|
Indie
2004
wyprawa rowerowa Kalkuta - Delhi
czyli z biegunką na rowerze
|
Pierwszy dzień po przylocie do "ciepłych krajów" przywitał nas chłodem. Zimny poranek po locie samolotem nie nastrajał optymistycznie do wędrówki rowerem przez subkontynent Indii. Skręciliśmy rowery i w promieniach porannego Słońca udaliśmy się w kierunku centrum miasta. Przeczytaj relacje z wyprawy, która trwała dłużej niż miała trwać....
Delhi Rower wydaje się najlepszym środkiem lokomocji w tym mieście, ale szybko okazuje się, że nawet przemieszczanie się rowerem sprawia trudność. Wielkość aglomeracji powoduje powstawanie rowerowych korków, co skutecznie uniemożliwia przemieszczanie się i wydłuża w nieskończoność czas potrzebny na dotarcie do celu.Rowery z prawej, lewej z przodu i tylu. Kierowca rikszy, która "parkuje" w kole mojego roweru próbuje zagadnąć nas skąd jesteśmy. Z lewej Tomek próbuje się przepchać miedzy rowerowym dostawcą skrzynek z napojami, ale niestety innych dziesięciu rowerzystów wiozących: butle z gazem, ubrania, skrzynki, bambusy i nawet ludzi skutecznie to uniemożliwia, stoimy w korku rowerowym. Nie ma innych szans jak tylko czekać aż sytuacja się rozładuje.Czy stałeś kiedyś w korku rowerowym? W Delhi możesz przeżyć i zobaczyć taki korek. Nie masz szans na wydostanie się z niego w żaden sposób, jak ulica się zablokuje nawet pieszy nie przejdzie.Mimo wszystko rower jest powszechnym środkiem lokomocji w Delhi, choć sprawdza się raczej na krótkich dystansach, ta 25 milionowa aglomeracja rozciąga się na wiele kilometrów.Pociąg Zapakowanie się z rowerem do pociągu do Kalkuty zajmuje nam cały dzień, najpierw rezerwacja biletu w specjalnym okienku dla obcokrajowców (do okienka dla miejscowych się nie dopchasz). Potem 2 godziny zajmuje nadanie roweru na bagaż. Biurokracja jest wzorcowa. Każdy zna swoje miejsce w szyku. Jeden urzędnik, znakuje rowery inny wypisuje kwity, inny przenosi paczki, kolejny wypisuje i mocuje do naszych rowerów specjalna tabliczkę z numerem, i nazwą stacji docelowej, kolejny wręcza nam papiery, płacimy innemu i zostawiamy rowery pełni obaw czy je odbierzemy na stacji docelowej w Kalkucie?Czekanie na peronie przedłuża się w nieskończoność. W Indiach mieszka 1 miliard ludzi, tylko dlaczego akurat na tym peronie, na którym jesteśmy? I jeszcze wszyscy próbują wsiąść do naszego wagonu? Nasze miejsca są na szczęście zarezerwowane, znajdujemy je i rozpakowujemy się. Pociąg pojedzie 26 godzin (!!!) Rozmawiamy z Hindusem, który opowiada, że jego brat służy właśnie w kontyngencie polskim w Iraku, do rozmowy wrzuca rosyjskie słowa, no cóż podobny to język do polskiego, póĽniej spotkamy się jeszcze kilkukrotnie z pytaniem czy nie jesteśmy z Rosji. Zmęczeni zasypiamy.Czaj!!! Czaj!!! Czaaaaj!!!! okrzyki sprzedawców herbaty parzonej na sposób Indyjski na mleku budzą nas na kolejnej stacji. Obsługa lokalnego "warsu" donosi posiłki, na zewnątrz gorąco, przez okna widzimy mijane miejsowości, przez które będziemy przejeżdżać rowerem we właściwej części podroży. Agra, Allahabad, Varanasi, Gaya, Kalkuta. Zaczyna się mój problem z