Tegorocznych wakacji nie wyobrażaliśmy
sobie spędzić inaczej niż w podróży. Już w drodze powrotnej z Pragi
zaczęliśmy się zastanawiać - gdzie zataszczymy nasze wymęczone rowery.
Różne kretyńskie pomysły rodziły się w naszych głowach (Egipt, Mandżuria?!!),
stanęło jednak na tym, że chcemy dotrzeć nad Adriatyk, nie bardzo
wiedzieliśmy jeszcze którędy, byle nad wybrzeże. Czasu na przygotowania
mieliśmy sporo i tym razem postanowiliśmy dobrze go wykorzystać.
Stworzyliśmy tą o to stronkę, by móc nawiązać kontakt ze sponsorami
i chwalić boga, takowych znaleźliśmy. Poszliśmy też do pracy (to
akurat przykre jest :P). Tyraliśmy jak woły, lecz całą wypłatę
zamiast, jak rozsądny student przepić, wsadziliśmy w rowery, trochę
tylko zostawiając na drogę. Jako cel wyprawy obraliśmy Dubrovnik,
sprawdzoną metodą nie wyznaczaliśmy jednak konkretnej trasy (zresztą
nie mieliśmy kompletu map).
Po zebraniu niezbędnego
sprzętu (w części pożyczonego), przeglądzie rowerów, zerwaliśmy
stosunek pracy i zapakowaliśmy się w pociąg do Zwardonia (granica
ze Słowacją). Był piękny lipcowy wieczór i tak to się zaczęło.
28 Lipiec dzień
0 (słownie: zero)
Plan na najbliższą dobę
był taki: do granicy dojedziemy nocnym pociągiem, w którym to zaznamy
najmniej 8 godzin snu i rano, wypoczęci ruszymy w trasę. Jak to
z większością naszych planów bywa i ten diabli wzięli. Kiedy podróż
zaczęła nas nużyć (a zaczęła prędko) i powoli przychodził czas na
sen, do przedziału subtelnie wtargnęli SOKiści. Z radością obwieścili
nam, że ich jest tylko dwóch i po całym pociągu za złodziejami ganiać
nie będą, więc radzić mamy sobie sami. Tutaj sen szlak trafił.
W Zwardoniu byliśmy koło
godziny 11 rano i jedyne co chcieliśmy to położyć się na peronie
i zasnąć. Jednak ambicja na to nie pozwoliła - równo w południe
gotowi do drogi stanęliśmy na granicy.
29 Lipiec dzień 1, 80km Miksov
Na dobry początek ruszyliśmy
oczywiście pod górę, a 38 stopniowy upał w cale nie pomagał. Jechało
się strasznie ciężko, przerwy robiliśmy co 30 min., piliśmy hektolitry
wody, a każde wzniesienie zdobywaliśmy jak niepodległość (co jeszcze
nieraz miało się powtórzyć). W tym oszołamiającym tempie, pokonaliśmy
całe 80 km, nocując nad jeziorem w miejscowości Miksov. Nachylenie
namiotu sprawiało, że spaliśmy prawie na stojąco, a komary wielkości
wróbli nie dawały nam spokojnie zasnąć.
30 Lipiec dzień 2, 137km Horna Streda
Na śniadanie zjedliśmy
zimną zupę z kolacji (pychota). Ruszyliśmy koło 11, upał znowu dawał
się we znaki mocno ograniczając tempo jazdy. Z miejscowego folkloru
bardzo zdziwiły nas napotykane w wioskach megafony. Rozwieszone
na latarniach, ni stąd ni zowąd zaczynały grać coś na kształt ludowych
pieśni, podawać informacje, ogłoszenia i czort wie co jeszcze. Gdzieś
w pobliżu odbywał się zlot motocykli bo dwukrotnie minęła nas kawalkada
motocyklistów - tak na oko 250-300 maszyn. Szał! Wszyscy machali
i trąbili zazdrośnie zerkając na nasze rowery. Mijali nas dobre
15 minut i przez cały ten czas machaliśmy, aż rozbolały nas od tego
łapska, a zaraz potem i nogi, bo nie mieliśmy jak zmienić przerzutek
pod górkę.
Słowacja okazała się
być bardzo gościnnym krajem. Ludzie mili, posługiwali się podobnym
językiem, a zapytani o wodę potrafili poczęstować setką wódki. PięknieJ
Po drodze spotkaliśmy Piotra i Adama - dwóch młodych
kolarzy - na oko mogli mieć dzieci w naszym wieku. Jechali z Polski
do Bratysławy i wielce radzi z naszego spotkania chcieli umówić
się na piwo. Jak na złość w okolicy nie było żadnej knajpy ani sklepu.
Uścisnęliśmy wiec sobie dłonie i pojechaliśmy w swoje strony.
Gdy zaczęło zmierzchać
postanowiliśmy przetestować nowe czołówki - przez półtorej godziny
w totalnych ciemnościach szukaliśmy jeziora które według mapy miało
w ogóle nie istnieć. O godzinie 22 znaleźliśmy sobie przytulne miejsce
na kamienistej plaży i czym prędzej udaliśmy się na spoczynek.
Dzień 3, 31 Lipiec, 121 km Edellstale
Ruszyć planowaliśmy nieco
wcześniej, więc wstaliśmy o 9, jednak los jak zwykle chciał inaczej
- trochę czasu musieliśmy poświęcić na skontrowanie przedniego koła,
a i kąpieli w jeziorze odmówić sobie nie zdołaliśmy (nigdy nie wiadomo,
kiedy będzie następna okazja by się wykąpać). Ostatecznie ruszyliśmy
trochę przed południem. Jechało się lepiej niż dzień wcześniej,
upał już nie dawał się tak we znaki. Przeszkadzał tylko wiatr, jak
zwykle wiejący w twarz.
