELSKA  PODRÓŻ

Ryszard de Teisseyre

część 1 << część 2 >> część 3

 

Wiatr we włosach, zapach, walka z przeciwnościami, łzy wzruszenia, pot, duma z pokonania własnych słabości, piękno i potęga natury, cudowne wspomnienia, łzy wściekłości, smak przygody, poczucie własnej wartości – to tylko niektóre z doznań jakie może dostarczyć rower – ta najwspanialsza maszyna, jaką wymyślił człowiek !

 (Czajkowski-Pawłucki)

 

 

Informacje ogólne

Cała wyprawa miała objąć basen Bałtyku od końca Polskiego wybrzeża do końca Szweckiego i dystans 2600km z zakończeniem w Ystad a liczona była na 30 - 34 dni. Z przyczyn losowych - o czym przeczytacie - zakończona została nieco wcześniej

  • czas przejazdu: 27 06 - 21 07 2003 (25 dni)
  • całkowity dystans - 2135km
  • czas jazdy - 20 dni
  • Średni dystans dzienny - 106,75 km
  • max dystans dzienny - 145 km
  • min dystans dzienny - 35 km
  • średnia prędkość dzienna - 18 do 23 km/h
  • odwiedzane kraje - Litwa, Łotwa, Estonia, Rosja, Finlandia, Szwecja.

Uczestnicy

Ryszard de Teisseyre, Wrocław, fizyk jądrowy, pracownik Politechniki Wrocławskiej, członek Dolnośląskiego Towarzystwa Cyklistów. Wyprawy rowerowe od 1996 roku, m in Hiszpania i Portugalia, wyżej opisana, Krym i Kaukaz.
e-mail rteisseyre@poczta.onet.pl
Ryszard Grześkowiak, Piła, pedagog, pracownik biblioteki, członek filii DTC, wyprawy rowerowe po Polsce i jak wyżej.
e-mail rysiekzpily@interia.pl

Mapa

WSTĘP

 Już w długie grudniowe wieczory natrętne myśli o nowej przygodzie, nowej wyprawie nie dawały spokojnie konsumować słodkiego lenistwa świąt i przełomu roku, gdzie przy sylwestrowym kieliszku rozmowy niezmiennie kierowały się w stronę roweru – tego największego wynalazku człowieka. W nogach tych rowerowych kilometrów mam parędziesiąt tysięcy a wrażeń wciąż za mało. Polskie eskapady których było sporo, już mnie tak nie bawią. Ogromny sukces „Przeświętej wyprawy” (Hiszpania i Portugalia), która dała mi poczuć smak dużej przygody, pokazała piękno dalekich krajów - zaostrzył tylko apetyt i postawił poprzeczkę o parę oczek wyżej. Poznawanie naszej planety z użyciem tylko własnych mięśni - to duża sprawa, wszak szczytów górskich nie zdobywa się z pomocą śmigłowca – choć można. Więc jedno zostało powiedziane – jechać trzeba!

 W styczniu było już wiadomo gdzie – kierunek wschód - a ściślej kraje nadbałtyckie, Rosja, Finlandia i Szwecja – aby objechać ten nasz Bałtyk prawie wokoło, wszak kocham morze na równi z górami, bo właśnie w tych krainach trzeba się zmagać z naturą, i rozkoszować nią równocześnie, podziwiać i korzystać z jej mocy- bo w końcu jesteśmy jej dziećmi.

