Aucanquilcha 2006 


Na skróty : Sprzęt | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie | Instrukcje | Humor | Gry | Programy | Giełda | Trasy | Więcej »

:: Relacja

Wstęp

Wyprawa nie wyszła dokładnie tak jak planowałem. Pierwszym powodem była pogoda - niestetytrafiliśmy na największe od 40 lat opady. Regularne burze, które zaczynały się o 16-17 i często trwały do nocy. Drugim powodem był po prostu pech: zamknięta przez kilka dni, zasypana przez lawinę droga (poniekąd wynik pogody) i "dachowanie" przyjaciół - mojej grupy wsparcia na końcowym etapie. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało. W konsekwencji atakowałem Aucanquilchę sam. Z rowerem dotarłem na 5300, wszedłem na 5600. Powyżej tego punktu góra pokryta była praktycznie całkowicie przez zmrożony śnieg. Ze względu na brak sprzętu (raki, kijki) wycofałem się. Schodząc dostałem informację od przyjaciół, że spotkamy się jeszcze tego samego dnia. Jakimś cudem był tam zasięg, choć na próżno go szukać w okolicznych miejscowościach. Miał więc dotrzeć tak potrzebny ekwipunek. Niestety gdy zjechałem do Ollague, gdzie się umówiliśmy, czekała na mnie informacja, że mieli wypadek kilkadziesiąt kilometrów wcześniej. Tak zrządził los.

Przeżyłem piękną przygodę w bardzo trudnych warunkach pustyni Atacama i Andów. Jazdę w deszczu, śniegu, gradzie, na wysokościach wyższych niż europejskie szczyty. Przy wietrze zabijającym wszelką nadzieję. Po najgorszych drogach, które dodatkowo strumienie zamieniły w zwały piachu i kamieni. Budziłem się w wśród gejzerów, zasypiałem w otoczeniu wulkanów. Zlany potem gnałem po salarze by dygotać z zimna podczas śnieżycy kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wyprzedzałem TIR'y pędząc ponad 90 km/h i pchałem godzinami rower po rumowiskach. Każdy dzień był niewiadomą, warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Poznałem jak cenny jest łyk wody, jak ważny jest każdy oddech na 5000. Wszystko z rowerem i bagażem ważącymi blisko 50 kilogramów, do tego woda, której często trzeba było zabierać ponad 15 litrów. Czy było warto? Ja tego pytania sobie nie zadaję. To niezapomniane chwile, przeżyłem największą przygodę życia. Zdobyłem doświadczenie, które pozwoli przeżyć ich jeszcze więcej. I posta nowiłem tam wrócić. Bo to przecież moja góra. Stopień trudności, liczne przygody i chęć zamienienia z kimś choćby kilku słów przekonały mnie, że w następną taką podróź nie powinienem wybierać się samotnie.

Po sześciu tygodniach wojaży po Argentynie i Chile wróciłem z wyprawy Aucanquilcha 2006.

Przeżyłem piękną przygodę w bardzo trudnych warunkach pustyni Atacama i Andów. Jazdę w deszczu, śniegu, gradzie, wyżej niż europejskie szczyty. Przy wietrze zabijającym wszelką nadzieję. Po najgorszych drogach, które dodatkowo strumienie zamieniły w zwały piachu i kamieni. Budziłem się w wśród gejzerów, zasypiałem w otoczeniu wulkanów. Zlany potem gnałem po salarze, by dygotać z zimna podczas śnieżycy kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wyprzedzałem TIR'y pędząc ponad 90 km/h i pchałem godzinami rower po rumowiskach. Każdy dzień był niewiadomą, warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Poznałem jak cenny jest łyk wody, jak ważny jest każdy oddech na wysokości 5000 m. Wszystko z rowerem i bagażem ważącymi blisko 50 kilogramów, do tego woda, której często trzeba było zabierać ponad 15 litrów. Czy było warto? Ja tego pytania sobie nie zadaję. To niezapomniane chwile, przeżyłem największą przygodę życia. Zdobyłem doświadczenie, które pozwoli przeżyć ich jeszcze więcej. I postanowiłem tam wrócić. Bo to przecież moja góra. Stopień trudności, liczne przygody i chęć zamienienia z kimś choćby kilku słów przekonały mnie, że w następną taką podróż nie powinienem wybierać się samotnie.
Zainteresowani? Czytajcie dalej...J

Część I: Santiago - Mendoza - Agua Negra - La Serena

Samolot. Dwunasta (?) godzina lotu. W końcu coś interesującego: przelatujemy nad Andami. Z nosem w oknie oglądam wspaniałą panoramę. Nie powiem, robi wrażenie! Pustkowia, zero dróg, zero miejscowości, potężne bloki skalne, ogromne doliny. Nawet patrząc z góry trudno nie czuć respektu. Może tym razem przesadziłem? Eeee nie, przynajmniej będzie co wspominać!
Po kilkunastu godzinach w Santiago, ruszamy autobusem do Mendozy. Tam uzupełniliśmy zaopatrzenie/sprzęt i objadając się lokalnymi specjałami spędziliśmy miłe chwile. W końcu przyszedł czas na rozstanie z grupą wspinaczkową i ruszyłem w samotną wyprawę.