O godzinie 18 dotarliśmy
do Bratysławy. Mieścina nie większa od Gdańska, trochę tylko bardziej
zadbana. Oszołamiającego wrażenia na nas nie zrobiła i chyba jedyną
atrakcją był zamek nad brzegiem Dunaju. Oczywiście jest to tylko
nasza, bardzo subiektywna ocena bo zbliżała się noc i nie zdążyliśmy
zwiedzić miasta, które zapewne kryje wiele pięknych i ciekawych
miejsc. Z zamkowego szczytu widać było już ziemię Austriacką (bo
trzeba Wam wiedzieć, że Bratysława leży prawie na samej granicy)
i tam też postanowiliśmy spędzić noc. Stolice Słowacji opuściliśmy
około 20, niestety tu kończyła nam się mapa i dalej jechaliśmy trochę
na ślepo. Kompas pokazywał "Due south" i to musiało wystarczyć.
Już po raz kolejny szukaliśmy noclegu po ciemku -
tym razem trafiliśmy na wzgórze otoczone winnicami. Wszystko pięknie,
tylko komary znowu szturmują namiot całymi batalionami.
Dzień 4, 1 sierpień,
114 km Kole.
Austria sprzyja kolarzom, tutejsze drogi są idealnie proste a asfalt
gładki jak lustro. Na prostych odcinkach bez większego wysiłku jechaliśmy
35-40 km/h, cud, miód i maliny. Trasa, którą przejeżdżaliśmy pełna
była winnic i elektrowni wiatrowych - przyjemna odmiana dla nas.
Zresztą wszystko tu jakieś takie inne - trawa bardziej zielona,
niebo bardziej niebieskie, domy bardziej czyste, zadbane, a w powietrzu
czuć unijne normy. Tylko kobiety brzydkie mają. Niestety też drogo
jak diabli, z musu zaopatrywaliśmy się tylko w wodę (6 zł za 1.5
l!!!) i coś chlebo-podobnego.
Bez map, na samej busoli
ciężko się było poruszać. Nie dość że trudno się dogadać, bo bardzo
mały procent miejscowych włada językiem Szekspira a i nasza znajomość
mowy Goethego nie jest wystarczająca, to nawet przezwyciężając ten
błahy problem - nie mieliśmy bladego pojęcia o co napotkanych pytać.
Na szczęście przy okolicznym sklepie odpisaliśmy z mapy całą drogę
na Węgry (dostaliśmy też mapę Słowenii gratis).
Co by urozmaicić sobie
podróż tymi nudnymi, idealnymi drogami, Ciaho wyłożył się na prostym
jak strzała odcinku(złamane lusterko, sprute sakwy, podarta koszulka
i rana na prawym boku), a Szpile udziabała osa w usta (przepiękny
murzyński uśmiech). Ale co to dla nas, poranieni i opuchnięci gnaliśmy
dalej.
Po 16 docieramy na Węgry.
Kolejny raz odpisujemy miejscowości z map napotkanych turystów.
Podobnie jak w Austrii, wzdłuż dróg położone są ścieżki rowerowe,
oczywiście jakości "trochę" gorszej. W najbliższej miejscowości
udało nam się zdobyć w informacji turystycznej mapę Wągier. Tam
też rozmieniliśmy Euro na Forinty, za które udało się zrobić drobne
zakupy w cudem otwartym sklepie (nie wiedzieć czemu w powszedni
dzień sklepy zamyka się tu koło g.17!).
Noclegu szukaliśmy już
po zmroku, ale powoli zaczynaliśmy do tego przyzwyczajać. Nie udało
się znaleźć żadnego ujęcia wody, dlatego rozbiliśmy się przy lesie,
na świeżo zaoranym polu.
Dzień 5, 2 sierpnia, 107 km
Noc była niesamowicie zimna, przez co wstaliśmy
zziębnięci i niewyspani. Dzień zaczęliśmy od gorącej i słodkiej
kawy (pierwszy ciepły trunek od naszego wyjazdu). Asfalt na drodze
był strasznie szorstki i w zatrważającym tempie zdzierał bieżniki
z opon. Nie mieliśmy zapasowych, więc było to dla nas nie lada zmartwieniem.
Jeszcze tego dnia chcieliśmy przekroczyć granicę ze Słowenią, dlatego
pedałowaliśmy dosyć dziarsko. Po południu trafiliśmy na pierwsze
- od trzech dni - porządne jezioro. Cieszyliśmy się jak dzieci i
nawet pływający po powierzchni wody wąż nie odstraszał. Zrobiliśmy
pranie i z powiewającą bielizną przytwierdzoną do sakw ruszyliśmy
dalej. Bezchmurna i bezwietrzna pogoda nie przeszkadzała w połykaniu
kilometrów, widocznie przywykliśmy już do upałów. Tuż przed granicą
zatrzymał nas widok rosnących jeżyn - gigantów. Ta chwila słabości
zemściła się kilka minut później. O 19:05 dojechaliśmy do granicy
ze Słowenią i...okazało się że przejście zostało zamknięte o 19
(gdyby nie nasze łakomstwo...;). Prosiliśmy, tłumaczyliśmy. Niemal
nam się udało, niestety po Słoweńskiej stronie już nie było celników
i musieliśmy jechać 20 km do następnego przejścia. Ostatecznie granicę
przekroczyliśmy przed 20. Słowenia okazała się bardzo pięknym krajem.
