|
DIABELSKA PODRÓŻ
|
Wiatr we włosach, zapach, walka z przeciwnościami, łzy wzruszenia, pot, duma z pokonania własnych słabości, piękno i potęga natury, cudowne wspomnienia, łzy wściekłości, smak przygody, poczucie własnej wartości – to tylko niektóre z doznań jakie może dostarczyć rower – ta najwspanialsza maszyna, jaką wymyślił człowiek ! (Czajkowski-Pawłucki)
|
![]()
![]()
|
Informacje ogólne Cała wyprawa miała objąć basen Bałtyku od końca Polskiego wybrzeża do końca Szweckiego i dystans 2600km z zakończeniem w Ystad a liczona była na 30 - 34 dni. Z przyczyn losowych - o czym przeczytacie - zakończona została nieco wcześniej
Ryszard de Teisseyre, Wrocław, fizyk jądrowy, pracownik Politechniki
Wrocławskiej, członek Dolnośląskiego Towarzystwa Cyklistów. Wyprawy rowerowe
od 1996 roku, m in Hiszpania i Portugalia, wyżej opisana, Krym i Kaukaz.
Już w długie grudniowe wieczory natrętne myśli o nowej przygodzie, nowej wyprawie nie dawały spokojnie konsumować słodkiego lenistwa świąt i przełomu roku, gdzie przy sylwestrowym kieliszku rozmowy niezmiennie kierowały się w stronę roweru – tego największego wynalazku człowieka. W nogach tych rowerowych kilometrów mam parędziesiąt tysięcy a wrażeń wciąż za mało. Polskie eskapady których było sporo, już mnie tak nie bawią. Ogromny sukces „Przeświętej wyprawy” (Hiszpania i Portugalia), która dała mi poczuć smak dużej przygody, pokazała piękno dalekich krajów - zaostrzył tylko apetyt i postawił poprzeczkę o parę oczek wyżej. Poznawanie naszej planety z użyciem tylko własnych mięśni - to duża sprawa, wszak szczytów górskich nie zdobywa się z pomocą śmigłowca – choć można. Więc jedno zostało powiedziane – jechać trzeba! W styczniu było już wiadomo gdzie – kierunek wschód - a ściślej kraje nadbałtyckie, Rosja, Finlandia i Szwecja – aby objechać ten nasz Bałtyk prawie wokoło, wszak kocham morze na równi z górami, bo właśnie w tych krainach trzeba się zmagać z naturą, i rozkoszować nią równocześnie, podziwiać i korzystać z jej mocy- bo w końcu jesteśmy jej dziećmi. Przygotowania ruszyły już w kwietniu jako że trzeba było sporo ekwipunku uzupełnić i podciągnąć kondycję rowerową. W zimie dane mi było trochę na nartach poszaleć, więc nie byłem całkiem „zwapniały”, ale to jeszcze za mało. Moim kompanem jest imiennik Rysiek vel Diabeł – poznany w 2001 roku na wyprawie iberyjskiej. Ksywa ta pasuje do niego jak ulał, bo ma on coś w sobie z diabła zarówno w wyglądzie jak i charakterze. Sylwetka całkiem postawna że nie powiem, trochę groźna, choć jest on pacyfistą o gołębim sercu. Czarna bródka okala ostry podbródek a na głowie falują ciemne włosy, z rzadka przetykane srebrną nitką – tworząc całkiem zgrabną, nieco zębem czasu wyskubaną fryzurę. Charakter podobny ma do włosów, w rozumieniu koloru oczywiście, lecz brakuje tu rogów, czego nie można powiedzieć o duszy która jest przy tym bardzo wrażliwa – nie tylko na piękne zadki. Lubię patrzyć jak się uśmiecha, gdy błyszczą mu nie tylko białe, równe, wręcz niemowlęco małe zęby, ale też ciemne oczy zmieniają się w małe węgliki o rubasznym, nieco uwodzicielskim wyglądzie. Mówi bardzo szybko, tak samo wstaje rano bo jest z gatunku skowronków, potrafi siknąć byle gdzie lecz nie znosi brudu dłużej niż 2 dni. Bardzo lubi wspomnieć korzenie rodzinne – wiec mówię mu – „Wasza Diabelska Wysokość” – a krótko – „Wasza Diabelskość”. Będąc z nim rok później na rowerowym objeździe pojezierza Drawskiego, wymyśliliśmy tę wyprawę, zaplanowaną na 2650 km. i 4–5 tygodni czasu, wliczając w to postoje w co ciekawszych miejscach. 26 czerwca moja aluminiowa „Merida” z 25 kilogramami bagażu wsadzona została do pociągu, aby po 6-ciu godzinach jazdy wylądować w Pile – rodzinnym mieście Diabła. Oczywiście on był zupełnie niegotowy i walczył z tobołami do 4-tej rano a pociąg do Tczewa był tuż, tuż.
