|
:: Wstęp

Łagodne pagóry Bieszczad, bezkresne połoniny Świdowca i wejście
na Howerlę na Ukrainie; polskie wioski, monastery, cerkwie z wysokimi
wieżami i niebezpieczni kierowcy w Rumunii; winnice na Węgrzech;
ulica Hlawna z rynkiem w Koszycach i Preszowie na Słowacji oraz
nie zawsze bezproblemowe przekraczanie granicy, arbuzy i kłopoty
z oponami... To chyba najbardziej utkwiło mi w pamięci z naszej
wyprawy w Beskidy Wschodnie. Ale zacznijmy od początku...
:: W skrócie

- Uczestnicy: Bikerzytour: Piotrek, Anka, Paweł
- Termin: 10 - 29 sierpnia 2006
- Czas trwania: 20 dni
- Długość trasy: ok. 1600 km
- Kraje: Polska, Ukraina, Rumunia, Węgry, Słowacja
:: Uczestnicy

BikerzyTour: Piotrek, Anka i Paweł Banaszkiewiczowie - oprócz
pokrewieństwa łączy nas wspólna pasja, jaką są wyprawy i wycieczki
rowerowe. Mieszkamy na stałe w Żarnowicy Dużej niedaleko Piotrkowa
Tryb. Wraz z bratem i siostrą rozpoczynaliśmy naszą przygodę od
krótkich wycieczek po okolicy. Pozwoliły one bardzo dobrze poznać
nam własny region i nabrać chęci na dalsze trasy, wymagające kilkudniowej
jazdy. Na rowerach zwiedziliśmy już Góry Świętokrzyskie, Jurę Krakowsko
– Częstochowską, Ponidzie, Roztocze, Kotlinę Kłodzką, Wielkopolskę,
Górny Śląsk, Małą Fatrę na Słowacji oraz okolice Piotrkowa Tryb.
i Łodzi. Te kilkudniowe wycieczki dały nam niezbędne doświadczenie,
które z pewnością przyda się podczas planowanej wyprawy w Beskidy
Wschodnie.
 |
Piotrek -student turystyki i rekreacji na Uniwersytecie
Łódzkim. Pomysłodawca i organizator wyprawy. W wolnym czasie
pracuje jako kurier rowerowy w łódzkiej firmie Quriers. Interesuje
się przede wszystkim turystyką rowerową. Koncentruje się na
regionie łódzkim i kraju chociaż coraz częściej swoje zainteresowania
przenosi na inne kraje europejskie.
|
 |
Anka - absolwentka ekonomii UŁ, pracuje w Łodzi w bankowości.
Interesuje się turystyką rowerową, lubi język francuski, dlatego
przyszłości zamierza pojechać do Francji.
|
 |
Paweł - uczeń technikum elektronicznego w Piotrkowie
Tryb. Jego zainteresowania to rowery, komputery i elektronika,
główny mechanik wyprawy. Lubi wszelkiego rodzaju wyścigi rowerowe
oraz "siadać na kole" innym rowerzystom.
|
:: Relacja

Dzień 1 (10 sierpnia, czwartek)
Na spotkanie z Ukrainą
Godzina pierwsza po północy. Budzimy
się po krótkim śnie i obładowani bagażami ruszamy na pociąg do Piotrkowa.
Wsiadamy do ostatniego wagonu. W Krakowie przesiadka, chociaż wcześniej
planowałem w Rzeszowie. Przemyśl wita nas ciepłem i bezchmurnym
niebem. Po napełnieniu bidonów i butelek z wodą udajemy się do kantoru
wymienić pieniądze. Za ok. 150 zł dostajemy 250 hrywien. Ruszamy
w poszukiwaniu sklepu rowerowego. Chcę kupić podpórkę do roweru,
gdyż stara nie wytrzymała ciężaru bagażu jeszcze przed wyjazdem.
Nie jest to jednak takie proste. Adresy sklepów, które posiadam
już nie istnieją, a pytani przechodnie również nie potrafią wskazać
konkretnego miejsca. Dopiero w biurze informacji turystycznej dowiaduję
się o jego lokalizacji w pobliżu dworca. W dość szybkim tempie zwiedzamy
znane mi już miasto. W parku na wzgórzu przy zamku zjadamy pierwszy
posiłek. Czas ruszać na spotkanie z Ukrainą. Na przejściu granicznym
w Medyce niemiła niespodzianka. Kilkusetmetrowa kolejka samochodów
oczekuje na wyjazd za granicę. Szybko mijamy stojące pojazdy i stajemy
przed celnikiem: „Tędy nie przejedziecie, to jest przejście
dla samochodów. Ustawcie się w kolejce dla pieszych”. Ani
myślimy zrezygnować, tam czekalibyśmy nawet kilka godzin. W końcu
podchodzi do nas i zabiera nasze paszporty. Mija trochę czasu i
otrzymujemy je z powrotem. Możemy jechać, ale na ukraińskim przejściu
będzie chyba gorzej. Dostajemy do wypełnienia karty migracyjne.
W ich wypełnieniu pomaga nam uprzejmy celnik ukraiński. Dajemy nasze
paszporty. Tutaj też nie robią nam żadnych problemów. Jeszcze była
chyba jedna kontrola, po której schowałem już paszport. Trochę się
pospieszyłem, gdyż jeszcze raz musieliśmy okazać dokumenty. Przejście
przez granicę zajęło nam ok. 1,5 godziny, a gdybyśmy musieli stać
w kolejce... . Ale szczerze mówiąc to i tak spodziewałem się większych
kłopotów. W sklepie kupuję paczkę papierosów. Mogą się przydać w
kontaktach z ludźmi. Jedziemy główną drogą, z której po chwili zjeżdżamy
w boczną. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy oprócz złego stanu
dróg to bieda miejscowej ludności. Nasza droga prowadzi wśród rozległych
bezleśnych pagórków. Z szutrowej drogi wjeżdżamy na asfaltową. Jakość
drogi nie najgorsza. Asfalt bardzo szeroki z również szerokim poboczem,
a do tego ruch samochodów niewielki. Pierwszy kontakt z Ukrainą
jednoznacznie pozytywny. Mijamy kolejne miejscowości z nieodłącznymi
cerkwiami. Zatrzymujemy się przy sklepie. Wewnątrz niewielki wybór
towarów, chleb jednak się znajduje. Robi się już ciemno. Dojeżdżamy
do wcześniej upatrzonego na mapie miejsca. Rozkładamy się przy bocznej
drodze na łące. Jest dość ciepło, dlatego postanawiamy nie rozbijać
namiotu. Kładziemy się do śpiworów, zakrywając głowy moskitierą.
Komary jednak nie dają za wygraną, więc rozkładamy wewnętrzną część
namiotu.
Przejechane: 83,93 km
Czas: 5h 27min
Średnia: 15,41 km/h
Dzień 2 ( 11 sierpnia, piątek)
Deszczowa podróż w czasy socjalizmu
Wstajemy rano i pakujemy się.
Niebo zachmurzone, ale na szczęście nie pada. Na razie. Nie zdążyliśmy
jednak daleko odjechać, gdy zaczyna padać deszcz, który towarzyszy
nam już przez cały dzień. Dojeżdżamy
do Sambora. Miasto nie prezentuje się zbyt imponująco, podobnie
jak mijane wcześniej wsie. Jest zaniedbane, a w drogach pełno dziur.
W centrum jemy posiłek. Po chwili przenosimy się pod ratusz, gdyż
znowu zaczęło padać. Zwiedzamy miejscowe kościoły. Robimy małe zakupy
w sklepie i ruszamy w dalszą drogę pomimo padającego deszczu. Odcinek
do Drohobycza nie należy do przyjemnych. Oprócz padającego deszczu
jest zimno, a droga, którą jedziemy wznosi się i opadała pokonując
liczne pagórki. Przed Drohobyczem zatrzymujemy się na przystanku,
bo opady się nasiliły. Dołącza do nas gospodarz z pobliskiego domu.
Zaczynamy rozmawiać, chociaż nie bardzo się rozumieliśmy. Chce nas
nawet zaprosić do domu i podarować podkowę na szczęście, ale dziękujemy.
Przestało padać, więc ruszamy i po chwili jesteśmy w centrum miasta.
Oglądamy kamienicę, w której mieszkał Bruno Schulz, autor m.in.
„Sklepów cynamonowych”. Przejeżdżamy wokół gotyckiej
fary, która była zamknięta i udajemy się na rynek, na którym stoi
ratusz. Odwiedzamy restaurację, która swoim wyglądem może budzić
zaufanie. Spośród licznych dań, po nazwach których rzadko można
wywnioskować co to jest, wybieramy spaghetti i czaj, czyli herbatę.
Czekając na danie Anka ładuje telefon. Po chwili podchodzi do niego
kelnerka i zabiera go. Anka chce odzyskać komórkę tłumacząc, że
to jej. Do akcji wkracza druga kelnerka, która zdobywa telefon proponując:
„Ja zapchaju”. Anka kategorycznie odmawia i zdenerwowana
tą sytuacją sama go podłącza. Po chwili dostajemy zamówione spaghetti.
To, że podano nam w starych naczyniach było może do przyjęcia, ale
wypadałoby je wcześniej umyć. Drohobycz ma jeszcze jeden godny uwagi
zabytek. Jest nią drewniana cerkiew św. Jura. Ta trójkopułowa późnośredniowieczna
świątynia prezentuje się bardzo okazale. Mamy szczęście. Cerkiew
jest otwarta, gdyż zwiedza ją wycieczka z Polski i możemy obejrzeć
wnętrze z malowidłami na ścianach. Uczestnicy wycieczki zainteresowali
się nami, a widząc jeden rower ktoś rzucił hasło, że przyjechaliśmy
na jednym rowerze... . Przewodnik sądząc, że jesteśmy z Ukrainy
zagadnął nas w tym języku. Opowiedzieliśmy mu skąd jesteśmy i dokąd
jedziemy. On z kolei powiedział nam o grupie rowerowej z Wałbrzycha,
która wczoraj przejeżdżała przez Truskawiec i która zmierzała do
Stambułu. Zaproponował nam również pomoc podając numer swojego pokoju
w hotelu oraz miejsce, gdzie można rozbić namiot. Wycieczka wróciła
do autokaru, a przed nami stanęła kobieta, która zamykała drzwi
cerkwi: „No to teraz zbiorę od was po pięć hrywien”.
Odpowiadamy jej, że my właściwie to nie zwiedzaliśmy wnętrza i wystarczy
nam tylko popatrzeć z zewnątrz. „Szkoda, bo takiej cerkwi
już nie zobaczycie” odpowiada i odchodzi upominając nas, żebyśmy
zamknęli furtkę. Nie odjeżdżamy stąd jednak szybko, gdyż zaczyna
padać deszcz. Podjeżdżamy pod jeszcze jedną drewnianą cerkiew znajdującą
się w pobliżu i obieramy kierunek na Truskawiec. Po drodze spostrzegam,
że zgubiłem kompas. Wracam się kawałek z Pawłem, ale go nie znajdujemy.
