|
:: Relacja

Wstęp
Wyprawa nie wyszła dokładnie tak jak planowałem. Pierwszym powodem
była pogoda - niestetytrafiliśmy na największe od 40 lat opady.
Regularne burze, które zaczynały się o 16-17 i często trwały do
nocy. Drugim powodem był po prostu pech: zamknięta przez kilka dni,
zasypana przez lawinę droga (poniekąd wynik pogody) i "dachowanie"
przyjaciół - mojej grupy wsparcia na końcowym etapie. Na szczęście
nikomu nic poważnego się nie stało. W konsekwencji atakowałem Aucanquilchę
sam. Z rowerem dotarłem na 5300, wszedłem na 5600. Powyżej tego
punktu góra pokryta była praktycznie całkowicie przez zmrożony śnieg.
Ze względu na brak sprzętu (raki, kijki) wycofałem się. Schodząc
dostałem informację od przyjaciół, że spotkamy się jeszcze tego
samego dnia. Jakimś cudem był tam zasięg, choć na próżno go szukać
w okolicznych miejscowościach. Miał więc dotrzeć tak potrzebny ekwipunek.
Niestety gdy zjechałem do Ollague, gdzie się umówiliśmy, czekała
na mnie informacja, że mieli wypadek kilkadziesiąt kilometrów wcześniej.
Tak zrządził los.
Przeżyłem piękną przygodę w bardzo trudnych warunkach pustyni Atacama
i Andów. Jazdę w deszczu, śniegu, gradzie, na wysokościach wyższych
niż europejskie szczyty. Przy wietrze zabijającym wszelką nadzieję.
Po najgorszych drogach, które dodatkowo strumienie zamieniły w zwały
piachu i kamieni. Budziłem się w wśród gejzerów, zasypiałem w otoczeniu
wulkanów. Zlany potem gnałem po salarze by dygotać z zimna podczas
śnieżycy kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wyprzedzałem TIR'y pędząc
ponad 90 km/h i pchałem godzinami rower po rumowiskach. Każdy dzień
był niewiadomą, warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Poznałem
jak cenny jest łyk wody, jak ważny jest każdy oddech na 5000. Wszystko
z rowerem i bagażem ważącymi blisko 50 kilogramów, do tego woda,
której często trzeba było zabierać ponad 15 litrów. Czy było warto?
Ja tego pytania sobie nie zadaję. To niezapomniane chwile, przeżyłem
największą przygodę życia. Zdobyłem doświadczenie, które pozwoli
przeżyć ich jeszcze więcej. I posta nowiłem tam wrócić. Bo to przecież
moja góra. Stopień trudności, liczne przygody i chęć zamienienia
z kimś choćby kilku słów przekonały mnie, że w następną taką podróź
nie powinienem wybierać się samotnie.
Po sześciu tygodniach wojaży po Argentynie i Chile wróciłem z wyprawy
Aucanquilcha 2006.
Przeżyłem piękną przygodę w bardzo trudnych warunkach pustyni Atacama
i Andów. Jazdę w deszczu, śniegu, gradzie, wyżej niż europejskie
szczyty. Przy wietrze zabijającym wszelką nadzieję. Po najgorszych
drogach, które dodatkowo strumienie zamieniły w zwały piachu i kamieni.
Budziłem się w wśród gejzerów, zasypiałem w otoczeniu wulkanów.
Zlany potem gnałem po salarze, by dygotać z zimna podczas śnieżycy
kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wyprzedzałem TIR'y pędząc ponad
90 km/h i pchałem godzinami rower po rumowiskach. Każdy dzień był
niewiadomą, warunki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Poznałem
jak cenny jest łyk wody, jak ważny jest każdy oddech na wysokości
5000 m. Wszystko z rowerem i bagażem ważącymi blisko 50 kilogramów,
do tego woda, której często trzeba było zabierać ponad 15 litrów.
Czy było warto? Ja tego pytania sobie nie zadaję. To niezapomniane
chwile, przeżyłem największą przygodę życia. Zdobyłem doświadczenie,
które pozwoli przeżyć ich jeszcze więcej. I postanowiłem tam wrócić.
Bo to przecież moja góra. Stopień trudności, liczne przygody i chęć
zamienienia z kimś choćby kilku słów przekonały mnie, że w następną
taką podróż nie powinienem wybierać się samotnie.
Zainteresowani? Czytajcie dalej...J
Część I: Santiago - Mendoza - Agua Negra - La Serena
Samolot. Dwunasta (?) godzina lotu. W końcu coś interesującego:
przelatujemy nad Andami. Z nosem w oknie oglądam wspaniałą panoramę.
Nie powiem, robi wrażenie! Pustkowia, zero dróg, zero miejscowości,
potężne bloki skalne, ogromne doliny. Nawet patrząc z góry trudno
nie czuć respektu. Może tym razem przesadziłem? Eeee nie, przynajmniej
będzie co wspominać!
Po kilkunastu godzinach w Santiago, ruszamy autobusem do Mendozy.
Tam uzupełniliśmy zaopatrzenie/sprzęt i objadając się lokalnymi
specjałami spędziliśmy miłe chwile. W końcu przyszedł czas na rozstanie
z grupą wspinaczkową i ruszyłem w samotną wyprawę.
Nigdy wcześniej nie jeździłem z przednimi sakwami. Kierownica latała
mi na wszystkie strony. Na początku nie byłem w stanie się do tego
przyzwyczaić. Upał, mój pseudotermometr wskazuje 38 stopni. Wiatr
na szczęście wiał w plecy. Dzięki temu w szybkim tempie przejechałem
zamierzone 120 kilometrów. Gdyby wiało w twarz byłby to bardzo,
bardzo długi dzień. Dookoła pustkowie, praktycznie pustynia. A to
przecież ta "cywilizowana" część wyprawy...
O kolejnym dniu nie byłoby co napisać (po lewej piach, po prawej
piach, droga pośrodku), gdyby nie mały kłopot. Miejscowością, w
której chciałem przenocować, a co najważniejsze - uzupełnić zapasy
wody, było Talacasto. Problem polegał na tym, że zastałem tam tylko
ruiny. A było zaznaczone nawet na mapie 1:4 000 000!!! Do kolejnej
miejscowości blisko 50 km, zmierzch już zapadł. Trochę obawiałem
się o wodę, całe szczęście, że miałem jak zwykle 3 litry żelaznej
rezerwy. Trochę ciążyła, ale bez niej nie ma jazdy. Na tym pustkowiu
była to najcenniejsza rzecz. Następnego dnia, już po kilkunastu
kilometrach, znajduję strumyk. Na wszelki wypadek wrzucam kilka
tabletek do odkażania. Kolejne dwa dni to pierwsze podjazdy, pierwsze
przełęcze, ogromna przestrzeń. Spore wrażenie wywarł na mnie znak
informujący o stacji benzynowej - za 261 kilometrów! Dopełnieniem
scenerii były burze. Wielokrotnie stanowiły znakomity element dopingujący,
ich grzmoty przebijały się nawet przez Rammstein'a.
