|
:: Co to Croto ?

Pierwszą podróżą, która spełniła marzenia wielu podróżników kochających
rower był rajd dookoła świata - Peace Ride (1998-2000). Wyprawa
była ogromnym przedsięwzięciem organizacyjnym, wzięło w niej udział
ponad 600 rowerzystów z całego świata. Uczestniczyli w niej również
dwaj Polacy: Sławomir Płatek (przejechał całość trasy) i Waldemar
Grabka (pokonał odcinek Polska - Japonia). To oni po powrocie do
kraju postanowili kontynuować spełnianie marzeń...
Podczas Peace Ride okazało się, iż niezbędne jest stworzenie organizacji,
która ułatwiłaby nadzorowanie przebiegu wyprawy, tj. załatwianie
formalności związanych z przekraczaniem granic, koordynowanie trasy,
pomoc w dołączaniu się kolejnych uczestników. Założyliśmy Stowarzyszenie
i rozpoczęliśmy organizowanie tzw. CROTO-wypraw.
Stowarzyszenie Podróżników CROTOS jest organizacją non-profit.
Głównym celem naszych działań jest promowanie turystyki rowerowej.
Wyprawy, które organizujemy są wydarzeniami medialnymi promującymi
walory krajoznawcze i kulturowe miejsc, do których docieramy - z
tego właśnie powodu staramy się, aby brała w nich udział możliwie
jak największa liczba osób. Kluczową sprawą jest, aby opłaty, które
ponoszą uczestnicy, nie stanowiły dla nich bariery finansowej. Wyprawy
są organizowane w stałej współpracy z litewskim klubem rowerowym
Du Ratai, od którego przyjęliśmy dla naszej najdłużej wyprawy w
roku nazwę BaltiCCycle.
A kto w CROTOSie? Szczegóły naszych poprzednich wypraw i wypowiedzi
uczestników? Szukaj na stronie http://www.bicycle.pl
Do góry
:: Trasa

Do góry
:: Relacje z trasy BC
2006

Monika Stasiuk
DANIA - 30.06-2.07
Trudno uwierzyć, że prawie rok minął od naszych ostatnich rowerowych
wycieczek. Ukrainę i Mołdawię wspominamy ze szczerym wzruszeniem.
W tym roku mamy do przejechania około 4 tys. km., a znając życie
i nasze coroczne wyliczenia - zapewne wyjdzie tego znacznie więcej.
Całość trasy planują pokonać cztery osoby: ja, pan Witek, Bob -
Szkot z Walii (wspaniały kompan węgierskich muzealnych eskapad)
i Sigitas - szef wszystkich szefów. Ciężko mi cokolwiek stwierdzić
na temat piękna Kopenhagi. Przyjechaliśmy wieczorem, więc mieliśmy
niewiele czasu na bardziej konkretne zwiedzanie miasta. Rundka nad
kanałkiem w asyście litewskiej grupy, która przyjechała odebrać
nas z promu, i na kemping spać. Najważniejsze jednak zaliczyliśmy
- pogładziliśmy słynną nadmorską Syrenką po udach, co oznacza, że
nasza wyprawa obfitować powinna w romanse. Legenda mówi, że kto
dotknie syrenkowego uda, temu będzie się szczęścić w miłości. Zobaczymy.
Póki co, mogę tylko powiedzieć, że raczej się na to nie zanosi.
Duński odcinek trasy był nadzwyczaj przyjemny i mało uciążliwy.
Upały dawały się wprawdzie dosyć mocno we znaki, ale nikt na nas
nie krzyczał, żaden nadpobudliwy uczestnik nie chciał nas porąbać
na kawałki (bo w poprzednich latach tak się właśnie zdarzało), ścieżki
rowerowe są tu świetnie przygotowane, a kierowcy mili - nie trąbią,
przepuszczają rowerzystów i pieszych. Ogólnie rzecz ujmując - nic
ciekawego. Nawet nie zdążyliśmy nabrać prawdziwego CROTO-zapachu,
bo przeważnie było się gdzie umyć, chociaż za wodę trzeba tu płacić.