Nigdy wcześniej nie jeździłem z przednimi sakwami. Kierownica latała mi na wszystkie strony. Na początku nie byłem w stanie się do tego przyzwyczaić. Upał, mój pseudotermometr wskazuje 38 stopni. Wiatr na szczęście wiał w plecy. Dzięki temu w szybkim tempie przejechałem zamierzone 120 kilometrów. Gdyby wiało w twarz byłby to bardzo, bardzo długi dzień. Dookoła pustkowie, praktycznie pustynia. A to przecież ta "cywilizowana" część wyprawy...
O kolejnym dniu nie byłoby co napisać (po lewej piach, po prawej piach, droga pośrodku), gdyby nie mały kłopot. Miejscowością, w której chciałem przenocować, a co najważniejsze - uzupełnić zapasy wody, było Talacasto. Problem polegał na tym, że zastałem tam tylko ruiny. A było zaznaczone nawet na mapie 1:4 000 000!!! Do kolejnej miejscowości blisko 50 km, zmierzch już zapadł. Trochę obawiałem się o wodę, całe szczęście, że miałem jak zwykle 3 litry żelaznej rezerwy. Trochę ciążyła, ale bez niej nie ma jazdy. Na tym pustkowiu była to najcenniejsza rzecz. Następnego dnia, już po kilkunastu kilometrach, znajduję strumyk. Na wszelki wypadek wrzucam kilka tabletek do odkażania. Kolejne dwa dni to pierwsze podjazdy, pierwsze przełęcze, ogromna przestrzeń. Spore wrażenie wywarł na mnie znak informujący o stacji benzynowej - za 261 kilometrów! Dopełnieniem scenerii były burze. Wielokrotnie stanowiły znakomity element dopingujący, ich grzmoty przebijały się nawet przez Rammstein'a. Mobilizowały do krańcowego wysiłku, rezygnacji z odpoczynku, czy gnania na złamanie karku na zjeździe. A pojawiały się tak często, że byłem bardzo zdziwiony, gdy o 16-17 nic mnie nie goniło. Andy nie były gościnne, o nie. Nie mogłem się doczekać podjazdu na Agua Negra. Tuż za posterunkiem granicznym skończył się asfalt, niechybny znak, że zaczyna się prawdziwy podjazd. Szutrowa droga stanowi dodatkowe utrudnienie na i tak niełatwej trasie. Ostatni nocleg przed przełęczą postanowiłem spędzić na 3600 m. - tak się złożyło, że akurat na tej wysokości znajdowało się idealne miejsce na biwak. Spotkałem tam Argentyńczyków, z którymi spędziłem bardzo miły wieczór, dowiadując się wiele o Andach i Argentynie. Wspólnym tematem okazała się książka Wiktora Ostrowskiego "Wyżej niż kondory", która jest chyba biblią andynistów. Niestety przesadziłem z wysokością noclegu. Choć wieczorem czułem się bardzo dobrze, to noc okazała się praktycznie nieprzespana i wstałem z koszmarnym bólem głowy. Być może emocje również się do tego przyczyniły. Przecież następnego dnia miałem ruszyć na jeden z głównych celów wyprawy! Rankiem dolina była porządnie zachmurzona, czekałem na rozwój wypadków. Około dziewiątej chmury się rozstąpiły i zdecydowałem się ruszyć.(1.jpg) Szybkie pakowanie, głowa nie przestała boleć, co niezbyt dobrze wróżyło. Zaskoczony dostrzegłem innego rowerzystę, który właśnie wyłonił się zza zakrętu. Umówiliśmy się, że każdy jedzie własnym tempem, a pierwszy na przełęczy zostawi wiadomość. Tego dnia zdecydowanie nie miałem ochoty na rywalizację. Patrick, bo tak miał na imię, szybko mi odskoczył. Każdy z nas miał samotnie zmierzyć się z wyzwaniem... Nie chciałem forsować tempa, głowa mi nieźle dokuczała. W końcu złapałem rytm i uważnie śledząc wskazania bogatej elektroniki piąłem się w górę. Niestety nawet nowoczesne rozwiązania nie zawsze się sprawdzają. Wyobraźcie sobie moje rozczarowanie gdy pewny tego, że jestem już na prawie 4500 m. dostrzegłem informację, że jestem na 4300. Zapewne pogarszająca się pogoda, a z nią spadające gwałtownie ciśnienie, zmyliły wysokościomierz. Płynęły godziny, byłem coraz wyżej, ale też coraz częściej musiałem robić przystanki. Głowa mi pękała, podjazd zdawał się nie mieć końca. Przydało się doświadczenie z alpejskich wojaży. Wiedziałem jak się "wyłączyć", oderwać myśli od bólu, czerpać satysfakcję z każdego przejechanego metra. To trudne, ale na lata zostaną w pamięci i tak tylko te dobre wspomnienia. Na 4600 zaczął sypać śnieg, zrobiło się zimno. Jeden ze zjeżdżających samochodów przywiózł wiadomość od Szwajcara - czeka na mnie na przełęczy, razem będziemy szukali noclegu. Ładnie z jego strony! Raźno ruszyłem dalej zapominając o wszystkich przeciwnościach. W końcu po 17 wjechałem na przełęcz - Agua Negra 4779 m n.p.m. została zdobyta! Jakież było zaskoczenie gdy na przełęczy zostałem przywitany po polsku! A przynajmniej tak mi się wydawało. Razem z Patrickiem czekała na mnie grupa Słowaków, którzy aklimatyzowali się tam przed wyprawą na Ojos del Salado. Ufff, koniec podjazdu, ledwo żyłem. Kilka zdjęć i jedna myśl - zjechać niżej! I to jak najszybciej, bo wysokość porządnie już doskwierała. Słowacy pilotowali nas samochodem, pokazali skrót, podobno w ten sposób można szybciej zjechać. Po chilijskiej stronie droga zdecydowanie gorsza, znacznie więcej luźnego skałożwiru. Nachylenie potworne, tym skrótem raczej nie dałoby się podjechać pod górę. Tylko jedna myśl krąży mi po głowie - zjechać niżej. Jak najszybciej! Tak też jechaliśmy. Nie mam pojęcia jakim cudem nie zakończyło się to porządnym upadkiem. Gnaliśmy po tym rumowisku 40 km/h. Bez sakw nigdy bym się na to nie odważył, a co dopiero z nimi. Slalom między kamieniami, piach, ciągłe poślizgi, w tym zupełnie niekontrolowane, gdy oba koła traciły przyczepność. To była jazda! Gdy to wspominam wciąż mam gęsią skórkę... Zgrabiałe palce nie mogły precyzyjnie hamować, a nie chcieliśmy tracić czasu na odpoczynek. Jedynie podczas robienia zdjęć można było złapać chwilę oddechu. Nie mogąc doczekać się noclegu w końcu i z tego zrezygnowaliśmy. Zjeżdżaliśmy tak ponad dwie godziny, w końcu po ósmej, nad laguną znaleźliśmy piękne miejsce na biwak. Gdy zaczęliśmy rozbijać obóz nadjechali kolejni rowerzyści: Portugalczyk i Chilijka. Następnego dnia zamierzali zdobyć Agua Negra. Znając drogę, wspólnie z Patrickiem namawialiśmy ich do zrobienia jeszcze jednego noclegu, z tego miejsca podjazd byłby zbyt trudny. Niestety oni nic nam nie powiedzieli o drodze do La Sereny. Chcąc porządnie wypocząć po trudach przełęczy, postanowiliśmy ruszyć dopiero około południa. W końcu 2500 metrów przewyższenia gwarantowało nam przyjemny zjazd. Był to największy błąd jaki mogliśmy popełnić. Początek był spokojny, po kilkudziesięciu kilometrach zjazdu dojechaliśmy do posterunku celnego. Nasze bagaże zostały dokładnie przeszukane. Ponieważ do Chile nie można wwozić żadnej żywności niepokoiłem się o moje liofilizaty. Bez nich byłoby w górach znacznie trudniej. Na szczęście nie wzbudziły zainteresowania celnika. Do asfaltu mieliśmy jeszcze spory kawałek. Wiatr nie był jeszcze zbyt mocny, ale czuliśmy jego wzrastającą siłę. Nareszcie asfalt! W dodatku droga była świetnej jakości, szeroka i gładka. Jakże miła odmiana po szutrowej tarce. Nie cieszyliśmy się tym luksusem zbyt długo. Wtedy zacząłem rozumieć słowa: "Tam pod wiatr się nie da jechać". Dziękowałem losowi, że nie pokonywałem tego odcinka samotnie. Chcecie dowiedzieć się, co to jest wmordewind? Jedźcie tam. Wzorzec czeka! Wiatr był wszechobecny, wdzierał się wszędzie, za każdy załom doliny, z furią atakował w jej zwężeniach. Siedliśmy fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Zmieniając się na prowadzeniu praktycznie co kilometr, czasami z największym trudem robiąc 12 km/h, klnąc z bezsilności, "zjeżdżaliśmy" do Vicuny. W końcu około 20 dojechaliśmy. Ten dzień śmiało można porównać do podjazdu na Agua Negra, choć droga wiodła w dół. A miało być tak pięknie...
Następnego dnia ruszyliśmy znacznie wcześniej. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów do La Sereny pokonaliśmy w szybkim tempie. W końcu cywilizacja, pralnia, internet, normalne jedzenie. Po naradzie ustaliśmy, że jedziemy jednym autobusem: Patrick do Copiapo, ja do Calamy. Podróż miała trwać 17 godzin, ze względu na wypadek na Panamericanie trwała ponad 20. Rozpoczynał się drugi etap wyprawy - pustynia Atacama. Desierto de desiertos.