Przyroda wspaniała (prawie jak u nas), ludzie mówiący zrozumiałym
językiem (w przeciwieństwie do Węgrów), drogi dobre, czad po prostu.
Rozbiliśmy się nieopodal jeziorka (z nad brzegu przegoniły nas łabędzie).
Kolacje zjedliśmy w przydrożnej altance. Siedząc przy stole jak
cywilizowani ludzie, popijając piwko toczyliśmy dysputy do późnej
nocy o życiu, przemijaniu, globalizacji, motocyklach, a przede wszystkim
o kobietach;). Zachmurzone niebo nie wróżyło niczego dobrego.
Dzień 6, 3 sierpnia, 106,4 km, 80 km do Zagrzebia,
Tuźno
Pada. Po śniadaniu ruszamy w drogę. Chcieliśmy uciec
chmurom, więc jechaliśmy tym energiczniej im bardziej padało. Trzeba
było się jakoś rozgrzać, a jazda to najlepszy sposób. Do granicy
dotarliśmy około 16. Mieliśmy przy sobie jakieś 180 Euro na dwóch,
a z takim majątkiem celnicy nie chcieli nas wpuścić do kraju. Wyciągnęliśmy
więc karty bankomatowe, i przekonując o ich zasobności wjechaliśmy
do Chorwacji. To, że nasze konta świeciły pustakami nie miało żadnego
znaczenia:).
Przywitały nas dziurawe
drogi, chłód i deszcz (chmury na które trafiliśmy w Słowenii okazały
się być frontem, a przed tym trudno uciec). Z mapy zrobiła się mokra
szmata, więc stawaliśmy w każdej wiosce i pytaliśmy o drogę. Ludzie
bardzo mili, służyli pomocą. Nasze zdrowie, (psychiczne też) uratowała
szklanka wina, gorąca kawa i ciepła atmosfera, jaką ofiarowała nam
jedna z chorwackich rodzin. Pomogli nam również w wytyczeniu dalszej
trasy. Z zapałem ruszyliśmy dalej, który powoli studził padający
deszcz. Miejsce na nocleg znaleźliśmy w ogrodzie wuja Stefana (tak
ochrzciliśmy naszego dobrodzieja). Poratował nas jeszcze butelką
domowego, białego winna (wyśmienite i mocne), które rozgrzało nas
na większą część nocy. Mokrej nocy. A i humor po winku poprawił
sięJ.
dzień 7, 4 sierpnia,
114 km
Obudził nas straszny dźwięk kropli deszczu uderzających
o ściany i tak już przemoczonego namiotu. Dopiero po dwóch godzinach
-korzystając z chwilowej przerwy w opadach - spakowaliśmy się i
ruszyliśmy. Ciuchy trochę na nas przeschły tylko po to, aby po chwili
znów namoknąć. Po szesnastej dojechaliśmy do Zagrzebia. Zaopatrzyliśmy
się w klocki hamulcowe i dodatkowy smar (jako że wilgoć rowerom
nie sprzyja), a gratis dostaliśmy łożyska. Było zimno i mokro, więc
po bardzo szybkim zwiedzaniu, w pośpiechu wyjechaliśmy z miasta.
Przed 21 znaleźliśmy nocleg u kolejnego miłego gospodarza. Uraczył
On nas naleśnikami z dżemem i pyszną zupą. Tego nam było trzeba.
Zrobiliśmy szybką przepierkę, bo od ubrań już zalatywało stęchlizną.
Zupełnie niespodziewanie w nocy znów rozszalała się ulewa i wszystkie
ciuchy dalej były mokre. Gdzie te wabiące turystów upały opisywane
we wszystkich przewodnikach?
Dzień 8, 5 sierpnia, 50 km, Karloviec
Rano pogoda nas nie zaskoczyła. Padało. Korzystając
z uprzejmości pana Zvanko przenieśliśmy się do szopy i tam przesmarowaliśmy
rowery. Rozwiesiliśmy też namiot aby trochę przesechł. Po 16 przestało
padać, więc czym prędzej się spakowaliśmy. Dostaliśmy ciasto na
drogę, rewanżując się Polską flagą i podziękowaniami. Ruszyliśmy
po 18. Zaraz po starcie zatrzymali nas jadący samochodem Polacy.
Okazało się, że mieszkają w Zagrzebiu i zapraszają nas do siebie.
Super, przynajmniej będziemy mieli gdzie zatrzymać się w drodze
powrotnej. Dojechaliśmy do Karlovca, gdzie podczas ostatniej wojny
przebiegała linia frontu. Zwiedziliśmy mały skansen, oglądając pozostałości
po tejże wojnie. Rozbiliśmy się tuż za miastem.
Dzień 9, 6 sierpnia, 127km, Udbina
Po deszczowym dniu, noc jak zwykle była wilgotna
i chłodna. Musimy przyznać że warunki pogodowe w Chorwacji troszkę
nas zaskoczyły. We wszystkich przewodnikach trąbią, że w sierpniu
panują straszliwe upały i nieprzyzwyczajeni do nich turyści powinni
w dzień chronić się przed słońcem, stosować olejki z filtrem i unikać
przegrzania. Tośmy przegrzania unikali bardzo skutecznie. Szczególnie,
że po takich informacjach wzięliśmy tylko
po jednej bluzie, przekonani, że to i tak za dużo. Piąty dzień jadąc
w tych samych ciuchach (wszystkich na raz), zbutwiałych butach,
telepiąc się z zimna, i śmierdząc zgnilizną poczuliśmy się troszkę
oszukani. Gdzie jest słońce do diaska?
