|
Część 1 | Część 2 | Część
3 | Część 4 | Część
5
DIABELSKA PODRÓŻ
Rowerem przez Krym na Kaukaz
Wrocław 2004
- KARPACKI PROLOG
- FRANEK KLEKOT I JUREK ZORRO
- RUMUŃSKI INTERIOR
- PRZEZ BŁOTA UKRAINY
- KRYMSKI CHANAT I JAŁTAŃSKI PASZTET
- KRAINA WIN, KONIAKÓW I LICZYDEŁ
- REBIATA
- KAUKAZKIE POZIOMKI
- POD DACHEM EUROPY
- DALEKA DROGA DO DOMU
- STATYSTYKA
- UCZESTNICY
- Słownik terminów nieznanych
RYSZARD de TEISSEYRE
- Jakie piękne chłopaki, jakie piękne chłopaki po wojnie wyrosły,
jak stuletnie osły - tak śpiewali nam stary Kołobrzeski przebój
znajomi i przyjaciele. Niestety, post skriptum poszło w świat (patrz
D. Podróż 1), a jak słowo się rzekło...więc krótko - jechać
znów trzeba! Jako że wschód nas zauroczył swoją innością, folklorem
i nieprzewidywalnością - postanowiliśmy znów go zakosztować, lecz
w wydaniu tropikalnym. Długo przekonywałem przyjaciela, tego samego
Diabła, z tą samą bródką, błyszczącymi oczyma o zalotnym spojrzeniu
i ciemną, lekko przerzedzoną a poskręcaną fryzurą - że sam Krym
to za niska poprzeczka dla naszej rozpalonej wyobraźni i nienasyconej
chęci przygód.
- Nierówno masz pod sufitem! Karpaty Wschodnie i góry Krymu wystarczająco
dadzą nam w dupę a tobie dziki Kaukaz się marzy! - wyrzucał z siebie
szybsze niż kule z pepeszy słowa. Ale ziarno zostało zasiane i gdzieś
wczesną wiosną wzrosło i dojrzało śmiałą decyzją - nic co dzikie
nie jest nam obce! Diabeł nie tylko dał się przekonać, lecz sam
zapalił się do pomysłu, stawiając poprzeczkę na wysokości Elbrusa
- najwyższego szczytu Kaukazu i Europy. Jednak aby tam dotrzeć trzeba
przejechać 3200 km w jedną stronę rowerem, a biorąc pod uwagę długość
urlopu, trudność trasy której ok. 1000 km biegnie górami, konieczność
postojów na zwiedzanie i odpoczynek oraz czas na powrót koleją,
który w Rosyjskich realiach jest ciężki do określenia - pachniało
to bardzo trudnym przedsięwzięciem. Trzeba było znaleźć kompromis.
Wyłączamy więc z trasy rowerowej najmniej ciekawy, prowadzący główną
szosą przez monotonny płaski teren, odcinek z Odessy do Krasnoperekopsa
na północy Krymu. Te około 350 km pokonanych nocnym pociągiem daje
nam ponad 2 dni oszczędności tak bezcenne później na podróż po Kaukazie
i smakowania go przez całe 10 dni. Ubiegłoroczna wyprawa zostawiła
nam sporo doświadczeń które bardzo ułatwiły przygotowania następnej
ekspedycji. Sprzęt w zasadzie był skompletowany, należało tylko
lepiej przygotować rower. Na przednim widelcu po obu stronach montujemy
2 koszyki no dodatkowe 3 litry wody, co z resztą wygląda bardzo
ciekawie. Diabeł natchniony nową ideą, zmienia rower na znacznie
droższy i lepszy, ja zmieniam tylko opony na znacznie grubsze a
nie droższe. Rozbudowuję tylne sakwy a kumpel szyje pokrowce na
bagaż. Mamy takie same bluzy z klimatexu i mocne sandały do pedałowania
boso, co eliminuje ciągłą walkę z praniem skarpet a stopom przydaje
rumieńców i świeżości. W utrzymaniu dobrej formy znowu pomagają
wyjazdy w góry, ale i tak nie udaje się uniknąć powolnego obrastania
w sadło i toksyny, co szczególnie nasila się po okresie zimowym.
Pierwszego maja Polska wchodzi do Unii a ja zaciekle pedałuję na
północ, by w długi weekend sprawdzić formę i sprzęt. Wypada to nieźle,
i po pokonaniu 201 kilometrów bez przystanku i większej zadyszki,
spotykam się z przyjacielem i rozbijamy biwak nad jeziorem. Dalsze
próby kondycji, rowerów, sprzętu i odporności na alkohol (jedziemy
na wschód!) - wypadają pomyślnie.
Problemem dość trudnym okazało się zdobycie rosyjskiej wizy, które
niestety już zaczęły obowiązywać. Zadania podjął się Diabeł i znalazł
biuro podróży które miało to załatwić za jedyne 205 zł od głowy.
We Wrocławiu koszt był już 400 zł i to z problemami. Kuriozalną
sprawą jest, iż odbiera on wizy dopiero w dniu wyjazdu, na pół godziny
przed pociągiem mającym go zabrać z całą manelarnią z Poznania via
Wrocław do Przemyśla, gdzie wyznaczyliśmy start ekspedycji.
KARPACKI PROLOG
Już w pierwszych godzinach podróży ponosimy straty. Wystarczyło
iż kilku podciętych piwem smarkaczy wyszło zapalić koło naszych
rowerów stojących w przedsionku ostatniego wagonu, a zniknęły okulary
Diabła, tabliczka czekolady, gumy do żucia i pianka ratunkowa do
dętki, którą wożę od czterech lat. Mieli szczęście, iż zaszywszy
się gdzieś w przedziałach uniknęli lekcji wychowania obywatelskiego.