Część II - Calama - San Pedro - Pustynia Atacama

Atacama. Pustynia pustyń. Najsuchsza pustynia na świecie. Aby się z nią zmierzyć przejechałem autobusem ponad 1000 kilometrów. Podróż ze względu na wypadek na Panamericanie wydłużyła się do 20 godzin. Przez kilka godzin obserwowaliśmy jak chilijskie służby radziły sobie z wywróconą cysterną i wyciekającą ropą. A było co podziwiać, przyleciał śmigłowiec z jakimś generalisimussem, kłębiły się tłumy policjantów, strażaków i robotników drogowych. Kłopot polegał na tym, że zajmowali się głównie tym, co my - przyglądali się. Początkowo puszczone samochody rozwiozły ropę po kilometrach drogi. Dopiero później zorientowano się, że to nienajlepszy sposób na zabezpieczenie wycieku. Po dwóch godzinach pojawiła się furgonetka z piachem. Nawet akcje naszych służb drogowych przy tym pokazie głupoty wydawały się superuporządkowanymi!
Przed południem dotarłem do Calamy. Miasteczko górnicze wywarło na mnie tak dobre wrażenie, że za punkt honoru postawiłem sobie jak najszybsze jego opuszczenie. Jedynym miejscem, jakie chciałem odwiedzić był sklep. Musiałem zaopatrzyć się w solidny zapas wody. Blisko 100 kilometrów pustyni dzielące mnie od San Pedro de Atacama chciałem pokonać jednego dnia, a zbliżało się południe. Zaaferowany szukałem wyjazdu z miasta. Nagle z przejeżdżającego samochodu słyszę: "Are you from Poland"?. Odpowiedziałem, że tak. Kolejne pytanie nieźle mnie zaskoczyło: "Do you speak Polish"??? Idiota? Polska tu słynie z milionów dialektów? Roześmiałem się i również potwierdziłem. W końcu przeszliśmy na polski i okazało się, że pytającym osobnikiem był Polak - inżynier z jednej z okolicznych kopalni. Byłem drugim rodakiem, jakiego spotkał w Chile przez kilka lat pracy w tym kraju, stąd dziwne zachowanie. Dostrzegł znaczek PL na sakwie i nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Chwilę porozmawialiśmy i ruszyłem dalej. Tuż za granicą miasta rozpoczęła się pustynia. Bezkresna, wyschnięta na pieprz, nieprzyjazna. Droga prowadziła pod górę, po kilkudziesięciu kilometrach dotarłem do przełęczy. Blisko 3500 metrów - w Europie byłby to wspaniały wynik. Tam było to jedynie przetarcie przed głównym pasmem Andów. Zmagając się z wiatrem, z trudem utrzymując równowagę w jego silnych podmuchach, starając się uciec doganiającej mnie burzy, dotarłem do San Pedro.
Niewielkie miasteczko, w którym podczas sezonu częściej można było usłyszeć angielski i niemiecki niż hiszpański, stało się moją bazą wypadową na kilka najbliższych dni.
Na pierwszy ogień miał pójść Salar de Atacama - chciałem w dwa dni objechać go dookoła.
Zakupiłem rzekomo dokładną mapę, zasięgnąłem trochę informacji o trasie i w drogę. Wiedziałem, że pustynia nie będzie gościnna. Na zdjęciach salary są pokazywane jako ogromne powierzchnie soli. Nie zawsze tak jest. Salar de Atacama był w większości szarobury, często porośnięty drobną roślinnością. Atrakcją pierwszego dnia miał być rezerwat flamingów - Laguna Chaxa. W upale dochodzącym w słońcu do 40 stopni dojechałem do jego granic. Ze zdziwieniem graniczącym z gniewem zorientowałem się, że oprócz beznadziejnych pamiątek nie można tam niczego kupić. Przecież po co komu woda na pustyni? Nie nastawiło mnie to zbyt pozytywnie. Zacząłem rozglądać się za flamingami. Kilka znudzonych smętnie stało w oddali. To mam być rezerwat ptaków? No cóż... Ale może to moje negatywne nastawienie... Ruszyłem dalej. Do Peine, gdzie chciałem nocować, miałem jeszcze szmat drogi. Na szczęście szybko znalazłem dodatkową motywację. To tradycyjna popołudniowa burza zaczęła niebezpiecznie się do mnie zbliżać. Byłem jedynym punktem wystającym z płaszczyzny pustyni. Wolałem nie stać się ruchomym celem dla gęsto sypiących się piorunów! Na szczęście zaskakująco dobra droga sprzyjała szybkiej jeździe. Podejrzewam, że tworzono ją po prostu wylewając wodę - grunt był tak zasolony, że tworzyła się bardzo twarda skorupa, w najlepszych fragmentach nie ustępująca asfaltowi. Równo ze zmierzchem dotarłem do celu. Szybkie zakupy i spać. Następnego dnia czekał mnie znacznie trudniejszy odcinek. Według mapy około 150 kilometrów. Po drodze, co do której mapy podawały zadziwiająco sprzeczne informacje. Na jednych była, na drugich nie, na trzecich była tylko częściowo. Po drodze żadnych miejscowości, żadnej możliwości uzupełnienia wody. Zabrałem jej prawie 9 litrów, sądziłem, że to wystarczający zapas.
Zacząłem wcześnie, chłodek poranka był przyjemną odmianą po wczorajszym upale. Tooooootalna przestrzeń, salar w końcu zaczyna przypominać ten ze zdjęć. Po kilkudziesięciu kilometrach skręciłem na północ - droga znacznie się pogarszyła. Kamienie i piach. Prędkość gwałtownie spadła, wliczając odpoczynki efektywnie robiłem po 10 km w ciągu godziny. Mogło być gorzej. I było. Droga zakręciła na zachód i zaczął się stromy podjazd. W dodatku solidny wmordewind szarpał mną na wszystkie strony. Jednym słowem ćwiczyłem silną wolę. Uffff, w końcu skręciłem na wschód. Zaczął się zjazd. Z wiatrem w plecy. Musiałem tylko uważać, by nie przesadzić z prędkością. Wypadek na tym bezludziu miałby poważne skutki. Woda jakby parowała z worków. Dzięki wiatrowemu wspomaganiu bez problemów zdobywałem kolejne wzgórza. To już 140-sty kilometr, a końca nie widać. Kończy się dzień i kończy się woda. GPS wydaje wyrok - 25 km w linii prostej do San Pedro! O .....
W końcu ostatnie wzgórze - tu na jednej mapie droga zanika. Po chwili wiedziałem dlaczego. Teren pokryty był dziesiątkami koryt wyschłych strumieni - zwały piachu i kamieni praktycznie uniemożliwiały dalszą jazdę. Byłem już solidnie zmęczony, żeby nie powiedzieć wyczerpany. Powoli zapadał zmierzch. Póki mogłem - jechałem bez świateł. Przeklinałem sam siebie, że pożałowałem pieniędzy na porządną lampę. Ta, którą miałem dawała jedynie orientację gdzie jest droga, reszty trzeba było się domyślać.
W końcu dotarłem do głównej drogi - prawie ucałowałem asfalt. Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów - ostry podjazd, ostatnie krople wody w bidonie. Kilkanaście minut przed północą dojechałem do miasteczka. Sprawdziłem licznik - 178 kilometrów! Wiecie, jakie to szczęście móc napić się wody??? Tour de Salar - dwa dni, bez dwóch 300 km, wspaniale widoki, niezapomniane przeżycia, mnóstwo adrenaliny, setki tysięcy przekleństw, wyzwiska pod adresem wiatru. Takie rzeczy zostają w głowie na zawsze, razem z piachem...:)
Obiecałem sobie - nigdy więcej! A rano zabrałem się za obmyślanie nowego planu...
Po dniu odpoczynku postanowiłem ruszyć na zachód - w kierunku Paso Jama. Z map wynikało, że droga prowadzi przez kilka przełęczy, z których przynajmniej jedna ma wysokość ponad pięciu tysięcy. Jak zwykle problem stanowiła woda. Okazało się, że na 160-cio kilometrowej trasie jest jeden jedyny strumień z wodą nadającą się do picia. Aby do niego dojechać należało pokonać blisko sto kilometrów i najwyższą przełęcz. Nie było to łatwe, ale możliwe. Zabrałem pełny zapas wody - 14 litrów powinno wystarczyć na dwa dni jazdy.
Zacząłem spokojnie, planując pierwszy nocleg na 3500-3600 metrów. Droga była piękna, gładka, prosta aż dziw. Chyba projektantowi krzywiki ktoś ... zabrał. Zero trawersowania, idealnie prostopadle do poziomic. Jak sprawdziłem - 1100 metrów przewyższenia na 13 kilometrów drogi, czyli miejscami na pewno ponad 10% nachylenia. Z tak obładowanym rowerem to spore wyzwanie. W dodatku wysokość też robiła swoje. Pierwszy nocleg zgodnie z planem. Piękny zachód słońca, błękitne niebo o poranku. Drugi dzień był znacznie trudniejszy. Ruszyłem wcześnie, by mieć jak najwięcej czasu. Początek świetny, tuż po 13.00 wjechałem na 4800 metrów. Pozostało kilkadziesiąt kilometrów w miarę płaskiego terenu do kolejnej przełęczy. Z niepokojem śledziłem chmury zbierające się nad okolicznymi wierzchołkami. Jeden z jadących z przeciwka kierowców pokazał, żebym nie jechał dalej. Zatrzymałem się by zobaczyć, jaki będzie dalszy rozwój wypadków. Wiatr początkowo zamilkł, by wkrótce zmienić kierunek. Czarne chmury pokryły niebo. Schowałem się w wypatrzonym tunelu pod drogą. Rozpętała się nawałnica. Śnieg i grad padały prawie poziomo, wdzierając się z impetem do mojego schronienia. Ubrany we wszystko, co miałem, owinięty NRC-etką trząsłem się z zimna. Po dwóch-trzech godzinach ucichło. Kończąca się woda i zbyt duża wysokość na nocleg skłoniła mnie do odwrotu. Ale jaki to był odwrót!
Zjazd. Jak się zjeżdża z przełęczy o wysokości Mont Blanc, nachyleniu średnio 10% i delikatnym wietrzyku w plecy? Szybko, bardzo szybko... Każde rozprostowanie zgrabiałych w zimowych rękawicach dłoni powodowało gwałtowne przyspieszenie. 60km/h, nie szybciej, bo każdy boczny podmuch może namieszać. No dobra, przecież nie wieje z boku, 70. Idealne warunki, nie czułem drgań kierownicy, choć wcześniej przednie sakwy powodowały niejednokrotnie slalomowe drgawki. Fajnie by było szybciej, może by tak przekroczyć 80? Poszło. Droga zagłębiła się w zboczu, ściany osłaniały przed ewentualnymi bocznymi podmuchami. Puszczam hamulce. 80....81.....82, znak ostrzeżenia przed spadkiem, 85....87.....90.... Później sprawdziłem - jechałem 91,6 km/h. Sam nie wierzę, nigdy nie trafiłem na warunki pozwalające z sakwami przekroczyć 80. Szaleństwo, ale jak osłodziło gorycz powrotu. W niecałe półtorej godziny przemknęła mi przed oczami trasa, którą mozolnie pokonywałem przez poprzednie dwa dni... Już dawno porażka nie sprawiła mi tyle frajdy!

