|
Na skróty :
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
:: Dlaczego Islandia
?

Islandia to tajemnicza wyspa. Położona na "gorącym
punkcie" Grzbietu Śródatlantyckiego posiada wiele czynnych
wulkanów, gorących źródeł a także gejzerów. Mimo ciepłego podłoża
wulkanicznego, 11% powierzchni wyspy pokryta jest lodowcami, które
wciąż "rosną". Najdalej wysunięta kraina na zachód Europy,
zgromadziła niesamowite miejsca, jeszcze niezniszczone przez człowieka.
:: O wyprawie

Ideą naszej ekspedycji jest dotarcie w miejsca, o któ rych
nie ma informacji w przewodnikach turystycznych. Zamierzamy objechać
dookoła całą Islandię, dotrzeć do najdalej wysuniętego na zachód
punktu Europy. Zaplanowana trasa przebiega częściowo po dobrze znanej
"Ring Road", zaś na zachodzie i północy znacznie od niej
odbiega.
Podróż chcemy rozpocząć w mieście Keflavík, gdyż tam znajduje się
międzynarodowe lotnisko Islandii. Po przygotowaniu rowerów do drogi,
będziemy kierować się na wschód docierając do największego wodospadu
Gullfoss, gejzeru Stori oraz wciąż aktywnego wulkanu - Hekla zwanego
"Wrotami Piekieł". Kontynuując podróż na wschód dotrzemy
do lodowca Vatnajökull, gdzie spróbujemy zdobyć najwyższy lodowy
szczyt - Hvannadalshnúkur. Następnie udamy się na północ. Będziemy
przejeżdżać m.in. przez Egilssta?ir, gdzie stopniowo zmienimy kierunek
na zachód. Pojedziemy przez Akureyri, Sau?árkrókur aż dotrzemy do
zachodniego wybrzeża Islandii, do najdalej wysuniętego na zachód
punktu europy: Bjargtangar-Latrabjarg. W zależności od warunków
atmosferycznych, będziemy próbowali również dojechać pod lodowiec
Drangajökull - wysunięty najdalej na północ wyspy. Od tego momentu
będziemy kierować się ku stolicy - Reykjavik i lotnisko w Keflavíku.
Wyznaczoną przez nas trasę, liczącą około 3000km (+/- 300km), mamy
zamiar przejechać rowerami w ciągu miesiąca. Doświadczenie, które
zdobędziemy podczas zdobywania lodowych szczytów na pewno przyda
się podczas kolejnej ekspedycji - "Dookoła Morza Tasmana: Australia
- Nowa Zelandia" w 2006 r. W ostatnich latach przebyliśmy kilka
podobnych wypraw rowerowych, między innymi podróż w Alpy - "TransAlp",
wyprawę przez Andorę - "TransContinental", oraz ekspedycję
"True North" na Nordkapp.
:: Uczestnicy

 |
Grzegorz Gontarz - (ur. 1983r.) student Politechniki
Warszawskiej - Wydział Inżynierii Produkcji, kierunek Mechanika
i Budowa Maszyn. Zainteresowania: fotografia, sport, turystyka
(głównie ekspedycje rowerowe, góry), a także architektura
i motoryzacja. Kontakt: 0-503 769 195, trabi601@interia.pl
Wyprawy rowerowe:
1999 - "Wyprawa zaćmieniowa" (Polska - Węgry);
2000 - "Rajd Dookoła Słowacji" (Słowacja);
2002 - "TransAlp" (Polska/Słowacja/Austria/Niemcy/Czechy);
2003 - "TransContinental" (Pl/Cz/D/Ch/F/And/E/I/Slo/Hr/H/Sk);
2004 - "True North" (NordKapp, dookoła Bałtyku)
|
 |
Szymon Gontarz - (ur. 1980r.) doktorant Politechniki
Warszawskiej - Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych, kierunek
Mechanika i Budowa Maszyn. Instruktor narciarstwa, zainteresowania:
sport (narciarstwo, lekkoatletyka), nauka, podróże - ekspedycje.