Jak dobrze czasem jest dać sobie trochę na wstrzymanie. Przyszła
nam do głowy kalkulacja, że na granicy korzystniej wymienimy pieniądze,
więc bokiem omijamy Przemyskie kantory, gdzie hrywnia kosztuje 76
gr. Na przejściu szok - tu jest 90 gr i już plujemy w brodę, gdy
przytomny Diabeł zaczepia kierowców opartych o szoferki drzemiących
przed podróżą smoczych TIR-ów.
- Ależ koledzy, kupujcie ciupasem dolary, a w pierwszym ukraińskim
kantorze opchniecie i sami się zdziwicie - tak nam życzliwie radzą
starzy wyjadacze - no i mieli rację. Wyszło 71 gr za hrywienkę.
Pokrzepieni dobrym początkiem musimy z kolei bardzo mocno cisnąć
w pedały bo z mety zaczynają się pagórki. To przedgórze Karpat Wschodnich
które daleko majaczą w lekko zamglonym powietrzu. Wciągamy w płuca
zapach Ukrainy i wracają wschodnie wspomnienia. Już od pierwszych
chwil nieodparcie rodzą się skojarzenia i porównania z wrażeniami
z krajów nadbałtyckich. Niby to samo, a jednak inaczej. Jest rolniczo,
malowniczo, zielono i....biednie. To widać od razu pierwszego dnia,
że Ukraina jest mocno cofnięta względem północno-wschodnich sąsiadów
a także wielkiego brata Rosji, oczywiście tej Rosji północnej, bo
ta południowo-wschodnia jest jeszcze 2000 km przed nami. Nie tylko
nękają nas te garby i siodła karpackiego podgórza, ale też dziurawa
i połatana szosa, która wijąc się przez zielone łąki i enklawy leśne,
trzęsie nami niemożliwie i zmusza do wpatrywania się w ten głupi
asfalt zdobiony łatami zakładanymi zapewne rok po roku na siebie.
Jak ze słojów pnia można wyliczyć wiek każdego odcinka szosy. Dwukrotnie
znajdujemy małe ptaszki przycupnięte na środku drogi a wystraszone
śmiertelnie, niezdolne jednak o własnych siłach opuścić tej drogi
śmierci. Pieczołowicie przenosimy je na bezpieczne pobocze. Spotykamy
jeża, którego Diabeł toczy po szosie popychając sandałem jak kolczastą
piłkę aby nie podzielił losu dziesiątków kotów, psów i licznych
stworzonek poległych w starciu z nielicznymi tu samochodami. Na
pamiątkę jeż zostawia mu kroplę krwi na dużym palcu. Mnóstwo wychudłych
psów biega tu na przełaj goniąc nas czasem zaciekle, innym razem
łasząc się przymilnie, a nam serce mięknie i wyciągamy kromkę ze
smalcem. Jednym słowem - dziś jest dzień dla zwierząt.
Mijamy wioski z charakterystycznymi płotami z drewnianych sztachet
i bramą wejściową zwieńczoną dwuspadzistym daszkiem słomą lub blachą
pokrytym. Niebogato wyglądające chałupki ścielą się wzdłuż drogi
długim rzędem, przetykane co jakiś czas zadaszonymi słomą studniami
z korbą lub dużym kołem zamachowym. Jak się wkrótce przekonamy,
jest to w większości jedyne źródło wody, wspólne nieraz dla całej
wsi.
Tak jak rok temu, podział ról między mną a towarzyszem jest ten
sam. Wkładam więc często oko w kamerę i myślę czym smacznym przyjaciela
pokrzepić, a on dba o czystość garów i najbliższej nas okolicy,
jak i sprawność rowerów. Jednak jego mocno rozwinięty zmysł turysty-pedanta
wystawiony jest na ciężką próbę, bo stężenie śmieci, odpadów
i innych świństw porzuconych w rowach, parkingach i przystankach
autobusowych, jest podobne jak w zakamarkach podwórek Petersburga.
Esteta Diabeł ma pokaźny dylemat - dołożyć jeden papierek do tysiąca
wokół, czy sprzątnąć cały przystanek? A jak myślicie-co robi? Jednak
dokłada! Rozglądając się za legowiskiem na noc - bo oczywiście zasada
dzikich noclegów się nie zmieniła - jedziemy przez nieskończenie
długą wioskę, która ciągnie się aż 12 kilometrów(!) Przed domostwami
chmary ludzi zażywają wieczornego spoczynku na ławeczkach, inni
pompują wodę ze studni wożąc ją w beczułkach lub taszcząc wiadrami
a dzieciaki biegają w poprzek szosy, stając gwałtownie na nasz widok
i krzycząc coś niezrozumiale. Słońce kończy już ten ciepły dzień
znikając drobnymi kroczkami za ciemniejącymi górami, a my wyrywamy
się wreszcie z tej aglomeracji, zatrzymując rowery przy niedużym
domku strzegącym przejazdu kolejowego. Dróżnik Wiktor - tak się
nam przedstawił - nie może zrozumieć dlaczego poruszamy się na rowerach
i chcemy spać w namiocie.
- A wy nie bajutsja, tu budiet noczju opastno!
I tu opowiada seria mrożących krew w żyłach historyjek z ostatniego
kwartału roku. A my na to, że już jeden semestr wschodniej sztuki
przetrwania zaliczyliśmy rok temu, na szczęście bez walki, bo jesteśmy
grzeczni chłopcy i mamy charyzmę. Mierzy nas chwilę bez wiary wzrokiem
i stwierdziwszy że tak fajnych chłopców nie można zostawić na pastwę
niepewnego losu - zaprasza nas w gościnę do królestwa zwrotnic i
semaforów.