 JEGO WYSOKOŚĆ DIABEŁ

 Przygotowania ruszyły już w kwietniu jako że trzeba było sporo ekwipunku uzupełnić i podciągnąć kondycję rowerową. W zimie dane mi było trochę na nartach poszaleć, więc nie byłem całkiem „zwapniały”, ale to jeszcze za mało. Moim kompanem jest imiennik Rysiek vel Diabeł – poznany w 2001 roku na wyprawie iberyjskiej. Ksywa ta pasuje do niego jak ulał, bo ma on coś w sobie z diabła zarówno w wyglądzie jak i charakterze. Sylwetka całkiem postawna że nie powiem, trochę groźna, choć jest on pacyfistą o gołębim sercu. Czarna bródka okala ostry podbródek a na głowie falują ciemne włosy, z rzadka przetykane srebrną nitką – tworząc całkiem zgrabną, nieco zębem czasu wyskubaną fryzurę. Charakter podobny ma do włosów, w rozumieniu koloru oczywiście, lecz brakuje tu rogów, czego nie można powiedzieć o duszy która jest przy tym bardzo wrażliwa – nie tylko na piękne zadki. Lubię patrzyć jak się uśmiecha, gdy błyszczą mu nie tylko białe, równe, wręcz niemowlęco małe zęby, ale też ciemne oczy zmieniają się w małe węgliki o rubasznym, nieco uwodzicielskim wyglądzie. Mówi bardzo szybko, tak samo wstaje rano bo jest z gatunku skowronków, potrafi siknąć byle gdzie lecz nie znosi brudu dłużej niż 2 dni. Bardzo lubi wspomnieć korzenie rodzinne – wiec mówię mu – „Wasza Diabelska Wysokość” – a krótko – „Wasza Diabelskość”. Będąc z nim rok później na rowerowym objeździe pojezierza Drawskiego, wymyśliliśmy tę wyprawę, zaplanowaną na 2650 km. i 4–5 tygodni czasu, wliczając w to postoje w co ciekawszych miejscach. 26 czerwca moja aluminiowa „Merida” z 25 kilogramami bagażu wsadzona została do pociągu, aby po 6-ciu godzinach jazdy wylądować w Pile – rodzinnym mieście Diabła. Oczywiście on był zupełnie niegotowy i walczył z tobołami do 4-tej rano a pociąg do Tczewa był tuż, tuż.

 PRUSY WSCHODNIE

 

 W Tczewie uroczyście dosiadamy naszych jucznych rowerów i oczywiście pod wiatr zmagamy się z pierwszym etapem do Fromborka. Diabeł jest odpowiedzialny za zdjęcia, ja filmuję na video, co oczywiście jest sporym utrudnieniem, gdyż kamerę muszę chwytać dosyć często, niezależnie od warunków, aby reportaż był w miarę wierny. Pierwsze zdjęcia robią nam na tle zamku w Malborku przygodni kloszardzi raczący się na ławeczce granatowym napojem. Dzień następny już jesteśmy na granicy w Braniewie, po pokrzepiającym noclegu we Fromborku. Nie tylko musimy kupić tzw. voutchery które nijako zastępują przepustkę do Rosji i nic innego nie dają – to okazuje się że granicę można przekroczyć tylko autem lub pociągiem. Decydujemy się na to drugie. Pociąg–stodołę opanowały beztroskie grupy handlarzy udających się do Kaliningradu na łowy. W wagonie jest wesoło, ludzie obskakują nas natychmiast zalewając potokiem pytań, wskazówek i dobrych rad. Uprzejma pani wypełnia nam deklaracje w tych voutcherach – co nie jest takie proste ani oczywiste – oraz instruuje jak bezpiecznie przekroczyć granicę. Dawno już nie widziałem prawdziwej granicy – a tu cofamy się do środka ubiegłego wieku. Deklaracje celne i postawna celniczka z kroczącym za nią jak cień, małym lecz żylastym kaumukiem o świdrującym spojrzeniu małych czarnych oczu i „kałachem” gotowym do strzału – to pierwsze co widzimy.

 - A wy kuda na wełocypedach? – nie może nadziwić się pani celnik. Na odpowiedź iż na razie do Petersburga, unosi brwi wysoko i wydyma usta w trąbkę:

 - Uuuaa...niewazmożno – a czto wy tam prawozitie, pistalieta u was niet? nu pakażi kiszki (sakwy).