W górach może okazać się niezbędny. Znowu deszcz, a do tego znaczny
ruch samochodowy. Truskawiec, będący największym uzdrowiskiem na
Ukrainie, z mnóstwem ogromnych sanatoriów i hoteli z minionej epoki
nie zachwycił nas swoim wyglądem. Udajemy się do pijalni wód, by
napełnić nasze bidony słynną „naftusią”. W dużym pomieszczeniu
znajduje się kilkadziesiąt kraników, z których można nabrać różne
rodzaje wody i o różnej temperaturze. W czasie gdy ja i Paweł jesteśmy
w pijalni, do Anki podchodzi pewne małżeństwo ostrzegając ją przed
wyjazdem w góry, gdyż w najbliższych dniach mają być burze i ulewne
deszcze. No cóż, zobaczymy. Udaje nam się znaleźć pocztę, gdzie
zakupujemy pocztówki i znaczki. W Truskawcu odwiedzamy jeszcze supermarket!
Wchodząc do niego poczuliśmy się jak w Polsce. Nieuchronnie robiło
się ciemno. Podążamy drogą na Borysław. Wśród krzaków udaje mi się
dostrzec chatkę. Idę sprawdzić. Niestety nie nadaje się na nocleg.
Ale w oddali widzę kolejną. Przedzieram się przez wysoką trawę i
chwasty. Wołam Ankę i Pawła. Wewnątrz sucho. Jest nawet drewno na
ognisko. Jemy kolację i rozkładamy wewnętrzną część namiotu. Spoglądam
za okno. Widzę kawałek bezchmurnego nieba. Jutro jest szansa na
dobrą pogodę.
Przejechane: 71,27 km
Czas: 4h 33min
Średnia: 15,66 km/h
Dzień 3 (12 sierpnia, sobota)
Bieszczadzkie doliny i przełęcze
Wstaję, gdy jeszcze jest ciemno.
Rozpalam ognisko i gotuję wodę na kawę i herbatę. Robi się widno.
Jemy śniadanie i ruszamy w kierunku Borysławia. Miasto słynie z
wydobycia ropy naftowej, chociaż miejscowe złoża są już na wyczerpaniu.
Zatrzymujemy się przy cerkwi grekokatolickiej. Robimy drobny przegląd
rowerów. Anka wypisuje pocztówki. Podchodzi do nas starsza kobieta
i pozdrawia nas słowami: „Sława Isusu Chrystu”. Ja źle
rozumiejąc jej słowa odpowiadam, że nic się nie stało. Później podchodzi
jeszcze druga i jakiś mężczyzna. W ich głosach słychać oburzenie,
że jak my tak „przy cerkwi urządzamy sobie remonty”.
Na koniec przychodzi ksiądz, który szybko zostaje poinformowany
o naszym "skandalicznym" zachowaniu. Idziemy więc z naszymi „remontami”
na chodnik. Wychodzi do nas staruszka, gdyż jak mówiła usłyszała
"inną mowę". Opowiada o swoim mężu, który pochodził z Polski. Sama
również kilkakrotnie odwiedzała Polskę. Była nawet w Warszawie,
gdzie jak mówiła mieszkała w hotelu. Wjeżdżamy w góry. Przed nami
pierwsza przełęcz o wysokości 667 m. po drodze mijamy szyby wiertnicze
wydobywające ropę. Szybki zjazd do Schodnicy, ładnej miejscowości
położonej w Bieszczadach Brzeżnych. Na miejscowym targu dokonujemy
zakupu miodu degustując wcześniej wszystkich rodzajów. W jednym
ze sklepów udaje mi się kupić kompas. Na
poczcie wysyłamy kartki do Polski. Kolejny podjazd kamienno –
szutrową drogą. Również mało wygodny zjazd do Urycza. Pojawia się
charakterystyczna zabudowa górska; drewniane domy i brogi zastępujące
tutaj stodoły. Przy cerkwi zbaczamy z głównej drogi. Już z oddali
widzimy wysokie skały piaskowcowe swoim wyglądem przypominające
Góry Stołowe. Ja i Paweł wspinamy się na skałki, podziwiając okoliczne
szczyty. Kolejny odcinek to długi zjazd przeważnie asfaltową drogą
wzdłuż potoku do rzeki Stryj. Nad nią robimy dłuższy odpoczynek
połączony z jedzeniem. Ładna pogoda towarzyszy nam w dalszej drodze.
Dojeżdżamy do ruchliwej drogi zbudowanej na europejskim poziomie.
Omija ona obwodnicą Skole, my jednak jedziemy przez centrum miasta
nie zatrzymując się w nim. Jeszcze kilka kilometrów i zjeżdżamy
w mniej uczęszczaną drogę prowadzącą do Sławska. Jadąc w górę potoku
Opór mijamy Tuchlę. W Sławsku, cieszącym się popularnością wśród
bogatszych turystów, mamy zamiar coś zjeść w restauracji, ale nie
znajdujemy takiego lokalu. Kontynuujemy więc podjazd słabej jakości
drogą gruntową. Zabudowania ciągną się kilometrami. Dokonujemy zakupów
w jednym ze sklepów. W końcu mijamy ostatnie gospodarstwa. Tu przerwa
na posiłek z widokiem na wiadukt kolejowy, po którym co jakiś czas
przejeżdżały pociągi. Podjazd staje się coraz bardziej stromy. Zaczynają
się serpentyny. Wyjeżdżamy na polanę. Szkoda ją omijać myślę, rozbijamy
więc tutaj namiot. Jesteśmy w sercu Bieszczad Wschodnich.
Przejechane: 101,47 km
Czas: 7h 4min
Średnia: 14,35 km/h
Dzień 4 (13 sierpnia, niedziela)
Od przełęczy do przełęczy
Rano kontynuujemy podejście na
przełęcz. Droga staje się coraz gorsza.
Po niedługim czasie osiągamy przełęcz – 975 m. Spotykamy tam
pasterza ze swoim stadem kóz, owiec i psami. Wskazuje nam dalszą
drogę mówiąc o bardzo złej nawierzchni. Na mapie droga ta wygląda
na przejezdną. Pasterz przypomina mi też, że w tym miejscu biegła
przedwojenna granica polsko – czechosłowacka. Teraz czeka
nas długi zjazd, ale o przyjemnej jeździe można zapomnieć. Początek
zjazdu i pierwsze kłopoty z utrzymaniem równowagi na błotnistej
drodze. Po chwili jest jeszcze gorzej. Na dodatek zaczął padać deszcz.
Kryjemy się pod folią zabraną na wypadek takich sytuacji. Wykorzystujemy
przestój na zjedzenie posiłku.
Nadal jest z górki, ale miejscami nie da się nawet jechać. Pchamy
więc nasze rowery brodząc w błocie po kostki. W pewnym momencie
jednak droga się poprawia i możemy trochę odpocząć swobodnie zjeżdżając.
Zatrzymujemy się nad potokiem, żeby się trochę obmyć. Dojeżdżamy
do głównej drogi z Wołowca do Wołowego. Czyszczenie rowerów i zakupy
w miejscowym sklepie. Kilka łyków kwasu chlebowego i ruszamy dalej
drogą biegnącą u podnóży Borżawy. Zbaczamy z niej, by zobaczyć cerkiew
w Hurkliwej. Czeka nas kolejna przełęcz o wysokości 735 m. wcześniej
jednak zasłużony posiłek. Dojeżdżamy do przełęczy. Robi się bardzo
ciepło, ale później niebo od czasu do czasu przysłaniają chmury.
Znowu zbaczamy z głównej drogi. Tym razem chcemy obejrzeć wodospad
na jednym z potoków spływających z Borżawy. Nie ujechaliśmy jednak
daleko i zaczyna padać deszcz. Rozkładamy
więc folię. Po krótkim czasie przestaje padać, więc ruszamy. Po
chwili znowu pada i powtórnie folia znajduje zastosowanie. Jeszcze
raz to samo i wypogadza się na dłużej. Dojeżdżamy do potoku, a dalej
w dół wzdłuż niego. Po chwili zastanowienia wnioskuję jednak, że
należy jechać w górę potoku. Utwierdza mnie w tym zapytany o wodospad
dzieciak, który mówi o odległości kilometra. Jedziemy więc we wskazane
miejsce. Przejeżdżamy wspomnianą odległość a wodospadu nie ma. Napotkani
ludzie informują nas, że do naszego celu pozostał ok. kilometr.
W końcu udaje nam się dotrzeć na miejsce. Aby podjechać pod wodospad
należało pokonać potok, który był już w tym miejscu dość głęboki.
Ja jechałem pierwszy i widząc przejeżdżające samochody również wjechałem
do rzeki. Trochę przemoczony, ale udało mi się przedostać na drugi
brzeg. Dopiero później spostrzegłem, że z boku nad wodą przepuszczony
jest most dla pieszych. Sam wodospad jest dość imponujący głównie
ze względu na swoją wysokość, warto więc było tutaj przyjechać.
Powrót do głównej drogi wzdłuż potoku. Przy niej dwie drewniane
cerkwie. Przy jednej z nich robimy zdjęcie, gdy kierowca stojącego
obok samochodu zapytuje nas o kartę. Wyciągam i pokazuję mu swoje
mapy, radząc jak dostać się do Kołomyi. Mężczyzna dobrze mówi po
polsku. Okazało się, że zapomniał mapy obszaru, przez który zamierzał
jechać. Życzy nam szerokiej drogi i odjeżdżamy. Jedziemy dobrej
jakości asfaltową drogą. Stajemy przy źródełku mineralnym z bardzo
dobrą wodą. Przynajmniej mi smakowała. Mija nas kolarz co jest dla
nas miłym zaskoczeniem, po chwili nadjeżdża kolejny z naprzeciwka.
Grupę turystów rowerowych widzimy również w Repinnem, gdzie chowamy
się na przystanku przed deszczem. Zakładamy płaszcze i również jedziemy
w deszczu. Po niedługim czasie jesteśmy w Miżgirii (Wołowe). Szukamy
restauracji, co nie jest tu takie proste. Jedziemy na dworzec, gdzie
znajdujemy bar. Zamawiamy po małej pizzy. Jest tylko jeden rodzaj,
ale za to jest tania; na polskie ok. 3 zł. Do tego herbata. Niestety
nie ma ketchupu, ale da się ją zjeść. Innego zdania jest Anka i
przymusza się do jedzenia, a to co zostaje rozdaje mi i Pawłowi.