Zaczęliśmy dostrzegać
istotne zmiany krajobrazu. Coraz częściej trafialiśmy na długie
podjazdy, nie wysokich lecz bardzo stromych gór, oddzielonych od
siebie kilometrami wyludnionych stepów.
Mijamy Park Narodowy Jezior
Plitwickich. Szesnaście jezior połączonych ze sobą dziesiątkami
wodospadów, z błękitną wodą płynącą malowniczym kanionem. Ten niesamowity
widok kosztował 7 Euro, toteż obejrzeliśmy tyle ile się dało, przeciskając
przez chaszcze i czołgając pod barierkami.
Poza ceną wstępu, kolejnym minusem Plitwic jest fakt,
że niemal cały dzień jechaliśmy pod górę. Kondycyjna masakra - ale
i tak zrobiliśmy 127km.
Na nocleg wybraliśmy miejscowość
Udbinę, z której mieliśmy cudny widok na otaczający nas zewsząd
step. W zeszłym roku opanowaliśmy do perfekcji mycie się w litrze
wody. Teraz poszliśmy o krok dalej - ta sama ilość wody nie dość,
że starczyła na kąpiel to w zupełności stykneła na pranie w menażce
(spodenki cerwiły tak, że brzydziliśmy się ich dotknąć ).
Na horyzoncie znowu zbierały
się chmury - czyżby czekał nas jutro kolejny deszczyk?
Dzień 10, 7 sierpień, 150km autobusem, 50km rowerem,
Split
Pada! Niesamowity chłód zmusił nas do wdziania się
w prawie wszystkie ciuchy, jakie mieliśmy. Dosyć śmiesznie wyglądaliśmy,
ale wesoło nam nie było. Przy zjazdach drętwiały z zimna palce,
powodując wrażenie niedowładu rąk. A to dla kierującego pojazdem
mechanicznym niezdrowe uczucie;). Ciahowi zaczęła szwankować przednia
piasta, więc postanowiliśmy wymienić łożyska. Mało ciekawa, ale
dosyć śmieszna historia (z perspektywy czasu oczywiście). Pierwszy
nasz błąd polegał na tym, że zabraliśmy się za naprawę pośrodku
pustkowia (150km od miasta) w niedzielne popołudnie. Kolejny błąd
- kulki ze zużytego łożyska wyrzuciliśmy na żwirowe pobocze. Dopiero
wówczas okazało się, że wianuszek, który otrzymaliśmy w Zagrzebiu
nijak nie pasował. Na czworakach przerzucaliśmy kamyczek po kamyczku,
poszukując dopiero co wyrzuconych kulek. Przetrząsnęliśmy całe pobocze
znajdując ich najwyżej połowę. Czeski Film! Przejeżdżający kierowcy
pukali się w głowy, a my miast się łamać - śmialiśmy się do rozpuku
z własnej głupoty. A i oczywiście zaczęło padać.
Dojechaliśmy 30 km do
najbliższej wioski - z piasty pozostały same wióry i koło toczyło
się już na samej ośce - a i ta już była niemal całkiem przetarta.
Masakra. Rower nie nadawał się już do dalszej jazdy.
Ciągle pada.
Właściciel miejscowego
sklepu podrzucił nas dostawczym samochodem do najbliższego przystanku.
Do autobusu mieliśmy niemal godzinę i w tym czasie strasznie zmarzliśmy,
przemoknięci do suchej nitki. Bilety kosztowały 170 kun (około 3
dni naszego wyżywienia), ale przynajmniej w suchym i ciepłym autokarze
dojechaliśmy nad same wybrzeże(około 150km).Nie zgadniecie - w
Splicie też padło! Było nieco cieplej, choć dalej bez rewelacji.
Siedzieliśmy chwilę w dworcowej poczekalni, pełnej młodych ludzi,
chyba z każdego zakątka Europy. Jednak wizja nocnego zwiedzania
wyciągnęła nas na stare miasto. Niewątpliwie największą atrakcją
Splitu (stolica Dalmacji) są pozostałości pałacu cesarza rzymskiego,
Dioklecjana. Jego dawne korytarze i komnaty tworzą dziś niezwykle
urodziwe, wąskie uliczki, przecinające dziesiątki małych placyków.
Niesamowite wrażenie. Wszystkie budowle, oczywiście z jasnego kamienia,
nadają ten jedyny, niepowtarzalny śródziemnomorski klimat.
Zziębnięci, zmęczeni i
mokrzy zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Z braku innej alternatywy
zmuszeni byliśmy nocować na parkowej ławce. Nocować to wcale nie
znaczy spać. Czuwaliśmy więc do samego rana, modląc się o słońce
i patrząc z zazdrością na tętnicy życiem Split. O godzinie 4 nad
ranem wychłodzeni, staraliśmy się rozgrzać mieszanką herbaty i kawy
(w połowie parzenia skończyła się kawa, wiec uzupełniliśmy jej braki
herbatą). O świcie Szpila zabrał się za szycie sakw (poszedł zamek).
Tą czynność miał powtarzać dzień w dzień, do końca wyprawy.