Zaczynają dobierać się do moich bagaży, na szczęście nie tam gdzie jest kamera. Na zewnątrz krążą sałdaty, granica jest odrutowana kolczatką i rozdarta pasem zagrabionej ziemi o szerokości kilkudziesięciu metrów. Jedna z pasażerek wychodzi z pociągu by po chwili wrócić z dwoma wypchanymi torbami. Pociąg rusza a na stoliku lądują flaszki z ruską wódką, tańszą niż nasza mineralna. 

- No koledzy, za waszą wyprawę i dobry początek – dawajcie stakany !!

Protesty nic nie pomogły, 0,5 litrowe kubki na herbatę spełniają rolę kieliszków i wesoło nam się jedzie! Za oknem pierwsze krajobrazy dawnych Prus wschodnich, szerokie tory i szare budownictwo. Wagon bawi się w najlepsze a my robimy uniki przed kolejnymi toastami.

KALININGRAD wita nas wielkim dworcem a na peron wytacza się pijana w dym brać handlarska, którą natychmiast osacza czujny patrol milicji, kłócąc się o wysokość dzisiejszego haraczu. Już przy dworcu pierwszy charakterystyczny obrazek, tak bardzo typowy dla tego dziwnego kraju – stara cysterna na dwóch kołach i dystrybucja kwasu chlebowego, najtańszego tu napoju – w kubkach wielokrotnego użytku. Przy szklaneczkach całkiem dobrego picia możemy zacząć szlifować nasz rosyjski wdając się w pogawędkę z małżeństwem dojącym tą powojskową beczkę, jako jedynego żywiciela rodziny.

W samym Kaliningradzie trudno by znaleźć ślady dawnego Królewca. Miasto to przez całą powojenną historię było zamknięte dla świata i jak cały obwód należało do strefy militarnej sowieckiego imperium. Budownictwo to typowy socrealizm – duże, sztampowe bloki, szarzyzna i beton, aczkolwiek zachowało się trochę staroci z dawnych czasów. Jedna też rzecz w Rosji od razu nas poraziła – to kobiety. Naprawdę Rosjanki – szczególnie te młode – są fantastyczne: wysokie, zgrabne, o charakterystycznych rysach twarzy które mnie się szczególnie podobają – za to Diabeł z reguły patrzy poniżej pasa i z tyłu – a jak mu wtedy oczy błyszczą!! Już od pierwszych metrów taśmy w kamerze – która jest w użyciu bardzo często – można zobaczyć w ramach przerywników panoramy i zbliżenia wspaniałych zadków spotykanych na naszym długim szlaku – i to właśnie na życzenie Jego Wysokości.

Po ochłonięciu z pierwszych wrażeń ruszamy szybko w trasę która prowadzi mierzeją Kurońską równo na północ w stronę Litwy. Ten cienki pasek lądu, podobny do półwyspu Helskiego, jest prawie bezludny, z asfaltową szosą środkiem której z rzadka suną samochody. Oczywiście mamy wiatr w twarz a wokół lasy i lasy. Nie ma na czym oka zawiesić, trzeba zmienić się w maszynę do kręcenia i mozolnie nawijać kilometry na koła. Ale to jest dopiero preludium do przestrzeni i pustek dalszej trasy. Pierwszy nocleg w terenie – oczywiście na dziko – jest nad zalewem. Dysponujemy znakomitym 3–osobowym namiotem z tropikiem, klasy wysokogórskiej, o dużej wodoodporności i małej wadze (2,6 kg) oraz dobrym sprzętem trekingowym – do spania ultra lekkie materace dmuchane (żadne karimaty!) i puchowe śpiwory. Do przetrwania mamy w pełni wyposażoną kuchnię z mikro butlą gazową, zupy i odżywki prawie na miesiąc, żelazne racje żywności jak sucha kiełbasa i smalec – co okazało się bardzo przydatne na pustkowiach - oraz gaz bojowy, który zawsze jest w namiocie pod ręką. Straszono nas przed wyjazdem, że bandity, że wory i inna sfałocz którą możemy tam spotkać – a my niezmiennie dawaliśmy temu odpór – „bo kto by chciał zadrzeć z diabłem?” Nad zalewem duje mocno i dokucza wieczorne zimno, mimo to Diabeł robi gołą kąpiel, co nie omieszkuję uwiecznić na taśmie – ku późniejszej uciesze jego wielbicielek. Cholernie daje się we znaki piach, włażący w każdą dziurkę, w jedzenie i w zęby – wiec jest to ostatni nasz nocleg na plaży.