Mała izdebka na piętrze trzęsie się co jakiś czas w rytm jadących
pociągów a telefony dzwonią średnio co 15 minut. Włącza się też
w przerwach krótkofalówka z której ciepły głos dyspozytorki kontroluje
sprawność dróżnika, a Wiktor nieodmiennie tym samym głosem wygłasza
jakąś formułę. Radzimy mu więc, że powinien być bardziej nowoczesny
i nagrać to na taśmie, która włączy się automatycznie po ostatnim
słowie z dyspozytorni. Jest wesoło, dmuchamy materace, jemy kolację,
obmywamy się w wiadrze, a nasz świeżo upieczony przyjaciel opowiada
o swoim monotonnym życiu i chronicznym braku pieniędzy. .Aby tradycji
stało się zadość, Diabeł zaprasza Wiktora do odwiedzin w Polsce
a ja wpisuję pierwszy adres w kajet, bo będzie trzeba mu wysłać
zdjęcia które wspólnie robimy. W rytm nocnych telefonów i dzwonków,
śni mi się że jestem zawiadowcą który nigdy nie może zdążyć na odprawę
pociągów, a ciemnowłosa dyspozytorka robi mi tęgie lanie korbą od
szlabanu, po czym reanimuje sztucznym oddychaniem przez nos i usta.
Karpaty Wschodnie zaczynają wysuwać pazury, jakby czując że ci dwaj
wędrowcy nie są w pełni sił po kolejowej nocy. Ale zanim przyszło
nam zakosztować tej złośliwości gór, Diabeł ubrany w dróżniczy kubrak,
kolarki i z chorągiewką w ręku szykuje się do odprawienia pociągu
- który na szczęście dla Wiktora nie nadjeżdża.
Trasa nasza prowadzi prawie prosto na południe Europy i systematycznie
tak jak sekund równoleżników, przybywa stopni temperatury powietrza
i dziur w szosie. Pnie się ona na coraz stromsze górki, których
starsi bracia szybko wyłaniają się zza horyzontu, by za parę godzin
przywitać się z nami, a każda taka wizyta okraszona jest coraz większym
potem i rosnącymi cyframi na trójkątnych znakach drogowych - 5%,
8%, 10%. Na razie. Podjazdy są niedługie, ale momentami bardzo strome,
co w połączeniu z lawirowaniem między dziurami, kamieniami, końskimi
i krowimi gównami jak też sprasowanymi kotami i łasicami(!) - stwarza
poważną trudność z szybką jazdą. Zjazdy nie chłodzą mokrego ciała,
gdyż te same przeszkody wymuszają mocny nacisk na hamulec.
- Hej panowie kolarze - co wy tu robicie?, trochę przystopujcie,
nie chodzi o życie - tylko by porozmawiać, jak Polak z Polakiem
- przystańcie więc na chwilę, tutaj za tym krzakiem!
Lekko siwy, o wysportowanej sylwetce na kolarskim rowerze jegomość,
gwałtownie nas dogania ścigając trzynastozgłoskowcem i zajeżdża
drogę. Mamy pierwsze rowerowe spotkanie pod znakiem dwóch J. To
Jarek z Jarosławia, eks nauczyciel WF-u zarzuca nas gradem pytań.
- Jak to na Kaukaz - to są jaszcze tacy ludzie? Jestem pod wrażeniem!
A może byśmy się spotkali po podróży, ja też jeżdżę dużo ale jeszcze
więcej marzę o wielkiej przygodzie. W tym Jarosławiu to sami drobnomieszczanie
a jest przecież klub kolarski. Muszę jeździć sam, bo młodzi nie
chcą z emerytem startować, a ja mam jeszcze tyle sił! A tu zrobiłem
taki wypad na Ukrainę, bo w domu nie usiedzę, tak mnie do pedałów
ciągnie. No to jak? - wyrzuca z siebie słowa szybciej niż diabelska
pepesza i z nadzieją patrzy nam w oczy, taksując w międzyczasie
nasze wielbłądzie rowery. Uśmiechamy się do niego miło, ale nie
jesteśmy zbyt wylewni. Rzadko takie spotkania na drodze kończą się
konkretnym kontaktem, nie mniej podajemy namiary na Dolnośląskie
Towarzystwo Cyklistów we Wrocławiu.
- Na pewno każdy cię poinformuje gdzie nas szukać, a jak dojedziemy
do celu to może załapiemy się też w sieci, patrz w internecie -
dodajemy na pożegnanie.
Mała sylwetka po chwili znika nam z oczu, a my przystępujemy do
zmagań z kolejnym podjazdem. Dostajemy dziś solidnie w kość, bo
ciało nie nawykło jeszcze do dużego wysiłku który zaczął się praktycznie
od pierwszych metrów wyprawy, bez żadnego prologu ani ostrzeżenia.
Słońce zaczyna się już różowić, gdy gorączkowo rozglądamy się za
nabraniem wody w butle na przednim widelcu. Wchodzimy na podwórko
dużej posesji, gdzie natychmiast obskakuje nas spora grupa mieszkańców
kręcących się po podwórzu. Są młode kobiety, kilka podniszczonych
"babuszek", sfora dzieciaków i młody gospodarz, zapewne
następca seniora który natychmiast zostaje przywołany z mrocznego
wnętrza kamienno-drewnianego domu, krytego malowaną blachą. Wszyscy
równocześnie nas obstępują z zainteresowaniem oglądając rowery a
dopytują się jeden przez drugiego, co my na tej Ukrainie robimy?
Dzieciaki z entuzjazmem cmokając dotykają naszych maszyn i sprzeczają
się, co do czego służy w tych niezwykłych dla nich rowerach. My
prosimy o wodę, a gospodarz oświadcza zdecydowanie, że owszem dostaniemy,
lecz nie prędzej nim nie spróbujemy jego znamienitej nalewki. Postawny
mężczyzna z siwą czaszką o wesołych oczach, jest w widocznym stanie
wskazującym na głównego kipera nalewki i głowę rodziny. Nie może
zrozumieć że chcemy jeszcze jechać dalej.