Kontakt: sz_gontarz@o2.pl
Wyprawy rowerowe:
1999 - "Wyprawa zaćmieniowa" (Polska - Węgry);
2000 - "Rajd Dookoła Słowacji" (Słowacja);
2002 - "TransAlp" (Polska/Słowacja/Austria/Niemcy/Czechy);
2003 - "TransContinental" (Pl/Cz/D/Ch/F/And/E/I/Slo/Hr/H/Sk);
2004 - "True North" (NordKapp, dookoła Bałtyku)
|
 |
Krzysztof Wasilewski - (ur. 1982r.) student Politechniki
Warszawskiej - Wydział Inżynierii Lądowej. Zainteresowania:
biegi długodystansowe, góry.
W 2004 samotna wyprawa rowerowa na NordKapp.
Kontakt: newses@op.pl
|
:: Termin

25 lipca 2005 - 30 sierpnia 2005
:: Strona WWW


:: Sponsorzy

Do góry
:: Relacja

"Warszawa - Berlin - Keflavik"
Poniedzialek
18.07.2005, godz. 7:10, z Warszawy jedziemy pociagiem pod granice
niemiecka. Po raz pierwszy nie mamy problemu z transportem rowerow
w pociagu - jest dobrze! Wysiadamy w Rzepinie I kierujemy sie w
strone Berlina. NRDowskie miasteczka maja wybrukowane uliczki, co
utrudnia jazde. Sakwy podskakuja na wiekszych nierownosciach jakby
zaraz mialy sie zerwac. Krzysiek uspokaja sytuacje mowiac, ze predzej
bagaznik odpadnie. Po 10 km - odpada.
Dojezdzamy do Berlina. Na lotnisku musimy doplacic za rowery po
25, z kolei na zbyt duza wage bagazu nie zwracaja uwagi. Wsiadamy
w samolot I odlatujemy w nieznane.Po niespelna 3ech godzinach jestesmy
na Islandii. Przygotowujemy rowery I zaczynamy przygode z nieznanym
nam jeszcze krajem.
"Zachodnia Islandia - Zachodnie Fjordy"
Dro g a
z lotniska do Rejkiawiku przebiega przez pola zastygnietych odlamkow
lawy. Nie ma tu ani drzew, ani krzakow. Miejscami mozna dostrzec
mchy oraz trawe. W stolicy zaopatrujemy sie w zywnosc na kilka dni
I "uderzamy" na polnoc. Na wiekszych stacjach benzynowych
mozna za darmo napic sie gorocej kawy, a jesli trzeba za nia zaplacic
to kubek mozna napelniac tyle razy ile da sie rady wypic.
Jedziemy trasa nr 1, lecz zakaz wjazdu do podwodnego tunelu zmusza
nas do ominiecia go wzdluz fjordu. Kilkunastokilometrowy objazd
wynagrodzily nam przepiekne widoki. Przez nieuwage ominelismy najwyzszy
wodospad - Glymur, lecz niedlugo tam wrocimy J. Przejezdzamy przez
najstarsza wioske wielorybnicza, po czym wjezdzamy wglab ladu. Droga
byla szutrowa a podjazdy po 12%
Na takiej drodze mozna nawet osiagnac
predkosc 65 km/h. Pogode na razie mamy ladna, lecz wiatr znacznie
oziebia klimat. Temperatura waha sie od 12 - 15 stopni C. Pierwsze
proby zlapania obiadu nie powiodly sie
Sklepy sa tylko w duzych
miastach, wiec trzeba sie zaopatrywac w zywnosc nawet na tydzien.
Na jlepiej
kupowac w sieci supermarketow Bonus - ceny porownywalne do polskich,
jedynie wyroby mleczarskie oraz miesne sa znacznie (kilkukrotnie)
drozsze.