W Tczewie uroczyście dosiadamy naszych jucznych rowerów i oczywiście
pod wiatr zmagamy się z pierwszym etapem do Fromborka. - A wy kuda na wełocypedach? – nie może nadziwić się pani celnik. Na odpowiedź iż na razie do Petersburga, unosi brwi wysoko i wydyma usta w trąbkę: - Uuuaa...niewazmożno – a czto wy tam prawozitie, pistalieta u was niet? nu pakażi kiszki (sakwy). Zaczynają dobierać się do moich bagaży, na szczęście nie tam gdzie jest kamera. Na zewnątrz krążą sałdaty, granica jest odrutowana kolczatką i rozdarta pasem zagrabionej ziemi o szerokości kilkudziesięciu metrów. Jedna z pasażerek wychodzi z pociągu by po chwili wrócić z dwoma wypchanymi torbami. Pociąg rusza a na stoliku lądują flaszki z ruską wódką, tańszą niż nasza mineralna. - No koledzy, za waszą wyprawę i dobry początek – dawajcie stakany !! Protesty nic nie pomogły, 0,5 litrowe kubki na herbatę spełniają rolę kieliszków i wesoło nam się jedzie! Za oknem pierwsze krajobrazy dawnych Prus wschodnich, szerokie tory i szare budownictwo. Wagon bawi się w najlepsze a my robimy uniki przed kolejnymi toastami. KALININGRAD wita nas wielkim dworcem a na peron wytacza się pijana w
dym brać handlarska, którą natychmiast osacza czujny patrol milicji, kłócąc
się o wysokość dzisiejszego haraczu. Już przy W samym Kaliningradzie trudno by znaleźć ślady dawnego Królewca. Miasto to przez całą powojenną historię było zamknięte dla świata i jak cały obwód należało do strefy militarnej sowieckiego imperium. Budownictwo to typowy socrealizm – duże, sztampowe bloki, szarzyzna i beton, aczkolwiek zachowało się trochę staroci z dawnych czasów. Jedna też rzecz w Rosji od razu nas poraziła – to kobiety. Naprawdę Rosjanki – szczególnie te młode – są fantastyczne: wysokie, zgrabne, o charakterystycznych rysach twarzy które mnie się szczególnie podobają – za to Diabeł z reguły patrzy poniżej pasa i z tyłu – a jak mu wtedy oczy błyszczą!! Już od pierwszych metrów taśmy w kamerze – która jest w użyciu bardzo często – można zobaczyć w ramach przerywników panoramy i zbliżenia wspaniałych zadków spotykanych na naszym długim szlaku – i to właśnie na życzenie Jego Wysokości. Po ochłonięciu z pierwszych wrażeń ruszamy
Wasza diabelskość, proszę szklankę mleka od tej jałówki – zwracam się
do kompana z rana – Dzień jest już dosyć długi, możemy więc za noclegiem rozglądać się nawet grubo po 20-tej, co pozwala nam na dobre przebiegi dzienne. Gdyby nie walka z północnym wiatrem – robilibyśmy powyżej 160km dzienne, a tak dziś tylko 113. Opanowaliśmy sprawę picia i mycia – mamy dodatkowo po jednej 1,5 l butli z wodą i to nam starcza na herbatę, kawę, wieczorne zęby oraz ranną toaletę, łącznie ze śniadaniem. Mycie się w menażce jest zupełnie skuteczne, choć Diabeł ma drobne problemy z szorowaniem pupy i przodu, a wtedy dostaje złego humoru, zastanawiając się głośno: - Jak