 „LITWO – OJCZYZNO MOJA”

 

 Wasza diabelskość, proszę szklankę mleka od tej jałówki – zwracam się do kompana z rana – jako że śniadanie jemy na pastwisku obok plaży, otoczeni wianuszkiem krów i chmarą czarnych muszek. W lekko siąpiącym deszczu przemierzamy kosę (mierzeję) w stronę granicy litewskiej. Na szczęście temperatura jest idealna do jazdy – ok. 20st i po błyskawicznej granicy jesteśmy już na LITWIE. Tuż za szlabanem zaczyna się ścieżka rowerowa wijąca się niedaleko szosy głównej. Jazda jest prawdziwą przyjemnością i mkniemy ponad 25km/h. Tylko raz spotykamy cyklistów, chyba z zachodu , sądząc po strojach i wyposażeniu. Co jakiś czas wyciągam kamerę i w pędzie filmuję z nad kierownicy, aby jak najlepiej oddać to, co widzą nasze oczy. Po szybkim obiedzie na przydrożnej ławeczce, długim zjazdem a następnie promem docieramy do KŁAJPEDY. To jest duże, portowe miasto. Przy nadbrzeżu podziwiamy stare i nowe żaglowce a w mieście wiekowe kamieniczki. Rozmawiamy z miejscowymi, nie ma tu problemu z rosyjskim, a Diabeł w przerwach pilnie studiuje język litewski z podręcznika rozmówek. Trzeba przyznać, iż w trakcie całej wyprawy mój towarzysz nauczył się biegle mówić w trzech nadbałtyckich językach, wprawdzie po 5 słówek – ale za to z dobrym akcentem. Litwa jest już trochę inna od Prus Wschodnich, zdecydowanie bardziej cywilizowana. Są tu lepsze samochody, ładniejsze sklepy, lepiej ubrani ludzie. Widzimy co jakiś czas pamiątki po związku sowieckim, najczęściej w postaci żołnierzy na cokołach czy gwiazd na obeliskach. Jestem pierwszy raz za wschodnią granicą, chłonę tą specyficzną egzotykę z wielkim nabożeństwem i ciekawością – choć ten prawdziwy wschód dopiero nas czeka.

Dzień jest już dosyć długi, możemy więc za noclegiem rozglądać się nawet grubo po 20-tej, co pozwala nam na dobre przebiegi dzienne. Gdyby nie walka z północnym wiatrem – robilibyśmy powyżej 160km dzienne, a tak dziś tylko 113. Opanowaliśmy sprawę picia i mycia – mamy dodatkowo po jednej 1,5 l butli z wodą i to nam starcza na herbatę, kawę, wieczorne zęby oraz ranną toaletę, łącznie ze śniadaniem. Mycie się w menażce jest zupełnie skuteczne, choć Diabeł ma drobne problemy z szorowaniem pupy i przodu, a wtedy dostaje złego humoru, zastanawiając się głośno:

 - Jak to robią ci pod Everestem – co, wchodzą z brudnymi jajami !!??