Mobilizowały do krańcowego wysiłku, rezygnacji z odpoczynku, czy
gnania na złamanie karku na zjeździe. A pojawiały się tak często,
że byłem bardzo zdziwiony, gdy o 16-17 nic mnie nie goniło. Andy
nie były gościnne, o nie. Nie mogłem się doczekać podjazdu na Agua
Negra. Tuż za posterunkiem granicznym skończył się asfalt, niechybny
znak, że zaczyna się prawdziwy podjazd. Szutrowa droga stanowi dodatkowe
utrudnienie na i tak niełatwej trasie. Ostatni nocleg przed przełęczą
postanowiłem spędzić na 3600 m. - tak się złożyło, że akurat na
tej wysokości znajdowało się idealne miejsce na biwak. Spotkałem
tam Argentyńczyków, z którymi spędziłem bardzo miły wieczór, dowiadując
się wiele o Andach i Argentynie. Wspólnym tematem okazała się książka
Wiktora Ostrowskiego "Wyżej niż kondory", która jest chyba
biblią andynistów. Niestety przesadziłem z wysokością noclegu. Choć
wieczorem czułem się bardzo dobrze, to noc okazała się praktycznie
nieprzespana i wstałem z koszmarnym bólem głowy. Być może emocje
również się do tego przyczyniły. Przecież następnego dnia miałem
ruszyć na jeden z głównych celów wyprawy! Rankiem dolina była porządnie
zachmurzona, czekałem na rozwój wypadków. Około dziewiątej chmury
się rozstąpiły i zdecydowałem się ruszyć.(1.jpg )
Szybkie pakowanie, głowa nie przestała boleć, co niezbyt dobrze
wróżyło. Zaskoczony dostrzegłem innego rowerzystę, który właśnie
wyłonił się zza zakrętu. Umówiliśmy się, że każdy jedzie własnym
tempem, a pierwszy na przełęczy zostawi wiadomość. Tego dnia zdecydowanie
nie miałem ochoty na rywalizację. Patrick, bo tak miał na imię,
szybko mi odskoczył. Każdy z nas miał samotnie zmierzyć się z wyzwaniem...
Nie chciałem forsować tempa, głowa mi nieźle dokuczała. W końcu
złapałem rytm i uważnie śledząc wskazania bogatej elektroniki piąłem
się w górę. Niestety nawet nowoczesne rozwiązania nie zawsze się
sprawdzają. Wyobraźcie sobie moje rozczarowanie gdy pewny tego,
że jestem już na prawie 4500 m. dostrzegłem informację, że jestem
na 4300. Zapewne
pogarszająca się pogoda, a z nią spadające gwałtownie ciśnienie,
zmyliły wysokościomierz. Płynęły godziny, byłem coraz wyżej, ale
też coraz częściej musiałem robić przystanki. Głowa mi pękała, podjazd
zdawał się nie mieć końca. Przydało się doświadczenie z alpejskich
wojaży. Wiedziałem jak się "wyłączyć", oderwać myśli od
bólu, czerpać satysfakcję z każdego przejechanego metra. To trudne,
ale na lata zostaną w pamięci i tak tylko te dobre wspomnienia.
Na 4600 zaczął sypać śnieg, zrobiło się zimno. Jeden ze zjeżdżających
samochodów przywiózł wiadomość od Szwajcara - czeka na mnie na przełęczy,
razem będziemy szukali noclegu. Ładnie z jego strony! Raźno ruszyłem
dalej zapominając o wszystkich przeciwnościach. W końcu po 17 wjechałem
na przełęcz - Agua Negra 4779 m n.p.m. została zdobyta! Jakież
było zaskoczenie gdy na przełęczy zostałem przywitany po polsku!
A przynajmniej tak mi się wydawało. Razem z Patrickiem czekała na
mnie grupa Słowaków, którzy aklimatyzowali się tam przed wyprawą
na Ojos del Salado. Ufff, koniec podjazdu, ledwo żyłem. Kilka zdjęć
i jedna myśl - zjechać niżej! I to jak najszybciej, bo wysokość
porządnie już doskwierała. Słowacy pilotowali nas samochodem, pokazali
skrót, podobno w ten sposób można szybciej zjechać. Po chilijskiej
stronie droga zdecydowanie gorsza, znacznie więcej luźnego skałożwiru.
Nachylenie potworne, tym skrótem raczej nie dałoby się podjechać
pod górę. Tylko jedna myśl krąży mi po głowie - zjechać niżej. Jak
najszybciej! Tak też jechaliśmy. Nie mam pojęcia jakim cudem nie
zakończyło się to porządnym upadkiem. Gnaliśmy
po tym rumowisku 40 km/h. Bez sakw nigdy bym się na to nie odważył,
a co dopiero z nimi. Slalom między kamieniami, piach, ciągłe poślizgi,
w tym zupełnie niekontrolowane, gdy oba koła traciły przyczepność.
To była jazda! Gdy to wspominam wciąż mam gęsią skórkę... Zgrabiałe
palce nie mogły precyzyjnie hamować, a nie chcieliśmy tracić czasu
na odpoczynek. Jedynie podczas robienia zdjęć można było złapać
chwilę oddechu. Nie mogąc doczekać się noclegu w końcu i z tego
zrezygnowaliśmy. Zjeżdżaliśmy
tak ponad dwie godziny, w końcu po ósmej, nad laguną znaleźliśmy
piękne miejsce na biwak. Gdy zaczęliśmy rozbijać obóz nadjechali
kolejni rowerzyści: Portugalczyk i Chilijka. Następnego dnia zamierzali
zdobyć Agua Negra. Znając drogę, wspólnie z Patrickiem namawialiśmy
ich do zrobienia jeszcze jednego noclegu, z tego miejsca podjazd
byłby zbyt trudny. Niestety oni nic nam nie powiedzieli o drodze
do La Sereny. Chcąc porządnie wypocząć po trudach przełęczy, postanowiliśmy
ruszyć dopiero około południa. W
końcu 2500 metrów przewyższenia gwarantowało nam przyjemny zjazd.
Był to największy błąd jaki mogliśmy popełnić. Początek był spokojny,
po kilkudziesięciu kilometrach zjazdu dojechaliśmy do posterunku
celnego. Nasze bagaże zostały dokładnie przeszukane. Ponieważ do
Chile nie można wwozić żadnej żywności niepokoiłem się o moje liofilizaty.
Bez nich byłoby w górach znacznie trudniej. Na szczęście nie wzbudziły
zainteresowania celnika. Do asfaltu mieliśmy jeszcze spory kawałek.
Wiatr nie był jeszcze zbyt mocny, ale czuliśmy jego wzrastającą
siłę. Nareszcie asfalt! W dodatku droga była świetnej jakości, szeroka
i gładka. Jakże miła odmiana po szutrowej tarce. Nie cieszyliśmy
się tym luksusem zbyt długo. Wtedy zacząłem rozumieć słowa: "Tam
pod wiatr się nie da jechać". Dziękowałem losowi, że nie pokonywałem
tego odcinka samotnie. Chcecie dowiedzieć się, co to jest wmordewind?
Jedźcie tam. Wzorzec czeka! Wiatr był wszechobecny, wdzierał się
wszędzie, za każdy załom doliny, z furią atakował w jej zwężeniach.
Siedliśmy fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Zmieniając
się na prowadzeniu praktycznie co kilometr, czasami z największym
trudem robiąc 12 km/h, klnąc z bezsilności, "zjeżdżaliśmy"
do Vicuny. W końcu około 20 dojechaliśmy. Ten dzień śmiało można
porównać do podjazdu na Agua Negra, choć droga wiodła w dół. A miało
być tak pięknie...
Następnego dnia ruszyliśmy znacznie wcześniej. Ostatnie kilkadziesiąt
kilometrów do La Sereny pokonaliśmy w szybkim tempie. W końcu cywilizacja,
pralnia, internet, normalne jedzenie. Po naradzie ustaliśmy, że
jedziemy jednym autobusem: Patrick do Copiapo, ja do Calamy. Podróż
miała trwać 17 godzin, ze względu na wypadek na Panamericanie trwała
ponad 20. Rozpoczynał się drugi etap wyprawy - pustynia Atacama.