Część III: San Pedro de Atacama - El Tatio - Chiu Chiu - Ascotan

Po szalonym zjeździe do San Pedro postanowiłem w nieco spokojniejszej atmosferze zwiedzić okolicę. Na pustynię Atacama przyciągnęły mnie w dużej mierze zdjęcia Doliny Księżycowej. Chciałem zobaczyć ją na własne oczy. A jest z pewnością warta obejrzenia. Nierzeczywiste widoki, wytwory z soli i piachu faktycznie przypominają miejscami zdjęcia z Księżyca. Mimo że jest to jedna z głównych atrakcji turystycznych, spotkałem tam zaledwie kilka osób. Dzięki temu mogłem do woli, w ciszy i spokoju, zachwycać się tym nieziemskim krajobrazem.
Kolejne dni to wyprawa do Gejzerów El Tatio. Czułem się jak weteran po raz kolejny idący na wojnę. Na wojnę, w której się nie bierze jeńców. Spodziewałem się bardzo trudnych warunków. Na mapach ten odcinek był zaznaczony jako droga ostatniej kategorii, co w chilijskiej nomenklaturze mogło oznaczać równie dobrze brak drogi. A wszystko to na wysokości dochodzącej do 4500 metrów.
Już pierwsze kilometry ujawniły brutalną prawdę. Asfaltowe podjazdy są niczym przy szutrowych. Szutrowych? To niezbyt fortunne określenie dla dowolnej kombinacji piachu tarki, kamieni i żwiru. Dodatkowo duże nachylenia zmuszały często do pchania roweru. Nogi z trudem znajdowały podparcie, oddechu starczało jedynie na kilka chwil. Musiałem wyglądać jak skazaniec. Jak nigdy zatrzymywały się przy mnie nieliczne samochody, częstowano mnie zimną wodą i owocami. Widziałem niedowierzanie w oczach ludzi dowiadujących się dokąd zmierzam. Przyznam, że ja sam nie wiedziałem na co się porywam. Tego dnia pokonałem niecałe 30 kilometrów. Nocleg na wysokości 3800 m i dalej w drogę. Przydała się herbata z liści koki, podobno poprawia przyswajanie tlenu przez organizm. A może to jedynie autosugestia. Ważne, że działałoJ Najmniejszych kłopotów z wysokością.