biegunka, to trzeci dzień naszej podróży, jeszcze nie wiem jak długo to potrwa. Po 26 godzinach i pokonaniu 1535 km pociągiem o godzinie 2 w nocy osiągamy docelowy dworzec Howrah w Kalkucie.Kalkuta Cel Navadvip Wstajemy 6.30 Przed nami długa droga przez miasto w godzinę pokonujemy średnio 15 km. Ponownie przekonujemy się, że Kalkuta to duże miasto jedziemy 50 km zanim pojawią się przedmieścia miasta. Od dwóch dni męczy mnie biegunka, osłabia mnie bardzo przez odwodnienie i problem z brakiem apetytu. Przejazd 130 km zajmuje nam ponad 9 godzin po 18.00 gdy jest już ciemno docieramy na miejsce. Jesteśmy tak zmęczeni, że nie chce mi się ani jeść ani myć.Navadvip, a właściwie położne na lewym brzegu Gangesu Mayapur to centrala ruchu Hare Kryszna, http://www.mayapur.info pierwsze Święte miejsce położone na naszej trasie wzdłuż Gangesu. Korzystamy z ich gościnności w tym czasie odbywają się różne uroczystości związane ze zbliżającym się nowym rokiem obchodzonym przez ich wyznawców. Zwiedzamy cały teren próbując też trochę odpocząć, mam nadzieje na poprawienie się stanu mojego zdrowia.Barddhaman Wstajemy 5.30 i udajemy się do Barddhaman miasta odległego o 68 km od Navadvip. Jesteśmy na miejscu o 11.45. Załatwiamy bilety na pociąg i czekając na niego spędzamy czas u urzędnika kolejowego, który nas zaprosił do swojego biura. Rozmawiamy z przyjemnością o tym, na co należy zwrócić uwagę i jak się poruszać po Indiach w tutejszej biurokracji. Na koniec ostrzega nas przed Biharem, sąsiednim stanem, który jest najbiedniejszy w całych Indiach gdzie krążą dzikie bandy i drogi są najgorsze. W naszym planie jest dojechanie pociągiem do Gaya skąd udamy się do Boddhgaya gdzie Budda doznał oświecenia po długotrwałej medytacji. Gaya leży blisko granicy z następnym stanem Uttarpradesh więc za długo tam i tak nie zabawimy. Nadchodzi czas odjazdu pociągu. Teraz mamy osobiste doświadczenie indyjskiej biurokracji. Okazuje się, że rowerów nie można przewieść, mamy nie te bilety, co trzeba i trzeba rowery nadać jak paczkę mimo że chcemy pokonać nim tylko 200 km, trzeba przejść tą samą procedurę jak w Delhi. Załatwienie wszystkich formalności zajmuje nam około 2,5 godziny. W międzyczasie mamy możliwość przyjrzenia się jak jest zorganizowana obsługa paczkowa na Indyjskim dworcu. Wszystko jest zhierarchizowane. Najpierw grupa robotników, ubranych w lungi (najtańsze ubranie noszone przez prostych ludzi) ładuje wielkie paczki opakowane w lniane płótno na wózki, i zanosi do wagonu bagażowego, wszystkim zawiaduje kierownik brygady, ubrany w spodnie i zwykłą tania koszulę, który wskazuje, które paczki należy do jakiego pociągu zanieść. Nad nim jest szef biura ubrany z kolei w białą, ale tandetną koszule, który przyjmuje paczki od głównego szefa, ubranego już w porządną białą koszule i siedzącego za stołem, na którym mam rozłożone księgi, do których wpisuje wszystkie przyjęte i wydane paczki. On wypłaca pieniądze po każdym przyjęciu i wyniesieniu paczek przez robotników. W przerwach robotnicy odpoczywają leżąc na przygotowanych do wysyłki paczkach. Wszyscy są bardzo uprzejmi