Desierto de desiertos.
Część II - Calama - San Pedro - Pustynia Atacama
Atacama. Pustynia pustyń. Najsuchsza pustynia na świecie. Aby się
z nią zmierzyć przejechałem autobusem ponad 1000 kilometrów. Podróż
ze względu na wypadek na Panamericanie wydłużyła się do 20 godzin.
Przez kilka godzin obserwowaliśmy jak chilijskie służby radziły
sobie z wywróconą cysterną i wyciekającą ropą. A było co podziwiać,
przyleciał śmigłowiec z jakimś generalisimussem, kłębiły się tłumy
policjantów, strażaków i robotników drogowych. Kłopot polegał na
tym, że zajmowali się głównie tym, co my - przyglądali się. Początkowo
puszczone samochody rozwiozły ropę po kilometrach drogi. Dopiero
później zorientowano się, że to nienajlepszy sposób na zabezpieczenie
wycieku. Po dwóch godzinach pojawiła się furgonetka z piachem. Nawet
akcje naszych służb drogowych przy tym pokazie głupoty wydawały
się superuporządkowanymi!
Przed południem dotarłem do Calamy. Miasteczko górnicze wywarło
na mnie tak dobre wrażenie, że za punkt honoru postawiłem sobie
jak najszybsze jego opuszczenie. Jedynym miejscem, jakie chciałem
odwiedzić był sklep. Musiałem zaopatrzyć się w solidny zapas wody.
Blisko 100 kilometrów pustyni dzielące mnie od San Pedro de Atacama
chciałem pokonać jednego dnia, a zbliżało się południe. Zaaferowany
szukałem wyjazdu z miasta. Nagle z przejeżdżającego samochodu słyszę:
"Are you from Poland"?. Odpowiedziałem, że tak. Kolejne
pytanie nieźle mnie zaskoczyło: "Do you speak Polish"???
Idiota? Polska tu słynie z milionów dialektów? Roześmiałem się i
również potwierdziłem. W końcu przeszliśmy na polski i okazało się,
że pytającym osobnikiem był Polak - inżynier z jednej z okolicznych
kopalni. Byłem drugim rodakiem, jakiego spotkał w Chile przez kilka
lat pracy w tym kraju, stąd dziwne zachowanie. Dostrzegł znaczek
PL na sakwie i nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Chwilę porozmawialiśmy
i ruszyłem dalej. Tuż za granicą miasta rozpoczęła się pustynia.
Bezkresna, wyschnięta na pieprz, nieprzyjazna.
Droga prowadziła pod górę, po kilkudziesięciu kilometrach dotarłem
do przełęczy. Blisko 3500 metrów - w Europie byłby to wspaniały
wynik. Tam było to jedynie przetarcie przed głównym pasmem Andów.
Zmagając się z wiatrem, z trudem utrzymując równowagę w jego silnych
podmuchach, starając się uciec doganiającej mnie burzy, dotarłem
do San Pedro.
Niewielkie miasteczko, w którym podczas sezonu częściej można było
usłyszeć angielski i niemiecki niż hiszpański, stało się moją bazą
wypadową na kilka najbliższych dni. 
Na pierwszy ogień miał pójść Salar de Atacama - chciałem w dwa dni
objechać go dookoła.
Zakupiłem rzekomo dokładną mapę, zasięgnąłem trochę informacji o
trasie i w drogę. Wiedziałem, że pustynia nie będzie gościnna. Na
zdjęciach salary są pokazywane jako ogromne powierzchnie soli. Nie
zawsze tak jest. Salar de Atacama był w większości szarobury, często
porośnięty drobną roślinnością. Atrakcją
pierwszego dnia miał być rezerwat flamingów - Laguna Chaxa. W upale
dochodzącym w słońcu do 40 stopni dojechałem do jego granic. Ze
zdziwieniem graniczącym z gniewem zorientowałem się, że oprócz beznadziejnych
pamiątek nie można tam niczego kupić. Przecież po co komu woda na
pustyni? Nie nastawiło mnie to zbyt pozytywnie. Zacząłem rozglądać
się za flamingami. Kilka znudzonych smętnie stało w oddali. To mam
być rezerwat ptaków? No cóż. ..
Ale może to moje negatywne nastawienie... Ruszyłem dalej. Do Peine,
gdzie chciałem nocować, miałem jeszcze szmat drogi. Na szczęście
szybko znalazłem dodatkową motywację. To tradycyjna popołudniowa
burza zaczęła niebezpiecznie się do mnie zbliżać. Byłem jedynym
punktem wystającym z płaszczyzny pustyni. Wolałem nie stać się ruchomym
celem dla gęsto sypiących się piorunów! Na szczęście zaskakująco
dobra droga sprzyjała szybkiej jeździe. Podejrzewam, że tworzono
ją po prostu wylewając wodę - grunt był tak zasolony, że tworzyła
się bardzo twarda skorupa, w najlepszych fragmentach nie ustępująca
asfaltowi. Równo ze zmierzchem dotarłem do celu. Szybkie zakupy
i spać. Następnego dnia czekał mnie znacznie trudniejszy odcinek.
Według mapy około 150 kilometrów. Po drodze, co do której mapy podawały
zadziwiająco sprzeczne informacje. Na jednych była, na drugich nie,
na trzecich była tylko częściowo. Po drodze żadnych miejscowości,
żadnej możliwości uzupełnienia wody. Zabrałem jej prawie 9 litrów,
sądziłem, że to wystarczający zapas.
Zacząłem wcześnie, chłodek poranka był przyjemną odmianą po wczorajszym
upale. Tooooootalna przestrzeń, salar w końcu zaczyna przypominać
ten ze zdjęć. Po
kilkudziesięciu kilometrach skręciłem na północ - droga znacznie
się pogarszyła. Kamienie i piach. Prędkość gwałtownie spadła, wliczając
odpoczynki efektywnie robiłem po 10 km w ciągu godziny. Mogło być
gorzej. I było. Droga zakręciła na zachód i zaczął się stromy podjazd.
W dodatku solidny wmordewind szarpał mną na wszystkie strony. Jednym
słowem ćwiczyłem silną wolę. Uffff, w końcu skręciłem na wschód.
Zaczął się zjazd. Z wiatrem w plecy. Musiałem tylko uważać, by nie
przesadzić z prędkością. Wypadek na tym bezludziu miałby poważne
skutki. Woda jakby parowała z worków. Dzięki wiatrowemu wspomaganiu
bez problemów zdobywałem kolejne wzgórza. To
już 140-sty kilometr, a końca nie widać. Kończy się dzień i kończy
się woda. GPS wydaje wyrok - 25 km w linii prostej do San Pedro!
O .....
W końcu ostatnie wzgórze - tu na jednej mapie droga zanika. Po chwili
wiedziałem dlaczego. Teren pokryty był dziesiątkami koryt wyschłych
strumieni - zwały piachu i kamieni praktycznie uniemożliwiały dalszą
jazdę. Byłem już solidnie zmęczony, żeby nie powiedzieć wyczerpany.
Powoli zapadał zmierzch. Póki mogłem - jechałem bez świateł. Przeklinałem
sam siebie, że pożałowałem pieniędzy na porządną lampę. Ta, którą
miałem dawała jedynie orientację gdzie jest droga, reszty trzeba
było się domyślać.
W końcu dotarłem do głównej drogi - prawie ucałowałem asfalt. Jeszcze
tylko kilkanaście kilometrów - ostry podjazd, ostatnie krople wody
w bidonie. Kilkanaście minut przed północą dojechałem do miasteczka.