Jeszcze tylko zakupy i znowu w drodze. Nie jest lekko. Musimy zmierzyć
się z kolejnym podjazdem, który im wyżej tym staje się bardziej
stromy. Przed końcem podjazdu serpentyny. Góry tonące w chmurach
przedstawiają niesamowitą scenerię. Najładniejsze widoki podziwiamy
już na końcu podjazdu. Postanawiamy zanocować w tym miejscu. Udaje
nam się dostać do wnętrza chaty pasterskiej. Nie żałujemy dokonanego
wyboru tym bardziej, że zaczyna padać dość obfity deszcz. Dach jest
trochę dziurawy, ale ucierpiał na tym tylko Pawła rower, a my nie
zmokliśmy.
Przejechane: 72,15 km
Czas: 5h 31min
Średnia: 13,07 km/h
Dzień 5 (14 sierpnia, poniedziałek)
Rzeka zwana drogą
Rano wstajemy i ubieramy się,
gdy spostrzegamy idącego w stronę chaty mężczyznę. Wchodzi
do środka z pretensjami, że włamaliśmy mu się do budynku. Zażądał
pieniędzy strasząc nas, że wezwie policję, jednak nie mogliśmy zrozumieć
o jaką kwotę mu chodzi. Początkowo słyszę dwieście hrywien co wydaje
mi się nieprawdopodobne. W końcu pytam go: „Piętnaście?”.
”Nie, dziesięć” – odpowiada. Płacimy
mu 10 hrywien i pakujemy się dalej. Zjazd do Synewiru to sama przyjemność.
Mijamy Negrowiec, a w Kołoczawie zjeżdżamy z głównej drogi kierując
się na Uść Czorną. Zaczyna padać deszcz. Chowamy się pod drzewem.
Podchodzi do nas dwóch chłopców, w tym jeden, który wcześniej wołał
od nas bon bon. Nieśmiało odzywa się starszy z nich: „Dajcie
bon bon”. Częstujemy ich ciastkami, bo cukierków akurat nie
mieliśmy. Po chwili deszcz się wzmaga, więc chowamy się pod mostem.
Wśród sterty śmieci czekamy aż przestanie padać. Okrzyki dzieci:
„Ahoj, dajcie bon bon” towarzyszą nam niemal do końca
zabudowań tej długiej wsi.
Nie mieliśmy już jednak żadnych słodyczy. Skończyła się jazda wzdłuż
potoku, rozpoczęły się serpentyny. Po pokonaniu dość trudnego podjazdu
stajemy na przełęczy podziwiając rozległą panoramę gór. Jemy posiłek
myśląc już o czekającym nas zjeździe. Z informacji uzyskanych w
internecie od innych turystów podróżujących tą drogą wiedzieliśmy,
że nie należy ona do najłatwiejszych, a przekonaliśmy się o tym
już po chwili. Droga biegnąca zboczem góry, po krótkim czasie połączyła
się z tą biegnącą w dolinie.
Tutaj nie dało się już jechać; droga i potok biegły nie obok siebie,
ale tworzyły jedność. Przeprawa przez drogę – rzekę trwała
dość długo, ale szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś trudniejszego.
Mijamy grupę pieszych turystów pewnie z Czech lub Słowacji. Jesteśmy
w miejscowości Niemiecka Mokra. Miejscowość jak nazwa wskazuje została
założona przez niemieckich osadników. Kolejna wieś to Ruska Mokra.
Nie bez znaczenia są również drugie człony tych miejscowości. To
tutaj występują najobfitsze opady w całych ukraińskich Beskidach.
Świadczą o tym chociażby ślady po niedawnej powodzi. „Turisty!”
– krzyczy jakiś chłopak z podwórka, który jak większość mieszkańców
spogląda na nas ze zdziwieniem. Dojeżdżamy do Uść Czornej. To ostatnia
miejscowość przed masywem Świdowca. Wypytuję o drogę w góry turystów
ukraińskich. Mówią, że prowadzi tam szeroka droga dla samochodów,
ale gdy wskazuję na rowery kręcą tylko głowami. Musimy tutaj zaopatrzyć
się w większy zapas prowiantu. Wcześniej jednak zjadamy w restauracji
po porcji pelmeni, czyli odpowiednik naszych uszek oraz warenyky,
czyli pierogi ruskie. Do tego oczywiście czaj. Później poszukujemy
jeszcze, choć bezskutecznie źródła, które miało ponoć znajdować
się w pobliżu turbazy. Dzisiaj już pewnie nie wjedziemy na Świdowiec,
ale wypadałoby chociaż rozpocząć podjazd. Ruszamy w górę potoku
Brusturanka. Skręcamy w drogę biegnącą wzdłuż jego dopływu. Wybraliśmy
jednak złą drogę. Młodzi mężczyźni stojący przy samochodzie oferują
pomoc, wypytując dokąd chcemy jechać.
Ruszają starą ładą, my podążamy za nimi. Wyprowadzają nas na właściwą
drogę. Zatrzymują się i jeszcze raz z niedowierzaniem wypytują o
nas cel. „Szczasliwo” – rzuca kierowca. Dziękujemy
i jedziemy dalej wśród zabudowań, które szybko się jednak nie kończą.
Nie jesteśmy pewni, która droga wyprowadza na grzbiet Świdowca.
Drogę wskazują nas zapytani mieszkańcy. Zatrzymujemy się przy opuszczonej
chacie. Po namyśle decydujemy jednak, że zanocujemy trochę dalej.
Rozpoczyna się podjazd szutrową drogą biegnącą serpentynami. Jedziemy
z wielkim trudem, ale nie jest źle. Jeżeli taka dobra drogą prowadzi
na sam grzbiet to włożymy w to o wiele mniej wysiłku niż się spodziewałem.Mijamy
zabudowania. W kolejnych ja i Paweł postanawiamy poszukać miejsce
noclegu. Przechodzimy od budynku do budynku, sprawdzając czy ktoś
jest w środku. Z daleka widzimy chatę, która z pewnością jest zamieszkana,
o czym świadczy szczekający pies. „Czy można tutaj zanocować”
– pytam wskazując na okoliczne zabudowania kobiety, która
wyszła na zewnątrz słysząc ujadanie psa. „Tu wszędzie można
spać” – odpowiada. Sprawa jest więc załatwiona. Pozostaje
tylko wybór odpowiedniego "lokalu". Proponuję wybrać bróg, ale Anka
i Paweł przekonują mnie, że lepszy będzie strych stodoły, gdzie
jest siano.
Przejechane: 65,39 km
Czas: 6h 4min
Średnia: 10,78 km/h
Dzień 6 (15 sierpnia, wtorek)
Dla Hucuła nie ma życia jak na połoninie
Rano
kontynuujemy podjazd. Co jakiś odcinek jest jednak tak stromo, że
zmuszeni jesteśmy iść. Mijamy turystów, którzy rozbili się w pobliżu
drogi, a także źródło, gdzie nabieramy wody. Z upływem czasu i przejechanych
kilometrów las rzednieje. Droga staje się też mniej stroma. Na przełęczy
spotykamy trzech turystów z Zaporoża na Ukrainie. Wędrują od kilku
dni, a teraz przed nimi podobnie jak przed nami przejście grzbietem
Świdowca.Częstują nas mlekiem, które dostali od pasterzy spotkanych
po drodze. Rozmawiamy o naszych dalszych planach. Ruszamy, ale po
niedługim czasie doganiają nas, gdyż w Anki rowerze oderwał się
bagażnik, na skutek obluzowanych śrubek. Paweł dokonuje naprawy
i możemy jechać dalej. Widoki są niesamowite. Wokół rozpościera
się panorama gór nie przysłonięta żadnym drzewem. To zasługa rozległych
połonin, które pokrywając wielki obszar, tworzą gładką zielonożółtą
powierzchnię. Chcąc trawersem przejechać przez szczyt Podpula, wybieramy
niewłaściwą drogę, która szybko sprowadza nas w dół. Próbujemy dotrzeć
do właściwej na skróty na azymut. Rezygnujemy jednak i wracamy tą
samą drogą. Trawersujemy górę, ale tuż przy jej wierzchołku. Paw eł
wjeżdża na sam szczyt, ja wchodzę tam pieszo. Zjeżdżamy. Na przełęczy
dwie grupy turystów. Ale to nie piesi turyści stanowią większość
na Świdowcu. Podczas naszej przeprawy widzieliśmy kilkanaście ciężarowych
samochodów kamaz po brzegi wypełnionych ludźmi. Ciekawy sposób na
zwiedzanie gór. W pewnym momencie pogoda zmienia się. Zrywa się
wiatr i zaczyna padać deszcz, który po chwili przybiera na sile.
Słyszymy odgłosy piorunów. Zjeżdżamy jednak, żeby znaleźć się niżej.
Stajemy, odchodzimy od rowerów. W gęstej mgle zauważamy turystów
z Zaporoża.Burza trochę ustaje, jednak nadal pada. Jedziemy jeszcze
kawałek i znowu się zatrzymujemy. Rozkładamy folię i przykrywamy
się nią, chociaż i tak jesteśmy przemoczeni pomimo założonych płaszczów.
Folia chroni nas trochę od silnego wiatru i ciągle padającego deszczu.
Jemy posiłek w nadziei, że warunki się poprawią i będziemy mogli
jeszcze trochę pokręcić. Nic z tego. Wprawdzie przestało padać,
ale nadal wieje silny wiatr i utrzymuje się gęsta mgła. Postanawiamy
rozbić namiot nieco poniżej głównej grani nad niewielkim jeziorkiem.
Tutaj już tak nie wie je,
ale rozstawienie namiotu sprawia nam trochę trudności, gdyż jest
nam bardzo zimno. Udaje mi się jednak dość szybko usnąć.
Przejechane: 27,17 km
Czas: 4h 22min
Średnia: 6,22 km/h
Dzień 7 (16 sierpnia, środa)
Z rowerami na Bliźnicy
Pogoda
nie przypomina w niczym tej z wczorajszego wieczoru. Już od rana
świeci słońce i jest dość ciepło pomimo znacznej wysokości. W czasie,
gdy pakujemy bagaże podchodzi do nas pasterz ze swoimi psami i stadem
owiec. Wypytuje skąd jesteśmy. Interesuje go również cena Anki roweru.
Przyglądając się, czeka aż się spakujemy do końca. Pogoda zachęca
do jazdy, więc w szybkim tempie zaliczamy kolejne wyniosłości terenu.
Jesteśmy pod Todiaską na wysokości ok. 1750 m. To nasz dotychczasowy
rekord. U podnóża znajduje się jezioro polodowcowe. Przez lornetkę
obserwujemy okoliczne szczyty. Trudno
ze Świdowca wypatrzyć jakieś miejscowości. Wokół widzi się tylko
góry, co sprawia wrażenie jakby teren ten był bezludny. My kierujemy
się na Jasinię, jednak nim tam dojedziemy włożymy jeszcze dużo wysiłku.