Ze spaniem nie ma problemu, jeszcze w kraju ustaliliśmy że śpimy na dziko i wychodzi nam to całkiem zgrabnie. Śpimy w różnych miejscach – a to na pastwisku, to na kawałku trawy w zagajniku, innym razem we wrzosowisku a teraz nad glinianką, gdzie Diabeł zażywa gołej kąpieli, choć jest +8 stopni. Wieczorne ognisko dodaje nam jednak otuchy a puchowe śpiwory pozwalają przetrwać prawie mroźną noc z bliską zeru temperaturą. Ale nie tylko zimno nas atakuje. O 4-tej rano chmary ptaków zaczynają piekielny koncert, tak głośny i przenikliwy, że przy nim nawet sławetny chór wujów – jest dziecięcym kwileniem!

Całą Litwę pokonujemy pod wiatr, walcząc nie tylko z kilometrami ale i z pustką niezwykłą, przy której otwarte równiny Hiszpanii z poprzedniej wyprawy – wydają się parkiem spacerowym. Od horyzontu po horyzont – pastwiska i łąki a czasem trochę pola uprawnego i posadzone gdzieś w oddali samotne chałupki. 100 kilometrów jazdy – a mija nas ledwo aut kilka, choć jest to główna szosa. Nas to w zasadzie cieszy – bo normalnie samochody, a szczególnie wielkie TIRY – są przekleństwem cyklistów. Tworzy się tu jednak nowe zjawisko. Monotonia, samotność i nuda zmieniają nas w tępe maszyny do połykania kilometrów, a oczy z utęsknieniem szukają innych kształtów i kolorów, niż płaska szarość asfaltu bez żadnych kresek, strzałek i zebr. Jak dobrze że mam towarzysza, bo przyszłoby mi mówić sam do siebie – jak to bywało gdy zaczynałem pierwsze samotne wyprawy po Polsce. Przejeżdżając przez miejscowości, zawsze spotykamy się z życzliwością tubylców, słowami podziwu i uznania, Nie inaczej jest w Skoudas, gdzie wydajemy ostatnie lity na piwo. Zainteresowanie niezwykłymi gośćmi w knajpie jest spore, częstują nas tutejszymi specjałami, dopłacają do rachunku gdy brakuje nam drobnych na przekąskę. Przed nami granica łotewska, ale tu niespodzianka – przejście jest tylko lokalne – a więc powitamy Łotwę dnia następnego, nadkładając 25 kilometrów.

 

 

 

 

 ŁOTEWSKIE DUCHY

 

 Do Łotwy wjeżdżamy ostrym bajdewindem i trzeba mocno halsować aby trafić na jakąś knajpę z gorącą kawą i obiadem. Dla nie żeglarzy objaśniam, że oznacza to dalszą walkę z przeciwnym wiatrem - czyli tzw. wmordewindem lub krótko – wmordzielem. Na komfort przydrożnej kawy pozwalamy sobie prawie co dzień w miarę możliwości, a na komfort dobrych obiadków w knajpie – w miarę zasobności. Tu na Łotwie czeka nas zasłużony dzień odpoczynku po pierwszych 530 kilometrach drogi i pięciu dniach kręcenia pod wiatr. Po 135-cio kilometrowym etapie wyczerpującej jazdy docieramy do JURMAŁY – największego i zarazem jedynego kurortu nadmorskiego. Jest tu pięknie i rozbijamy namiot na campingu, rozkoszując się ciepłym prysznicem i piwem w tutejszym barze. Rozciągnięcie się na plaży i kąpiel w chłodnym morzu jest wielką sprawą, jako że zaświeciło słońce i małe lenistwo jest nam bardzo na rękę. Zwiedzamy kurort, który jest jedną, długą na 20 kilometrów szosą, wijącą się wśród lasów i upstrzoną po obu stronach domami wczasowymi, willami i daczami co bogatszych łotyszy.