Sprawdziłem licznik - 178 kilometrów! Wiecie, jakie to szczęście
móc napić się wody??? Tour de Salar - dwa dni, bez dwóch 300 km,
wspaniale widoki, niezapomniane przeżycia, mnóstwo adrenaliny, setki
tysięcy przekleństw, wyzwiska pod adresem wiatru. Takie rzeczy zostają
w głowie na zawsze, razem z piachem...:)
Obiecałem sobie - nigdy więcej! A rano zabrałem się za obmyślanie
nowego planu...
Po dniu odpoczynku postanowiłem ruszyć na zachód - w kierunku Paso
Jama. Z map wynikało, że droga prowadzi przez kilka przełęczy, z
których przynajmniej jedna ma wysokość ponad pięciu tysięcy. Jak
zwykle problem stanowiła woda. Okazało się, że na 160-cio kilometrowej
trasie jest jeden jedyny strumień z wodą nadającą się do picia.
Aby
do niego dojechać należało pokonać blisko sto kilometrów i najwyższą
przełęcz. Nie było to łatwe, ale możliwe. Zabrałem pełny zapas wody
- 14 litrów powinno wystarczyć na dwa dni jazdy.
Zacząłem spokojnie, planując pierwszy nocleg na 3500-3600 metrów.
Droga była piękna, gładka, prosta aż dziw. Chyba projektantowi krzywiki
ktoś ... zabrał. Zero trawersowania, idealnie prostopadle do poziomic.
Jak sprawdziłem - 1100 metrów przewyższenia na 13 kilometrów drogi,
czyli miejscami na pewno ponad 10% nachylenia. Z tak obładowanym
rowerem to spore wyzwanie. W dodatku wysokość też robiła swoje.
Pierwszy nocleg zgodnie z planem. Piękny zachód słońca, błękitne
niebo o poranku. Drugi dzień był znacznie trudniejszy. Ruszyłem
wcześnie, by mieć jak najwięcej czasu.
Początek świetny, tuż po 13.00 wjechałem na 4800 metrów. Pozostało
kilkadziesiąt kilometrów w miarę płaskiego terenu do kolejnej przełęczy.
Z niepokojem śledziłem chmury zbierające się nad okolicznymi wierzchołkami.
Jeden z jadących z przeciwka kierowców pokazał, żebym nie jechał
dalej. Zatrzymałem się by zobaczyć, jaki będzie dalszy rozwój wypadków.
Wiatr początkowo zamilkł, by wkrótce zmienić kierunek. Czarne chmury
pokryły niebo. Schowałem się w wypatrzonym tunelu pod drogą. Rozpętała
się nawałnica. Śnieg i grad padały prawie poziomo, wdzierając się
z impetem do mojego schronienia. Ubrany we wszystko, co miałem,
owinięty NRC-etką trząsłem się z zimna. Po dwóch-trzech godzinach
ucichło. Kończąca się woda i zbyt duża wysokość na nocleg skłoniła
mnie do odwrotu. Ale jaki to był odwrót!
Zjazd. Jak się zjeżdża z przełęczy o wysokości Mont Blanc, nachyleniu
średnio 10% i delikatnym wietrzyku w plecy? Szybko, bardzo szybko...
Każde rozprostowanie zgrabiałych w zimowych rękawicach dłoni powodowało
gwałtowne przyspieszenie. 60km/h, nie szybciej, bo każdy boczny
podmuch może namieszać. No dobra, przecież nie wieje z boku, 70.
Idealne warunki, nie czułem drgań kierownicy, choć wcześniej przednie
sakwy powodowały niejednokrotnie slalomowe drgawki. Fajnie by było
szybciej, może by tak przekroczyć 80? Poszło. Droga zagłębiła się
w zboczu, ściany osłaniały przed ewentualnymi bocznymi podmuchami.
Puszczam hamulce. 80....81.....82, znak ostrzeżenia przed spadkiem,
85....87.....90.... Później sprawdziłem - jechałem 91,6 km/h. Sam
nie wierzę, nigdy nie trafiłem na warunki pozwalające z sakwami
przekroczyć 80. Szaleństwo, ale jak osłodziło gorycz powrotu. W
niecałe półtorej godziny przemknęła mi przed oczami trasa, którą
mozolnie pokonywałem przez poprzednie dwa dni... Już dawno porażka
nie sprawiła mi tyle frajdy!
Część III: San Pedro de Atacama - El Tatio - Chiu Chiu - Ascotan
 Po
szalonym zjeździe do San Pedro postanowiłem w nieco spokojniejszej
atmosferze zwiedzić okolicę. Na pustynię Atacama przyciągnęły mnie
w dużej mierze zdjęcia Doliny Księżycowej. Chciałem zobaczyć ją
na własne oczy. A jest z pewnością warta obejrzenia. Nierzeczywiste
widoki, wytwory z soli i piachu faktycznie przypominają miejscami
zdjęcia z Księżyca. Mimo że jest to jedna z głównych atrakcji turystycznych,
spotkałem tam zaledwie kilka osób. Dzięki temu mogłem do woli, w
ciszy i spokoju, zachwycać się tym nieziemskim krajobrazem.
Kolejne dni to wyprawa do Gejzerów El Tatio. Czułem się jak weteran
po raz kolejny idący na wojnę. Na wojnę, w której się nie bierze
jeńców. Spodziewałem się bardzo trudnych warunków. Na mapach ten
odcinek był zaznaczony jako droga ostatniej kategorii, co w chilijskiej
nomenklaturze mogło oznaczać równie dobrze brak drogi. A wszystko
to na wysokości dochodzącej do 4500 metrów.
Już pierwsze kil ometry
ujawniły brutalną prawdę. Asfaltowe podjazdy są niczym przy szutrowych.
Szutrowych? To niezbyt fortunne określenie dla dowolnej kombinacji
piachu tarki, kamieni i żwiru. Dodatkowo duże nachylenia zmuszały
często do pchania roweru. Nogi z trudem znajdowały podparcie, oddechu
starczało jedynie na kilka chwil. Musiałem wyglądać jak skazaniec.
Jak nigdy zatrzymywały się przy mnie nieliczne samochody, częstowano
mnie zimną wodą i owocami. Widziałem niedowierzanie w oczach ludzi
dowiadujących się dokąd zmierzam. Przyznam, że ja sam nie wiedziałem
na co się porywam. Tego dnia pokonałem niecałe 30 kilometrów. Nocleg
na wysokości 3800 m i dalej w drogę. Przydała się herbata z liści
koki, podobno poprawia przyswajanie tlenu przez organizm. A może
to jedynie autosugestia. Ważne, że działałoJ Najmniejszych kłopotów
z wysokością.
 
Dookoła piękna sceneria jak z westernów, wysokie kaktusy, jałowa
ziemia a czasami piękne widoki. Szkoda tylko, że szybko przysłoniły
je chmury. Zaraz potem zaczęło padać. Deszcz, śnieg, deszcz ze śniegiem
i wreszcie grad. Pierwszy raz w życiu cieszyłem się z tego ostatniego.
Nie wyziębiał tak jak deszcz. Później wjechałem w chmury i przestało
mieć znaczenie to czy pada, czy nie . Woda wdzierała się wszędzie.
Droga zamieniła się w potok, choć nie robiło to wielkiej różnicy,
bo i tak była fatalna. W końcu chmury się uniosły, już odetchnąłem
z ulgą, gdy deszcz zaczął padać wielkimi kroplami. By odzyskać odrobinę
sił i motywacji musiałem się posłużyć bronią ostateczną - piosenka
"Wszystko ch..." Elektrycznych Gitar leciała na okrągło.