Dookoła piękna sceneria jak z westernów, wysokie kaktusy, jałowa ziemia a czasami piękne widoki. Szkoda tylko, że szybko przysłoniły je chmury. Zaraz potem zaczęło padać. Deszcz, śnieg, deszcz ze śniegiem i wreszcie grad. Pierwszy raz w życiu cieszyłem się z tego ostatniego. Nie wyziębiał tak jak deszcz. Później wjechałem w chmury i przestało mieć znaczenie to czy pada, czy nie . Woda wdzierała się wszędzie. Droga zamieniła się w potok, choć nie robiło to wielkiej różnicy, bo i tak była fatalna. W końcu chmury się uniosły, już odetchnąłem z ulgą, gdy deszcz zaczął padać wielkimi kroplami. By odzyskać odrobinę sił i motywacji musiałem się posłużyć bronią ostateczną - piosenka "Wszystko ch..." Elektrycznych Gitar leciała na okrągło. Pomogło. Gdy po kilku godzinach nieco się rozpogodziło, uwierzyłem, że zdołam dotrzeć do celu. Właśnie wtedy przekonałem się, jak ważna jest wiara we własne siły. Od tego momentu "złapałem nieśmiertelność" - to moje określenie stanu, gdy przestaje się odczuwać zmęczenie, działa się automatycznie, wydaje się, że kolejne kilometry to tylko kwestia czasu. Po zmierzchu dojechałem do obozowiska w El Tatio. Ostatkiem sił rozbiłem namiot. To był mój pierwszy nocleg na takiej wysokości - 4300 metrów to już nie przelewki. Pierwszą myślą po przebudzeniu było: mate de coca. Chciałem nią poczęstować przypadkowych towarzyszy - Niemców, którzy poprzedniego dnia kilkakrotnie zatrzymywali się pytając, czy wszystko u mnie ok. Obawiam się, że słowo coca wystraszyło ich na dobre. Od tej pory unikali mnie jak ognia. Pewnie znaleźli wytłumaczenie dlaczego jakiś gość na rowerze pcha się w te odludne strony

W porannej mgle obejrzałem gejzery. Szkoda, że wspólnie z setką turystów, których o świcie przywiozły busy. Chciałem zostać tam dłużej, by w pełnym słońcu podziwiać piękne widoki. Niestety kończyły mi się zapasy wody i żywności. Na próżno szukałem możliwości zabrania się z którymś z busów. Nie podobała mi się wizja kolejnych godzin mozolnego brnięcia przez rozmyte, błotniste drogi. Chciałem przynajmniej najgorszy odcinek przejechać samochodem, tym bardziej, że miałem do przejechania szmat drogi. Zawiedziony ruszyłem do obozowiska. Gdy kończyłem się pakować nieopodal zatrzymał się pickup z chilijską rodziną. Zrezygnowany zapytałem czy mogą mnie podrzucić kilkanaście najgorszych kilometrów. Ku mojemu zaskoczeniu zgodzili się. Mimo kłopotów językowych dowiedziałem się, że źle znoszą wysokość. Zaproponowałem mate de coca. Ucieszyli się, ale odmówili -prawdopodobnie myśląc, że trzeba by ją dopiero przygotować. Dopiero gdy przy rozstaniu wyciągnąłem termos, prawie się na niego rzucili. Piły ją również dzieci, co upewniło mnie, że nie ma ona "dodatkowych" właściwości. Piękny poranek i nieoczekiwana pomoc poprawiły mi humor. Celem tego dnia było pustynne miasteczko Chiu Chiu. Liczyłem, że blisko 2000 metrów przewyższenia pozwoli łatwo pokonać prawie 100 kilometrów gór i pustyni. Zapowiadał się przyjemny dzień, w końcu wrócę do cywilizacji. Marzyłem o prysznicu, wygodnym łóżku i porządnym obiedzie. To wszystko się ziściło, ale... - w tym regionie jest zawsze jakieś "ale" - po kilkudziesięciu kilometrach górek otworzyła się przede mną przestrzeń Atacamy. Nie tylko przede mną, towarzyszył mi wiatr, który postanowił uprzykrzyć mi dzień. Wiało tak samo jak na zjeździe z Agua Negra, tylko tym razem nie miałem wspólnika. Przyszło mi samotnie walczyć z wzorcowym wmordewindem. Naprawdę ciężko było znaleźć w sobie siłę by jechać dalej. Prędkość spadała dramatycznie. Byłem dumny gdy w ostatnim zrywie udało mi się przekroczyć 10 km/h. Jakim szczęściem był zasłużony hotel, prysznic i wygodne łóżko... Zajadałem się lodami i myślałem sobie jakie piękne będę miał wspomnienia. A największe wyzwanie było jeszcze przede mną.
Z Chiu Chiu ruszyłem na północ, w kierunku granicy z Boliwią. Wszystko co było przedtem, było jedynie przedsmakiem pustyni. Już sam początek przyniósł wielki zawód. Liczyłem na asfalt - tak wynikało z mapy. Nic z tego, drogę pokrywała jakaś ubita masa - zapewne soli i dodatków. Zanim wjechałem na 3000 m. droga zamieniła się w tradycyjna szutrowa tarkę. Znowu max 10 km/h. Ale trzeba jechać dalej. W końcu dojechałem do Estacion San Pedro. Od początku sprawiało ponure wrażenie - najpierw cmentarz, później jakieś rozpadające się budynki. W końcu stacja kolejowa. Zatrzymałem się. Kilku robotników w pomarańczowych kombinezonach, pomarańczowych maskach na twarzach, wielkich czarnych okularach obserwowało każdy mój ruch. Przywitałem się. Hola! - odpowiedzieli. Zapytałem o sklep - nie ma. Mówili tylko o sklepie, ale wydaje się jakby mówili - tu NIC nie ma. Ludzie bez twarzy. Niesamowita scena. W końcu zapytałem o wodę, jeden z nich zrobił zapraszający gest. Świetnie! Znowu miałem zapas, na tym pustkowiu to najcenniejsza rzecz! Na pożegnanie przyjaźnie pomachaliśmy sobie rękami. Uciekałem z tego najbardziej ponurego miejsca na mojej trasie. Tylko wiatr czuł się tam dobrze. Piach drapał w gardle, zrozumiałem po co były te maski. Byle dalej stąd.
Powoli zacząłem się rozglądać za miejscem na nocleg. Wiatr wiał o dziwo w plecy - to rekompensata za poprzednie dni. W pewnym momencie usłyszałem warkot. Zatrzymałem się. Podjechali do mnie dwaj motocykliści. Niemcy. Okazało się, że od pół roku objeżdżają Amerykę Południową. Mówią, że słyszeli o mnie, o PL na tylnej sakwie. Rozmawialiśmy chwilę, dowiedziałem się, że jadą do Boliwii. Na pożegnanie życzyliśmy sobie powodzenia. Padły bardzo mile dla mnie słowa. Słowa uznania od ludzi, którzy tu niejedno przeżyli. Ruszyliśmy. Ku mojemu zaskoczeniu po kilku godzinach wrócili. Od karabinierów dowiedzieli się, że w Boliwii leje. Postanowili wiec ruszyć do Peru. Łatwo podejmują decyzje. Pożegnaliśmy się po raz drugi. Szukając noclegu wspinałem się coraz wyżej i wyżej. W końcu na wysokości 3800 m znalazłem opuszczone obozowisko. Kamienny mur świetnie chronił przed wiatrem. Idealne miejsce na nocleg. Musiałem tylko przenieść kilka kamieni, zrobić miejsce na namiot. Pod rzeczonymi kamieniami znalazłem niespodziankę. Początkowo nieruchome, po chwili całkiem żwawe skorpiony gorączkowo szukały schronienia. Nie powiem, że się ucieszyłem z tego towarzystwa. Ale czym one były przy codziennych kłopotach z wodą, burzach ścigających mnie każdego popołudnia i wietrze zabijającym wszelkie chęci na dalszy wysiłek? Samotnie przemierzając Atacamę i Andy człowiek szybko przywyka do niebezpieczeństwa, strach przestaje paraliżować, a wiara we własne siły pozwala przetrwać nawet najtrudniejsze chwile.
Następnego dnia miałem zobaczyć po raz pierwszy Aucanquilchę...