i pomagają nam wypełnić wszystkie kwity, przygotować tabliczka z danymi, częstują herbata.Męczy mnie jednak biegunka, od rana nic nie jadłem, kilkukrotnie chodzę do toalety. Gdy nadchodzi czas odjazdu pociągu czuje się już bardzo Ľle. Pociąg ma być o 17.15 Ale jego przyjazd się opóĽnia, nikt nie wie, co się dzieje i kiedy przyjedzie. Mój stan się pogarszaz minuty na minutę, ale czekam na pociąg mając nadzieje że odpocznę w nim, ale pociągu dalej nie ma, ja zaczynam puchnąć. Jesteś zielony stwierdza Tomek i wtedy decyduję się jednak na udanie się do toalety, chociaż może to skończyć się spóĽnieniem się na pociąg gdyby wreszcie nadjechał.O 18.30 decydujemy się jednak wziąć hotel, i pojechać jutro, wyspać się i przeczekać atak biegunki. Znajdujemy sprawnie hotel nie daleko dworca z bardzo dobrą obsługa. Następny dzień spędzam leżąc w pokoju hotelowym, nie mam siły się ruszać, Tomek tylko próbuje zwiedzać miasto w trakcie dnia, nasze rowery pojechały dzień wcześniej pociągiem.Gaya. Boddhgaya. Wieczorem udajemy się znów na dworzec. Wchodząc na teren dworca mam małe dejavu jakbym tu już był, taki dzień świstaka" tylko w gorszym wydaniu. Wsiadamy do pociągu i bez problemów dostajemy się do Gaya.Gaya leży nad rzeką Falgu, która o tej porze roku całkiem wysycha. Widok wyschniętej rzeki sprawia niesamowite wrażenie. Na brzegu wznosi się Świątynia Vishnupad gdzie znajdują się 40 centymetrowe ślady stóp Vishnu. Jedziemy w kierunku Boddhgaya. Na naszej trasie jest jeszcze wzgórze Brahmadżuni, na którym jest świątynia Brahmy i posąg Buddy, ten rejon zamieszkują w większości buddyści, wszak nieopodal narodziła się ta religia. Kiedyś Budda przeklął ten kraj że będzie tutaj bieda, susza i inne kataklizmy, co sprawdza się w dzisiejszych czasach.Zwiedzamy wzgórze pojedynczo, Tomek wdaje się w rozmowę z miejscowymi chłopami czekając na mnie.-Skąd jesteś? -Z Lublina to takie duże miasto w Polsce 300 tysięcy mieszkańców -Tylko 300 tysięcy? - odpowiadająBoddhgaya bardzo kontrastuje z reszta odwiedzonych przez nas miejsc, może to, dlatego że to bardzo mała miejscowość jak na warunki Indyjskie zaledwie 25 tysięcy mieszkańców, może ze względu na obecność buddystów i specyficzny klimat, jaki jest wokół miejsca gdzie Budda medytował. To największe centrum pielgrzymkowe buddystów na Świecie. Wszystkie państwa Buddyjskie maja tutaj swoje klasztory, które prowadza modły według swojego obrządku. Wśród ludzi widać wielu ludzi z zachodu, Anglików, Amerykanów, Europejczyków, a nawet Rosjan, którzy przyjechali tu praktykować religię Buddy, lub uczestniczyć w licznych kursach medytacji lub szukających Oświecenia. http://www.bodhgayanews.net/ Grand Trunk Road G.T. Road to prawdziwe pole walki. Wjeżdżamy na ta drogę łącząca Kalkutę z Delhi po opuszczeniu Boddhgaya następnego dnia. Poznajemy tutaj, na czym polegają Indyjskie zwyczaje drogowe. Zasada pierwsza: pierwszeństwo ma większy, rower musi ustąpić motorowerowi, ten samochodowi, a te z kolei uciekają przed wielkimi ciężarówkami. Ciężarówki wymuszają drogę na wszystkich, wypychają z drogi, inni uciekają po