Pomogło. Gdy po kilku godzinach nieco się rozpogodziło, uwierzyłem,
że zdołam dotrzeć do celu. Właśnie wtedy przekonałem się, jak ważna
jest wiara we własne siły. Od tego momentu "złapałem nieśmiertelność"
- to moje określenie stanu, gdy przestaje się odczuwać zmęczenie,
działa się automatycznie, wydaje się, że kolejne kilometry to tylko
kwestia czasu. Po zmierzchu dojechałem do obozowiska w El Tatio.
Ostatkiem sił rozbiłem namiot. To był mój pierwszy nocleg na takiej
wysokości - 4300 metrów to już nie przelewki. Pierwszą myślą po
przebudzeniu było: mate de coca. Chciałem nią poczęstować przypadkowych
towarzyszy - Niemców, którzy poprzedniego dnia kilkakrotnie zatrzymywali
się pytając, czy wszystko u mnie ok. Obawiam się, że słowo coca
wystraszyło ich na dobre. Od tej pory unikali mnie jak ognia. Pewnie
znaleźli wytłumaczenie dlaczego jakiś gość na rowerze pcha się w
te odludne strony
 
W porannej mgle obejrzałem gejzery. Szkoda, że wspólnie z setką
turystów, których o świcie przywiozły busy. Chciałem zostać tam
dłużej, by w pełnym słońcu podziwiać piękne widoki. Niestety kończyły
mi się zapasy wody i żywności. Na próżno szukałem możliwości zabrania
się z którymś z busów. Nie podobała mi się wizja kolejnych godzin
mozolnego brnięcia przez rozmyte, błotniste drogi. Chciałem przynajmniej
najgorszy odcinek przejechać samochodem, tym bardziej, że miałem
do przejechania szmat drogi. Zawiedziony ruszyłem do obozowis ka.
Gdy kończyłem się pakować nieopodal zatrzymał się pickup z chilijską
rodziną. Zrezygnowany zapytałem czy mogą mnie podrzucić kilkanaście
najgorszych kilometrów. Ku mojemu zaskoczeniu zgodzili się. Mimo
kłopotów językowych dowiedziałem się, że źle znoszą wysokość. Zaproponowałem
mate de coca. Ucieszyli się, ale odmówili -prawdopodobnie myśląc,
że trzeba by ją dopiero przygotować. Dopiero gdy przy rozstaniu
wyciągnąłem termos, prawie się na niego rzucili. Piły ją również
dzieci, co upewniło mnie, że nie ma ona "dodatkowych"
właściwości. Piękny poranek i nieoczekiwana pomoc poprawiły mi humor.
Celem tego dnia było pustynne miasteczko Chiu Chiu. Liczyłem, że
blisko 2000 metrów przewyższenia pozwoli łatwo pokonać prawie 100
kilometrów gór i pustyni. Zapowiadał się przyjemny dzień, w końcu
wrócę do cywilizacji. Marzyłem o prysznicu, wygodnym łóżku i porządnym
obiedzie. To wszystko się ziściło, ale... - w tym regionie jest
zawsze jakieś "ale" - po kilk udziesięciu
kilometrach górek otworzyła się przede mną przestrzeń Atacamy. Nie
tylko przede mną, towarzyszył mi wiatr, który postanowił uprzykrzyć
mi dzień. Wiało tak samo jak na zjeździe z Agua Negra, tylko tym
razem nie miałem wspólnika. Przyszło mi samotnie walczyć z wzorcowym
wmordewindem. Naprawdę ciężko było znaleźć w sobie siłę by jechać
dalej. Prędkość spadała dramatycznie. Byłem dumny gdy w ostatnim
zrywie udało mi się przekroczyć 10 km/h. Jakim szczęściem był zasłużony
hotel, prysznic i wygodne łóżko... Zajadałem się lodami i myślałem
sobie jakie piękne będę miał wspomnienia. A największe wyzwanie
było jeszcze przede mną.
Z Chiu Chiu ruszyłem na północ, w kierunku granicy z Boliwią. Wszystko
co było przedtem, było jedynie przedsmakiem pustyni. Już sam początek
przyniósł wielki zawód. Liczyłem na asfalt - tak wynikało z mapy.
Nic z tego, drogę pokrywała jakaś ubita masa - zapewne soli i dodatków.
Zanim wjechałem na 3000 m. droga zamieniła się w tradycyjna szutrowa
tarkę. Znowu max 10 km/h. Ale trzeba jechać dalej. W końcu dojechałem
do Estacion San Pedro. Od początku sprawiało ponure wrażenie - najpierw
cmentarz, później jakieś rozpadające się budynki. W końcu stacja
kolejowa. Zatrzymałem się. Kilku robotników w pomarańczowych kombinezonach,
pomarańczowych maskach na twarzach, wielkich czarnych okularach
obserwowało każdy mój ruch. Przywitałem się. Hola! - odpowiedzieli.
Zapytałem o sklep - nie ma. Mówili tylko o sklepie, ale wydaje się
jakby mówili - tu NIC nie ma. Ludzie bez twarzy. Niesamowita scena.
W końcu zapytałem o wodę, jeden z nich zrobił zapraszający gest.
Świetnie! Znowu miałem zapas, na tym pustkowiu to najcenniejsza
rzecz! Na pożegnanie przyjaźnie pomachaliśmy sobie rękami. Uciekałem
z tego najbardziej ponurego miejsca na mojej trasie. Tylko wiatr
czuł się tam dobrze. Piach drapał w gardle, zrozumiałem po co były
te maski. Byle dalej stąd.
Powoli zacząłem si ę
rozglądać za miejscem na nocleg. Wiatr wiał o dziwo w plecy - to
rekompensata za poprzednie dni. W pewnym momencie usłyszałem warkot.
Zatrzymałem się. Podjechali do mnie dwaj motocykliści. Niemcy. Okazało
się, że od pół roku objeżdżają Amerykę Południową. Mówią, że słyszeli
o mnie, o PL na tylnej sakwie. Rozmawialiśmy chwilę, dowiedziałem
się, że jadą do Boliwii. Na pożegnanie życzyliśmy sobie powodzenia.
Padły bardzo mile dla mnie słowa. Słowa uznania od ludzi, którzy
tu niejedno przeżyli. Ruszyliśmy. Ku mojemu zaskoczeniu po kilku
godzinach wrócili. Od karabinierów dowiedzieli się, że w Boliwii
leje. Postanowili wiec ruszyć do Peru. Łatwo podejmują decyzje.
Pożegnaliśmy się po raz drugi. Szukając noclegu wspinałem się coraz
wyżej i wyżej. W końcu na wysokości 3800 m znalazłem opuszczone
obozowisko. Kamienny mur świetnie chronił przed wiatrem. Idealne
miejsce na nocleg. Musiałem tylko przenieść kilka kamieni, zrobić
miejsce na namiot. Pod rzeczonymi kamieniami znalazłem niespodziankę.
Początkowo nieruchome, po chwili całkiem żwawe skorpiony gorączkowo
szukały schronienia. Nie powiem, że się ucieszyłem z tego towarzystwa.
Ale czym one były przy codziennych kłopotach z wodą, burzach ścigających
mnie każdego popołudnia i wietrze zabijającym wszelkie chęci na
dalszy wysiłek? Samotnie przemierzając Atacamę i Andy człowiek szybko
przywyka do niebezpieczeństwa, strach przestaje paraliżować, a wiara
we własne siły pozwala przetrwać nawet najtrudniejsze chwile.
Następnego dnia miałem zobaczyć po raz pierwszy Aucanquilchę...