Jedziemy wciaz na polnoc. Numery drog oraz ich polozenie nie zgadzaja
sie z nasza mapa. Pokonujemy dlugi podjazd na przelecz okolo 1000m
n.p.m., po prawej mamy piekny widok na Islandzkie lodowce. Zaczyna
silnie wiac w naszym kierunku. Tempo jazdy gwaltownie spada. Pogoda
ulega zmianie, chmury sa tak nisko, ze widocznosc ogranicza sie
do kilku metrow. Temperatura niska - okolo 8 stopni C. Jestesmy
przewiani I zmarznieci - tak wlasnie wjechalismy do krainy Zachodnich
Fjordow.
Drogi nie naleza tutaj do najlepszych - sa waskie I w duzej czesci
szutrowe. Kilkakrotnie na dzien trzeba sie wspinac na przelecze,
aby przedostac sie do sasiedniego fjordu. Widoki sa tu niesamowite
- piekne gory poprzecinane wstegami blekitnego morza. Ogromne wrazenie
zrobilo na nas okolice miasta Isafjordur - cos niesamowitgo, to
trzeba zobaczyc! Na przystaniach promowych "zarzucamy wedke"
I w ciagu kilku minut mamy syta I smaczna kolacje. Z Isafjordur
przebijamy sie tunelme do pobliskiego fjordu - ale tu ladnie!, chyba
kazdy chcialby tu mieszkac J
Przez
kolejne dni kierujemy sie na zachod, podazajac ku najdalej wysunietemu
punktowi - oczywiscie na zachod. Dojechac tam mozna tylko po gorzystej
I szutrowej drodze. Zachodni koniec Europy to latarnia na krawedzi
60-metrowego stromego klifu. Tuz przy brzegu wyleguja sie foki,
a w skalistych klifach odpoczywaja przerozne ptaki, niespotykane
w innych czesciach europy. Ogolnie to miejsce nas oczarowalo I zachecamy
do zaobaczenia tego wspanialego miejsca.
Pogoda w zachodnich fjordach byla dla nas przyjazna. Mimo porywistego
wiatruczesto utrudniajacego jazde, slonce towarzyszylo nam przez
wiekszosc czasu. Wieczorem nadciagaly z nad moza bardzo niskie chmury,
z kolei rano "odplywaly" z dala od ladu. Temperatura byla
zmienna: w jednym fjordzie 13 stopni C, w drugim - tuz obok - 6
stopni C. Opuszczamy zachodnie fjordy I ruszamy w strone Snafellsnes.
Pogoda znacznie sie pogorszyla I przez kolejne kilka dni jedziemy
w strugach deszczu. Wiatr zmienia czesto kierunek, wieje z predkoscia
nawet 20 m/s. W okolicach Grundenfjordur przewraca rower I zrzuca
mnie kilka metrow glebiej w przydrozny row. Ciagle opady powoduja,
ze woda w rzekach nie nadaje sie do picia. Jest to rowniez spowodowane
umiejscowionym nieopodal lodowcem. Pewien latarnik na koncu polwyspu
nalewa nam 5l wody, choc sam nie ma za duzo dla siebie I rodziny
Dojezdzamy do Borgarnes, licznik wskazuje 1600 km. Teraz udamy
sie na opuszczony wczesniej wodospad Glymur, a w czwartek z lotniska
w Keflaviku odbieramy Szymona I udamy sie razem na wschod wyspy
- w strone najwiekszego lodowca w europie.
"Południowa Islandia - Wschodnia Islandia"
4.08.2005: odbieramy Sz ymona
z lotniska i ruszamy na wschod. Jedziemy po bardzo, ale to bardzo
szutrowej drodze, jednym slowem - beznadziejnej
Na dobry poczatek
Sz. zjezdzajac z dosyc stromej gorki "dachuje" na rowerze,
krzywiac przednie kolo. Szybka naprawa
jedziemy - niedługo, bo
Krzychu wpada w poslizg i spada z roweru. Tym razem rower nie ucierpial,
ale kierowca poobdzierany.. Dojezdzamy do Selfoss i robimy zakupy
na 8dni (65kg).