to robią ci pod Everestem – co, wchodzą z brudnymi jajami !!?? Ze spaniem nie ma problemu, jeszcze w kraju ustaliliśmy że śpimy na dziko i wychodzi nam to całkiem zgrabnie. Śpimy w różnych miejscach – a to na pastwisku, to na kawałku trawy w zagajniku, innym razem we wrzosowisku a teraz nad glinianką, gdzie Diabeł zażywa gołej kąpieli, choć jest +8 stopni. Wieczorne ognisko dodaje nam jednak otuchy a puchowe śpiwory pozwalają przetrwać prawie mroźną noc z bliską zeru temperaturą. Ale nie tylko zimno nas atakuje. O 4-tej rano chmary ptaków zaczynają piekielny koncert, tak głośny i przenikliwy, że przy nim nawet sławetny chór wujów – jest dziecięcym kwileniem! Całą Litwę pokonujemy pod wiatr, walcząc
|
|
Do Łotwy wjeżdżamy ostrym bajdewindem i trzeba mocno halsować aby trafić na jakąś knajpę z gorącą kawą i obiadem. Dla nie żeglarzy objaśniam, że oznacza to dalszą walkę z przeciwnym wiatrem - czyli tzw. wmordewindem lub krótko – wmordzielem. Na komfort przydrożnej kawy pozwalamy sobie prawie co dzień w miarę możliwości, a na komfort dobrych obiadków w knajpie – w miarę zasobności. Tu na Łotwie czeka nas zasłużony dzień odpoczynku po pierwszych 530 kilometrach drogi i pięciu dniach kręcenia pod wiatr. Po 135-cio kilometrowym etapie wyczerpującej jazdy docieramy do JURMAŁY – największego i zarazem jedynego kurortu nadmorskiego. Jest tu pięknie i rozbijamy namiot na campingu, rozkoszując się ciepłym prysznicem i piwem w tutejszym barze. Rozciągnięcie się na plaży i kąpiel w chłodnym morzu jest wielką sprawą, jako że zaświeciło słońce i małe lenistwo jest nam bardzo na rękę. Zwiedzamy kurort, który jest jedną, długą na 20 kilometrów szosą, wijącą się wśród lasów i upstrzoną po obu stronach domami wczasowymi, willami i daczami co bogatszych łotyszy. - Wasza diabelskość – Słońce !!! – krzyczę w ucho Ryśkowi – z radością
obserwując znikające błyskawicznie krople wody z tropiku po wieczornym
i całonocnym deszczu. W pięknym słońcu witamy RYGĘ której szeroka panorama
rozciąga się już od mostu, otwierającego nam to miasto, wchłaniające bardzo
gęsty i hałaśliwy potok pojazdów w którym lawirujemy jak kra na rzece,
usiłując coś sfilmować i pstryknąć fotki. Stara Ryga nas oczarowuje i
jest warta - To dla córy – usprawiedliwia się. Wiatr w plecy który nam teraz wieje, okazuje się bardzo zdradziecki. Radość trwa krótko, bo robi się coraz ciemniej, choć jest wczesne popołudnie. Nadal wokół pustki jak na Litwie, braki picia uzupełniamy więc deszczówką z wanny przed jedyną, zresztą pustą chałupą jaką spotykamy na drodze. Już widzimy że goni nas pierwsza na wyprawie burza, a jak się okazało – zwiastunka prawie dwóch tygodni deszczu i niepogody która nam towarzyszy aż do Finlandii. Mija 10 minut i stoimy na środku szosy w strugach potwornej ulewy i grzmotach piorunów które dźgają ziemię w odległości 50 metrów od nas. Nie