- Wasza diabelskość – Słońce !!! – krzyczę w ucho Ryśkowi – z radością obserwując znikające błyskawicznie krople wody z tropiku po wieczornym i całonocnym deszczu. W pięknym słońcu witamy RYGĘ której szeroka panorama rozciąga się już od mostu, otwierającego nam to miasto, wchłaniające bardzo gęsty i hałaśliwy potok pojazdów w którym lawirujemy jak kra na rzece, usiłując coś sfilmować i pstryknąć fotki. Stara Ryga nas oczarowuje i jest warta zwiedzania. Trafiamy akurat na koncert folklorystyczny odbywający się na centralnym placu przed ratuszem. Diabeł dokonuje pierwszego zagranicznego zakupu i jedzie dalej w gustownej mycce na głowie , przypominającej – jako żywo – dziergany durszlak.

 - To dla córy – usprawiedliwia się.

Wiatr w plecy który nam teraz wieje, okazuje się bardzo zdradziecki. Radość trwa krótko, bo robi się coraz ciemniej, choć jest wczesne popołudnie. Nadal wokół pustki jak na Litwie, braki picia uzupełniamy więc deszczówką z wanny przed jedyną, zresztą pustą chałupą jaką spotykamy na drodze. Już widzimy że goni nas pierwsza na wyprawie burza, a jak się okazało – zwiastunka prawie dwóch tygodni deszczu i niepogody która nam towarzyszy aż do Finlandii. Mija 10 minut i stoimy na środku szosy w strugach potwornej ulewy i grzmotach piorunów które dźgają ziemię w odległości 50 metrów od nas. Nie ma mowy o jeździe, zakrywamy siebie i sakwy narzuconymi w pośpiechu pelerynami, modląc się do niebios o litość. Stopy obmywa coraz szybszy strumień potoku jaki stworzył się na szosie idącej tu lekko w górę. Trwa to dobre 15 minut, w czasie których muszę szybko zdemontować alarm rowerowy. Dostał on kompletnej wariacji, wzywając wszystkich świętych donośną syreną – a miał być wodoszczelny! Kilka kilometrów wcześniej widzieliśmy uroczy, zatopiony w zagajniku, opuszczony dworek. Jak się później okazało, jest on jednym z wielu takich pustych, często bardzo pięknych, lecz zawsze zupełnie zdewastowanych obiektów, spotykanych na całym szlaku wschodnim – i w nim to właśnie widzimy nadzieję na przetrwanie. W przerwie między ulewami pędzimy z powrotem do tego zbawczego miejsca, które wita nas gustownym gankiem i pustymi oczodołami okien. Dworek jest cały z czerwonego kamienia przetykanego łukami różowych cegieł, piętrowy, z czerwonym dachem i okolony dziką, 1,5 metrową trawą. W środku kompletna ruina, pozwalane schody, obite z tynku ściany i częściowo spróchniałe podłogi. Adoptujemy jedną izbę na bazę zakrywając okna starymi drzwiami, by wiatr nie zdmuchnął nam maszynki. Zwiedzamy pomieszczenia, których jest około 20, a ja widzę barłóg ze stertą szmat i resztek pościeli z której tu i ówdzie sterczą kości lub coś co je przypomina. Wszystko co mokre wieszamy na sznurku i barykadujemy się w pokoju podpierając drzwi drągiem w nadziei że zatrzymają, jeśli nie duchy, to chociaż nieproszonych gości. Noc jest czarna jak w piramidzie egipskiej a tajemnicze szmery i stuki nie dają nam długo zasnąć – brrr – Straszny Dwór !

- Panie markizie – słońce !! – teraz kompan tymi słowami budzi mnie z czarnego snu. Dwór za dnia wygląda przyjaźniej i nawet znajdujemy kibel prawdziwy, choć mocno sfatygowany i z czarną muszlą. Zaglądam raz jeszcze do ciemnego pokoju z barłogiem – cholera – kości nie ma!!