- To tolko piatdiesjat piat gradusa, eto nie kriepkoje, ja sam zdiełał
i tri raza czeriez trubku propustił! Eto samoje zdarowie, niet fuzla.
Po takoj samogonku wy na Krym w tri dnia dojediotie - nie daje za
wygraną - po czym kiwnąwszy się dwa razy do tyłu, łapie litrową
butelkę i wysunąwszy ją błyskawicznie przed siebie na wyprostowanej
ręce, prawem dźwigni dwustronnej, łapie równowagę i z głośnym jękiem
grubego szkła stawia na stole.
- Papijom, pagawarim i budietie tu nocziewać. Hazjajka wkuszanije
zdiełaju a u mienja jest jeszczo łutszaja samogonka - siemdiesjat
gradusa, no maładcy - pagadi!
Propozycja jest kusząca, lecz my nie możemy sobie pozwolić na utknięcie
3 dni w tym siole. Udaje nam się jakoś wydostać z tego oblężenia
ku rozczarowaniu mieszkańców, lecz obdarowani sześcioma litrami
czystej studziennej wody.
Rozglądając się po łąkach zakrwawionych światłem lądującego słońca,
dostrzegamy nagle sylwetkę obładowanego cyklisty. Hamujemy równocześnie,
bo nie sposób przejechać obojętnie obok rowerowego brata. Mamy więc
drugie spotkanie z sakwiarzem i jak się później okazało - ostatnie.
Gieorgij z Ukrainy jest rzadkim okazem ginącego gatunku globtroterów
wschodu. Nawet silny Diabeł nie jest w stanie podnieść tylnego koła
stalowego rumaka marki "Ukraina", obłożonego ciężkimi
skórzano-parcianymi torbami ucharakteryzowanymi na sakwy. Rower
zostaje podparty kijkiem od nart (bez talerzyka), a z przepastnego
wora podróżnik wyjmuje staroświecki statyw i aparat "Zenith".
Nie tylko robimy sobie zdjęcia, ale nasz miły znajomy nagrywa całą
rozmowę na podręczny dyktafon. A rozmowa trwa dobre pół godziny
w czasie której oglądamy z podziwem przeróbki dokonane w jego maszynie.
Gieorgij ma za sobą już 1000 km i całe Karpaty - Boże, jaką on musi
mieć moc! Co do siły ludzi wschodu nie mamy wątpliwości, jak i urody
kobiet, która także na Ukrainie nie pozwala nam przejechać obok
obojętnie. Nie zmienił się tylko schemat z ubiegłego roku - ja patrzę
z przodu, Diabeł z tyłu.
Słońce już się schowało, gdy lądujemy po raz pierwszy w Strasznym
dworze*. Ten wielki, piętrowy budynek na peryferiach małej wioski
musiał być kiedyś internatem lub szkołą a dziś odbija echem nasze
kroki i straszy pustką pokoi i korytarzy. Żelazna zasada dzikich
noclegów mówi, by trzymać się z dala od ludzi, bo nic w przyrodzie
nie może być tak niebezpieczne, jak człowiek. Wtem dają się słyszeć
kroki i ściszone rozmowy. Przyczajeni w ciemnym pokoju rozpoznajemy
dziewczęcy szczebiot i męski głos, zapewne więc jakaś para szuka
romantycznej chwili w tym uroczysku. Penetrują więc po kolei pokoje
przy świetle latarki, powoli zbliżając się do naszego. Rysiek nie
wytrzymuje i cicho jak zjawa wysuwa się na korytarz - i w tym momencie
rozlega się wrzask straszliwy, jakby dziewczyna co najmniej diabła
ujrzała. - Nie bajutsja, my turisty - chyba już tego nie słyszeli,
bo para szybciej od dźwięku wybiega z budynku. Nastaje cisza, lecz
po chwili rozlega się głośne prychanie, parskanie i plusk wody połączony
z gardłowym mruczeniem, jak u sytego warchlaka. To Diabeł zażywa
pierwszej Kąpieli Klonowskiego*. Ten wynalazek naszego znakomitego
poprzednika, bardzo nam ułatwia traperską egzystencję, a mój wspaniały
kompan nie ma już Dylematu Himalajskiego*.
To że udało nam się w 2 dni pokonać 260 kilometrów, okazało się
dużym sukcesem. Kolejny dzień to "masakra" - że użyję
tu słynnego zwrotu Marka z Gryfina*. Słońce jest wysoko na niebie,
a na licznikach raptem 30 kilometrów jazdy i pełzną te cyferki w
ślimaczym tempie, bo nie sposób być dużo szybszym od ślimaka. Góra
za górą, podjazd goni podjazd a dziura dziurę. Coraz gorsza szosa
powoduje, że zjeżdżamy z tych siodeł znów na pełnych hamulcach,
podskakując jak piłki golfowe i lawirując gwałtownie między bruzdami
i dołami a tu z nieba sączy się co najmniej 30 stopni w cieniu ,
a z nas litry potu. Wijąca się droga wspina się ostrymi podjazdami
wśród wysuszonej zieleni łąk a powietrze drga migotliwie, zacierając
widok kolejnego trójkąta z cyfrą 12%.Nie ma tu dużo lasów, choć
wjeżdżamy w wyższe partie Karpat. Krótkie enklawy zieleni nie dają
ochłodzenia, bo ostre sztylety słońca przenikają przez niezbyt gęste
korony drzew. Jeszcze nie wiemy, że jest to uwertura do całej opery
karpackiej, której pierwszy akt grają góry pod batutą złośliwego
słońca. Do pisku duszonych hamulców i klekotu bagażu na rowerach
dochodzą dźwięki spadających części i tłuczonego plastiku. Wylatują
butle z koszyków, odpada mi szybka z przedniej lampy, tracę też
tylną, którą bezskutecznie poszukuję z nosem przy szosie. Obiadową
sjestę na szczycie najwyższego wzniesienia, przeznaczamy na dokręcanie
i kontrolę rowerów. Okazuje się że kosze na bidony zaczęły się rozłazić,
widocznie nie są przystosowane do ciężkich butli i Ukraińskich bezdroży.