Dzień 11, 8 sierpień, 100 km
O godzinie 6 ubraliśmy nasze zbutwiałe buty i ruszyliśmy
w kierunku plaży, zobaczyć nasz wyśniony Adriatyk. Nie zawiedliśmy
się. Przywitał nas wschód słońca i szafirowa woda. Notabene, kolejna
nieścisłość w przewodnikach - woda wcale nie była ciepła, ale że
zaprawione z nas morsy, wzięliśmy kąpiel o wschodzie słońca. Telepaliśmy
się z zimna przez najbliższą godzinę. Ale było warto. Zmyliśmy z
siebie niesamowity bród i smród, nagromadzony przez ostatnich kilka
dni. Czyści i pachnący wygrzewaliśmy się w promieniach słońca. Przy
samej plaży spotkaliśmy sympatyczną parkę z Poznania, która również
nocowała na ławce, oddalonej niecałe 500 metrów od naszej. Swój
swego pozna. Po wymienieniu doświadczeń i wspólnej fotce, ruszyliśmy
na dzienne zwiedzanie miasta. Przed południem znaleźliśmy sklep
rowerowy, w którym kupiliśmy nowe koło.
Kosztowało nas to kolejne 150 kun, co poważnie uszczupliło
budżet. No nic, na jedzenie najwyżej będziemy polować. Od Splitu
przez kilkanaście kilometrów ciągnął się potworny korek. Droga biegnąca
nad Adriatykiem jest wąska, kręta i bardzo zatłoczona, ale tylko
ona mogła nas doprowadzić do Dubrownika. Pobocze często kończyło
się urwiskiem, dostarczając nie lada emocji. Dziesiątki podjazdów
i zjazdów nie pozwalały utrzymać stałego tempa. Widoki jednak wszystko
wynagradzają. Z jednej strony piętrzą się strome, skaliste góry,
z drugiej natomiast lazurowe morze otacza liczne wysepki. Mijaliśmy
liczne nadmorskie miasteczka, praktycznie całe zbudowane z jasnego
kamienia. Noc spędziliśmy pod rozgwieżdżonym niebem, w zacisznej
zatoczce. I ten zapach lawendy.raj po prostu. Chłonęliśmy każda
chwilę i każdy obraz. Po poprzedniej nieprzespanej nocy, zasypiamy
natychmiast.
Dzień 12, 9 sierpień, 112km
Dzień zaczęliśmy od kąpieli
w Adriatyku. Słonko grzało, woda była idealnie czysta a piękne kobiety
opalały się topless. Cudnie. Kamieniste plaże powodowały, że śmiesznie
kuśtykamy wchodząc do wody, a po dnie poruszaliśmy się niczym po
polu minowym, uważając by nie wdepnąć na jeżowca (kauczukowe butki
do chodzenia po kamykach były zdecydowanie za drogie).
Ciągle jechaliśmy "autostradą
słońca" wylewając litry potu w tym nadmorskim a zarazem górzystym
terenie. Po południu przejechaliśmy przez 20km tranzytowy odcinek
Bośni i Hercegowiny. Straż graniczna nawet nie udała, że jest zainteresowana
naszymi paszportami. Zrobiliśmy tu zakupy, zaopatrując się w makaron
na najbliższy tydzień (ceny były znacznie niższe niż w Chorwacji).
Po 112km znaleźliśmy nocleg w niewielkiej zatoczce z przystanią
dla jachtów. Zjedliśmy kolację obserwując morze i bezchmurne niebo.
Kładliśmy się spać ze świadomością, że już jutro będziemy u celu
naszej wyprawy.
Dzień 13, 10 sierpień, 68 km, w pobliżu Dubrovnika
Do Dubrovnika dojechaliśmy
koło południa. Zwiedzanie Starego Grodu to nie problem, ponieważ
niemal wszystkie zabytki znajdują się w obrębach murów potężnej
średniowiecznej twierdzy. Długa i bogata historia miasta powoduje,
że jest ono pełne zabytków unikalnych na światową skalę (Dubrovnik
jest wpisany jako dziedzictwo światowej kultury UNESCO) W porównaniu
ze Splitem, w znacznie większym stopniu zachował swój oryginalny
charakter. Po starych uliczkach miasta przewija się tysiące turystów
w tym wielu Polaków. Byli w śród nich tacy, którzy mijali nas na
drodze ze Splitu i dopiero teraz mięliśmy okazję zamienić z nimi
kilka słów. Zwiedzanie zajęło nam cztery godziny, wyjechaliśmy
pod silnym wrażeniem tego wspaniałego miasta. Określenie "Perła
Adriatyku" jak najbardziej ma swoje uzasadnienie.
Wracać zamierzaliśmy
przez Bośnię i Hercegowinę (nieporównywalnie taniej niż nad wybrzeżem).
Dzieliło nas pasmo gór, pod które trzeba było się wspiąć. Na szczycie
spotkaliśmy pasterza. Starszy, bezzębny człowiek zaskoczył nas świetna
znajomością angielskiego. Dowiedzieliśmy się, że do granicy z Bośnia
prowadzi żwirowa droga, a najbliższe przejście mieliśmy daleko za
plecami. Pomysł podróży przez ten kraj spalił na panewce. W ramach
atrakcji Szpila złapał gumę i korzystając z okazji zamienił opony
(tylny bieżnik już dawno przestał istnieć). Musieliśmy wrócić do
głównej drogi krętą serpentyną na której rozwijaliśmy niesamowite
prędkości 70 km/h. Darliśmy się jak nienormalni z przypływu adrenaliny.
Klocki hamulcowe zdarliśmy prawie do zera.
Noc spędziliśmy nad morzem, wśród krzaków, cierni
i innych ostów, które były przyczyną przebicia kolejnej dętki. Namiot
sforsował ogromny tarantulo podobny pająk, z wyłupiastymi ślepiami.