Raz tylko nie było prysznica, ale nie zjawił się również właściciel
kempingu (chyba był to raczej ogródek przy jakimś domu kultury),
więc nie musieliśmy płacić za noclegi. Złamałam też tyczkę od namiotu,
i chociaż skleiłam taśmą izolacyjną (co w sumie niewiele pomogło),
to śpię teraz w czymś bardzo niekształtnym, częściowo leżącym na
ziemi - całkiem CROTO. Czekam na pierwsze deszcze. Starym zwyczajem
pożywiamy się siedząc głównie pod supermarketami. Nie wyglądamy
wprawdzie j e s z c z e jak bezdomni, nie przyciągamy ciekawskich
i współczujących spojrzeń przechodniów, ale pomału wczuwamy się
w atmosferę. Łapiemy klimat. Nie mieliśmy także zbyt wielu okazji
do zwiedzania.Co było super, to (chyba) kredowe klify, nad które
wybraliśmy się pewnego wieczora o zachodzie słońca = romantyczny
aspekt naszej wyprawy. Poza tym spokojnie i bez ekscesów. Aż do
granicy. Umówiliśmy się z Sigitasem o 18.00 przy wejściu na prom,
którym mieliśmy płynąć do Niemiec. O 18.15 trochę się już zaniepokoiliśmy,
więc zaczęliśmy nękać go telefonami. Okazało się, że poszedł na
plażę, zegarek zostawił przy rowerze i wdał się z kimś w fascynującą
rozmowę. Jednak Sigitas, jak to Sigitas - pan "everything is under
control" - wyrobił się i przystąpiliśmy do kupowania biletów. Nie
miałam pieniędzy, bo bankomatu, ani kantoru nie znalazłam, a Sigitas
pogubił karty kredytowe. W krytycznym momencie karty się jednak
odnalazły, więc część kwoty zapłaciliśmy przy ich pomocy, część
w duńskich koronach, część pieniędzmi, które pożyczyłam od Boba.
(Jak zwykle wszystko pod kontrolą.) Cała podróż upłynęła nam na
podliczaniu kto co jest komu winien i za co. Ale w końcu poczyniliśmy
wszystkie niezbędne ustalenia i pojechaliśmy na nocleg (tym razem
na sali gimnastycznej) z niemieckim koordynatorem i przewodnikiem
Peterem. W naszej beztrosce zapomnieliśmy jednak o kierowcy i został
biedaczek gdzieś pod promem - z naszymi rzeczami - co najgorsze.
Próbowaliśmy się do niego dodzwonić, ale się to nie powiodło. Sigitas
stwierdził więc, że na pewno wszystko będzie dobrze, więc nie ma
się co martwić. No i rzeczywiście. Jakimś cudem spotkaliśmy się
200m przed miejscem noclegowym. Życie jest jednak pełne miłych niespodzianek.
Do góry
NIEMCY - 3.07-6.07
Niemiecki odcinek był w gruncie rzeczy bardzo podobny do odcinka
duńskiego, a każdy dzień do wszystkich innych. Super organizacja,
porządek i ogólnie cacy. Coś strasznego. O 8.00 map meeting. Potem
przydziałowe świeżutkie bułeczki - i w drogę. ścieżka rowerowa cały
czas wiedzie wzdłuż morza i w większej części nad samym brzegiem,
co niestety skutkuje tym, że dosyć silnie wieje, więc mamy szanse
na boskie kolarskie łydki. Na uwagę zasługuje fakt, że Peter bardzo
wczuł się w rolę przewodnika, a nawet opiekuna i codziennie rysował
na trasie strzałki tak, że nie musieliśmy nawet patrzeć na mapę
i czuliśmy się trochę jak harcereczki bawiące się w podchody. Było
to nawet dosyć przyjemne, ale zupełnie nie CROTO. Żadnych spektakularnych
zaginięć, akcji poszukiwawczo-ratunkowych. Nic. W Rostoku umówieni
byliśmy pod ratuszem z prasą, ale prasa się nie zjawiła. Chyba,
że prasa to była kobietka, która się tam kręciła i wypytywała o
coś Petera. Zrobiła nam też zdaje się zdjęcie, więc to w sumie całkiem
możliwe. Nazajutrz oglądaliśmy fascynujący film o budowie mostu
w centrum informacji pod tym właśnie mostem. Niezapomniane przeżycie.
Peter wspominał też, że mieliśmy przeciw czemuś demonstrować - ale
nie bardzo było wiadomo przeciw czemu i o co w ogóle chodzi. No
i w końcu nie demonstrowaliśmy. Szkoda. I jeszcze wizy do Rosji.