poboczach. Widząc rowerzystę na pustej drodze nawet bez konieczności zmiany pasa czasem ktoś skręci tak by zmusić nas do zjechania na pobocze. Robią to specjalnie. Czasem zdążają się też porządni kierowcy. Jeden omijał Tomka w momencie gdy inny go wyprzedzał, i ten wyprzedzany przeprosił gestem Tomka, że musi go zepchnąć, bo inaczej wyprzedzający go wypchnie z drogi, ponieważ następne samochody jechały z naprzeciwka. Czasem nawet zwolnią, aby Cię przepuścić, ale jest kilku wariatów, więc uważaj, nie jedĽ tędy, jeśli nie musisz. Niestety musieliśmy tedy jechać.Dodatkowo jestem osłabiony przez biegunkę, która nie ustępuje, walka na drodze dodatkowo osłabia.G.T. Road jest w trakcie wielkiej przebudowy. Rządowy, reklamowany w telewizji, wielki projekt budowy sieci autostrad ma połączyć wschód z zachodem i południe z północą. W sumie kilkanaście tysięcy kilometrów. Po wyjechaniu z Biharu droga znacznie poprawia się, czasami pojawiają się przygotowane odcinki dwupasmowej, betonowej drogi o grubości około metra, nie jeżdżą tutaj samochody, ale rowerem można się swobodnie poruszać, bez wchodzenia w konflikt z innymi uczestnikami.Varanasi Ghaty. To miejsca gdzie można dokonać rytualnej kąpieli w Świętej rzece, zmywając z siebie część grzechów doczesnego Świata. Na jednym z nich kremują umarłych. Każdy hindus chce być tutaj skremowany i wrzucony potem do Gangesu. Mamy tutaj zajście z najbardziej agresywnymi naciągaczami w czasie naszej podróży. Ma to miejsce na najważniejszym Ghacie, gdzie kremują zwłoki. Wstęp jest tutaj zakazany, można jedynie obserwować całą ceremonie ze specjalnej wieży. Jeden z obsługujących zaprowadza nas tam i mimo protestów zaczyna opowiadać całą historie od początku, mimo, że nie proszony.Pewnie będzie chciał jakieś pieniądze na końcu przewiduje Tomek i mogą być kłopoty.Po zakończeniu opowieści nasz "przewodnik" zażądał pieniędzy na zakup drewna do palenia zwłok. Zaproponowałem 50 Rs za "przewodnictwo". Zażądał przynajmniej 150 Rs, równowartość 1 kg drewna. Odmówiłem i chcieliśmy odejść. Kilku innych zagrodziło nam drogę. Ale my zdecydowanie ruszyliśmy dalej. Musieliśmy kilkakrotnie zmienić kierunek, aby obejść to miejsce. Ostatecznie jeden z nich szedł za nami i szarpał mnie za rękaw strasząc policją. Obeszło się na strachu. Tomek potem stwierdził, że za bardzo wchodzę w kontakty z ludĽmi i jestem za bardzo otwarty i powinienem trzymać większy dystans, bo mogę nas wprowadzić w poważne kłopoty. Spotykamy jednak hindusa, który nic od nas nie chce. W restauracji tłumaczy nam, dlaczego nie należy jeść taniego pożywienia kupionego na ulicy. Jedzą je najbiedniejsi, którzy mogą być chorzy oraz jedzenie może być nieświeże, bo jest często z dnia poprzedniego, jest często zakurzone i oświetlone przez Słońce co sprzyja rozwojowi bakterii. Nie ginie nasza wiara w ludzi. Allahabad Mamy problem ze znalezieniem wolnego hotelu, jest jakieś sympozjum naukowe w mieście w tym czasie wiec wszystkie hotele są pełne. Podoba nam się dzielnica Civil Lines część miasta zabudowana przez brytyjskie wille. Rozległe ulice, duże parki, pałace. Allahabad