Nie daliśmy się i zatłukliśmy drania menażką.
Dzień 14, 11 sierpień,
112 km,
Mieliśmy już dość tuńczyka na śniadanie. Niestety,
w znakomitej większości sklepów, właśnie tuńczyk był jedyną konserwą.
Po drodze spotkaliśmy Piotra i Łukasza, też grzmiących do Dubrovnika.
Machnęliśmy wspólną fotkę i ruszyliśmy dalej.
Jechało się przednio. W Chorwacji spotkaliśmy się
z bardzo miłym, acz zaskakującym zwyczajem. Kiedy tak mieliliśmy,
ni stąd ni zowąd za plecami usłyszeliśmy dźwięk klaksonu.. Doświadczyliśmy
już podobnych zjawisk w naszym kraju (wiadomo, cykliści nie są mile
widziani na drogach). Odwróciliśmy się więc z marsowymi minami i
już mieliśmy zakomunikować owemu kierowcy, gdzie sobie może ten
klakson wcisnąć gdy.na jego twarzy miast wściekłości, zauważyliśmy
szczery uśmiech. Pozdrowił nas, zamrugał jeszcze światłami i pojechał
dalej. Powtarzało się to kilkanaście razy dziennie. Jedynym nieprzyjemnym
uczuciem, jakiego doświadczaliśmy na drodze, to brawura kierowców
autokarów. Mijali nas dosłownie na lakier, raz nawet byliśmy zmuszeni
uciekać do rowu. Naszą frustrację zdążyliśmy jeszcze wyrazić międzynarodowym
znakiem przyjaźni (wiadomo - środkowy palec prawej ręki).
Po południu zatrzymaliśmy się nad jeziorem. Nareszcie
słodka woda! Cieszyliśmy się jak dzieci, bo słonego Adriatyku mieliśmy
już trochę przesyt. Po dokładnej kąpieli i praniu, zjedliśmy obiad
(chleb z dżemem), zagryzając zerwanymi figami i kiściami winogron.
O dziwo, rewolucji żołądkowych nie było. Na nocleg rozbiliśmy się
nad samiuśkim morzem, w opuszczonym gaju oliwnym. Pięknie.
Dzień 15, 12 sierpień, 116km
Pogoda rano nie sprzyjała kąpielom, więc o godzinę
szybciej ruszyliśmy w drogę. Ostatnie spojrzenie na Adriatyk i definitywnie
odbijamy od wybrzeża, kierując się na Zagrzeb. Mocno górzysty teren
dał nam niezły wycisk, ale widoki wszystko wynagradzały. Przed nami
rozpościerały się bezludne przestrzenie. Tylko pozrywane dachy opuszczonych
wiosek sugerowały, że ktoś tu żył przed wojną. Na obiad zjedliśmy
kilogram musli z mlekiem i tak się obżarliśmy, że ledwie wsiedliśmy
na rowery. Za zgodą gospodarza rozbiliśmy namiot na polu, w wiosce
której nazwy niestety już sobie nie przypomnimy.
Dzień 16, 13 sierpień, 125km, Udbina
W wiosce z rana nic ciekawego
do roboty nie było, to też ruszyliśmy jeszcze przed dziesiątą. Tyle,
że teren wcale nie miał zamiaru się prostować - łykaliśmy siedmiokilometrowe
podjazdy dochodząc do wniosku, że w tym kraju chyba w ogóle nie
ma równych odcinków. Kondycyjnie była to najcięższa część trasy.
Kręgosłupy mocno dokuczały, po raz kolejny mścił się na nas pomysł
taszczenia plecaków (ciągle nie mamy przednich sakw - tu uśmiech
do sponsorów). Na szczęście zebrało się trochę chmur i słońce nam
tak nie dokuczało.
Na nocleg trafiliśmy w okolice tej samej miejscowości,
w której spaliśmy tydzień wcześniej. Tym razem znaleźliśmy schronienie
przed domem starszych gospodarzy. Pomogliśmy im nieco w budowie
szopy w zamian na noc zostaliśmy poczęstowani Rakiją (chorwacką
wódką z winogron), która ułatwiła nam zaśnięcie. Kury wydziobywały
nam makaron z sakw, ale nic nam to nie robiło bo i tak zjedliśmy
4 porcje rosołu na obiado - kolację.
Dzień17, 14sierpień, 206km, Zagrzeb
Piejący kogut wyrwał nas ze snu już o 7 rano - wiejski
sadysta! Trochę krzątaliśmy się z gospodarzami. W zamian za gorącą
kawę pomogliśmy im naznosić drewno i trochę je poprzycinaliśmy
do dalszej budowy. W międzyczasie suszyliśmy na słońcu namiot i
śpiwory, które w ciągu nocy strasznie naciągnęły wilgoć z powietrza.
Śniadanie wchłonęliśmy przy pobliskim sklepie i ruszyliśmy dopiero
przed 11. Nareszcie droga zrobiła się nieco prostsza - w rezultacie
do godziny 19 nastukaliśmy 155km. Jak się okazało nie był to jeszcze
koniec tego dnia. Wiedzieliśmy, że rano będziemy w Zagrzebiu, więc
poinformowaliśmy esem naszego dobrodzieja, iż jutro go odwiedzimy
z zamiarem skorzystania z propozycji jaką nam 10 dni wcześniej złożył.