To jakaś kompletna masakra. Nie przypuszczałam, że wjazd do tego
kraju może się okazać aż tak skomplikowany. Wymagane są dziwne ubezpieczeniowe
papierki, których oczywiście większość ludzi nie ma, więc nie wiadomo,
co z tego w ogóle wyjdzie. Póki co wnioski, paszporty i tym podobne
pojechały do Warszawy, gdzie Maryla będzie dzielnie walczyć z konsulatem.
Mam nadzieję, że nasza paczka trafi w jej ręce - i tu kolejna CROTO-przygoda
- gdyż pan kierownik pociągu, którym pakiet wysłaliśmy zapomniał
kwitów na przesyłki i powiedział, żebym lepiej wysłała ją jakoś
inaczej. Ale że inaczej - a tym bardziej później - wysłać jej nie
mogłam, jako pokwitowanie dostałam bazgrołek na kawałku brązowej
tekturki. Potem pan rzucił paczkę (w której było również 700 euro)
na sierdzenie w otwartym przedziale, po czym sobie wyszedł. Poziomem
beztroski przewyższa chyba samego Sigitasa. Poprosiłam go, żeby
schował nasze zawiniątko - plastikową kopertę okręconą taśmą klejącą
pożyczoną od pani w budce z zapiekankami - do torby. Schował. Powiedział
też, żebym przyszła następnego dnia na dworzec, bo on będzie wracał
do domu i może mi wtedy dać ten kwitek. Jasne. Już słychać moje
drobne kroczki na dworcowej posadzce. W końcu w Polsce. Może spotkają
nas tu wreszcie jakieś niemiłe przygody, bo póki co jest zdecydowanie
za pięknie jak na CROTO-wyprawę.
Do góry
POLSKA - 07-15.07
Tak jak można było przypuszczać Polska nie zawiodła w CROTO-sprawkach.
Czas umilali nam przede wszystkim przychylnie nastawieni do rowerzystów
kierowcy, z którymi z powodu braku ścieżek rowerowych, mieliśmy
co chwilę do czynienia. Trąbili przyjaźnie i co chwile udawali,
że chcą nas rozjechać. Drugą atrakcją były piaski na ścieżkach -
kiedy już się jakieś trafiły - nieraz kilkukilometrowe, przez które
trzeba było rowery przepchnąć, a dodajmy, że cześć osób jeździ z
całym ekwipunkiem, więc z pewnością wspominają te odcinki z rozrzewnieniem.
Nie zapominajmy również o deptakowych tłumkach - szczególnie miłych
rowerzyście, który musi przejechać przez wszystkie te gofrowo-rybkowe
kurorty. Na ich brak na polskim wybrzeżu narzekać akurat nie można.
W Polsce dopadła nas również pierwsza burza - na szczęście w nocy
- i pierwszy nieupalny, a nawet dosyć pochmurny i chłodny dzień.
No i jakaś zmiana otoczenia - po płaskich ścieżkach pod wiatr brzegiem
morza, zaczęły się górki i dołki - naturalnie również pod wiatr,
żeby przypadkiem nie było nazbyt przyjemnie. Ale lepsze już chyba
to, niż nudy na polnych dróżkach. Zaczęliśmy się też trochę ukulturalniać,
z czego niektórzy uczestnicy wyprawy są zapewne bardzo zadowoleni,
gdyż uważają, że dzień bez zwiedzenia muzeum, czy chociażby kościoła,
jest dniem straconym. Zwłaszcza miłośnicy kościołów mogą się wreszcie
poczuć spełnionymi turystami. Obejrzeli resztki kościoła w Trzęsaczu,
po którym została jedna ściana, a jeszcze w XV wieku znajdował się
o około 1800 metrów od morza. Tego samego dnia - kolejny kościół
- w Trzebiatowie - to nie jest takie do końca pewne, ale zdaje się,
że jest najwyższym kościołem w Polsce. Jak nigdy spotkaliśmy się
również całą grupą, żeby zwiedzić skansen wsi (no właśnie - jakiej?
Kaszubskiej może?) w Klukach. Nawet ciekawe, ale półtorej godziny
to zdecydowanie za długo, żeby chodzić w upale między chatynkami.
Na szczęście po wyjściu ze skansenu natknęliśmy się na babuszki
sprzedające domowe wypieki, co znacznie poprawiło nam humory. Nie
zabrakło również innych okazji do pozwiedzania, ale że zwiedzanie
jest tu u nas raczej dobrowolne, to niewiele mi na ten temat wiadomo.