Do Ollague zostało mi około 70 kilometrów. Przywykłem już do widoku
dziesiątków wulkanów i przestrzeni salarów, ale i ten dzień miał
dla mnie swoje niespodzianki. Po uzupełnieniu wody na posterunku
carabinierów wjechałem na salar .
Pierwsze kilometry nie różniły się od wielu innych na tej trasie.
W pewnym momencie zobaczyłem spychacze na drodze, po chwili zrozumiałem
co one tam robiły. Równały drogę. Kilka następnych godzin odczuwałem
tego skutki. Świeżo naniesiona warstwa piachu równo pokrywała nawierzchnię.
Śmierć na miejscu. Rower grzązł w najmniej oczekiwanych momentach.
A tu właśnie każdy wulkan wytworzył swoją prywatną burzę. Przez
słuchawki nie przedzierał się ryk wiatru i huk potężnych grzmotów.
Dopóki chmury nie próbowały łączyć się ze sobą nie było problemu,
ale w pewnym momencie zaczęła mnie gonić potężna nawałnica. Całe
szczęście, ze przed nią zerwał się wiatr, który pchał mnie pod gore.
Doping na całego. Na podjeździe droga wreszcie się poprawiła. Rammstein
był grany tego dnia na okrągło. Nic nie mogło mnie zatrzymać. Burze
goniły mnie na całego. Gdy wjechałem na przełęcz okazało się, ze
w następnej dolinie czekają na mnie dwie kolejne. Zostało
30 km do Ollague. Kilka kilometrów zjazdu, muzyka znów niebezpiecznie
mnie nakręciła. Gdy przy 30 km/h wpadłem w zwały piachu - niewiele
brakowało do awaryjnego lądowania. To mnie trochę otrzeźwiło. Dalej
zjeżdżałem już znacznie ostrożniej. Po kilku minutach serce znowu
szybciej zabiło. Tuz za mną zatrąbił samochód. Po kilku metrach
zatrzymał się. Kierowca zapytał, czy wiem, że do Ollague jest jeszcze
30 km. Zaproponował, ze mnie zabierze. Odpowiedziałem, że nie, że
się świetnie bawię ścigając z burzami. Żałujcie, że nie widzieliście
jego miny. Chyba tak wyglądają ludzie, którzy nagle odkrywają, że
rozmawiają z wariatem. Później
trochę żałowałem, że jednak nie zgodziłem się na jego propozycję.
Dalsza droga nie była łatwa - piach, salar i burza raz po raz zmieniająca
kierunek. W końcu, chyba po 19, udało mi się wjechać do Ollague.
Gdy je zobaczyłem wiedziałem, że to najgorsze miejsce jakie można
sobie wyobrazić. Dziura zabita torami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem,
ze przyjdzie mi spędzić tam kilka dni. Czekałem na resztę ekipy.
Niestety okazało się, ze przyjedzie ona później niż to pierwotnie
zakładaliśmy. Musiałem zorganizować sobie jakieś atrakcje.
Próbowałem podjechać Volcan Ollague, niestety droga została rozmyta
przez strumienie, czyli była stertą kamieni i piachu.. W dodatku
codziennie, regularnie o 15-16 rozpoczynały się burze. Widziałem
wielokrotnie jak pioruny uderzały w zbocze, nie miałem ochoty znaleźć
się tam w tym momencie. To nie była dobra zabawa:) Około 12 wycofałem
się z podjazdu. Po dwóch godzinach podjazdu i dwóch godzinach ciągnięcia
roweru po zboczu, bo było tam łatwiej niż na "drodze"...
Nie starczyło by
czasu na dotarcie na szczyt. Jechanie tam z noclegiem też nie miało
sensu - nie sposób byłoby przetrwać w moim namiocie przy tym wietrze.
A na zboczu nie widać było miejsca dającego jakiekolwiek schronienie.
Kolejnego dnia zrobiłem rozpoznanie drogi na Aucanquilchę.
Jeszcze większy koszmar! Na wysokości między 4000 a 4500 metrów,
mogłem tylko marzyć o pedałowaniu. Na szczęście wyglądało, że dalej
droga jest lepsza. Nie oznaczało to jednak, ze zbyt często będzie
można jechać. Aucanquilcha na mapach była oznaczona jako góra bez
pokrywy śnieżnej. Jednak tego roku było podobno najwięcej opadów
od 40 lat. Śniegu było pod do statkiem.
Czułem, że nie będzie łatwo. Ale jednak nie było beznadziejnie.
Kolejnego dnia dostałem niepomyślne wieści od grupy wsparcia, nie
mogli dotrzeć do mnie na czas. Jakieś fatum wisiało nad nami. Kolejne
przeszkody wyrastały na drodze. Prawie dosłownie, bo na drogę zeszła
lawina, uniemożliwiając przejazd przez kilka dni. Robiło się bardzo
mało czasu na Górę. Zdesperowany podjąłem decyzje - jadę sam. Miałem
dość Ollague, nudy i bezczynności. W dodatku poprawiła się pogoda
- coraz później pojawiały się burze. Szybko się spakowałem i ruszyłem
- w tej gorączce popełniając kilka błędów strategicznych. Ale o
tym później.
Nie tak miało to wyglądać, ale nie miałem wyjścia. Zostawiłem co
mogłem w hotelu, zabrałem żywność na kilka dni i 16 litrów wody.
Ruszyłem. Nie muszę chyba mówić jak się jedzie z takim majdanem
pod ogromna górę. Nie jedzie się. Przynajmniej nie za często. Ciągnąłem
rower, walcząc z całych sił. Pot zalewał mi oczy. Ruszyłem po południu
wiec tego dnia zbyt wysoko nie dotarłem. Pierwszy nocleg urządziłem
na 4200 m.. Gdy tylko rozbiłem namiot zaczął padać śnieg. Nie tak
miało być, nie tak. Ale za nic nie chciałem się poddać. W nocy porządnie
mnie wymroziło.  Kolejny
dzień niewiele się różnił od poprzedniego. Pchając, ciągnąc, wlokąc
i rzadko jadąc dotarłem na 4800 m. Cudowna pogoda, piękny widok
na ośnieżone szczyty Aucanquilchy. Znalazłem obozowisko, mur z kamieni
osłonił mnie przed wiatrem. Nie mógł, niestety, osłonić przed mrozem.
Z rana woda w butelkach była zamrożona. Na szczęście sześciolitrowy
worek z wodą służył mi za poduszkę i owinięty polarem przetrwał
noc. Ja też, choć mróz nieźle mi dokuczył. Wieczorem znowu sypał
śnieg. Z niepokojem myślałem o nocy w Campamento Aucanquilcha na
wysokości 5300 m. To zaczynało być poważne. Tym bardziej, że moje
doświadczenia wysokogórskie przed wyprawą były zerowe. Nie miałem
zamiaru się jednak wycofać. Nie teraz, gdy góre miałem na wyciągniecie
ręki. Kolejnego dnia nic się nie zmieniło oprócz wysokości. Gdy
dotarłem na przełęcz powyżej 5000 m nieoczekiwanie telefon złapał
zasięg. Jak wielka dziurą musi być Ollague skoro tam nie było zasięgu???
Prawdopodobnie widoczna daleko na horyzoncie ogromna kopalnia miała
przekaźnik. Miłe wiadomości zdopingowały mnie do dalszej drogi.
Dotarłem w końcu do doliny Campamento Aucanquilcha.  Cala
dolina była pokryta miałem z siarki i odłamków skalnych. Nie mogłem
jechać, byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie nawet pchać roweru.