Odcinek do przełęczy pod Bliźnicą nie jest już tak trudny jak początkowa
część Świdowca. Droga trawersuje tu w szystkie
szczyty dzięki czemu pokonujemy go w dość szybkim tempie. Przełęcz
pod Bliźnicą – 1553 m. Stąd najlepiej ruszyć na szczyt. Zaplanowaliśmy,
że ja i Paweł podejmujemy trud wejścia. Anka powinna w tym czasie
odpoczywać. Ale nie wiem czemu uparła się, że chce czekać na nas
pod dachem. Zjeżdżamy więc w dół w kierunku zabudowań Dragobratu.
W pewnym momencie zatrzymujemy się, gdyż budynki są zbyt nisko,
żeby od nich ruszać na Bliźnicę.Anka zostaje więc tutaj. Zdejmujemy
wszystkie bagaże i tylko z jednym plecakiem rozpoczynamy podjazd.
Już sam wjazd na
przełęcz, z której przed chwilą zjechaliśmy trochę nas męczy. Większą
część drogi pokonujemy jadąc.Najtrudniejszy jest odcinek prowadzący
na sam wierzchołek. Ale warto było. Wjechaliśmy na 1883 m. Widoki
niezapomniane i dostaliśmy się tu szybciej niż piesi turyści, chociaż
niewątpliwie włożyliśmy w to więcej wysiłku.Na szczycie tradycyjne
zdjęcie z rowerami podnoszonymi przez nas na rękach. Dość szybki
zjazd, pakowanie bagaży i dalszy zjazd już w komplecie. A był on
naprawdę długi i odcinkami dość stromy. Dojeżdżamy do głównej drogi.
Dobrej jakości asfaltem jedziemy w górę Czarnej Cisy. W Jasini oglądamy
cerkiew Strukowską. W tym celu pokonujemy wiszący mostek na rzece.
W centrum miejscowości szukamy kontoru. Udaje nam się wymienić 10
euro na hrywny w jednym z
banków. W budce oferującej fast foody zamawiamy najpierw po hot
dogu i herbacie, a później naleśniki z serem. Robimy zakupy i wyjeżdżamy
z tej rozległej miejscowości. Na Przełęczy Jabłonickiej –
931 m powracamy w dawne granice Rzeczypospolitej. W miejscu tym
można zaopatrzyć się w różne użyteczne wyroby, a także pamiątki.
Ten jarmark przypomniał mi, że wkroczyliśmy na Huculszczyznę, region
o bogatych tradycjach, przejawiających się m.in. w ubiorze i budownictwie.
Do Tatarowa długi zjazd, później łagodny podjazd do Worochty. Na
początku miejscowości postanawiamy zanocować nad rzeką. Schodzimy
stromym brzegiem nad sam Prut. Widzimy innych turystów, którzy rozbili
tutaj namiot. My zdecydowaliśmy, że będziemy nocować w wiacie turystycznej
w wewnętrznej części namiotu podwieszonej do górnej belki. Rozpalamy
ognisko i gotujemy wodę na herbatę. Ja i Paweł pieczemy także kiełbaski.
Nasi sąsiedzi zapraszają nas do siebie, my jednak odmawiamy.

Przejechane: 64,96 km
Czas: 5h 47min
Średnia: 11,24 km/h
Dzień 8 (17 sierpnia, czwartek)
Tam szum Prutu, Czeremoszu...
W centrum Worochty, znanej przedwojennej
miejscowości turystycznej dokonujemy zakupów. Nie kupujemy jednak
czerstwego chleba w nadziei, że w innym znajdziemy świeży. Jednak
nie znaleźliśmy. Przy jednym ze sklepów czekaliśmy nawet na chleb,
bo jak mówiła sprzedawczyni będzie jak dowiozą. A przydałby się
dzisiaj, bo w planach mamy zdobycie najwyższego szczytu Ukrainy
– Howerlę o wysokości 2060 m. Do podnóża góry prowadzi kilkunastokilometrowa
droga najpierw asfaltowa, a później szutrowa o słabej jakości nawierzchni.
Przejeżdżamy przez Foroszczenkę, na końcu której ustawiony jest
szlaban. Pewnie tu pobierają opłaty za wstęp do parku narodowego.
Nikt jednak nie wychodzi, więc ruszamy. Nagle z budynku wychodzi
kobieta i woła: „Stop kontrol”. Inkasuje od nas po 2,5
hrywny i radzi jak dostać się na szczyt. Coraz bardziej stroma droga
prowadzi nas do turbazy „Zaroślak”. Anka źle się czuje
i nie jest zdecydowana, czy chce wchodzić na szczyt. Pytam mężczyznę
sprzedającego pamiątki gdzie możemy zostawić rowery.
Chętnie podejmuje się przypilnowania rowerów. Mamy ze sobą mało
prowiantu, więc postanawiamy coś kupić przed wyruszeniem na górę.
Ale hrywien również nie mamy za wiele. Zamawiamy jedną pizzę z mikrofalówki
i ciastka. Zostawiamy rowery zamykając je. Zmieniamy buty i ruszamy
z dwoma plecakami. Początkowo droga biegnie nad Prutem przez las.
Następnie coraz bardziej odchodzi od rzeki. Zanika las, pojawia
się kosodrzewina. Mijamy licznych turystów schodzących z góry. Pokonujemy
strome podejście, chwilowe wypłaszczenie i znowu stromo. Przejście
ramienia Howerli kosztuje nas dość dużo wysiłku, ale w końcu stajemy
na szczycie. Wokół mnóstwo ludzi. Widać, że Howerla cieszy się dużym
zainteresowaniem turystów. Podziwiamy panoramę gór, ale widoczność
gorsza niż na Bliźnicy. Pop Iwan z charakterystyczną sylwetką ruin
stacji meteorologicznej i niedaleki Pietrosz w Czarnohorze, Bliźnica
w masywie Świdowca, szczyty Połoniny Czarnej, Gorganów i Karpat
Marmoroskich, a w oddali Góry Rodniańskie w Rumunii z kulminacją
Pietrosula, to najbardziej charakterystyczne elementy tej panoramy.
Zejście ze szczytu zaplanowałem inną drogą. Najpierw do przełęczy
między Howerlą, a Breskułem, a następnie wzdłuż Prutu, który ma
tutaj swoje źródła. Wariant ten jest nieco dłuższy i trudniejszy.
Z przełęczy ruszamy w stronę źródeł potoku. Rozłożyli się przy nim
turyści, nie podchodzimy więc do głównego źródła. Teren w początkowym
biegu rzeki jest bardzo podmokły. Występują tu także torfowiska,
w których nieuważny turysta może zanurzyć nogę. Docieramy do wodospadu.
Zejście po stromej ścianie nie należy do najłatwiejszych. Ja i Paweł
pokonujemy je bez większych problemów, za to Anka ma z tym duże
trudności. Ścieżka, którą idziemy robi się coraz mniej stroma. Dołączamy
do szlaku, którym podążaliśmy na szczyt i po niedługim czasie jesteśmy
przy naszych rowerach. Osoba pilnująca naszego sprzętu namawia nas
na zakup certyfikatów wejścia na Howerlę. Taka pamiątka nas jednak
nie interesuje. Mówię mu o niedostatku hrywien. Oferuje wymianę.
Za 10 dolarów dostajemy 50 hrywien. Przed nami zjazd drogą, którą
tu wjechaliśmy. Prędkość nie największa ze względu na jakość nawierzchni.
Gdy zaczyna się asfalt przyspieszamy. Docieramy do głównej drogi.
Stąd podjeżdżamy na przełęcz, która według mojej mapy ma 965 m,
jednak ze względu na nowo wytyczoną drogę wjechaliśmy na ponad 1000
m. Bardzo długi zjazd początkowo serpentynami, później wzdłuż potoku.
Mijamy Krywopole, Ilcię, przejeżdżamy przez rozległą miejscowość
Werchowyna. Odwiedzamy kilka sklepów, poszukując dżemu i ziemniaków.
Musimy zadowolić się makaronem z sosem. Mijają kilometry, a my nadal
jedziemy wśród zabudowań.Zapada zmrok. Daję propozycję zanocowania
po drugiej stronie Czarnego Czeremoszu, nad którym przerzucona jest
kładka. Okazuje się, że prowadzi ona na podwórko jakiegoś gospodarstwa.
Nie wycofujemy się jednak. Z chałupy wychodzi starszy mężczyzna.
Pytam go o możliwość rozbicia namiotu. Chętnie się godzi, ale po
chwili mówi też, że możemy zanocować w stodole lub w drugim domu.
Wybieramy tą ostatnią możliwość. Kulejący mężczyzna prowadzi nas
do swojego drugiego domu. Mieszka teraz sam, gdyż żona pracuje we
Włoszech, a synowie się już wyprowadzili. Dostajemy do dyspozycji
pokój z jednym łóżkiem. Rowery wstawiamy na korytarz. Częstuję gospodarza
paczką papierosów kupioną przy granicy. Z rozmowy z nim dowiedzieliśmy
się, że jest on byłym skoczkiem narciarskim. W jego ślady poszli
dwaj synowie i podobnie jak niegdyś on, odnoszą sportowe sukcesy.
Jesteśmy już bardzo zmęczeni i chcemy już spać, ale on przychodzi
co jakiś czas, więc dalej z nim rozmawiamy, chociaż nie bardzo się
rozumiemy. Obiecał, że przyniesie album ze zdjęciami rodziny, na
których jest również Adam Małysz. Polskiego skoczka jednak nie zobaczyliśmy.
Anka i Paweł śpią w łóżku, ja natomiast noc spędzam na podłodze.
Przejechane: 69,66 km
Czas: 4h 38min
Średnia: 15,01 km/h
Dzień 9 (18 sierpnia, piątek)
Ukraińskie beskidy pokonane
Dziękujemy gospodarzowi za gościnę.
Nie chce przyjąć od nas zapłaty. Opuszczamy Krzyworównię, gdzie
nocowaliśmy i kierujemy się w stronę Kosowa. Na podjeździe zatrzymujemy
się na śniadanie. Na ognisku gotujemy zakupiony wczoraj makaron
i przyrządzamy go z sosem. To daje nam wystarczającao dużo energii,
by bez problemu wjechać na przełęcz o wysokości 818 m. Do samego
Kosowa już tylko zjazd. Miasteczko jest zadbane, co odróżnia je
od większości ukraińskich miejscowości. W banku dokonujemy wymiany
5 dolarów na hrywny. Zakupujemy za nie trzy pary klocków hamulcowych.