Wiatr nam nie sprzyja - ciagle w twarz. Podjezdzamy pod Hekle i
tam rozbijamy oboz. Mamy zamiar wejsc na szczyt tego slawnego wulkanu,
jednak warunki nie pozwalaja na to. Poranek pochmurny, pada deszcz
zaczyna sie sztorm. W namiocie co chwila urywaja sie odciagi; szybko
zwijamy oboz I jedziemy szybko do pobliskiego schroniska. Spedzamy
tu prawe dobe. Wiatr na dworze zwala z nog, a my zamknieci w drewnianej
chatce naprawiamy (szyjemy) namiot. Czekamy na zmiane pogody. Nastepnego
dnia wiatr ustaje, deszcz niestety nie.
Jedziemy droga F225 do
Landmannalaugar. Ksiezycowy obraz poprawia humor. Niedaleko krajobraz
znacznie się zmienia. Wsrod wulkanicznych pol lawowych - szarych
I czarnych pojawiaja sie wzniesienia calkowicie zielone, dalej -
wrecz kolorowe. Zachwycajacy widok towarzyszy nam przez najblizsze
kilkanascie kilometrow. Na drodze F255 potem F208 nie ma mostow,
wiec rzeki trzeba przekraczac w poprzek. Po dwudziestej rzece, robi
sie troche to meczace
Czasem woda siega do pasa, lecz wiekszosc
ma glebokosc do 0.5m. Po dwoch dniach wyjezdzamy z Poludniowo-Zachodniej
Islandii I dojezdzamy pod Vatnajokull - najwiekszy lodowiec.
Po 5ciu deszczowych dniach, przejasnia sie na niebie. Wieczor robi
sie na prawde ladny - chmury odslaniaja najwyzsze szczyty. Zakladamy
oboz pod lodowcem, przygotowujemy sprzet. Pobudka 3:30. Szybkie
sniadanie I idziemy w gore. Przez pierwsze dwie godziny podchodzimy
po odkrytych skalach wulkanicznych, nastepnie zakladamy uprzeze,
raki
Pogoda dopisuje, slonce wysoko. Na poczatku waskie niegrozne
szczeliny, wyzej - znacznie wieksze I tak glebokie, ze nie widac
dna
Jestesmy juz bardzo wysoko, lecz najciezsze przed nami. Szczelin
jest tak duzo, ze nie sposob ich wszystkich ominac. Przechodzimy
po "mostach" snieznych. Temperatura ujemna, lecz slonce
mocno przyswieca. Lodowiec wydaje przerazliwe odglosy
topnieje
lod, tworza sie kolejne szczeliny. Po kilku godzinach wspinaczki
docieramy na szczyt; Godz. 11:00, wreszcie nic nam nie zaslania
przepieknego widoku - zdobylismy Hvannadalshnukur - najwyzszy szczyt
Islandii, 3ciego co do wielkosci lodowca na Swiecie. 45min odpoczynku
na szczycie I musimy wracac. Lod nie jest mocny, latwo stracic przyczepnosc.
Znowu korzystamy z "mostow snieznych", ktore powoli traca
swoja wytrzymalosc. Szarpniecie
Lina mocno sie napina - Szymon
wpada w szczeline. Na szczescie nie jest gleboka I w niedlugim czasie
dalej mozemy isc. Nachodza chmury, ktore znacznie ograniczaja widocznosc.
Jestesmy juz tak nisko, ze widac znajome skaly I wzniesienia wulkaniczne.
Okolo 16 jestesmy juz w bazie. Bierzemy kapiel w pobliskim lodowcowym
strumyku I odpoczywamy
  
 Jedziemy
dalej na wschod. Mijamy wrecz fosforyzujace, blekitne gory lodowe
plywajace w jeziorze, splywajace pozniej laguna rzeki lodowcowej.