Koła zapadały się w sypkim i miękkim podłożu. Dodatkowo słońce roztapiało
śnieg, wiec często "sypucha" była jeszcze podmokła. Po
kilkudziesięciu minutach walki zdjąłem najcięższą sakwę z woda i
ruszyłem na piechotę zostawiając rower. Ledwo szedłem, nogi zapadały
się w siarożwirze, wysokość robiła swoje, wiatr też. Po chwili zostawiłem
też i sakwę. Bez ciężaru ruszyłem szukać miejsca na nocleg. Rozpadające
się budynki kopalni nie nadawały się do tego. Na zboczach stało
jeszcze kilka ścian innych budynków. W końcu znalazłem solidnie
wyglądające budowle z kamieni. W jednej z takich ruin postanowiłem
rozbić namiot. Musiałem mieć osłonę przed wiatrem. Pozostało tylko
przyciągnąć tu rower. To był najtrudniejszy moment wyprawy. Słaniając
się na nogach, oddzielnie ciągnąc rower, oddzielnie sakwę z wodą,
dotarłem na miejsce. Wiedziałem, że czeka mnie najgorsza noc. Wysokość
dawała się we znaki - zawroty głowy przy wstawaniu, wyczuwalny brak
tlenu. Rozbiłem namiot, szybko ugotowałem wodę, mate de coca podniosła
mnie na duchu. Wpadłem na pomysł, aby namiot obsypać ziemią, żeby
zimne powietrze nie przenikało tak łatwo do wnętrza. Niestety wilgoć
zbierając się zamarzała na ściankach. Gdy doszedłem trochę do siebie,
gdy wrócił mi humor, poszedłem szukać zasięgu na pobliskich górkach.
Udało się. Zadzwoniłem do Agnieszki. Dotarli w końcu do Calamy..
Już wydawało się, że kłopoty minęły. Właśnie próbowali wynająć samochód,
by się do mnie dostać. Brakowało mi towarzystwa, samotna wyprawa
zaczęła mi doskwierać. Nie mogłem się doczekać Agi i Wojtka.
Dzięki okopaniu namiotu noc nie była taka zła. Mroźne poranne wstawanie
to to, co tygryski lubią najbardziej. Szron grubymi płatami odpadał
od tropiku, zawzięcie wpadając tam gdzie był najmniej potrzebny.
Modliłem się żeby maszynka odpaliła bez problemu. Coś ciepłego,
coś ciepłego - jedna myśl krążyła mi w głowie. Nieskazitelnie błękitne
niebo, niepokojąco biała góra. Trzeba ruszać. W końcu ubrałem się
do wyjścia, po nocy niewiele pozostało do założenia. Rower oczywiście
zostawiłem, przy tej ilości śniegu jazda była niemożliwa. Ruszyłem.
Na początek narzuciłem zbyt szybkie tempo, szybko je skorygowałem,
gdy oddech zamienił się w nerwową zadyszkę. Po chwili byłem na zakręcie
dającym nadzieje na zasięg telefoniczny. Dostałem wiadomość od Agi
i Wojtka. "Mamy samochód, z rana ruszamy do Ollague".
Uff, w końcu dobra wiadomość. Ruszyłem dalej nie odpowiadając. Ja
też chciałem wysłać jakąś dobra wiadomość. Jaka najchętniej - to
wiadomo. Kolejne metry nie nastręczały już trudności, złapałem rytm.
Ochraniacze na buty rozpoczęły własną strategięprzetrwania - zawijały
się do góry, odsłaniając buty. Cholera. Dobrze, że srebrna taśma
naprawia wszystko. Nachylenie rosło, ale bez roweru to betka. Czułem
się bardzo dobrze.
Wchodziłem coraz wyżej, coraz mniejszy pas drogi pozbawiony był
śniegu. Po kolejnym zakręcie droga w ogóle znikła. Śnieg nie był
już tak miękki jak niżej. Starałem się wybijać schodki, ale buty
rowerowe się do tego nie nadają. Zacząłem rozumieć, że bez raków
nie dam rady. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie po drodze nie
było śladu, przede mną rozpościerało się zbocze pokryte zmrożonym
śniegiem. Już bez większej wiary szedłem dalej. Ale
przecież miałem wejść na tę górę. Wbijałem pięty żeby jakoś się
posuwać do przodu, sam wiedziałem, że to już nie ma sensu. To było
dopiero 5600 m., a cała droga w górę to zlodowaciały śnieg. Przypomniałem
sobie własne słowa: "Będę wiedział kiedy się wycofać!".
Ale czy myślałem o wycofaniu się z najważniejszego zadania, celu
numer jeden, góry moich gór? Jasne było, że wystarczy jeden fałszywy
ruch i zjechałbym. Kilkaset metrów w dół. Nie, to nie miało sensu.
Wsparcie w drodze. Zawróciłem. Zszedłem do "centrum telefonicznego".
Wymiana sms'ów z Grupą Wsparcia. Mieliśmy za kilka godzin spotkać
się w Ollague. Z Calamy musieliśmy wyjechać w niedzielę, był piątek,
mieliśmy sobotę na wejście. Pogoda była piękna. Wrócił dobry humor
- będzie sprzęt, raki, czekan, nawet buty górskie ułatwią wejście.
A przede wszystkim nie będę sam, wzajemna asekuracja bardzo się
przyda. Szybko zszedłem namiotu. Zabrałem co niezbędne na zjazd.
Obozowisko zostawiłem, miało czekać na nasz przyjazd. O ile łatwiej
było bez bagażu, bez zapasu wody! Zabrałem jedynie obowiązkowy camelbak.
Na zjazd wystarczy. Droga jednak była bardzo trudna. Tylko miejscami
udawało mi się zjeżdżać ponad 20 km/h. Ale drogę znałem, moje własne
ślady mnie prowadziły. Po trzech godzinach dojechałem do największej
dziury zabitej torami, czyli Ollague. Zobaczyłem jakiegoś jeep`a,
z nadzieją szukałem znajomych twarzy. Jednak to nie oni. Objechałem
"metropolię", w końcu dojechałem do hotelu. Właśnie wyszedł
z niego kierownik. Żywo zareagował na mój widok. Mówił coś o amigos,
zrozumiałem, że ma wiadomość. Wciągnął rower do środka, zapytał
czy mam rozmówki - wcześniej dzięki nim się porozumiewaliśmy, jeżeli
moje gracias i jego ok nie wystarczały. W końcu stracił zainteresowanie
poszukiwaniem rozmówek. Powiedział coś o carabinieri - zatrzymali
ich? Nic nie rozumiałem. Nagle wśród potoku hiszpańskich słów wyłowiłem
"camioneta" (samochód) i charakterystyczny gest. Accident?
Si, si!!! O k.... Amigos bien, amigos bien!!! I uniesiony kciuk
do góry. Ale jak, przecież byli tak blisko, tak niedawno się kontaktowaliśmy...
Co się stało? Na szczęście wszystko z nimi w porządku. Zaprowadził
mnie do carabinierów. Przez radio połączyli się z posterunkiem w
Ascotan. Porozmawiałem z przyjaciółmi przez chwilę. Zaaferowany
zapomniałem zapytać się czują. Ale przecież wiedziałem, że "amigos
bien"... Z szumu wyłowiłem, że poślizg, dachowanie. Umówiliśmy
się na spotkanie w Calamie. Szok. Przecież to jakieś fatum. Same
przeszkody. Przypomniałem
sobie o rzeczach w Campamento Aucanquilcha. Jak to zabrać? Nie miałem
siły by jechać po nie na rowerze, a na niedziele mamy już bilety
do La Sereny. Poprosiłem o pomoc. Zaprowadzili mnie do urzędu gminy.