Mamy na szczęście wszystko do napraw w drodze. Trudy jazdy zwielokrotniają
jeszcze nieliczne samochody, które jadą otoczone chmurą spalin.
Szczególnie jadowite są wielkie ciężarówki, które wolno pełzną pod
górę, kołysząc się majestatycznie na boki. Przekrój środków lokomocji
jest podobny jak obserwowaliśmy to rok temu, przemierzając równiny
Litwy i stepowe ziemie Rosji. Przytłaczająca większość aut to produkty
imperium sowieckiego, bardzo często w stanie daleko posuniętego
rozkładu, ale też przesuwając się coraz głębiej na południe rośnie
ilość motocykli i zaprzęgów konnych. Motory klekocą głośnym basem
, bo większość to stare boksery "Ural" z bocznym wózkiem.
Z nostalgią witamy furmanki i wozy drabiniaste, bo ten super ekologiczny
środek transportu jest u nas dawno wymarłym gatunkiem. Nie mijamy
żadnych dużych miast, więc jest ciągle sielsko, lecz nie anielsko.
Walka z podjazdami utrudnia nam trochę obserwację tej chłopskiej
Ukrainy, niemniej dostrzegamy te charakterystyczne kontrasty wschodu,
spotykając co jakiś czas obok lepianek, pałacowe wręcz budowle.
Są to z przepychem zbudowane wielkie wille, często w złym guście,
lecz zawsze otoczone wysoką palisadą z kutego żelaza w wijących
się i poskręcanych formach, przetykanych kamiennymi słupkami zwieńczonymi
kulą lub pozłacaną buławą. Nad zdobionymi złotymi aplikacjami bramami
wiszą dwuspadziste daszki, srebrną lub miedzianą blachą kryte. Same
domy są w kolorze białym, nie rzadko z półokrągłymi skrzydłami szczerzących
się ażurem wysokich kolumnad w kolonialnym stylu. Jednak całe wioski
to skromne chatki murowane i drewniane, szarą blachą lub słomą pokryte,
przy których jeśli nie furmanka to przynajmniej stary "Moskwicz"
stoi. W wieczornym słońcu na ławeczkach siedzą ludzie i smętnie
spoglądając przed siebie, palą fajki lub w ciszy przesuwają różaniec
poruczając bezgłośnie wargami. Mijamy tych wiosek sporo, i wszędzie
nasz widok rozjaśnia posępne oblicza a z obejścia wymiata gromadę
zaciekawionych dzieciaków.
Powoli zapada wieczór, a my stajemy przy zakutym w czarną skórę
motocykliście, rozkraczonym na opasłej "Hondzie" z tabliczką
PL.
- Cześć chłopaki, co wy na Boga robicie tu na rowerach? - jeździec
podnosi czarną przyłbicę i witając się zdejmuje grubą rękawicę.
- Jestem Łukasz i gnam już kilkanaście godzin na zlot motorowy na
tej Ukrainie. Ale cholera mam już 700 kilometrów za sobą bo błądziłem
okrutnie, oni tu w ogóle nie maja drogowskazów!
Przyznajemy mu rację, bo też zauważyliśmy brak tablic jak i często
lepszej benzyny na stacjach, choć paliwo jest tu bardzo tanie. Tania
jest też wódka i papierosy, co jak zaobserwowaliśmy to rok temu,
jest ważną strategią rządzenia krajami wschodu. Łukasz jest bardzo
ciekaw naszych planów.
- No to pakujecie się w piekło! Rok temu byłem na Krymie, nie było
czym oddychać a słońce opalało przez koszulę. Motor prawie się zatarł
na tych cholernych krymskich górach, a nie daj Bóg jak by nawalił
w tej dziczyźnie. No to uciekam, bo zaraz te dzieciaki zaczną mi
maszynę rozbierać.
A jednak nie na długo się pożegnaliśmy, bo dziś nocujemy właśnie
na tym zlocie. Zaadoptowano nieczynne lotnisko na szaleństwa motorowe
a całą imprezą zawiadują Polacy. Bez problemu możemy rozbić namiot
na trawiastej, bez jednego drzewa patelni, za to w towarzystwie
pięknych maszyn, brodatych twardzieli, długonogich piękności i chmary
gapiów wybałuszających oczy na motocykle i akrobacje na nich wyczyniane.
Jest estrada, facet pięknie wali na cymbałach, tańczą folklorystyczne
grupy a wokół dobre 2000 ludzi. Oj, chyba będzie to krótka noc!
Niestety nie działa cysterna z wodą, więc na kąpiel zlotowcy muszą
jechać 6 km do ugadanego pensjonatu. Fundujemy sobie taką kąpiel
za 5 hrywien, jest bardzo komfortowa, ale żadna z pań sprzątaczek
nie chce nam umyć pleców i pupy. Diabeł wykorzystuje mnie więc bezwzględnie,
na szczęście tylko do pleców.