Dojezdzamy do Hofn, gdzie uzupelniamy zapasy zywnosci I jedziemy
wschodnimi fjordami na polnoc. Pogoda znowu nie dopisuje. Po dniu
pogody, gdy wspinalismy sie na lodowcu, ciagle pada I silnie wieje.
Ze wzgledu na slaba widocznosc skracamy droge do Egillstadir, gdzie
znowu musimy zabrać zywnosc na tydzien.
"Północna Islandia - Interior"
Na
północ prowadzi w większej mierze szutrowa droga. Wiatr trochę osłabł,
ale nadal pada deszcz. Jedziemy wzdłuż rozległej rzeki Jokulsa a
del, aż do "morderczego" podjazdu na przełęcz, którą trzeba
przejechać by dostać się do Vopnafjordur. W kilka godzin pokonujemy
kilkokilumetrowy, szutrowy, 14to procentowy podjazd
Teraz przez
chwilę z góry, bo
czekają kolejne, równie ciężkie wzniesienia.
W Północnej Islandii mimo znacznej wysokości nad poziomem morza,
panuje łagodniejszy klimat, a pogoda jest lepsza - tak, opisują
przewodniki tą przepiękną i dziką część Islandii. Jednak pogoda
nie oszczędza nas. Nadchodzi kolejny sztorm. Dojeżdżamy do Porshofn,
gdzie za zgodą miejscowych rybaków nocujemy w magazynach rybnych.
Rano całkowita odmiana pogody. Wiatr już nie osiąga prędkości bliskiej
30 m/s, ledwo przekracza 15 m/s. Pokazuje się słońce, niebo prawie
bezchmurne. Nie możemy uwierzyć, że dzieje się to na prawdę
Jedziemy
wciąż na północ, mijamy piękne, skaliste klify. Od czasu do czasu
napotykamy rybackie wioski. Półwysep Langanes to niemal kraniec
świata, który są urodą zachwyci każdego miłośnika bezdroży. Piękna
pogoda nie trwa zbyt długo. Po 6-7 godzinach nadchodzą czarne, deszczowe
chmury. Gdy się do nas zbliżały, jechaliśmy jak najszybciej. Podjazdy
spowalniały tempo, lecz na zjazdachmocno przyspieszaliśmy. Krzychu
złamał dozwoloną prędkość 80km/h i tak wykręcił 81 km/h... Niestety
nie udało się - znowu jedziemy w strugach deszczu. Kolejne dni nie
przynoszą większej poprawy pogody. Po dniu ciszy nadchodzi kolejna
sztormowa doba. Dojeżdżamy do Husavika, gdzie chcemy "zapolować"
na wieloryby. Decydujemy się na kilkugodzinny rejs w pobliskim fiordzie.
Na początku można tylko obserwować Orki, niebawem pojawiają się
trzecie co do wielkości, dziesięciometrowe - Minke whale. Po rejsie
ruszamy na południe - nad jezioro Myvatn. Jednak Myvatn to nie tylko
jezioro, ale również centralny punkt aktywnego wulkanicznie obszaru
pól lawowych, źródeł geotermalnych, kraterów i skalistych formacji.
Objeżdżamy wokół ten niesamowity akwen i kierujemy się w stronę
drugiego co do wielkości miasta - Akureyri. Po drodze mijamy przepiękny
wodospad Bogów - Godafoss.

Akureyri mieści się u nasady długiego fiordu. Krajobraz zdobią
ośnieżone szczyty skalistych gór. W lecie jest to jedne z najbardziej
słonecznych miejsc na wyspie - to prawda,
deszcz pa da
już tylko przelotnie co znacznie poprawia nam morale. Jest to ostatnie
duże miasto, przed wjazdem w centrum Interioru, więc znowu trzeba
zrobić zakupy na przynajmniej tydzień podróży. Przejeżdżamy wzdłuż
pięknego i najdłuższego w Islandii fiordu - Eyjafjordur, po czym
kierujemy się na "islandzki Tybet".
Interior to jeden z największych europejskich dzikich obszarów.