Do Ollague zostało mi około 70 kilometrów. Przywykłem już do widoku dziesiątków wulkanów i przestrzeni salarów, ale i ten dzień miał dla mnie swoje niespodzianki. Po uzupełnieniu wody na posterunku carabinierów wjechałem na salar. Pierwsze kilometry nie różniły się od wielu innych na tej trasie. W pewnym momencie zobaczyłem spychacze na drodze, po chwili zrozumiałem co one tam robiły. Równały drogę. Kilka następnych godzin odczuwałem tego skutki. Świeżo naniesiona warstwa piachu równo pokrywała nawierzchnię. Śmierć na miejscu. Rower grzązł w najmniej oczekiwanych momentach. A tu właśnie każdy wulkan wytworzył swoją prywatną burzę. Przez słuchawki nie przedzierał się ryk wiatru i huk potężnych grzmotów. Dopóki chmury nie próbowały łączyć się ze sobą nie było problemu, ale w pewnym momencie zaczęła mnie gonić potężna nawałnica. Całe szczęście, ze przed nią zerwał się wiatr, który pchał mnie pod gore. Doping na całego. Na podjeździe droga wreszcie się poprawiła. Rammstein był grany tego dnia na okrągło. Nic nie mogło mnie zatrzymać. Burze goniły mnie na całego. Gdy wjechałem na przełęcz okazało się, ze w następnej dolinie czekają na mnie dwie kolejne. Zostało 30 km do Ollague. Kilka kilometrów zjazdu, muzyka znów niebezpiecznie mnie nakręciła. Gdy przy 30 km/h wpadłem w zwały piachu - niewiele brakowało do awaryjnego lądowania. To mnie trochę otrzeźwiło. Dalej zjeżdżałem już znacznie ostrożniej. Po kilku minutach serce znowu szybciej zabiło. Tuz za mną zatrąbił samochód. Po kilku metrach zatrzymał się. Kierowca zapytał, czy wiem, że do Ollague jest jeszcze 30 km. Zaproponował, ze mnie zabierze. Odpowiedziałem, że nie, że się świetnie bawię ścigając z burzami. Żałujcie, że nie widzieliście jego miny. Chyba tak wyglądają ludzie, którzy nagle odkrywają, że rozmawiają z wariatem. Później trochę żałowałem, że jednak nie zgodziłem się na jego propozycję. Dalsza droga nie była łatwa - piach, salar i burza raz po raz zmieniająca kierunek. W końcu, chyba po 19, udało mi się wjechać do Ollague. Gdy je zobaczyłem wiedziałem, że to najgorsze miejsce jakie można sobie wyobrazić. Dziura zabita torami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze przyjdzie mi spędzić tam kilka dni. Czekałem na resztę ekipy. Niestety okazało się, ze przyjedzie ona później niż to pierwotnie zakładaliśmy. Musiałem zorganizować sobie jakieś atrakcje. Próbowałem podjechać Volcan Ollague, niestety droga została rozmyta przez strumienie, czyli była stertą kamieni i piachu.. W dodatku codziennie, regularnie o 15-16 rozpoczynały się burze. Widziałem wielokrotnie jak pioruny uderzały w zbocze, nie miałem ochoty znaleźć się tam w tym momencie. To nie była dobra zabawa:) Około 12 wycofałem się z podjazdu. Po dwóch godzinach podjazdu i dwóch godzinach ciągnięcia roweru po zboczu, bo było tam łatwiej niż na "drodze"... Nie starczyłoby czasu na dotarcie na szczyt. Jechanie tam z noclegiem też nie miało sensu - nie sposób byłoby przetrwać w moim namiocie przy tym wietrze. A na zboczu nie widać było miejsca dającego jakiekolwiek schronienie.
Kolejnego dnia zrobiłem rozpoznanie drogi na Aucanquilchę. Jeszcze większy koszmar! Na wysokości między 4000 a 4500 metrów, mogłem tylko marzyć o pedałowaniu. Na szczęście wyglądało, że dalej droga jest lepsza. Nie oznaczało to jednak, ze zbyt często będzie można jechać. Aucanquilcha na mapach była oznaczona jako góra bez pokrywy śnieżnej. Jednak tego roku było podobno najwięcej opadów od 40 lat. Śniegu było pod dostatkiem. Czułem, że nie będzie łatwo. Ale jednak nie było beznadziejnie. Kolejnego dnia dostałem niepomyślne wieści od grupy wsparcia, nie mogli dotrzeć do mnie na czas. Jakieś fatum wisiało nad nami. Kolejne przeszkody wyrastały na drodze. Prawie dosłownie, bo na drogę zeszła lawina, uniemożliwiając przejazd przez kilka dni. Robiło się bardzo mało czasu na Górę. Zdesperowany podjąłem decyzje - jadę sam. Miałem dość Ollague, nudy i bezczynności. W dodatku poprawiła się pogoda - coraz później pojawiały się burze. Szybko się spakowałem i ruszyłem - w tej gorączce popełniając kilka błędów strategicznych. Ale o tym później.
Nie tak miało to wyglądać, ale nie miałem wyjścia. Zostawiłem co mogłem w hotelu, zabrałem żywność na kilka dni i 16 litrów wody. Ruszyłem. Nie muszę chyba mówić jak się jedzie z takim majdanem pod ogromna górę. Nie jedzie się. Przynajmniej nie za często. Ciągnąłem rower, walcząc z całych sił. Pot zalewał mi oczy. Ruszyłem po południu wiec tego dnia zbyt wysoko nie dotarłem. Pierwszy nocleg urządziłem na 4200 m.. Gdy tylko rozbiłem namiot zaczął padać śnieg. Nie tak miało być, nie tak. Ale za nic nie chciałem się poddać. W nocy porządnie mnie wymroziło. Kolejny dzień niewiele się różnił od poprzedniego. Pchając, ciągnąc, wlokąc i rzadko jadąc dotarłem na 4800 m. Cudowna pogoda, piękny widok na ośnieżone szczyty Aucanquilchy. Znalazłem obozowisko, mur z kamieni osłonił mnie przed wiatrem. Nie mógł, niestety, osłonić przed mrozem. Z rana woda w butelkach była zamrożona. Na szczęście sześciolitrowy worek z wodą służył mi za poduszkę i owinięty polarem przetrwał noc. Ja też, choć mróz nieźle mi dokuczył. Wieczorem znowu sypał śnieg. Z niepokojem myślałem o nocy w Campamento Aucanquilcha na wysokości 5300 m. To zaczynało być poważne. Tym bardziej, że moje doświadczenia wysokogórskie przed wyprawą były zerowe. Nie miałem zamiaru się jednak wycofać. Nie teraz, gdy góre miałem na wyciągniecie ręki. Kolejnego dnia nic się nie zmieniło oprócz wysokości. Gdy dotarłem na przełęcz powyżej 5000 m nieoczekiwanie telefon złapał zasięg. Jak wielka dziurą musi być Ollague skoro tam nie było zasięgu??? Prawdopodobnie widoczna daleko na horyzoncie ogromna kopalnia miała przekaźnik. Miłe wiadomości zdopingowały mnie do dalszej drogi. Dotarłem w końcu do doliny Campamento Aucanquilcha. Cala dolina była pokryta miałem z siarki i odłamków skalnych. Nie mogłem jechać, byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie nawet pchać roweru. Koła zapadały się w sypkim i miękkim podłożu. Dodatkowo słońce roztapiało śnieg, wiec często "sypucha" była jeszcze podmokła. Po kilkudziesięciu minutach walki zdjąłem najcięższą sakwę z woda i ruszyłem na piechotę zostawiając rower. Ledwo szedłem, nogi zapadały się w siarożwirze, wysokość robiła swoje, wiatr też. Po chwili zostawiłem też i sakwę. Bez ciężaru ruszyłem szukać miejsca na nocleg. Rozpadające się budynki kopalni nie nadawały się do tego. Na zboczach stało jeszcze kilka ścian innych budynków. W końcu znalazłem solidnie wyglądające budowle z kamieni. W jednej z takich ruin postanowiłem rozbić namiot. Musiałem mieć osłonę przed wiatrem. Pozostało tylko przyciągnąć tu rower. To był najtrudniejszy moment wyprawy. Słaniając się na nogach, oddzielnie ciągnąc rower, oddzielnie sakwę z wodą, dotarłem na miejsce. Wiedziałem, że czeka mnie najgorsza noc. Wysokość dawała się we znaki - zawroty głowy przy wstawaniu, wyczuwalny brak tlenu. Rozbiłem namiot, szybko ugotowałem wodę, mate de coca podniosła mnie na duchu. Wpadłem na pomysł, aby namiot obsypać ziemią, żeby zimne powietrze nie przenikało tak łatwo do wnętrza. Niestety wilgoć zbierając się zamarzała na ściankach. Gdy doszedłem trochę do siebie, gdy wrócił mi humor, poszedłem szukać zasięgu na pobliskich górkach. Udało się. Zadzwoniłem do Agnieszki. Dotarli w końcu do Calamy.. Już wydawało się, że kłopoty minęły. Właśnie próbowali wynająć samochód, by się do mnie dostać. Brakowało mi towarzystwa, samotna wyprawa zaczęła mi doskwierać. Nie mogłem się doczekać Agi i Wojtka.