ma mowy o jeździe, zakrywamy siebie i sakwy narzuconymi w pośpiechu pelerynami, modląc się do niebios o litość. Stopy obmywa coraz szybszy strumień potoku jaki stworzył się na szosie idącej tu lekko w górę. Trwa to dobre 15 minut, w czasie których muszę szybko zdemontować alarm rowerowy. Dostał on kompletnej wariacji, wzywając wszystkich świętych donośną syreną – a miał być wodoszczelny! Kilka kilometrów wcześniej widzieliśmy uroczy, zatopiony w zagajniku, opuszczony dworek. Jak się później okazało, jest on jednym z wielu takich pustych, często bardzo pięknych, lecz zawsze zupełnie zdewastowanych obiektów, spotykanych na całym szlaku wschodnim – i w nim to właśnie widzimy nadzieję na przetrwanie. W przerwie między ulewami pędzimy z powrotem do tego zbawczego miejsca, które wita nas gustownym gankiem i pustymi oczodołami okien. Dworek jest cały z czerwonego kamienia przetykanego łukami różowych cegieł, piętrowy, z czerwonym dachem i okolony dziką, 1,5 metrową trawą. W środku kompletna ruina, pozwalane schody, obite z tynku ściany i częściowo spróchniałe podłogi. Adoptujemy jedną izbę na bazę zakrywając okna starymi drzwiami, by wiatr nie zdmuchnął nam maszynki. Zwiedzamy pomieszczenia, których jest około 20, a ja widzę barłóg ze stertą szmat i resztek pościeli z której tu i ówdzie sterczą kości lub coś co je przypomina. Wszystko co mokre wieszamy na sznurku i barykadujemy się w pokoju podpierając drzwi drągiem w nadziei że zatrzymają, jeśli nie duchy, to chociaż nieproszonych gości. Noc jest czarna jak w piramidzie egipskiej a tajemnicze szmery i stuki nie dają nam długo zasnąć – brrr – Straszny Dwór ! - Panie markizie – słońce !! – teraz kompan tymi słowami budzi mnie z czarnego snu. Dwór za dnia wygląda przyjaźniej i nawet znajdujemy kibel prawdziwy, choć mocno sfatygowany i z czarną muszlą. Zaglądam raz jeszcze do ciemnego pokoju z barłogiem – cholera – kości nie ma!! System egzystencji i podział ról mamy opanowany już bezbłędnie. Ja gotuję, filmuję i piszę – Diabeł jest pomywaczem, sprzątaczem i krawcem a czasem mechanikiem. Rano menażkowa toaleta, potem składanie obozu i śniadanie, co trwa trochę długo, bo każda rzecz musi starannie być umieszczona na swoim miejscu w sakwie – inaczej się nie zmieści. Znacznie szybciej jest jak nocujemy bez namiotu i to zdarza się coraz częściej, choć jesteśmy przygotowani na złe pogody. Dziś, po ekspresowej ewakuacji ze Strasznego Dworu jadę w mokrych butach a rowery przypominają stragany, bo część rzeczy suszy się na kierownicy i ramie. Musimy wyglądać dosyć komicznie bo co niektórzy kierowcy klaksonem objawiają swoją radość, uśmiechając się szeroko. Valimiera wita nas popołudniową kawą w parkowej knajpie a ja wystawiam bose nogi na nikłe promyki słońca, świecące niczym reflektor teatralny przez dziury w gęstych koronach drzew i parkowym baldachimie.
|
|