Trochę skorzystaliśmy z uroków festynu, kosztując piwo i podziwiając
szaleńców gnających w kompletnych ciemnościach po betonowych kwadratach
lotniska, nie zważając na liczne wyrwy i uskoki. Spanie okazuje
się jeszcze krótsze, gdyż już od 6-tej rano po obozie buszują zgrabne
dziewczyny, głośno komentując minioną noc i walory motocyklistów,
lecz nie rowerzystów niestety. Zapewne motor ma większe przebicie
od roweru, bo już o 6,30 Łukasz z ręcznikiem i czarnowłosą Ukrainką
za plecami pędzi Hondą do pensjonatu. My na osłodę pałaszujemy jagody
ze śmietaną i szybko wyrywamy do przodu, nim słońce zacznie robić
wypieki z naszych grzbietów. Łagodne dziś, choć długie podjazdy
i zjazdy popychają nas konsekwentnie w stronę granicy rumuńskiej
i Bukowiny, gdzie zamierzamy odwiedzić naszych rodaków żyjących
tam w polskiej wsi. Nieciekawe pola wokół i brak czegokolwiek bardziej
interesującego, zmienia nas znów jak kiedyś, w tępe maszyny do łykania
kilometrów i nawijania ich na licznik. A jest co nawijać, bo błądzimy
i nie tylko pot nas zalewa szczypiąc niesamowicie w oczy, ale też
krew, na te ukraińskie drogowskazy, a raczej ich brak. Dobrze że
mamy bardzo ciemne panoramiczne okulary, co pozwala nie widzieć
naszych wytrawionych solą czerwonych spojówek. Dojazd do granicy
w Siret prowadzi długą, szeroką, prostą jak strzała, lecz upstrzoną
krowimi kupami i zupełnie pustą szosą. Co więc mają tu celnicy do
roboty? - jak się okazuje - nic. Zlatują się wszyscy gromadą, aby
podziwiać na tym przejściu rzecz niezwykłą - nasze rowery!
- A eta trubka do czewo? Dwatcać sjem pieremienienii - niewazmożno!
A paczemu tri butyłki? - ciasnym kołem otaczją nasze maszyny.
- Skolko stait takoj wełocyped?
Mówimy więc (zgodnie z prawdą), że 1200 dolarów - ale to jest błąd.
Muszą spróbować jak jeździ się na rowerze droższym od ich samochodów.
Jeden za drugim dosiadają objuczonych rumaków i kiwając się mocno
na obie strony robią pokraczne kółka po granicy. Mrok się już ściele,
gdy jadąc wzdłuż rzeki Siret rozglądamy się za biwakiem. Diabeł
ma przesolone oczy i musi jechać w ciemnych okularach, lecz nie
może ich zmienić na jasne, które skubneli mu w pociągu. Sytuacja
jest więc taka, że nic prawie nie widząc, jedzie na węch. Musiał
mu się bardzo wyostrzyć, bo do końca wyprawy nie zmienił tego systemu.
FRANEK KLEKOT I JUREK ZORRO
Bukowina karpacka to rejon rozciągający się na północny zachód
już od granicy rumuńskiej. Dzień zaczął się miło, bo nie dość że
pokazały się chmury, to zjedliśmy obfite i pyszne śniadanie u sióstr
Dominikanek w Siret. Sprytny Diabeł wiedziony instynktem lub grzesznym
sumieniem wstąpił do okazałego kościoła w miasteczku. Gdy ja pilnuję
rowerów obserwując drzemiące na stopniach dwa koty i chudego psa
- on wylania się z młodą zakonnicą pod pachą.
Miło więc nam się jedzie łagodnymi pagórkami, wśród zupełnie swojskiego
krajobrazu i dziesiątek wiosek ciągnących się jedna za drugą. Szosa
wyraźnie lepsza, stacje benzynowe nowocześniejsze i brak cyganów
na których nas uczulali sceptycy. Za to przybyło furmanek, lecz
bardziej europejskich, gdyż z normalną rejestracją na tylnej pawęży
(z żegl-deska zakańczająca rufę jachtu). Ze ściniętym sercem patrzę
na biedne koniska, które w obłokach pary, głośno prychając, drą
kopytami pobocze szosy i wzniecając co rusz snopy iskier - ciągną
wyładowane wozy długimi podjazdami. Czuję świst bata na własnych
plecach a gardło ściska niewidzialne wędzidło. Ja kocham zwierzęta,
wszystkie.
Mamy w planie odnalezienie sławnych "Malowanych monastyrów"
i udaje nam to się z dużym trudem. Nadrabiamy 20 kilometrów aby
w Arbore odetchnąć chwilę przy takim zabytku. Jest on niestety jednym
z gorzej zachowanych, lecz na swój sposób piękny. Budowla ma 2 piętra
wysokości, owalnego kształtu, pokryta gontowym spadzistym dachem,
a całe zewnętrzne ściany mienią się kolorowymi freskami w cerkiewnych
motywach. Są jednak bardzo zniszczone, wiele wygląda jak po renowacji
kwasem solnym a niektóre zniknęły zupełnie - wielka szkoda!
Góry niejako złagodniały, lecz ciągle je widzimy przyczajone w lekko
mglistym horyzoncie, ale płaskiej drogi nie ma. Wszechobecne pastwiska
ustąpiły teraz miejsca polom uprawnym wyzłoconym dojrzewającym zbożem,
wśród których przycupnęły gospodarstwa ciemnolicych chłopów. Płoty
z ciasno zbitych brązowych desek, okalają chaty kryte blachą lub
gontem o niebiesko malowanych ścianach bocznych. Nieduże okienka
otoczone białą ramą wypełniają prostokąty małych szybek. Tu też
jak na Ukrainie, furty wejściowe zwieńczają spadziste daszki na
wysokich słupach. Co rusz dopadają nas kudłate i wrzaskliwe pieski,
które w zależności od prędkości z jaką trzeba się ich pozbywać,
zwiemy 10-tki, 20-tki, 30-tki - zupełnie jak w Longiniadzie*
W Rumunii czujemy się bardzo bogato, a to za sprawą grubych portfeli
które mamy wypchane setkami tysięcy tutejszych lei. Fajnie wyglądała
wymiana w kantorze - z ręki do ręki, bez jednego słowa i rachunku,
prawie że na kolanie jak za socjalistycznej konspiracji. Za 10$
dostajemy po 330 000 lei i spróbujemy na tym przeżyć rumuńską podróż
- jednym słowem rajd o kropelce, a raczej o grosiku. Muszę dodać,
że jak zawsze, mamy ze sobą trochę zapasów z kraju i żelazne racje
przetrwania.