to miasto Allacha, tutaj z kolei większość mieszkańców to muzułmanie. Jesteśmy świadkiem wielkiego pochodu, bębny, wielbłądy, śpiewy. W miejscu wpływania Jamuny do Gangesu odbywa się słynny festiwal Kumbha Mela, wyliczony astronomicznie czas, kiedy kąpiel w miejscu połączenia rzek ma największą moc. Obserwujemy jak łodzie z pielgrzymami płyną do miejsca gdzie odbywa się rytualna kąpiel. Jestem cały czas osłabiony, więc oszczędzam siły i nie za bardzo mam ochotę na zwiedzanie. Wieczorem łapiemy pociąg, do Tundli.Agra Tundla to najbliższy Agry dworzec kolejowy na naszej trasie. Wysiadamy z pociągu o godzinie 2.00 Tomek odkrywa, że w pociągu skradziono mu paszport, zgłaszamy kradzież na dworcowym komisariacie, gdzie wzbudzamy zainteresowanie naszą trasą i sposobem podróżowania. Spędzamy noc na peronie. Jest zimno, ubieram wszystkie ubrania, w których przyjechałem z Polski. Mimo to marznę. Wypicie kilku kubków "czaju" nic nie daje. Wiele osób spędza tutaj noc, mamy możliwość spróbowania takiego życia osobiście. O świcie ruszamy w dalszą drogę.Agra to najsłynniejsze miejsce w Indiach, ze względu na ogromne zainteresowanie turystów ilość naciągaczy i oszustów na km2 jest tutaj chyba największa w Indiach. Zazwyczaj przed skorzystaniem z taksówki czy rikszy uzgadnialiśmy cenę lub sposób zapłaty, co było respektowane, tutaj nie. Po dojechaniu na miejsce zaczyna się cała zabawa z targowaniem od nowa. Dodatkowo podchodzą znajomi i trzeba wykazać się nieustępliwością, aby dopiąć swego. Tomek jest ekspertem w takich sprawach, ustala cenę, a potem nie da ani rupii więcej.Taj Mahal jest celem wielu turystów. Biały grobowiec góruje nad miastem. Zwiedzamy go i bez żalu opuszczamy to miejsce. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie warto czytać ponownie tej samej książki czy oglądać jakiegoś filmu to nie warto było to robić nawet po raz pierwszy. Wizyta w Agrze będzie dla nas takiej samej kategorii.Mathura. Vrindaban Zbliża się wiosenne święto Holi, obchodzone jest ono zwłaszcza w tym rejonie Indii. Trochę podobna tradycja jak nasz śmigus-dyngus, kobiety polewają mężczyzn wodą zabarwioną specjalnymi barwnikami. Z Agry do Mathury jest nie całe 60 km. Niby nie dużo, ale biorąc pod uwagę mój stan trzeba włożyć w to dużo wysiłku. W Mathurze zwiedzamy miejsce gdzie rzekomo narodził się Kryszna. Tłum ludzi czeka na uroczystości. Na kramach pełno barwników, które będą wykorzystane w czasie święta. Niektórzy już chodzą kolorowi od nich. Odpoczywamy w cieniu i nagle podchodzi do nas miejscowy kapłan, bramin zachęcając do odwiedzin rzeczywistego miejsca narodzin Kryszny. Okazuje się, że jest to miejsce "alternatywne", nie wiemy, które jest prawdziwe to czy to poprzednie, ale i tak ta mała świątynia bardziej nam się podoba.W pobliskim, Vrindaban gdzie Kryszna spędził dzieciństwo nie ma miejsc w hotelach. Wszystko zajęte przez pielgrzymów przybyłych na Święto Holi. Decydujemy się zjeść w lokalnym ośrodku Hare Kryszna i chcemy ruszać dalej, ponieważ do Delhi mamy 140 km drogi i wiemy, że będzie to duży wysiłek. Tomka zaczepia lokalny bramin