 System egzystencji i podział ról mamy opanowany już bezbłędnie. Ja gotuję, filmuję i piszę – Diabeł jest pomywaczem, sprzątaczem i krawcem a czasem mechanikiem. Rano menażkowa toaleta, potem składanie obozu i śniadanie, co trwa trochę długo, bo każda rzecz musi starannie być umieszczona na swoim miejscu w sakwie – inaczej się nie zmieści. Znacznie szybciej jest jak nocujemy bez namiotu i to zdarza się coraz częściej, choć jesteśmy przygotowani na złe pogody. Dziś, po ekspresowej ewakuacji ze Strasznego Dworu jadę w mokrych butach a rowery przypominają stragany, bo część rzeczy suszy się na kierownicy i ramie. Musimy wyglądać dosyć komicznie bo co niektórzy kierowcy klaksonem objawiają swoją radość, uśmiechając się szeroko. Valimiera wita nas popołudniową kawą w parkowej knajpie a ja wystawiam bose nogi na nikłe promyki słońca, świecące niczym reflektor teatralny przez dziury w gęstych koronach drzew i parkowym baldachimie.

 

 ESTOŃSKIE DZIURY , CHMURY I DOBRE SERCA

 Nowy kraj wita nas łzami deszczu który sączy się powoli, aczkolwiek systematycznie. W krajobrazie zmienił się głównie kolor domów – tu charakterystyczne są niebieskie z białymi drzwiami i okiennicami. Szczególnie malownicze są starówki w odwiedzanych miasteczkach, złożone z kolorowych kamieniczek w zupełnie europejskim stylu. Tu też, tak jak na całym szlaku spotykamy po sowieckie pamiątki, najczęściej pomniki „bohaterów” , marmurowe obeliski z gwiazdą i wojskowe cmentarze. Dla nas jest to ciekawy folklor tych stron, aczkolwiek znajdujemy jeszcze inne pamiątki, które nie są tak przyjemne dla oka a wręcz fatalne dla nosa – to toalety. Nie są to znane nam kible „tureckie” z dziurą, dwoma płytkami na stopy i spłuczką. Tu po prostu sterczy końcówka rury kanalizacyjnej na środku małego prostokąta z betonu. O żadnym płukaniu nie ma mowy, ekskrementy usuwane są w sposób naturalny – z pomocą bakterii, robaków, much, erozji i upływu czasu. Krótko mówiąc – przybytek można znaleźć z zamkniętymi oczyma.

Po 131 kilometrach pierwszego estońskiego etapu pogoda nie pozwala jechać dalej. Potwornie czarne chmury pędzą nam nad głowami. Ucięte równo od dołu niczym nożem giganta, suną z wielką prędkością równolegle do horyzontu a dywanem upiornego cienia kryją ziemię, wyglądając jak złowrogi, niebotycznie wielki statek kosmiczny. Uciekamy do jedynej na pustkowiu chałupy gdzie przyjmują nas bardzo gościnnie, poją litrem czarnej kawy i proponują nocleg na pięterku. Gospodarze Aivar i Ilme wraz z gromadką ciekawskich dzieci są bardzo mili i ciekawi naszych losów. Ponieważ Diabeł biegle po estońsku mówi tylko „dzień dobry” – rozmawiamy po rosyjsku, który to język staje nam się coraz bliższy. Pastawi pałatku, zdiełaj czto nibuti na wkuszanie, bieri wełocypeda, pajechali – takie coraz częściej dialogi słychać między nami – oj, car by się ucieszył! Syci więc i ogrzani możemy się trochę rozejrzeć, jak tu żyją ludzie. Chałupa drewniana, bez łazienki, za to z kiblem i muszlą w kształcie kielicha, otynkowaną wewnątrz wieloletnią skamienieliną odchodów, bez spłuczki i deski co nie różni ją zbytnio od spotykanych dziur, szczególnie pod względem koloru, użyteczności jak i zapachu, który konsekwentnie wypełnia nasze pięterko i hol wejściowy. W nim to prawem kontrastu stoją supernowoczesne lodówki i zamrażarki firmy Bosh. Za łazienkę służy część obory przerobiona na niby saunę z czarnymi od sadzy ścianami. Pali się tu pod kamieniami a dym wychodzi wprost przez drzwi. Rytuał kąpieli w misce ciepłej wody rodzina odbywa raz w tygodniu. My wolimy korzystać ze studni na podwórzu.