Robimy również zakupy w sklepie spożywczym. Posiłek jemy przed Kutami,
które jest kolejnym miastem, do którego zmierzamy. W centrum kupujemy
arbuza. Kręcimy się trochę po miejscowości szukając drogi wyjazdowej.
Za miastem nad potokiem robimy dłuższy odpoczynek. Wreszcie jest
czas, żeby się porządnie umyć. Wjazd pod górę, później zjeżdżamy
z głównej drogi by po kilku kilometrach znów do niej powrócić. Krajobraz
już od dłuższego czasu nie jest górzysty, chwilami wydaje się aż
nazbyt monotonny. W Berehomecie kupujemy w sklepie dobre pirożki
i ruszamy w kierunku rzeki Seret. Spodziewanego mostu w tym miejscu
jednak nie zastaliśmy. Wycofujemy się więc i jedziemy do Mihowej
okrężną drogą. We wsi przekraczamy potok i mijając długo ciągnące
się zabudowania, docieramy na przełęcz. To ostatni taki podjazd
na Ukrainie. Po zjeździe droga jest już znacznie łatwiejsza. W Baniłowie
Anka ma kłopoty ze swoimi sakwami, gdyż się rozerwały. Zszyje je
wieczorem. We wsi zauważamy mnóstwo bocianów. Pewnie przyleciały
z Polski i mają tutaj odpoczynek w drodze do ciepłych krajów. Na
licznikach już prawie 100 kilometrów, a do tego się ściemnia, nie
ma więc sensu dalej jechać. Jako miejsce noclegu wybieramy łąkę
pod lasem. Paweł i Anka rozkładają namiot, a ja szykuję drewno na
ognisko. Bez przerwy obserwuje nas mężczyzna pasący na łące krowy,
później zauważamy jeszcze dzieci chowające się w zbożu.
Przejechane: 102,25 km
Czas: 6h 29min
Średnia: 15,76 km/h
Dzień 10 (19 sierpnia, sobota)
Bukowińskie pogranicze
Rano rozpalam ognisko, na którym
gotujemy makaron i podgrzewamy sos. Gotujemy także wodę na herbatę.
Posileni ruszamy mało atrakcyjną drogą doliną rzeki Seret. Jesteśmy
już blisko granicy z Rumunią. Zmienia się architektura budynków,
które posiadają tutaj charakterystyczne wypustki ponad dachem. Pojawiają
się bogato rzeźbione monumentalne bramy z daszkiem. Jest to znak,
że na pewno jesteśmy już na Bukowinie, w regionie pogranicza ukraińsko
– rumuńskiego. W jednej z ostatnich miejscowości, którą odwiedzamy
na Ukrainie jest Szeroka Polana. W miejscowym sklepie zaopatrujemy
się w żywność. Okazuje się, że właściciel sklepu pracował na początku
lat 90 – tych w Polsce w gospodarstwie niedaleko Łodzi. Zostajemy
bardzo mile obsłużeni, dostajemy nawet reklamówkę „Hugo Boss”,
urastającej niemalże do symbolu Ukrainy. Odcinek do granicy to jazda
drogą, przy której znajdują się tylko nieliczne zabudowania. Przed
granicą wydajemy ostatnie hrywny. Pani sprzedająca w barze nie chce
przyjąć od nas kopiejek, mówiąc, że to nie nasze. Dopiero później
zorientowaliśmy się, że są to rosyjskie monety, które Paweł znalazł
gdzieś po drodze. Wyjmuję paszporty, ale okazuje się, że Pawła jest
cały mokry, pomimo że trzymałem go wraz ze swoim w folii. Dojeżdżamy
do przejścia granicznego. Pierwszy napotkany strażnik sprawdzając
nasze paszporty kiwa przecząco głową, jakoby Paweł nie widniał na
zdjęciu swojego dokumentu. Przepuszcza nas jednak. Celnicy ukraińscy
zbierają od nas paszporty i po chwili oddają tylko mój i Anki. Jest
problem z Pawła dokumentem, gdyż woda zmyła pieczątkę z Medyki.
W końcu oddaje też Pawła, pokazując żeby wystawiać na słońce. Oddajemy
paszporty rumuńskim celnikom. Strażniczka pyta nas żartobliwie po
polsku, czy nie przewozimy narkotyków lub broni. Pawła zamoknięty
paszport znowu zwrócił uwagę mundurowych, ale gdy jeden z nich nas
zobaczył zaśmiał się tylko i bez żadnych pytań zwrócił dokumenty.
Pierwsza różnica to lepsza nawierzchnia drogi niż na Ukrainie. Szukamy
kantoru. Kobieta z baru informuje nas, że znajdziemy go w Sirecie.
I rzeczywiście jest tyle tylko, że zamknięty. Jutro niedziela, więc
również nie wymienimy pieniędzy. Może w sklepie się uda. Sprzedawczyni
niewiele rozumie po angielsku, dopiero mężczyzna, który przychodzi
trochę później godzi się na wymianę pieniędzy. Zapisuję mu kurs,
który był w kantorze. Za 20 euro dostajemy 69 lei. Możemy jechać
dalej. Robi się naprawdę ciepło. Zauważamy o wiele większy ruch
samochodowy niż na Ukrainie. W drodze do Radowiec zakupujemy arbuza.
Chowamy się w cieniu i jemy posiłek „popijając” nim.
Radowce to ładne i zadbane miasto, gdzie odwiedzamy miejscowe cerkwie.
Swoją architekturą bardzo różnią się od świątyń ukraińskich. Na
targowisku góry arbuzów. Wybieramy jednego, którego zjadamy w parku.
Udajemy się jeszcze do supermarketu i próbujemy wydostać się z miasta.
Mamy z ty jednak trochę trudności. Dopiero pomaga nam w tym pewien
rolnik, który dość dobrze posługuje się angielskim. Nasz kierunek
to Arbore. Jedziemy kamienistymi drogami przez duże wsie wielodrożnice.
Mijamy liczne zaprzęgi konne i rzadziej jeżdżące samochody. Zatrzymujemy
się na nocleg w zagłębieniu terenu, którego nie widać z drogi. Ja
i Anka idziemy ukopać ziemniaków z pobliskiego pola. Paweł szykuje
drzewo na ognisko. Śpimy tylko w wewnętrznej części namiotu.
Przejechane: 86,44 km
Czas: 5h 18min
Średnia: 16,31 km/h
Dzień 11 (20 sierpnia, niedziela)
W odwiedzinach u rodaków
Rano
gotujemy na ognisku ziemniaki w mundurkach, które zjadamy z solą.
Zjeżdżamy w dół, gdzie mijamy osiedle cygańskie. W Arbore nie udaje
nam się dokładnie zwiedzić malowanej cerkwi, gdyż właśnie odbywa
się msza. Zakupujemy arbuza i ruszamy w dalszą drogę. Robi się coraz
cieplej. Jedziemy dobrej jakości asfaltem, który jednak się kończy.
Mijamy Partesti de Jos i po chwili jesteśmy w Kaczyce. To jedna
z kilku polskich wsi na rumuńskiej Bukowinie. Polacy zostali sprowadzeni
do pracy w miejscowej kopalni soli w końcu XVIII wieku. Do dziś
ich potomkowie zamieszkują środkową część wsi. Zwiedzamy katolicki
kościół będący jednym z największych sanktuariów w Rumunii oraz
wspomnianą wcześniej kopalnię soli. Przy wyjściu z kopalni zagaduje
nas miejscowy Polak, trochę już nietrzeźwy. Koniecznie chce się
dowiedzieć, czy jesteśmy z Polski: „Jeżeli jesteście z Polski,
Eliasz stawia piwo” – mówi, zastrzegając jednocześnie,
że potrafi zmienić się nie do poznania w bardzo krótkim czasie.
By nam to obrazowo przedstawić demonstruje ruch dłonią, obracając
ją na drugą stronę. Odmawiamy jednak i odjeżdżamy. Po chwili zostajemy
obrzuceni przez niego kamieniami. Nikt jednak nie ucierpiał. W planie
kolejna polska wioska – Nowy Sołoniec – największe skupisko
Polaków na Bukowinie. Dostajemy się do niej tzw. „drogą Aleksandra”.
Została ona zbudowana w 2000 roku jako dar Polski dla miejscowych
Polaków. Idea jej budowy narodziła się po wizycie w tej miejscowości
prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, stąd
jej nazwa. W centrum miejscowości znajduje się Dom Polski i kościół
katolicki. Idziemy na zakupy do sklepu prowadzonego oczywiście przez
Polaka. Potrafi rozmawiać po polsku, jednak zapomina niektórych
słów. Napotkany dziadek mówi coś o Lublinie, jednak nie bardzo możemy
go zrozumieć. Inny mężczyzna, mocno podchmielony, wykazuje się swą
znajomością historii mówiąc, że Polska graniczyła kiedyś z Rumunią.
Ostatnią polską wsią, którą zamierzamy odwiedzić jest Polana Mikuli.
Jedziemy drogą, która co prawda zaznaczona jest na mapie, ale która
po jakimś czasie przestaje ją przypominać. Spotykamy dwie kobiety,
które słychać było już z daleka, wracające tą drogą z wesela. Mówią,
że przejazd będzie bardzo ciężki, gdyż potok rozmył w wielu miejscach
drogę. Chwalą się znajomością języków i ogólnie robią wokół siebie
dużo hałasu. Życzą nam drum bun, czyli coś w rodzaju szerokiej drogi
i ruszamy dalej pomimo ostrzeżeń. A droga jest naprawdę wymagająca.
Niedawna powódź w wielu miejscach zupełnie zniszczyła drogę, przez
co musimy trawersować zbocze góry. Znajdujemy jakiś szlak, którym
dalej podążamy, mimo braku pewności dokąd on prowadzi. Gęste błoto
i strome podejście kosztuje nas dużo czasu i wysiłku. Udaje nam
się jednak wydostać na przełęcz. Na polanie pasą się owce.Przy nich
pasterz, który widząc nas podchodzi w naszym kierunku. Jest trochę
zdziwiony, że mówimy po polsku, ale jeszcze bardziej dziwi go którędy
tutaj się dostaliśmy. Wskazuje nam dwie możliwości dojechania do
Polany Mikuli. Wybieramy przejazd przez ogrodzone łąki. Otwieramy
bramę i zjeżdżamy stromo w dół. Na dole również wszystko ogrodzone.
Podchodzi do nas starszy mężczyzna z kikutem zamiast nogi i pomaga
otworzyć bramę. Rozmawiamy z nim po polsku o naszych dalszych planach.