Dzięki okopaniu namiotu noc nie była taka zła. Mroźne poranne wstawanie to to, co tygryski lubią najbardziej. Szron grubymi płatami odpadał od tropiku, zawzięcie wpadając tam gdzie był najmniej potrzebny. Modliłem się żeby maszynka odpaliła bez problemu. Coś ciepłego, coś ciepłego - jedna myśl krążyła mi w głowie. Nieskazitelnie błękitne niebo, niepokojąco biała góra. Trzeba ruszać. W końcu ubrałem się do wyjścia, po nocy niewiele pozostało do założenia. Rower oczywiście zostawiłem, przy tej ilości śniegu jazda była niemożliwa. Ruszyłem. Na początek narzuciłem zbyt szybkie tempo, szybko je skorygowałem, gdy oddech zamienił się w nerwową zadyszkę. Po chwili byłem na zakręcie dającym nadzieje na zasięg telefoniczny. Dostałem wiadomość od Agi i Wojtka. "Mamy samochód, z rana ruszamy do Ollague". Uff, w końcu dobra wiadomość. Ruszyłem dalej nie odpowiadając. Ja też chciałem wysłać jakąś dobra wiadomość. Jaka najchętniej - to wiadomo. Kolejne metry nie nastręczały już trudności, złapałem rytm. Ochraniacze na buty rozpoczęły własną strategięprzetrwania - zawijały się do góry, odsłaniając buty. Cholera. Dobrze, że srebrna taśma naprawia wszystko. Nachylenie rosło, ale bez roweru to betka. Czułem się bardzo dobrze.
Wchodziłem coraz wyżej, coraz mniejszy pas drogi pozbawiony był śniegu. Po kolejnym zakręcie droga w ogóle znikła. Śnieg nie był już tak miękki jak niżej. Starałem się wybijać schodki, ale buty rowerowe się do tego nie nadają. Zacząłem rozumieć, że bez raków nie dam rady. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie po drodze nie było śladu, przede mną rozpościerało się zbocze pokryte zmrożonym śniegiem. Już bez większej wiary szedłem dalej. Ale przecież miałem wejść na tę górę. Wbijałem pięty żeby jakoś się posuwać do przodu, sam wiedziałem, że to już nie ma sensu. To było dopiero 5600 m., a cała droga w górę to zlodowaciały śnieg. Przypomniałem sobie własne słowa: "Będę wiedział kiedy się wycofać!". Ale czy myślałem o wycofaniu się z najważniejszego zadania, celu numer jeden, góry moich gór? Jasne było, że wystarczy jeden fałszywy ruch i zjechałbym. Kilkaset metrów w dół. Nie, to nie miało sensu. Wsparcie w drodze. Zawróciłem. Zszedłem do "centrum telefonicznego". Wymiana sms'ów z Grupą Wsparcia. Mieliśmy za kilka godzin spotkać się w Ollague. Z Calamy musieliśmy wyjechać w niedzielę, był piątek, mieliśmy sobotę na wejście. Pogoda była piękna. Wrócił dobry humor - będzie sprzęt, raki, czekan, nawet buty górskie ułatwią wejście. A przede wszystkim nie będę sam, wzajemna asekuracja bardzo się przyda. Szybko zszedłem namiotu. Zabrałem co niezbędne na zjazd. Obozowisko zostawiłem, miało czekać na nasz przyjazd. O ile łatwiej było bez bagażu, bez zapasu wody! Zabrałem jedynie obowiązkowy camelbak. Na zjazd wystarczy. Droga jednak była bardzo trudna. Tylko miejscami udawało mi się zjeżdżać ponad 20 km/h. Ale drogę znałem, moje własne ślady mnie prowadziły. Po trzech godzinach dojechałem do największej dziury zabitej torami, czyli Ollague. Zobaczyłem jakiegoś jeep`a, z nadzieją szukałem znajomych twarzy. Jednak to nie oni. Objechałem "metropolię", w końcu dojechałem do hotelu. Właśnie wyszedł z niego kierownik. Żywo zareagował na mój widok. Mówił coś o amigos, zrozumiałem, że ma wiadomość. Wciągnął rower do środka, zapytał czy mam rozmówki - wcześniej dzięki nim się porozumiewaliśmy, jeżeli moje gracias i jego ok nie wystarczały. W końcu stracił zainteresowanie poszukiwaniem rozmówek. Powiedział coś o carabinieri - zatrzymali ich? Nic nie rozumiałem. Nagle wśród potoku hiszpańskich słów wyłowiłem "camioneta" (samochód) i charakterystyczny gest. Accident? Si, si!!! O k.... Amigos bien, amigos bien!!! I uniesiony kciuk do góry. Ale jak, przecież byli tak blisko, tak niedawno się kontaktowaliśmy... Co się stało? Na szczęście wszystko z nimi w porządku. Zaprowadził mnie do carabinierów. Przez radio połączyli się z posterunkiem w Ascotan. Porozmawiałem z przyjaciółmi przez chwilę. Zaaferowany zapomniałem zapytać się czują. Ale przecież wiedziałem, że "amigos bien"... Z szumu wyłowiłem, że poślizg, dachowanie. Umówiliśmy się na spotkanie w Calamie. Szok. Przecież to jakieś fatum. Same przeszkody. Przypomniałem sobie o rzeczach w Campamento Aucanquilcha. Jak to zabrać? Nie miałem siły by jechać po nie na rowerze, a na niedziele mamy już bilety do La Sereny. Poprosiłem o pomoc. Zaprowadzili mnie do urzędu gminy. Po rozmowie z urzędniczką dostałem samochód z kierowcą. Wiedziałem jaka będzie droga, nie miałem pojęcia, czy przejedziemy. Ale przecież musiałem zabrać rzeczy! Kierowca robił co mógł, początek był najgorszy. Trwało to wieczność. W końcu dojechaliśmy. Zwinąłem obozowisko. Gdy zapadł zmierzch zrobiło się zimno, piekielnie zimno. Udało się dzięki bezinteresownej pomocy Chilijczyków. Wyobraziłem sobie podobną sytuację gdzieś w Polsce. Bez szans!
Następnego dnia dotarłem do Calamy. Spotkanie z Agnieszką i Wojtkiem. To koniec wyprawy. Mamy dosyć przeciwności losu. Jeszcze tylko autobus, którego nie było, choć były bilety. I skradziona komórka, zapalanie ucha po skotłowaniu w oceanie, odwołany lot z Santiago, kłopoty we Frankfurcie... Całe pasmo szczęścia
Chcę tam wrócić. Przecież mam górę do podjechania. Ale z nowym sprzętem i bez śniegu.
To nie koniec, ja dopiero zacząłem z tę górę!!! Aucanquilcho!!! Wrócę!!!
Teraz wiem, że to koniec samotnych wypraw. Poznałem je dokładnie, mam dość. Ale gdzie znajdę wariatów, którzy będą chcieli ze mną pojechać???
Pragnę podziękować wszystkim, którzy pomogli mi w organizacji tej wyprawy. I tym, którzy wspierali mnie w czasie jej trwania.
To była także Wasza wyprawa! Dziękuję bardzo!!!