Dalsze kilometry umykają spod kół, a my znów zmieniamy się w maszyny do ich mielenia, tyle że wyszło słońce, co pozwala nam po paru godzinach rozkoszować się pysznym piwem na rynku w mieście TARTU. Tu pierwszy raz spotykamy dwóch globtroterów takich jak my - no może prawie. Oni są austryjakami, ale jest inna różnica między nami – my mamy grube sakwy i cienkie portfele, oni dokładnie odwrotnie.

- A co wy robicie jak jest zimno? – pytam trochę zdziwiony

- o tu mam mała kurteczkę – rzecze Hans w czubatym kasku i kolorowej kolarskiej bluzie.

- No a jak leje? – nadal jestem dociekliwy

- das ist kein problem – jedziemy mokrzy! To mówiąc otwiera małą torebkę na tylnym bagażniku. Jest tam kosmetyczka, sweterek, kurteczka i bielizna na zmianę.

- To wszystko co wieziemy – mówi spoglądając na nasze wielbłądy.

- A gdzie u was namiot, śpiwór, kuchenka...? – nie daję za wygraną. Tu Hans uśmiecha się wskazując na grubą saszetkę zawieszoną na szyi.

- Ona nam zastępuje wszystko to, co wy wozicie ze sobą. Zamiast namiotu – mamy hotele, kuchenkę zastępuje restauracja, a jak nam coś brakuje – to po prostu kupujemy po drodze, ubranie też.

Sprawa jest prosta – Łatwiej wozić ciężki portfel niż ciężkie sakwy – ot łebscy austryjacy!

Rowery mają dobre, osprzęt na pełnych LX-ach – co dla nie kolarzy wyjaśniam – klasa trzecia od góry z najwyższej półki.

- A jak szybko jedziecie tak na trasie, chłopaki? – dopytuje się ten drugi, też w czubatym kasku. Tu chcemy się trochę nadbudować i nie skromnie zaspakajamy jego ciekawość.

- Noo – na płaskim to tak 35 – 38 , ale w górach trochę wolniej, no może ze 28!

Dobrze wiem, że trzymanie stałej szybkości 30km/godz przy tym obciążeniu i jakości dróg – jest prawie niemożliwe. I tak udaje nam się wyciągnąć średnią 22 – ale co nam szkodzi trochę się pochwalić. Niestety lub na szczęście , proponują nam wspólną jazdę, jako że mamy ten sam kierunek do jeziora Pejpus – gigantycznej wody, środkiem której biegnie granica z Rosją. No i zaczęło się kręcenie!! Austryjacy robią wszystko aby nas zgubić, ale - Polak potrafi! Serdecznie żegnamy się po 50-ciu kilometrach wyścigu, z satysfakcją widząc ich spocone koszulki i podziw w młodych oczach.

 - Das war szeone reise – ściskam dłoń Hansa, ze zdumieniem patrząc na licznik – średnia 28km/godz. Jezioro PEJPUS otwiera nam się w całej okazałości na 134-tym kilometrze trasy. Horyzont ginie daleko w chmurach, jest ciepło i spocone ciała atakuje natychmiast dzika horda komarów. Tracą apetyt dopiero gdy starannie spłukujemy skorupę kurzu i potu w chłodnej wodzie jeziora. Teraz dopiero zauważamy że jest zupełnie jasno. Mimo późnej godziny słońce topi się płytko w jeziorze – będą wiec białe noce! Sprinterski etap dał nam trochę w kość, Diabeł ma skurcze mięśni. W pewnym momencie, nagle wyskakuje z namiotu i jak orangutan, w komiczny sposób robi przysiady i podskoki.

część 1 << część 2 >> część 3

<< Powrót
Strona Główna