Zaprasza nas na swoje podwórko na nocleg, my jednak odmawiamy, gdyż
jest jeszcze dość wcześnie i można jeszcze pojeździć. Chwali się,
że przyjmował w swoim domu bardzo wielu gości z Polski, zwłaszcza
studentów. Opowiada o życiu w wiosce. Wspomina m.in. o księdzu rumuńskim,
który od niedawna jest w ich parafii, a który bardzo szybko uczy
się polskiego. W Polanie Mikuli odwiedzamy jeszcze sklep, gdzie
mamy okazję posłuchać staropolskiej mowy miejscowych Polaków. Za
wsią, Anka znajduje 5 lei, które chyba ja zgubiłem, chociaż do tej
pory nie jestem pewien. W Manastirea Humorului odwiedzamy monaster
Humor. Na uwagę zasługują tu przede wszystkim malowidła naścienne
zarówno wewnętrzne jak i zewnętrzne. Za wsią znajdujemy miejsce
na nocleg na górskiej łące przy małym potoku. Rozpalamy ognisko,
na którym gotujemy fasolkę ze słoików i wodę na herbatę. Rozkładamy
wewnętrzną część namiotu i zasypiamy.
Przejechane: 52,70 km
Czas: 4h 40min
Średnia: 11,28 km/h
Dzień 12 (21 sierpnia, poniedziałek)
Serce "gorszej" Europy
Budzimy się około pierwszej w
nocy. Słyszymy odgłosy burzy. Niestety namiot nie jest rozłożony
w całości. Szybka decyzja. Pakujemy się i ruszamy. Zaczyna ostro
padać. Zjazd błotnistą ścieżką po dość stromym zboczu zajmuje nam
trochę czasu. Jedziemy dalej drogą asfaltową. Odgłosy burzy są jeszcze
bardziej donośne. Chowamy się pod jedną z bram z dachem. Burza powoli
przechodzi, przestaje też padać. Dojeżdżamy do miasta Gura Humorului.
Siadamy pod parasolem. Zjadamy resztę jedzenia. Przez chwilę pada
deszcz. Przy blasku latarni ulicznych ruszamy w kierunku Voronetu.
Znajduje się tutaj jeden z „malowanych monasterów”,
dostępny do zwiedzania od godziny ósmej. Pozostały więc dwie godziny
do otwarcia. To za długo. Wracamy do Gury i kierujemy się dalej
na zachód. Wschodzi słońce, ale jest pochmurno. Nie jedzie się nam
dobrze. Droga jest ruchliwa, a szybko jeżdżący kierowcy w ogóle
na nas nie zważają i do tego trąbią. Chcemy jak najszybciej pokonać
ten odcinek. W centrum Campulung Moldovenesc robimy zakupy w supermarkecie.
W nieciekawym mieście zatrzymuje nas jeszcze dziura w dętce mojego
roweru. Nie ujechałem daleko i kolejna dziura. Łatamy ją przy stacji
benzynowej. Podchodzi do nas jakiś facet i mówi coś po rumuńsku.
Poproszony by powiedział po angielsku po długim namyśle odpowiada
„smoking”. Nagle zaczął krzyczeć na niego inny mężczyzna,
który od początku obserwował nasze zmagania z rowerem. Facet odchodzi
w milczeniu. Kontynuujemy jazdę, która nadal nie należy do przyjemności.
Podążając w górę potoku coraz wyraźniej widzimy skutki niedawnej
powodzi. Droga jest remontowana prawie na całej długości, częste
są zwężenia jezdni. Paradoksalnie jednak pomaga to nam w jeździe,
gdyż kierowcy jeżdżą wolniej. W miejscach gdzie ruch odbywa się
wahadłowo stoją Cyganki z dziećmi proszące o wsparcie. Niemało wysiłku
kosztuje nas wjechanie na przełęcz o wysokości 1096 m. W barze zamawiamy
mamałygę z serem i śmietaną, która nie bardzo nam jednak smakuje.
Ta narodowa potrawa to coś w rodzaju kaszy manny, tyle że przyrządzana
z mąki kukurydzianej. Na posiłek zatrzymali się tutaj też trzej
inni turyści rowerowi. Zjazd jest krótki i szybki. Przed Iacobeni
skręcamy na drogę w kierunku Borsy. Podąża ona w górę potoku. Ruch
jest tu już znacznie mniejszy przez co jazda staje się przyjemniejsza.
Chwilami zatrzymuje nas deszcz, ale i tak utrzymujemy dość dobre
tempo. Mijamy tymczasowe osiedla cygańskie. Im wyżej tym jest ich
więcej. Paweł łapie gumę w dętce, czego przyczyną jest rozwalająca
się opona. Łata dziurę, ale po napompowaniu dętki, w oponie pojawia
się wybrzuszenie. Owija więc dętkę izolacją. To wystarcza na jakiś
czas, ale po jakimś czasie znowu słyszymy huk i powietrze momentalnie
uchodzi z dętki. Paweł wkłada do opony kawałki butelki plastykowej.
Nadal podążamy w górę potoku od czasu do czasu mijając osiedla cygańskie.
Większość z nich nocuje w małych, wykonanych z folii pomieszczeniach
lub w namiotach. Palą ogniska, na których przygotowują posiłki.
Ich życie można porównać do życia koczowników, choć mieszkają przecież
w środku Europy. Zapada zmrok, a my nie możemy znaleźć odpowiedniego
miejsca na nocleg. Gdy jest już prawie zupełnie ciemno decydujemy
się na rozbicie namiotu w lesie na zboczu góry nad drogą. Pośpiesznie
rozkładamy wewnętrzną część namiotu, jemy kolację i idziemy spać.
Przejechane: 124,08 km
Czas: 8h 22min
Średnia: 14,82 km/h
Dzień 13 (22 sierpnia, wtorek)
Burze i grad na Pietrosulu
A jednak trzeba było rozłożyć
cały namiot. W nocy zaczyna padać deszcz i to dość ostro. Rowery
wraz z bagażami przykrywamy zewnętrzną częścią namiotu, a siebie
okrywamy folią. Po chwili jednak pod namiot zaczyna podchodzić woda.
Ja jestem w najgorszej sytuacji, gdyż znajduję się w zagłębieniu.
Śpiwór nasiąka wodą, mimo to zasypiam. Budzę się zupełnie przemoczony.
Jest mi bardzo zimno. W pośpiechu zmieniam ubranie i zakładam kurtkę.
Składamy namiot, ale nie możemy jechać. W Pawła dętce brak powietrza.
Została przecięta przez plastyk od butelki. Wreszcie ruszamy, ale
zaczyna padać deszcz. Pomimo tego jedziemy dalej. Pokonujemy liczne
serpentyny i stajemy na Przełęczy Prislop, wznoszącą się na wysokość
1416 m. Widoczność bardzo ograniczona przez mgłę. Zaczynamy zjazd.
Pada jeszcze przez chwilę, ale później ustaje. Mam wątpliwości,
czy uda nam się dzisiaj wejść na Pietrosul. Przy jednym z zakrętów
widzimy rozbity samochód. Zaglądam do środka chcąc zobaczyć, czy
ktoś tam jest. W pojeździe znajduję 100 tysięcy lei, czyli 10 lei
na nowe pieniądze. Zjeżdżamy dalej. Jest nam zimno, gdyż jesteśmy
przemoczeni. Docieramy do Borsy. Robimy zakupy, a później jemy śniadanie.
Wypogadza się i robi się coraz cieplej. Pogoda zachęca nas do wyjścia
w góry. Wypytuję o drogę na szczyt. Okazuje się, że główny szlak
rozpoczyna się dalej. Musimy znaleźć miejsce na nocleg już teraz,
gdyż z góry wrócimy dopiero wieczorem. Anka już wcześniej zaplanowała,
że z nami nie idzie i zostaje z rowerami. Bardzo źle się czuje.
Z centrum miejscowości podążamy niebieskim szlakiem. Zatrzymujemy
się przy jednym z domów, gdzie pytam mieszkańców o możliwość rozłożenia
namiotu.
Dwaj mężczyźni nie bardzo mnie jednak rozumieją. Jeden z nich prowadzi
mnie do sąsiada z naprzeciwka. Z właścicielem posesji omawiam cenę
rozbicia namiotu na jego terenie. Godzi się na 5 euro, choć początkowo
żądał 10. Nie będziemy za to korzystać z elektryczności. Rozstawiamy
namiot i wystawiamy na słońce rzeczy, które uległy zamoczeniu. Ja
i Paweł pakujemy plecaki i zmieniamy obuwie. Anka zostaje na miejscu,
a my ruszamy. Jest godzina 12.30. Droga początkowo biegnie przez
długo ciągnące się zabudowania. Później coraz częściej pojawiają
się same stodoły i grodzone łąki. Spotykamy czterech turystów rumuńskich.
Podobnie jak my mają zamiar wejść na szczyt. W oddali słychać burzę
więc czekają na rozwój sytuacji. Nas również niepokoi burza, która
jednak po chwili przechodzi. Mówię im o naszej wyprawie zwracając
uwagę na niebezpiecznych kierowców w Rumunii. Potwierdzają moje
zdanie. Przez krótki czas idziemy razem, niedługo spotykamy się
ponownie w chacie, dokąd skryliśmy się przed padającym deszczem.
Przestało padać, więc ruszamy dalej. Utrzymujemy szybkie i równomierne
tempo, w czym pomagają nam kije, którymi się podpieramy. Zaczynają
się serpentyny. Pokonujemy je w ok. 1,5 godziny. Dochodzimy do stacji
meteorologicznej. Tutaj lasu już nie ma. Za zabudowaniami stacji
pracują robotnicy, zakładający nową rurę która najprawdopodobniej
zaopatruje stację w wodę z jeziora polodowcowego. Po krótkim czasie
jesteśmy nad niewielkim jeziorem. Stąd rozpoczyna się podejście
ścieżką serpentynami na główną grań. Widoczność się pogarsza.
Ze zbocza nie widzimy nawet nieodległego jeziora.Idąc wzdłuż krawędzi
grzbietu osiągamy szczyt Pietrosula – 2303 m, najwyższego
szczytu w Karpatach Wschodnich. Znajdują się tutaj ruiny dawnej
stacji meteorologicznej. Jesteśmy już w środku, gdy mżawka przeradza
się w intensywniejszy opad. Nagle słyszymy grzmot. Po chwili kolejne.
Zaczyna padać grad. Widoczność spada do kilku zaledwie metrów. Schronieni
w budynku słyszymy grzmoty i odgłosy uderzania ich odnóg o odgromniki
w postaci metalowych belek umocowanych wokół budynku.Podłoże na
zewnątrz robi się białe od gradu. Wiatr wtłacza do wnętrza parę
wodną wydając przy tym nieprzyjemny świst. Robi się zimno. Głównie
w nogi, gdyż jesteśmy w krótkich spodenkach. Jedna burza odchodzi,
zbliża się kolejna. Czekamy na rozwój sytuacji. Na ścianie widzimy
napisy, mówiące o tym, że byli tu członkowie klubu górskiego z Przemyśla.