Rozłożyliśmy namiot, zjedliśmy kolację i wczołgaliśmy się do śpiworów,
kiedy o 21:30 dostaliśmy esa z odpowiedzią " dlaczego nie wpadniecie
jeszcze dziś". No właśnie dlaczego nie? Przecież to tylko około
30km przebijania się w środku nocy przez wioski i pola. No tośmy
bez zastanowienia wsiedli na rowerki i w drogę. Tak durnej rzeczy
nie zdarzyło nam się zrobić już dawno. Czołówki niemal nie dawały
światła więc jechaliśmy prawie po omacku. Kierowcy mijali nas z
zatrważającą prędkością trąbiąc i przeklinając. Do tego samochody
z naprzeciwka oślepiały tak kompletnie, że momentami nie wiedzieliśmy
czy jesteśmy na właściwym pasie i czy w ogóle jeszcze jedziemy po
drodze. Tym sposobem siwi i spoceni ze strachu dotarliśmy do Zagrzebia
- z trzydziestu kilometrów zrobiło się pięćdziesiąt i oczywiście
zaczęło padać. Dobrze po północy trafiliśmy pod wskazany adres.
W całkiem sporym domu czekali na nas świetni ludzie, gorący prysznic
(pierwszy od wyjazdu), syta kolacja i suche łóżka. Nasze szczęście
było tym większe, że na dworze rozszalała się straszna burza. Warto
było się trochę pomęczyć dla tych chwil.
Po długiej rozmowie z domownikami ostatecznie zasnęliśmy
o trzeciej nad ranem. Zmęczeni byliśmy okrutnie. W końcu zrobiliśmy
tego dnia 206km.
Dzień 18, 15 sierpień, Zagrzeb
Cóż za niesamowite uczucie,
obudziliśmy się w miękkim i suchym łóżeczku, ogoliliśmy i umyliśmy
w ciepłej wodzie (po raz pierwszy od dwóch tygodni Ciaha włosy dały
się rozczesać!). Śniadanie było przepyszne. Od nowa odkrywaliśmy
zalety masła, sera, miodu, wędliny - ech co tu dużo pisać - ogołociliśmy
w kwadrans całą lodówkę.
Przed południem udaliśmy się na zwiedzanie Zagrzebia.
W ciągu ostatnich 10 dni nic się tu nie zmieniło - ciągle padało.
Mając jednak przed sobą wizję suchego noclegu - nic sobie z tego
nie robiliśmy. Wypadało właśnie Wniebowzięcie NMP więc ulice były
całkowicie opustoszałe - jak najbardziej nam ten stan rzeczy odpowiadał.
Miasto wydało się bardzo ładne i dziwnie spokojne jak na stolicę państwa.
Po południu wjechaliśmy na Madvedgrad - górę która
wznosi się nad miastem. Sam wjazd to 11km nonstop pod górę, rowerami
zapewne odpuścilibyśmy sobie tą atrakcję, ale że przywieziono nas
tu samochodem, to z radością obejrzeliśmy ruiny zamku znajdujące
się na szczycie. Po powrocie czekało na nas gorące spaghetti. Popijając
piwo rozmawialiśmy do późnej nocy.
Dzień 19, 16 sierpień, 136 km, Kiżevci
Wstaliśmy skoro świt. Po wyśmienitym
śniadaniu, pożegnaliśmy nowych przyjaciół i ruszyliśmy do domu.
Wyjazd z miasta zajął nam półtorej godziny. Pogoda była typowo jesienna,
na szczęście jeszcze nie padało. Mimo prawie prostej drogi, wiejący
w twarz wiatr powodował, że jechało się jak po błocie. Do granicy
ze Słowenią dotarliśmy około godziny 18. Od razu dostrzegliśmy różnicę
w jakości asfaltu (na korzyść Słowenii). Ciahowi złamał się wspornik
od bagażnika, ale poradziliśmy sobie z tym problemem systemem dzwigni,
zapadni i taśmy izolacyjnej. Nie było wyjścia, bagażnik musiał wytrzymać
do Polski. Nocowaliśmy w miejscowości Kiżevci. Znów nadchodził deszcz
- paranoja!
Dzień 20, 17 sierpień, 83 km gdzieś w Austrii
Lało od trzeciej w nocy.
Powoli zalewała nas woda.i krew. Rano przenieśliśmy się do szopy,
bo nie szło już wysiedzieć w wannie, jaką stał się nasz namiot.
Zaczynała nam wyrastać błona pławna między palcami. Największą ulewę
przeczekaliśmy pod zadaszeniem, gdzie udało się trochę podsuszyć
namiot. Ruszyliśmy koło południa. W 15 minut znów przesiąkliśmy
wodą, lecz póki pedałowaliśmy było w miarę ciepło. Po trzynastej
przekroczyliśmy granicę z Austrią, niestety nadal nie zaopatrzyliśmy
się w mapę tego kraju. Starym, indiańskim sposobem pytaliśmy napotkanych
ludzi o miejscowości, na które mamy się kierować. A ludzie mili,
do tego stopnia, że postawili nam po drinku w przydrożnym pubie.
Mimo rewelacyjnych, Austriackich dróg ciężko jechało się z wiatrem
w twarz. Jak nie deszcz, to wiatr, jak nie wiatr to pod górę, a
czasami wszystko naraz. Nocowaliśmy na przydomowym trawniku, korzystając
z uprzejmości gospodarzy. Kiedy drzwi otworzył nam Curt Cobain i
przemówił dźwięcznym, kobiecym głosem, stwierdziliśmy po raz wtóry,
że kobietom w tym kraju sporo brakuje do słowiańskiej urody.