Może nie jest to pustynia, gdyż występują tu obfite opady atmosferyczne,
ale przypomina ją najbardziej ze wszystkich zakątków w Europie.
Nie ma tu po prostu nic
Droga jest szutrowa, często bardzo nierówna,
czasem wogóle nie można jej znaleźć. Nie dociera tu zasięg sieci
komórkowych, a gdy wydaży się coś złego, nie można liczyć na jakąkolwiek
pomoc. Pierwszy dzień w Interiorze nie zapowiada dobrej pogody na
najbliższy okres. Pogoda nie jest naszym jedynym zmartwieniem. W
jednym z rowerów pęka opona. Jedynym rozwiązaniem jest zaszycie
dość dużej dziury. Zdajemy sobie sprawę, że szwy nie wytrzymają
takich naprężeń i po niedługim czasie, czynności naprawcze będzie
trzeba powtórzyć. To nie j est
jedyna awaria z jaką musimy się uparać w szybkim czasie ze względu
na nienajlepsze warunki atmosferyczne. W dwóch innych rowerach pękają
bagażniki przednie. Niestety na wyprawę nie zabraliśmy ze sobą jakiejkolwiek
spawarki ;) wiec musimy spinać pęknięte złacza paskami poliuretanowymi.
Dojeżdżamy do Hveravellir, gdzie wśród tryskających gejzerów i bulgoczących
termalnych źródeł, bierzemy gorącą kąpiel :). Nadchodzi sztorm.
Tym razem nie trwa on jak poprzednie jeden dzień, lecz ponad dwa.
W dodatku zaczyna padać śnieg i robi się bardzo zimno. Próba rozbicia
namiotu nie powiodła się. Pałąki z włókna szklanego p ękają
W Interiorze nie ma miejsc osłoniętych, a przy takiej sile wiatru
namiot nie ustoi zbyt długo. Jesteśmy już przygotowani na to, że
przez całą noc będzie trzeba jechać na rowerach, by nie zamarznąć.
Po kilku godzinach znajdujemy uskok w ziemi. Próbujemy rozstawić
obóz. Z okolicy znosimy kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilogramów
głazów, do których przywiązujemy namiot. Idziemy spać z myślą o
lepszym jutrze. Niestety, wiatr jest jeszcze silniejszy. Woda w
bidonach zamarzła
tuńczyk w oleju również
Tego dnia jak w każdy
sztormowy dzień zaliczamy kilka mocnych upadków. Podmuchy wiatru
są tak mocne, że chwila nieuwagi wiąże się z kolejnymi zadrapaniami
i stłuczeniami na ciele. Po trzech ciężkich dniach docieramy do
cywilizacji. Na sam początek wita nas największy wodospad Europy
- Gulfoss. Niedaleko, bo zaledwie kilka kilometrów dalej oglądamy
wspaniały gejzer Strokkur, tryskający na wysokość 34 metrów.

Zwiedziliśmy już całą Islandię, spenetrowaliśmy najbardziej dzikie
tereny wyspy, przejechaliśmy łącznie około 4000km. Nadszedł czas
powrotu. Na koniec przejeżdżamy przez park Pingvellir, miejsce gdzie
łączą się dwie płyty: amerykańska i euroazjatycka. Dnia 30.08.2005
kończymy przygodę z tajemniczą wyspą. Lądujemy w Berlinie. Jesteśmy
cali i zdrowi, czego nie można powiedzieć o rowerach, a szczególnie
o jednym w którym koło jest mocno zmiażdżone. Po kilku godzinach
prostowania doprowadzamy koło do warunkowego użytku. Spisany raport
będzie podstawą do wystawienia odszkodowania. Wracamy do ojczyzny,
gdzie niebawem znowu będziemy przygotowywać się do kolejnej ekspedycji.
Grzegorz Gontarz
Szymon Gontarz
Krzysztof Wasilewski
WAZARI TEAM POLSKA
http://www.wazari.xt.pl
Do góry
|
|
| |
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|