Odnajdujemy też naklejkę z napisem: „Pabianice za Widzewem”.
Decydujemy się ruszać w drogę powrotną. Widoczność nadal mocno ograniczona,
ale przestało padać i któraś z kolei burza przechodzi. Wracamy dokładnie
tą samą drogą. Obserwujemy błyskawicznie przemieszczające się chmury,
które niekiedy odsłaniały widok na kocioł polodowcowy z jeziorem.
Dochodzimy do stacji. Niedaleko niej dwa rozbite namioty. Zejście
zajmuje nam o wiele mniej czasu niż wejście. Przy końcowych serpentynach
zaczyna padać deszcz. Zakładamy płaszcze i idziemy dalej. Do posesji,
na której rozbity był nasz namiot docieramy ok. godz. 20. Jemy kolację
i idziemy spać.
Przejechane: 34,34 km
Czas: 2h 22min
Średnia: 14,52 km/h
Dzień 14 (23 sierpnia, środa)
Kraina zaklęta w drewnie
Płacę gospodarzowi za nocleg i
możemy ruszać. W centrum Borsy mamy nadzieję znaleźć sklep, w którym
kupimy oponę do Pawła roweru. Nie znajdujemy go jednak, chociaż
to dość duża miejscowość. Znowu nie jedzie się nam najlepiej. To
z powodu dużego natężenia ruchu. W kolejnej miejscowości znowu podejmujemy
próbę znalezienia opony, czyli kauczuku po rumuńsku. Pomaga nam
pewien chłopak niskiego wzrostu. Otrzymujemy od niego mało używaną
oponę. Nie przyjmuje od nas zapłaty. Na skrzyżowaniu nie skręcamy
w lewo, przez co robimy kilka dodatkowych kilometrów. Wracamy do
wcześniej zaplanowanej drogi. Naszym celem będzie przejechanie Doliny
Izy, w której zachowało się bardzo wiele tradycyjnej architektury
drewnianej. Wcześniej jednak pokonujemy niezbyt wysoką przełęcz.
Paweł łapie gumę. Od czasu do czasu pada. W Sacel zjeżdżamy z głównej
drogi, na mniej uczęszczaną biegnącą nad rzeką Izą. Mijamy gospodarstwa
z charakterystycznymi wysokimi bramami marmoroskimi i drewnianą
zabudową, która tu dominuje. Na przydrożnych ławkach z daszkami
chroniącymi od deszczu siedzą kobiety ubrane w tradycyjne stroje
zajęte szyciem i rozmową. To co charakterystyczne dla tego regionu
to także cerkwie z bardzo wysokimi wieżami, również drewniane. Spotykamy
je w prawie każdej miejscowości w dolinie. Niektóre z nich wpisane
są na listę UNESCO np. cerkiew w Ieud. Podjeżdżamy pod cerkiew w
Rozavlea. Zostajemy „zaatakowani” przez grupę dzieci,
które wręczają nam kwiaty. Po chwili przycerkiewne kwietniki pustoszeją.
Chyba domyślam się o co im chodzi. Przeszukuję sakwy. Dzieci wstrzymują
oddech. W sakwie znajduję paczkę ciastek. Wręczam dzieciom, zastrzegając
żeby się podzieliły. Wołają ode mnie jeszcze wodę, ale tłumaczę
im, że to woda z kranu. Udaje nam się odjechać. Dzieci biegną z
ciastkami za cerkiew, jedno z nich wybiega na ulicę. Zauważa kolejnych
turystów, więc szybko wraca do współtowarzyszy poinformować ich
o tym. W Barsana zwiedzamy wielki kompleks klasztorny z drugą co
do wysokości cerkwią w Maramureszu. Zakonnica wręcza nam płachty,
którymi przykryć mamy nogi, gdyż byliśmy w krótkich spodenkach.
Robi się ciemno. W jednym ze sklepów udaje nam się zakupić jajka.
Nagle zaczyna ostro padać. Brama służy nam jako schronienie. Ruszamy,
gdy jeszcze pada. W prawie zupełnej ciemności poszukujemy miejsca
na nocleg. Wyjeżdżamy z zabudowań i w oddali dostrzegamy bróg. Ja
podjeżdżam do niego pierwszy. Jest dość duży, a wewnątrz jest wysoka
sterta siana. Żeby tylko była drabina, pomyślałem zmierzając w kierunku
brogu. Na szczęście jest, więc bez problemu możemy dostać się na
stertę. Wcześniej jednak spostrzegam, że zgubiłem mapę Rumunii.
Byłaby to duża strata, więc ruszam w jej poszukiwaniu. Okazało się,
że schowałem ją do innej kieszeni, gdy ruszaliśmy w deszczu, ale
dzięki temu mam kilka kilometrów więcej :).
Przejechane: 94,78 km
Czas: 5h 44min
Średnia: 16,54 km/h
Dzień 15 (24 sierpnia, czwartek)
Chcesz się pośmiać? Idź na cmentarz
W nocy pada, ale nie robi to na
nas dużego wrażenia, gdyż mamy dach nad głową. Ranek trochę pochmurny.
Nie chce mi się wstawać z wygodnego legowiska. Anka jednak pogania
mnie i Pawła. Tak już będzie do końca wyprawy, a przecież przyjechaliśmy
tu także wypocząć. W końcu ruszamy, ale po niedługim czasie zatrzymujemy
się koło sterty gałęzi. Rozpalamy ognisko, co zajmuje nam dość dużo
czasu. Gotujemy jajka na twardo. Jest to nasz najgorszy posiłek
na całej wyprawie. Do Sygietu Marmoroskiego dojeżdżamy już w pełnym
słońcu. Jest to najbardziej na północ wysunięte miasto w Rumunii.
Robimy zakupy w supermarkecie, zwiedzamy pobieżnie napotkane zabytki.
Dalsza droga to jazda wzdłuż rzeki Cisy, która na tym odcinku stanowi
granicę. Ukraina jest na wyciągnięcie ręki, nie ma tu jednak przejścia
granicznego dostępnego dla cudzoziemców. W Sapanta zanim udaliśmy
się na słynny cmentarz, oglądamy będący w trakcie budowy wielki
kompleks klasztorny. Tutaj właśnie znajduje się najwyższa cerkiew
w całym Maramuresz. „Wesoły cmentarz” jak nazwał tutejszą
nekropolię pewien francuski podróżnik, naprawdę warto jest odwiedzić.
Nie
spotkamy tutaj ludzi zamartwiających się nad losem zmarłych i możemy
się przekonać, że śmierć może być tematem żartu. Częsty jest śmiech
wśród ludzi odwiedzających cmentarz, wywołany przeczytaniem często
żartobliwych opisów życia zmarłych, które umieszczone są na nagrobkach.
Nam trudno jest cokolwiek zrozumieć, podziwiamy za to kolorowe płaskorzeźby,
przedstawiające pracę i ulubione zajęcia zmarłych. Pomysłodawca
nagrobków, który wykonał znaczną ich część, również jest tutaj pochowany.
Jego grób zdobi własnoręcznie wykonany nagrobek. Po jego śmierci,
kontynuacją dzieła mistrza zajęli się jego uczniowie. W sklepie
pytam się o oponę tym razem do mojego roweru, gdyż zauważyłem duże
pęknięcie. Niestety nie ma odpowiedniego rozmiaru. Wyjeżdżamy z
miejscowości. Góry od jakiegoś czasu nie są wysokie, a ich wierzchołki
wydają się łagodne. Przed nami ostatnia przełęcz w Rumunii. Pomimo
niezbyt dużej wysokości – 587 m, mamy trochę problemy z wjechaniem
na nią bez zadyszki. Stajemy na przełęczy, chwilę odpoczywając.
Zjazd jest dość długi. Nie mogę jednak osiągnąć dużych prędkości,
gdyż coraz bardziej daje o sobie znać pęknięta opona. Z większych
miejscowości mijamy Negresti – Oas. Droga robi się coraz bardziej
ruchliwa, dla tutejszych kierowców życie nie ma chyba dużego znaczenia.
Vama to miejscowość luksusowych domów jednorodzinnych. Jakże bardzo
tutejsze bogactwo kontrastuje z cygańskimi osiedlami, które mijaliśmy
wcześniej. Teren staje się prawie zupełnie płaski. Pojawiają się
pola słoneczników i kukurydzy. W pewnym momencie łapię gumę i powietrze
momentalnie uchodzi z dętki. To bez wątpienia wina opony. W Orasu
Nou proponuję zjechać z głównej drogi i dotarcie do Satu Mare bocznymi
ze względu na duży ruch. Początkowo droga nie najgorsza. Po przejechaniu
krótkiego odcinka, skręcamy w szutrową drogę. Wyjeżdżamy za wieś.
Tam spotykamy mieszkańców, którzy stanowczo odradzają dalszą jazdę
w tym kierunku i wskazują objazd. Wjeżdżamy w rozległe i miejscami
podmokłe łąki. W oddali widać góry wyrastające z zupełnie płaskiego
podłoża. Naglę słyszymy huk. Właśnie pękła dętka w moim rowerze.
Postanawiamy zostać tu na noc, gdyż robi się już ciemno. Rozkładamy
namiot, ja próbuję zrobić coś z dętką. Nic z tego. Opona jest całkowicie
niezdatna do dalszej jazdy, gdyż powstała w niej wielka dziura.
Mamy zamiar iść spać, gdy podchodzi do nas mężczyzna, który wcześniej
wskazywał nam drogę. Jego domem na czas wypasu koni jest szałas
zrobiony z gałęzi, który mijaliśmy chwilę temu. Zaczynamy rozmawiać,
chociaż kompletnie się nie rozumiemy. Pokazujemy mu nasz problem.
Mężczyzna żywo gestykulując próbuje nam coś wytłumaczyć, ale z jego
słów rozumiemy tylko Satu Mare, apa i kauczuk. Zastanawia nas słowo
apa. Wiemy, że oznacza ono wodę, ale nie rozumiemy sensu wypowiedzi.
W końcu podświecając lampą mapę dostrzegam nazwę miejscowości Apa.
Teraz już wszystko rozumiemy, no może nie wszystko. Niemniej jednak
chodzi mu bez wątpienia o to, że w Apa można zakupić oponę. Zasypiamy
w nadziei na szybkie pozbycie się jutro problemu.
Przejechane: 97,52 km
Czas: 5h 52min
Średnia: 16,63 km/h
Dzień 16 (25 sierpnia, piątek)
Rumunia - kraj nieprzyjazny rowerzystom
Do Apa jest kilka kilometrów.