Dzień 21, 18 sierpień, 152km, blisko austriacko-słowackiej
granicy
Ha słońce! Słoneczko kochane.
Jak miło.
Ponownie suszyliśmy wszystkie ciuchy.
Wjechaliśmy w nieco bardziej pagórkowatą część Austrii,
wiatr ciągle wiał w twarz, ale już do tego przywykliśmy. Trafiliśmy
też chyba na jakąś główniejszą drogę, bo zwiększyło nam się tempo
jazdy i nie pytaliśmy już nikogo o kierunek jazdy. Dlatego też nastukaliśmy
dziś 152km, nocując w sadzie niedaleko Słowackiej granicy. Miła
Pani, którą poprosiliśmy o wodę, obdarowała nas opakowaniem batoników
energetycznych. A właściciel sadu, z rana, podrzucił świeżo narwanych
jabłek. Ludzka dobroć nie zna granic.
Dzień 22, 19 sierpnia, 165km , Horna Streda
Wstaliśmy o 7:30 bo towarzyszyła
nam świadomość, że im wcześniej ruszymy tym szybciej będziemy w
domu. Spakowaliśmy jabłka i hop na trasę. Cały ranek strasznie wiało,
ale jak już dojechaliśmy do Bratysławy jechało się znacznie lepiej.
Przy samej granicy Ciaho znalazł 5 euro - więc dwudniowy pobyt w
Austrii wyszedł nam całkowicie za darmo. Mieliliśmy zawzięcie aż
do wieczora i wylądowaliśmy znów nad jeziorem w Horna Streda - czyli
tym samym miejscu co drugiego dnia wyprawy. Licznik pokazywał 165km.
Dzień 23, 19 sierpień, POLSKA!!!
Ruszyliśmy o 9 z myślą , że już następnego
dnia będziemy w Polsce. Wybieraliśmy nieco główniejsze drogi, oszczędzając
trochę czasu i kilometrów. Sunęliśmy całkiem niezłym tempem i koło
18 godziny doszliśmy do wniosku, że na upartego jeszcze tego samego
dnia będziemy w kraju. Ta myśl dodała nam skrzydeł. Końcówkę kręciliśmy
jak szaleni, mimo długich i męczących podjazdów zrobiliśmy 177km.
O 20 stanęliśmy na granicy w Zwardoniu - radość była niesamowita.
Rozmieniliśmy wszystkie zgromadzone przez drogę waluty i wyszło
trochę ponad 100zl (oprócz tego, co odłożyliśmy na bilety). Zapas
ten dobrze wykorzystaliśmy na najbliższej stacji benzynowej - kupując
tak upragnioną kiełbasę i piwko. Pociąg do Gdańska mieliśmy dopiero
o 2:20 w nocy - wykorzystaliśmy ten czas na ugotowanie zupy w dworcowej
poczekalni. Kucharzenie urozmaicał nam głośny konkurs karaoke, który
odbywał się w pobliżu. Nie była to dokładnie muzyka za jaką tęskniliśmy
przez ostatnie 3 tygodnie, ale mieliśmy tak wyśmienity humor, że
wszystko nam odpowiadało. W pociągu jedliśmy, piliśmy piwko uradowani
po raz wtóry. W tym samym wagonie jechało z nami jeszcze 6 innych
rowerzystów, więc klimat był bardzo swojski. O 14:30 dojechaliśmy
do Gdańska. Udało się!
Kilka słów podsumowania.
Przez 23 dni przejechaliśmy rowerami około 2800km
(nasze liczniki są dziwnie niezgrane), blisko1300 koleją i 150 busem,
za niewiele ponad 100 Euro na głowę. W Tym czasie zrobiliśmy ponad
300 zdjęć, odwiedziliśmy 6 państw, 13 razy przekraczając granicę,
3 razy zmienialiśmy dętki, wymieniliśmy jedno koło, 2 razy się ogoliliśmy,
i co najmniej 30 razy powtarzaliśmy sobie, że jutro już na pewno
nie będzie padało (zazwyczaj nie mieliśmy racji). Poznaliśmy wielu
wspaniałych ludzi, którym chcemy serdecznie podziękować za okazaną
nam życzliwość i dobroć, która ułatwiła osiągnięcie upragnionego
celu. Pozostało nam w pamięci wiele niesamowitych wspomnień i obrazów,
które muszą zaspokoić głód podróżowania przez najbliższe kilka miesięcy.
W ciągu tej wyprawy utwierdziliśmy się w przekonaniu, że póki mamy
dość siły by móc trzeźwo myśleć i trochę powietrza w płucach -
jesteśmy w stanie zrealizować każdy pomysł jaki zaświta nam w głowie.
Świadomość ta wiele w życiu ułatwia i daje niesamowitą pewność siebie,
to chyba największy plus tego wyjazdu
Pozdrawiamy.
Ciaho & Szpila
Sponsorzy i patroni medialni:
Wydawnictwo Bezdroża zaopatrzyło nas w
niezbędne na każdej wyprawie mapy i przewodniki - to dla
nas naprawdę spora pomoc i ułatwienie. Wielkie dzięki.
Współpraca z VELO ułatwiła nam skompletowanie
sprzętu rowerowego. Dostaliśmy upust na zakup spodenek kolarskich,
opon i lusterek. Jesteśmy bardzo wdzięczni za wsparcie.
Sklep internetowy Marmi ofiarował nam dwie
sakwy, dzięki czemu nie musimy już więcej jeździć z pożyczonymi
- to dla nas bardzo dużo. Serdeczne dzięki Michał.