Po rozmowie z urzędniczką dostałem samochód z kierowcą. Wiedziałem
jaka będzie droga, nie miałem pojęcia, czy przejedziemy. Ale przecież
musiałem zabrać rzeczy! Kierowca robił co mógł, początek był najgorszy.
Trwało to wieczność. W końcu dojechaliśmy. Zwinąłem obozowisko.
Gdy zapadł zmierzch zrobiło się zimno, piekielnie zimno. Udało się
dzięki bezinteresownej pomocy Chilijczyków. Wyobraziłem sobie podobną
sytuację gdzieś w Polsce. Bez szans!
Następnego dnia dotarłem do Calamy. Spotkanie z Agnieszką i Wojtkiem.
To koniec wyprawy. Mamy dosyć przeciwności losu. Jeszcze tylko autobus,
którego nie było, choć były bilety. I skradziona komórka, zapalanie
ucha po skotłowaniu w oceanie, odwołany lot z Santiago, kłopoty
we Frankfurcie... Całe pasmo szczęścia
Chcę tam wrócić. Przecież mam górę do podjechania. Ale z nowym sprzętem
i bez śniegu.
To nie koniec, ja dopiero zacząłem z tę górę!!! Aucanquilcho!!!
Wrócę!!!
Teraz wiem, że to koniec samotnych wypraw. Poznałem je dokładnie,
mam dość. Ale gdzie znajdę wariatów, którzy będą chcieli ze mną
pojechać???
Pragnę podziękować wszystkim, którzy pomogli mi w organizacji tej
wyprawy. I tym, którzy wspierali mnie w czasie jej trwania.
To była także Wasza wyprawa! Dziękuję bardzo!!!
:: O wyprawie

Znacie
apatyczny nastrój po powrocie z wyprawy? Po euforii powitania z
dnia na dzień zapadamy się w szarą rzeczywistość. Praca, dom, praca,
dom. Przygasają radosne wspomnienia, znika opalenizna, więdniemy
otoczeni problemami dnia codziennego. Jest na to recepta? Oczywiście,
że tak! Nowa wyprawa...
Kilka dni po powrocie z rajdu Genewa-Malaga dopadła mnie "powyprawowa"
apatia. Wieczór u przyjaciół. "Jedziemy w Andy" - słyszę.
Andy? Fajnie. Ale nie dla mnie wspinaczka. A gdyby tak zabrać się
z nimi na rowerze? Byli tam w ubiegłym roku, znają doskonale warunki,
taka okazja może się nie powtórzyć. Całą noc się zastanawiałem,
choć tak naprawdę już tego wieczoru wiedziałem, że takiej pokusie
się nie oprę. Następnego dnia zadzwoniłem - " Zrób mi rezerwację"...
Później przyszedł czas na planowanie trasy i poszukiwanie wyzwań.
Tego było mi trzeba!
Gdzie można w Andach najwyżej wjechać na rowerze? W trakcie poszukiwań
natknąłem się na relację o zdobyciu na rowerach najwyżej położonej
na świecie kopalni na Cerro Aucanquilcha - 6176 m n.p.m.. Decyzja
mogła być tylko jedna - jadę tam!
Do góry
:: Trasa

Aucanquilcha położona jest na pograniczu chilijsko-boliwijskim,
blisko dwa tysiące kilometrów na północ od Santiago. Wspólnym punktem
startu wyprawy wspinaczkowej przyjaciół i mojej rowerowej będzie
argentyńska Mendoza. Niewielka ilość dróg znacznie ułatwiła wybór
trasy. Kolejnym czynnikiem, który musiałem brać pod uwagę przy wyborze
trasy to wysokość. Im wyżej tym lepiej - im lepsza aklimatyzacja
tym łatwiejszy końcowy sukces podjazdu na Cerro Aucanquilcha. Tym
sposobem trasa wiedzie przez trzy przełęcze o wysokości ponad 4700
m n.p.m.. Kolejnym etapami mają być pustynia Atacama, Valle de la
Luna (Doliną Księżycową) i Valle de la Muerte (Doliną Śmierci).
Surowe krajobrazy tego regionu zachwycają na zdjęciach, mam nadzieję,
że także w rzeczywistości. Jeżeli czas pozwoli chciałbym także zobaczyć
gejzery El Tatio, zobaczymy czy się uda.
Termin wyprawy: 16.01 - 23.02.2006
16-17.01 - przelot z Warszawy do Santiago,
17.01 - przejazd do Mendozy,
17-18.01 - kompletowanie zaopatrzenia i sprzętu,
19-21.01 - rozpoczęcie wyprawy na rowerze - Mendoza - San Juan -
Las Flores,
22-24.01 - Las Flores - Paso del Agua Negra ( 4779 m n.p.m.),
25-26.01 - Paso del Aqua Negra - Las Hediondas - Paso de Vac. Helados
(4710 m n.p.m.) - Las Flores,
27-30.01 - Las Flores - Nanogasta - Salado,
31.01-02.02 - Salado - Paso de San Francisco (4726 m n.p.m.),
03-04.02 - Paso de San Francisco - Copiapo,
05-06.02 - Copiapo - Antofagasta - prawdopodobnie przejazd autobusem,
07-10.02 - Antofagasta - Salar de Atacama - Peine - Toconao,
11-12.02 - Toconao - San Pedro de Atacama,
13-15.02 - San Pedro de Atacama - Calama - Ollangue,
16-21.02 - Ollangue - podjazd na Cerro Aucanquilcha (6176 m m.n.p.),
22.02 - przejazd do Santiago,
23-24.02 - przelot do Warszawy
Do góry
:: Uczestnik

Cezary Matulewicz - mam
32 lata, na co dzień jestem analitykiem w korporacji finansowej.
Od kilku lat pasjonuję się wyprawami rowerowymi. Początkowa chęć
odreagowania codziennych stresów przerodziła się w życiową pasję.
Kolejne wyprawy przynosiły nowe wyzwania, przesuwały granice własnych
możliwości, zaostrzały apetyt na "Szybciej, wyżej, mocniej".
Wcześniejsze wyprawy rowerowe:
Sardynia-Korsyka 2003 - ponad 1000 km po skalistych wybrzeżach Sardynii
i Korsyki.
Wiedeń-Genewa 2004 - pierwsza solowa, dwutygodniowa wyprawa po najwyższych
górach Europy. Zdobycie najwyższej przełęczy włoskich Alp: Passo
dello Stelvio 2758 m n.p.m. i wielu innych na 1500 kilometrowej
trasie.
Genewa-Malaga 2005 - solowa, trzytygodniowa wyprawa, 2500 kilometrów,
zdobycie na rowerze:
- najwyższej przełęczy Alp: Col de L'Iseran 2770 m n.p.m.,
- kultowej przełęczy Tour de France: Col du Galibier 2645 m n.p.m.,
- najwyższej przełęczy Pirenejów: Port d'Envalira 2407 m n.p.m.,
- najwyższej drogi w Europie - szczytu Pico Veleta 3398 m n.p.m..
Do góry
:: O Sponsoring i patronat
medialny

Zorganizowanie wyprawy w oparciu jedynie o moje osobiste możliwości
finansowe było niemożliwe. Miałem szczęście uzyskać wsparcie, na
które nie śmiałem liczyć. Wszystko dzięki ludziom, którzy postanowili
pomóc zrealizować mój projekt. DZIĘKUJĘ BARDZO!
Sponsorzy, Partnerzy, Firmy Wspierające
Patroni Medialni
Do góry
|
|
| |
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|