i pyta skąd jesteśmy i czy zwiedziliśmy Vrindaban. Oferuje nam pomoc w znalezieniu noclegu i oferuje swoje usługi jako przewodnik. Korzystamy z jego usług i po zakwaterowaniu się w nieodległym domu pielgrzyma w jedynym wolnym akurat na ta noc pokoju udajemy się na zwiedzanie miasteczka. W jednej ze Świątyń urzędują małpy. Nasz przewodnik informuje, że lubią kraść okulary, aby je potem niszczyć. Moje chowam do torby, Tomek niestety bez okularów nie da rady, więc decyduje się na ciągłe trzymanie ich ręką. Po wejściu do środka nachyla się nad figurą bóstwa na ołtarzu i na sekundę zwalnia ręce, aby złożyć niewielki datek. W tym momencie małpa błyskawicznie skacze na niego od tylu i porywa okulary, po czym wskakuje na kolumnę i zaczyna zjadać elementy okularów.- Mówiłem żeby mnie słuchać - komentuje nasz przewodnik. Tomek jest zakłopotany swoją beztroską i perspektywą dalszej podróży bez okularów. Skomplikowana wada wzroku uniemożliwia zakupienie nowych okularów. Bramin przynosi kilka ciastek, zakupionych na straganie przed wejściem do świątyni i przekupuje małpę, ta po chwili daje się skusić przekąską i porzuca swą zdobycz. Z odzyskanymi szkłami udajemy się do pobliskiego optyka, aby dorobić oprawki, które uległy całkowitemu uszkodzeniu. Szczęśliwie tylko one są stratą. PóĽnym wieczorem udajemy się na spoczynek. Jutro mamy daleką drogę przed sobą. Ponownie Delhi Pobudka wcześnie rano i jeszcze przed świtem o 5.50 jesteśmy już w drodze. Tym razem jest to już dokończona znana nam wcześniej GT Road. Pas zieleni przedziela jej środek. Powoli i z mozołem kręcę. Moja średnia dzisiejszego dnia to 14 km/h, dystans 140 km to oznacza 10 godzin jazdy. Tak słaby jeszcze nigdy nie byłem. Na trasie wyprzedzają mnie nawet riksze. Tomek za to ugania się za ciężarówkami jadąc im "na kole" z prędkościami dochodzącymi do 50 km/h. Spotykam jadącego z naprzeciwka białego rowerzystę to Szkot zwiedzający Indie na rowerze, właśnie rozpoczynający swą podróż.Zaczynające się przedmieścia Delhi ciągną się długo, coraz większy ruch i kłopot z orientacja według posiadanych przez nas map nie nastrajają optymistycznie. Wjeżdżamy nagle na teren Old Delhi, które jest nam znane z przed kilku dni. Nasz docelowy hotel nie daleko. Po 12 godzinach od wyjazdu z Vrindaban docieramy do docelowego hotelu.Następnego dnia mamy pilne zadanie, aby wyrobić Tomkowi ukradziony paszport i wizę. Miło jest wjechać na teren polskiej ambasady tak daleko od domu. Wiszące w środku zdjęcia pięknych polskich krajobrazów, Wisły, gór i jezior przypomina nam o domu. Załatwiamy sprawnie wszystkie formalności i udajemy się do miejsca gdzie można zrobić zdjęcia potrzebne do paszportu. Jestem ubrany w trzy koszule, i znów "cieple kraje" nie są dla mnie cieple. Stojąc na światłach na skrzyżowaniu patrzę na tablice, na której podane są poziomy zanieczyszczeń. Tlenek węgla przekroczony o 300%, temperatura.....30 C właśnie w taki sposób można marznąć w 30 stopniowej temperaturze mając biegunkę od 20 dni i potężne odwodnienie organizmu.Wszystkie formalności załatwiamy sprawnie i udajemy się na ostatnie