Słońce przebijając się chwilami przez chmury, powoli przechodzi
na drugą stronę horyzontu, a my zbliżamy się do polskiej wsi na
Bukowinie. Asfaltowa droga w pewnym momencie zmienia się w betonową
wstęgę, której dylatacje postukują miarowo pod kołami rowerów. Droga
wije się wzdłuż rzeczki i prowadzi cały czas pod górę. Mamy już
w nogach 80 km drogi, która płaska nigdy nie była, nie jedziemy
więc zbyt szybko. Poszum rzeczki płynącej dosyć bystro w dół i naturalne
odgłosy flory i fauny wokół, nagle zakłóca narastający z tyłu dziwny
dźwięk, który szybko przybliża się do nas. W asyście srogich zgrzytów,
pisków i łomotu blach dogania nas facet na rowerze, którego klekot
zagłusza słowa powitania w naszym ojczystym języku. Niesamowity
oryginał siedzi na siodełku owiniętym zwojem szmat wzmocnionych
grubym drutem. Dość młoda lecz zniszczona twarz, spogląda na nas
parą ciemnych oczu spod kapelusz mocno wciśniętego na przetłuszczone
włosy. Wielodniowy zarost okala szeroki uśmiech zdziesiątkowanych
zębów, a dłoń z czarnymi paznokciami odrywa się od zardzewiałej
kierownicy i unosi w geście powitania.
- Dzień dobry chłopaki, jestem Franek i tu mieszkam - a wy skąd?
Jedziemy ramię w ramię z tym oryginałem i ...co tu ukrywać - z trudem
dotrzymujemy mu "koła". Robiąc dobrą minę do złej gry,
z zaciekawieniem słuchamy historii Franka i jego wioski.
- Tu mieszkają z dziada pradziada sami Polacy. Już 200 lat temu
przybyły polskie rodziny i tak żyją tu do dziś. To jedyna taka osada
w całej Rumunii, mamy własną szkołę, dzieci uczą się polskiego,
rozmawiamy tylko po polsku i mocne są więzy z krajem. Ja tam w Polsce
nie byłem, ale tatko jeździł kilka razy i nawet dłoń sekretarza
uścisnął. Pielęgnowane są tradycje, szczególnie towarzyskie - jak
to u was gadają? - gość w dom, flachę dom - o przepraszam - Bóg
w dom.
W tym momencie rozlega się przeciągły pisk i nogi Franka zaczynają
błyskawicznie kręcić pedały, nie pchając jednak roweru do przodu.
Na chwilę puściło torpedo, które po kilkudziesięciu rozpaczliwych
obrotach podejmuje swą pracę i pozwala Frankowi kontynuować opowieść.
- Ale żyje nam tu się nie łatwo, kłopoty z robotą. Ja jej teraz
nie mam, tak jak i połowa tu ludzi - a pić - o przepraszam - żyć
trzeba. Czasem złapię jakieś wynoszenie gówien z obory, ale co tam
- tu znów Franciszka stopuje, nogi kręcą się jak wrzeciono a cienkie
wargi wyrzucają przekleństwo. Pomaga, zębatka na chwilę zaskakuje
popychając utleniony wehikuł krótkim skokiem do przodu, by po minucie
zastrajkować znowu. Nie ukrywamy rozbawienia, a mnie w tym momencie
przypomina się zabawny obrazek z przed lat.
Widziałem któregoś ponurego dnia takiego dziadka-zbieracza, jak
mozolnie ciągnął napełnioną żelastwem dwukółkę i trzymając dyszle
w obu rękach, nisko pochylony wolno przebierał nogami. Drogę znaczył
małym zygzakiem, bo robiąc sobie krótkie przerwy, wzmacniał się
granatową nalewką, dla rozgrzewki zapewne. W pewnych momentach dwukółka
przechylała się do tyłu unosząc na dyszlach delikwenta w górę, lecz
on nie przestawał pracować nogami, robiąc szybkie kółka w powietrzu.
Za moment wózek opadał, jechał 2 metry do przodu i sytuacja się
powtarzała.
Nasz zabawny towarzysz jedzie tak samo, tyle że szybciej. Nie zbity
z tropu, ciągnie dalej swoje opowiadanie, wskazując ręką tablicę
którą właśnie mijamy - "Nowy Sołoniec".
- Jesteśmy na miejscu. Znajdziecie nocleg bez problemu, tu są sami
dobrzy ludzie, tylko piją - oj jak oni tu piją!
Żegnamy się z naszym przewodnikiem i pokrzepieni informacją, rozglądamy
się po wiosce. Jest klasycznie rozplanowana wzdłuż tej jednej betonowej
drogi i ciągnie się kilometrami. Schludne chałupy kryte w większości
czerwoną dachówką, mają ściany w odcieniach zieleni i białe okiennice.
Widzimy też ciekawsze domy, powleczone całe gontowymi płytkami,
co zupełnie przypomina gigantycznego karpia. Napotkani ludzie pozdrawiają
nas gestem i normalnym "dzień dobry". Gdzie tu pytać o
kwaterę? - wybieramy knajpę, taki zwykły wiejski bar z drewnianymi
stoły i ławami. Gdy wydaje się że jesteśmy z Polski i szukamy kwatery
- robi się całkiem spore zamieszanie. Młody chłopak zrywa się z
ławki i rzuca nam na szyję.