:: O wyprawie

Znacie apatyczny nastrój po powrocie z wyprawy? Po euforii powitania z dnia na dzień zapadamy się w szarą rzeczywistość. Praca, dom, praca, dom. Przygasają radosne wspomnienia, znika opalenizna, więdniemy otoczeni problemami dnia codziennego. Jest na to recepta? Oczywiście, że tak! Nowa wyprawa...
Kilka dni po powrocie z rajdu Genewa-Malaga dopadła mnie "powyprawowa" apatia. Wieczór u przyjaciół. "Jedziemy w Andy" - słyszę. Andy? Fajnie. Ale nie dla mnie wspinaczka. A gdyby tak zabrać się z nimi na rowerze? Byli tam w ubiegłym roku, znają doskonale warunki, taka okazja może się nie powtórzyć. Całą noc się zastanawiałem, choć tak naprawdę już tego wieczoru wiedziałem, że takiej pokusie się nie oprę. Następnego dnia zadzwoniłem - " Zrób mi rezerwację"...
Później przyszedł czas na planowanie trasy i poszukiwanie wyzwań. Tego było mi trzeba!
Gdzie można w Andach najwyżej wjechać na rowerze? W trakcie poszukiwań natknąłem się na relację o zdobyciu na rowerach najwyżej położonej na świecie kopalni na Cerro Aucanquilcha - 6176 m n.p.m.. Decyzja mogła być tylko jedna - jadę tam!

Do góry

:: Trasa

 

Aucanquilcha położona jest na pograniczu chilijsko-boliwijskim, blisko dwa tysiące kilometrów na północ od Santiago. Wspólnym punktem startu wyprawy wspinaczkowej przyjaciół i mojej rowerowej będzie argentyńska Mendoza. Niewielka ilość dróg znacznie ułatwiła wybór trasy. Kolejnym czynnikiem, który musiałem brać pod uwagę przy wyborze trasy to wysokość. Im wyżej tym lepiej - im lepsza aklimatyzacja tym łatwiejszy końcowy sukces podjazdu na Cerro Aucanquilcha. Tym sposobem trasa wiedzie przez trzy przełęcze o wysokości ponad 4700 m n.p.m.. Kolejnym etapami mają być pustynia Atacama, Valle de la Luna (Doliną Księżycową) i Valle de la Muerte (Doliną Śmierci). Surowe krajobrazy tego regionu zachwycają na zdjęciach, mam nadzieję, że także w rzeczywistości. Jeżeli czas pozwoli chciałbym także zobaczyć gejzery El Tatio, zobaczymy czy się uda.

 

Termin wyprawy: 16.01 - 23.02.2006

16-17.01 - przelot z Warszawy do Santiago,
17.01 - przejazd do Mendozy,
17-18.01 - kompletowanie zaopatrzenia i sprzętu,
19-21.01 - rozpoczęcie wyprawy na rowerze - Mendoza - San Juan - Las Flores,
22-24.01 - Las Flores - Paso del Agua Negra ( 4779 m n.p.m.),
25-26.01 - Paso del Aqua Negra - Las Hediondas - Paso de Vac. Helados (4710 m n.p.m.) - Las Flores,
27-30.01 - Las Flores - Nanogasta - Salado,
31.01-02.02 - Salado - Paso de San Francisco (4726 m n.p.m.),
03-04.02 - Paso de San Francisco - Copiapo,
05-06.02 - Copiapo - Antofagasta - prawdopodobnie przejazd autobusem,
07-10.02 - Antofagasta - Salar de Atacama - Peine - Toconao,
11-12.02 - Toconao - San Pedro de Atacama,
13-15.02 - San Pedro de Atacama - Calama - Ollangue,
16-21.02 - Ollangue - podjazd na Cerro Aucanquilcha (6176 m m.n.p.),
22.02 - przejazd do Santiago,
23-24.02 - przelot do Warszawy

 

 

Do góry

:: Uczestnik

Cezary Matulewicz - mam 32 lata, na co dzień jestem analitykiem w korporacji finansowej. Od kilku lat pasjonuję się wyprawami rowerowymi. Początkowa chęć odreagowania codziennych stresów przerodziła się w życiową pasję. Kolejne wyprawy przynosiły nowe wyzwania, przesuwały granice własnych możliwości, zaostrzały apetyt na "Szybciej, wyżej, mocniej".
Wcześniejsze wyprawy rowerowe:
Sardynia-Korsyka 2003 - ponad 1000 km po skalistych wybrzeżach Sardynii i Korsyki.
Wiedeń-Genewa 2004 - pierwsza solowa, dwutygodniowa wyprawa po najwyższych górach Europy. Zdobycie najwyższej przełęczy włoskich Alp: Passo dello Stelvio 2758 m n.p.m. i wielu innych na 1500 kilometrowej trasie.

Genewa-Malaga 2005 - solowa, trzytygodniowa wyprawa, 2500 kilometrów, zdobycie na rowerze:

  • najwyższej przełęczy Alp: Col de L'Iseran 2770 m n.p.m.,
  • kultowej przełęczy Tour de France: Col du Galibier 2645 m n.p.m.,
  • najwyższej przełęczy Pirenejów: Port d'Envalira 2407 m n.p.m.,
  • najwyższej drogi w Europie - szczytu Pico Veleta 3398 m n.p.m..

Do góry

:: O Sponsoring i patronat medialny

Zorganizowanie wyprawy w oparciu jedynie o moje osobiste możliwości finansowe było niemożliwe. Miałem szczęście uzyskać wsparcie, na które nie śmiałem liczyć. Wszystko dzięki ludziom, którzy postanowili pomóc zrealizować mój projekt. DZIĘKUJĘ BARDZO!

Sponsorzy, Partnerzy, Firmy Wspierające

 

Patroni Medialni

Do góry

MENU
Encyklopedia rowerowa | Wiadomości | Sprzęt | Sklep rowerowy | Testy | Katalog WWW |
Turystyka | Kupowanie | Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety
| Wygaszacze Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.