Tą odległość pokonujemy przez łąki, a później szutrową drogą wśród
pół. Ja jestem zmuszony prowadzić rower. Docieramy do miejscowości
wskazanej przez pasterza. Zapytani ludzie informują nas, że nie
ma tutaj sklepu z oponami. Pewien mężczyzna zaprowadza nas do swojego
domu. Okazuje się, że jest Węgrem i wraz z żoną są świadkami Jehowy.
Prezentuje nam oponę. Okazuje się jednak, że za mały rozmiar. Przystępujemy
więc wspólnie do naprawy. Gospodarz lepi dętkę. Oponę założoną na
koło owija szpagatem w miejscach gdzie są dziury. Na dalszą podróż
dostajemy torbę pomidorów. Przejeżdżamy kawałem i orientuję się,
że nie jest to droga, którą zamierzaliśmy jechać. Spostrzegamy drogę
odbijającą na południe. Pewnie dołącza do naszej planowanej. Przejeżdżamy
nią kilka kilometrów i kończy się. Nadwątlone morale stają się jeszcze
słabsze. Powrót tą samą drogą do Apa. Tutaj znajdujemy właściwą
drogę. W obawie przed przetarciem szpagatu, owijam oponę dodatkowo
kawałkami folii. Mam nadzieję, że dojedziemy do Satu Mare. Zapytany
o drogę mężczyzna, dowiadując się, że jesteśmy z Polski, wita nas
aż nazbyt serdecznie. Pokonujemy kilkanaście kilometrów. Udaje nam
się dotrzeć do miasta, ale to nie załatwia problemu. Dużo trudności
sprawia nam znalezienie sklepu rowerowego. Zapytani ludzie albo
nie wiedzą, albo prowadzą nas ciągle w to samo miejsce, gdzie opon
nie ma. W końcu pewien chłopak podprowadza nas pod sklep, gdzie
zakupuję oponę made in Romania z grubym bieżnikiem. Podjeżdżamy
pod restaurację, serwującą szybkie dania. Zjadamy posiłek i zmieniamy
oponę, a przynajmniej próbujemy. Założenie nowej kosztuje nas sporo
wysiłku i czasu. Anka ładuje telefon. Zakupy w supermarkecie i wreszcie
ruszamy dalej. W Petea wkraczamy do od dawna oczekiwanych Węgier.
Na granicy szybko i bez żadnych kłopotów. Różnica jest znaczna.
Drogi bardzo dobrej jakości, wzdłuż nich często biegną ścieżki rowerowe.
Kierowcy na nas nie trąbią, chyba że przejeżdża samochód samochód
na rumuńskich tablicach rejestracyjnych. Miejscowości bardzo zadbane,
dużo kwiatów. Jest jednak monotonnie. Zupełnie płasko, mało lasów,
a wokół bezkresne pola i sady. Docieramy do Mateszalki, omijając
centrum tego miasta. Zaczyna się szybko ściemniać. To zasługa nadciągających
burzowych chmur. Czekamy na przystanku na rozwój sytuacji. Paweł
proponuje nocleg pod wiatą, na terenie będącego w trakcie budowy
kościoła. Przerzucamy rowery i bagaże przez siatkę. Wokół pełno
jest desek i drewnianych elementów wykorzystywanych wykorzystywanych
w trakcie budowy. Rozkładamy śpiwory i wewnętrzną część namiotu.
Po chwili zaczyna padać i zrywa się burza. Na szczęście mamy dach
nad głową. Dobry pomysł z tym noclegiem. Śpimy na ziemi, ja na zewnątrz
namiotu.
Przejechane: 98,51 km
Czas: 6h 12min
Średnia: 15,89 km/h
Dzień 17 (26 sierpnia, sobota)
Opona po raz trzeci w centrum naszego zainteresowania
Od rana nie jedzie mi się najlepiej.
Niby jest płasko i dobra nawierzchnia, ale trochę trudno utrzymać
mi równe tempo. To skutek po części zmęczenia, nowej opony z grubym
bieżnikiem, na dodatek podbijającej mi koło i pochmurnego nieba.
W Nyirbator oglądamy zabytkowe centrum. Zatrzymujemy się na jednej
ze stacji benzynowych. Chcę poprawić ustawienie opony. Pompuję powietrze,
ale okazuje się, że dętka jest dziurawa. Znowu zdejmowanie opony,
co nie jest takie proste w tym przypadku. Ruszamy dalej. Wypogadza
się. Docieramy do największego miasta na Węgrzech na naszej wyprawie.
Nyiregyhaza posiada ładne zabytkowe centrum z dobrze wkomponowanymi
nowoczesnymi zabudowaniami. Natrafiamy na dobrze wyposażony sklep
rowerowy. Niczego jednak nie potrzebujemy. Czyżby? Gdybyśmy wtedy
o tym wiedzieli. Posiłek zjadamy na głównym placu obserwując zmagania
koszykarzy. Ruszamy, ale po chwili przymusowy postój. Znowu dziura
w mojej dętce. Kolejny odcinek znowu płaski, chociaż na horyzoncie
pojawia się szczyt Łysej Góry, u podnóża której leży Tokaj. W pobliżu
przepływa również Cisa. Nie wjechaliśmy jeszcze na most na tej rzece,
gdy pęka z hukiem Pawła dętka. Ze zdziwieniem spoglądamy na przetartą
w wielu miejscach oponę, którą Paweł dostał w Rumunii. Jadę do Tokaju
w poszukiwaniu sklepu z częściami rowerowymi. Ale dzisiaj jest sobota,
do tego po południu. Pytam się napotkanych ludzi, ale nikt nie jest
w stanie mi pomóc. Paweł próbuje więc ze starą oponą, podkładając
pod nią kawałki butelki plastykowej. W centrum zakupujemy słynne
wino tokajskie i zwiedzamy starówkę. Pytam się o oponę w wypożyczalni
rowerów. "Tu jest tylko wypożyczalnia" - odpowiada rozmówca. A wystarczyłoby
trochę chęci, żeby pomóc. Wyjeżdżamy za miasto. Mijamy rozległe
uprawy winorośli. Postanawiamy zanocować na olbrzymiej plantacji.
Wewnętrzną część namiotu podwieszamy na drutach między krzakami
winogrona. Paweł zauważa znacznie zmniejszoną ilość powietrza w
tylnej dętce. Znowu dziura. Objadamy się winogronami, ale chyba
trochę przesadzamy z ilością.
Przejechane: 116,53 km
Czas: 6h 38min
Średnia: 17,58 km/h
Dzień 18 (27 sierpnia, niedziela)
Prawie jak w Polsce
Jedziemy pośród niewysokich pagórków,
w oddali widząc już góry. Mijane miejscowości mają charakter „południowy”.
Rozłożone pośród plantacji winorośli ładnie komponują się w krajobrazie.
Nie dziwi nas kolejna dziura w Pawła dętce. Spotykamy dwóch turystów
węgierskich również podróżujących na rowerach. Opowiadamy sobie
o naszych wyprawach. Jeden z nich przez nieuwagę siada na Pawła
winogronie i kontynuuje jazdę z mokrym tyłkiem. Po krótkim czasie
mamy kolejną okazję do odpoczynku. Znowu dziura i kilkanaście minut
postoju. Jesteśmy bardzo głodni, ale po drodze nie spotykamy żadnego
otwartego sklepu. Jest przecież niedziela. W ogóle dzisiaj jest
pusto, a ruch na drogach znikomy. Zakupujemy jakieś ciasto z kremem,
w barze jakieś słodycze. Ekspedientka zachęca nas do zakupów na
Słowacji: "to przecież niedaleko". Granicę przekraczamy szybko i
bez problemu. Jedziemy główną drogą i dość szybko docieramy do Koszyc.
To drugie co do wielkości miasto Słowacji ma wiele ciekawych zabytków
skupionych przy reprezentacyjnej ulicy Hlavnej. Pośrodku wrzecionowatego
rynku znajduje się gotycka katedra. Tuż za nią podziwiać można grającą
fontannę i gmach opery. To tylko niektóre z atrakcji turystycznych
tego miasta. W jednym z ogródków restauracyjnych zamawiamy po pizzy.
Jeszcze tylko zakupy i ruszamy dalej. Do Preszowa jedziemy drogą
biegnącą wzdłuż autostrady. Nocujemy przed miastem na ogrodzonej
działce. Namiot rozbijamy przy domku. Być może już jutro dotrzemy
do Piwnicznej.
Przejechane: 110,81 km
Czas: 6h 17min
Średnia: 17,61 km/h
Dzień 19 (28 sierpnia, poniedziałek)
Teraz już tylko z górki
Rano w Preszowie oczekujemy na
otwarcie sklepu rowerowego. W kantorze wymieniamy węgierskie forinty
na korony. Paweł dokonuje zakupu opony. Starówka Preszowa jest bardzo
podobna do koszyckiej, a to za sprawą kształtowania się tych miast
w tym samym czasie i w podobnych warunkach polityczno – administracyjnych.
Wyjeżdżamy z miasta. Po pokonaniu dłuższego odcinka zatrzymujemy
się, gdyż zaczyna padać deszcz. Przykrywamy się folią i czekamy
tak kilkanaście minut. Możemy jechać dalej. Podziwiamy coraz wyższe
szczyty, ale nieporównywalnie niższe od tych z Ukrainy czy Rumunii.
Długi, ale mało stromy podjazd i jesteśmy na przełęczy. Do samej
granicy prawie cały czas zjazd. Mijamy granicę i nową drogą asfaltową
docieramy do Muszyny. Za miastem zaczyna padać deszcz. Chowamy się
pod dachem stróżówki kolejowej. Po chwili przychodzi jej pracownik.
Rozmawiamy z nim, opowiadając mu o naszej wyprawie. Przestaje padać,
więc ruszamy. W Żegiestowie znowu musimy się chować przed deszczem.
Udaje nam się jednak dotrzeć do Piwnicznej w odpowiednim czasie.
Pakujemy do pociągu bagaże i rowery i wracamy do domu.
Przejechane: 104,51 km
Czas: 5h 37min
Średnia: 18,58 km/h
Dzień 20 (29 sierpnia, wtorek)
To już koniec
Dojeżdżamy do Piotrkowa. Stąd
w prawie zupełnej ciemności docieramy rowerami do domu.
Przejechane: 14,91 km
Czas: 1h
Średnia: 15,02 km/h
Podsumowanie
Przejechane: 1593,38 km
Czas: 105h 57min
Średnia: 15,04 km/h
W tym:
Ukraina - 665,12 km (41,7%)
Rumunia - 497,99 km (31,3%)
Węgry - 211,64 km (13,3%)
Słowacja - 121,81 km (7,6%)
Polska - 96,82 km (6,1%)
:: Mapa trasy

:: Patronat


:: Sponsorzy

:: Strona www

Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|