zakupy, wieczorem mamy samolot.Na lotnisku wielkie zamieszanie, obsługa wszystko dokładnie sprawdza i pilnuje żeby nie było nadbagażu, Musze się pozbyć wielu potrzebnych przedmiotów, podobnie jak inni pasażerowie. W efekcie opóĽnia się wylot samolotu i nie zdążamy na połączenie w Moskwie z lotem do Warszawy. Spędzamy na koszt Aeroflotu dzień w hotelu w towarzystwie innych Polaków wracających z Indii tym samym lotem.W domu jestem 24 godziny póĽniej niż planowo.Epilog Po dwóch dniach z powodu nie mijającej biegunki decyduję się na pójcie do szpitala, na wydział chorób tropikalnych we Wrocławiu. W ciągu tygodniowego pobytu, przestrzegania ścisłej diety i serii badań, lekarze nie znaleĽli przyczyny choroby, ale objawy uniknęły.Prawie natychmiast po powrocie do domu, wszystko zaczęło się od nowa. Nie decyduje się już na szpital, korzystam z przychodni. Przestrzegam ścisłej diety, kleiki na mleku i wodzie, kakao, jagody, gotowana marchewka, dieta bezglutenowa.Po trzech tygodniach od powrotu z Indii moja waga w porównaniu z tą przed wylotu jest mniejsza o 10 kg.Próbuję wszystkiego, zażywam leki na wszystkie choroby jelit, i układu trawienia. Aptekarz podpowiada przyczynę w psychice, lekarz psychiatra przepisuje leki, po których spię 14 godzin. Biegunka nie przemija, porzucam te leki i wszelką nadzieję.W połowie czerwca, 3 miesiące od powrotu z Indii, wszystko wciąż trwa. W gruzach leżą moje plany o wzięciu udziału w Ultramaratonie w Świnoujściu na 765 km, w tym stanie zdrowia nie ma szans na taka imprezę. Odwiedza mnie znajomy i proponuje wizytę u bioenergoterapeutki, która przyjmuje we Wrocławiu. Umawiam się na wizytę i po dwóch spotkaniach w ciągu dwóch tygodni wszystko mija. Postawiona diagnozę: to "coś " w nerkach. No tak o tym nikt nie pomyślał, nerek nie leczyliśmy.Wracam do zdrowia. Poinformowany o tym aptekarz natychmiast umawia się z terapeutką w "swojej sprawie". Ja wracam do zdrowia.W zasadzie cały 2004 rok mogę uznać za stracony z punktu widzenia rowerowych osiągnięć, ale jestem już zdrowy i to jest najważniejsze. W Ultramamratonie w Świnoujściu ostatecznie startuję poprawiając swój ubiegłoroczny czas na 510 km. Na dystans 765km się nie decyduję. We wrześniu trzeci raz idę na seans, aby dokonać "poprawki".Statystyka Rowerem pokonaliśmy dystans 1000 kmPrzejechaliśmy pociągami prawie 1800 km Koszt wyprawy około 351 USD = 15600 RS na dwóch na miejscu + 2500 złotych samolot na osobę uzyskane przed wyjazdem od znajomego mieszkającego od kilku lat w Indiach w okolicach Kalkuty:Jakie nalezy przewidzieć koszty (dziennie), biorac pod uwage dość skromne wymagania, ale bez przesady? USD to około 45 Rs. Jak wygląda sprawa w tym terminie z owadami? Odp. Komary są najbardziej aktywne w tym okresie. Co w takim razie wziąć jako zabezpieczenie przed komarami, czy kupić coś u nas czy na miejscu? Czy takie moskitiery lepiej kupić w polsce czy na miejscu? Jakie są ceny? Czy noce są ciepłe, czy trzeba brać coś ciepłego do przykrycia? Odp. W Kalkucie już jest ciepło, ale w Delhi noce mogą być chłodne. Kontakt z uczestnikami >bikeway@sotiko.pl |
|