- Och witajcie rodacy, jestem Jurek, ja to załatwię, macie jak w
banku!
Towarzystwo się śmieje spoglądając sceptycznie na naszego łaskawcę,
który - co widać gołym okiem - ledwo stoi na nogach. Koszula wyszła
mu ze spodni a niedopięty pasek smętnie wisi wzdłuż poplamionych
nogawek. Płowa czupryna spada mu na piegowaty nos i zakrywa szare
oczy zwężone w cienkie szparki.
- Hej Zorro! - ty lepiej idź się przespać, już tydzień nie trzeźwiejesz,
matka ci kijem dupę złoi. Zostaw ty porządnych ludzi w spokoju i
wracaj do swojej koliby!
Nie zważając na docinki, Zorro zgarnia ze stołu plastikową butlę,
przypala skrzywionego peta, poprawia spodnie i zygzakiem wybiega
z knajpy. Idziemy razem w stronę końca wsi otoczeni gromadką umorusanych
dzieciaków i taksowani zalotnym spojrzeniem dwóch dziewczynek-podlotków.
- A tu mam wyśmienitą samogonkę, wypijmy za nasze spotkanie i wasze
zdrowie - to mówiąc, Jurek wznosi butlę wysoko w górę i z bulgotem
wlewa w siebie potężny łyk wódki. Próbujemy tego samogonu, jest
rzeczywiście świetny. Zorro opowiada nam o swoim kiepskim życiu
i braku pracy. W miarę osuszania butelki nam jest coraz raźniej
a jemu coraz słabiej idzie mowa i krok. Dom jest na końcu wsi i
prowadzi do niego wąski mostek z rozchwianą barierką. Cudem go przechodzi,
lecz nie wraca - chyba go jednak mama złoiła. Rozmawiamy więc ze
spotkanymi ludźmi, którzy sami interesują się naszym losem, głośno
myśląc gdzie nas ulokować. Zorro jest znaną postacią w wiosce, ale
bardziej znamienitą jest tajemnicza "mama Gienia". To
na nią czekamy pod kościołem, rozmawiając z elegancko ubranym młodym
człowiekiem w asyście miejscowego milicjanta. Przedstawia się jako
poseł z ramienia polskiej mniejszości do rumuńskiego parlamentu
i jest właśnie w odwiedzinach u rodziny. W przeciwieństwie do tutejszych,
którzy operują trochę staropolskim językiem, on mówi czysto i elokwentnie.
Ma około 35 lat i tu się urodził. Pani Gienia jest jego mamą, a
ma jeszcze tu dzieci i żonę.
- Nie żyje się tu ludziom łatwo - opowiada. Chcą zachować swoją
polskość, rodzinne tradycje i obyczaje. Udaje się to, mimo trudnych
czasów powojennych gdy władza tutejsza forsowała ostry plan wynarodowienia.
Ludzie asymilują się z tubylcami, mamy rumuńskie żony, dzieci, znamy
język - ale między sobą zawsze rozmawiamy po polsku. A widzicie
tą betonową drogę? - to dzięki prezydentowi Kwaśniewskiemu. Był
tu kiedyś na wizycie z całą świtą, lecz jak oni tu chodzili! - Tu
poseł przerywa i podciąga nogawki czarnych spodni z kantem do pół
łydki - o, a tak szedł prezydent w tym błocie, i wtedy przysiągł
- że zrobi tu porządek. 5 lat to budowali, bo co rusz był kradziony
cement i żelazo. Ale się udało!
Kiwamy głowami z aprobatą i opowiadamy z kolei o swoich przygodach
i pasjach. Poseł przytakuje z uznaniem, bacznie nam się przyglądając,
po czym żegna się wsiadając do czarnego Audi A-6.
- Miło było poznać i pogadać, lecz muszę pędzić. Czas mnie goni,
tyle jeszcze spraw a ja za parę dni zdaję maturę. O - właśnie idzie
mama, do widzenia!
Pani Gienia przyjmuje nas bardzo serdecznie i pokazuje pokoje w
okazałym domu a synowa kasuje po 3 dolary za noc. Możemy w kuchni
zrobić pyszną kolację i wziąć upragniony prysznic. Mieszkanie jest
w swojskim stylu - błyszczące meble, dużo bibelotów, kryształów
i figurek z porcelany, grube poduchy na łóżkach, walają się dziecinne
zabawki i pluszowe zwierzaki. Na ścianach wiszą małżeńskie monidła
i święte obrazy. Ciężkie firany szczelnie otulają okna ukwiecone
rzędami doniczek. - .
Nowy Sołomiec "by night" to oczywiście knajpa - drugie
po kościele najważniejsze miejsce we wsi. Tu czas spędza miejscowa
"bohemy", czcząc tanimi trunkami wieczór po ciężkim dniu.
Tanio można żyć na tej Bukowinie - 100g wódki w barze kosztuje 2
zł( w przeliczeniu), w sklepie dostaniesz jeszcze taniej setkę,
lecz do własnego naczynia a papierosy sprzedają na sztuki. Takie
ułatwienia życia były jeszcze 30 lat temu w Polsce - i komu to przeszkadzało?
Wzbudzamy spore zainteresowanie wśród miejscowej gawiedzi, podchodzą
do stolika, rozmawiają, pytają ale - kielicha nie stawiają. Za to
my stawiamy setkę elegancko ubranemu faciowi w średnim wieku, który
nie tylko zapewnia nas o dozgonnej przyjaźni, ale i zaprasza w gościnę
do Konstancy. Kolejny wiec adres wpisujemy w zeszyt i kolejną szklankę
stawia przed nami nie piękna, ale bardzo przystojna barmanka. Zdrowie
cyklistów!
Część 1 | Część
2 | Część 3 | Część
4 | Część 5
|
|
| |
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|