Także integracja przebiega w dobrym kierunku. W Międzyzdrojach mieliśmy
pierwszy wieczorek zapoznawczy. Było to dosyć traumatyczne przeżycie
- około pięćdziesięciu uczestników, z których każdy musiał opowiedzieć
coś o sobie, a to z kolei było tłumaczone odpowiednio na polski
albo angielski. Dwa lata temu robiliśmy takie wieczorki co tydzień.
Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Na szczęście winko,
piwko i zakąski pozwoliły nam jakoś przetrwać ten wieczór, który
niespodziewanie przeciągnął się dla co poniektórych do późnych godzin
nocnych. Ale to tylko taki epizod, bo w ogóle mało degustujemy w
tym roku, nad czym oczywiście ubolewam. I nie tylko ja. Noclegi
są w Polsce zdecydowanie bardziej CROTO niż w Danii czy Niemczech,
ale i tak do prawdziwych CROTO-standardów jeszcze im bardzo daleko.
Woda, chociaż czasem zimna, zawsze jest. Póki co nie mamy więc co
marzyć o swojskim smrodku, który towarzyszy nam podczas wypraw.
Ciągle nie pada, więc nic też za bardzo nie gnije. śpimy przeważnie
na kempingach, w Gdańsku w szkole i raz na polu namiotowym nad jeziorem
koło Chmielna, gdzie prysznic znajdował się w plastikowej budce,
takiej samej jak kibel, ale za to woda była podgrzewana, więc cały
czar szybko prysł. Poza tym nic się nie dzieje. Spokój. Żadnych
większych wpadek. Nawet te mniejsze trudno jest mi sobie przypomnieć.
Żadnych bójek. Żadnych kłótni. Żadnych ekscesów. Nic. Spokój. Chodzę
spać najpó?niej chyba ze wszystkich, bo zawsze mi się na wieczorne
przechadzki zbierze, i kończę w wyrku między trzecią a piątą w nocy,
i widzę jak jest spokojnie. Nawet z wizami się wszystko dobrze ułożyło.
No może nie tyle z samymi wizami, bo to w ogóle to jakiś koszmar,
ale z paszportami i pieniędzmi, które pojechały do Warszawy z pokwitowaniem
na szarym papierku. Kierownik pociągu dzwonił w nocy do Maryli,
żeby się zapytać, czy na pewno otrzymała przesyłkę. I takie właśnie
rzeczy się dzieją, kiedy nam tu trzeba przygody. Zaginione paszporty.
Ludzie zatrzymani na granicy za przemyt spirytusu w ramie rowerowej.
Cokolwiek. A tu nic. Nic. Zaczęliśmy też starym zwyczajem urządzać
sobie pikniki pod sklepami. Ludzie patrzą dziwnie i podejrzliwie
na smrodliwych brudasów zajadających na betonie kanapki z kiełbasą
grubości chleba, albo - uwaga, moja specjalność - kanapki z ciastkiem
i popijających herbatę z menażek, ale można przywyknąć.
Do góry
OBWÓD KALININGRADZKI - 16-18.07
Przekraczanie granicy przebiegło raczej spokojnie, chociaż trwało
dosyć długo. Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się w barze na kuszanie.
Zamówiliśmy pielmieni - małe pierożki z mięsem, przypominające uszka
do barszczu. W zeszłym roku były podstawą ukraińskiej diety. W Kaliningradzie
spaliśmy w namiotach pod hotelem, ale mogliśmy korzystać z łazienek.
Mieliśmy też do dyspozycji altanki, z których zrobiliśmy wieczorem
(i potem w nocy) odpowiedni użytek. Następnego dnia pojechaliśmy
na śniadanie pod supermarket. Rozstawiliśmy wielką butlę i na wielkiej
patelni usmażyliśmy wielkie naleśniki. Z nutellą, dżemem, jogurtem
i bitą śmietaną o smaku truskawki. Zdecydowanie zaczynamy łapać
klimat. Kaliningrad jest dosyć paskudnym miastem, więc trudno mi
zrozumieć jak można spędzić tu całe życie. Kant widocznie to rozumiał,
bo prawie nigdy się stąd nie ruszał. Znajduje się tu jego grób i
pewnie kilka pomników, o czym przypomniałam sobie dopiero kiedy
wyjechaliśmy z miasta. Nie ma to jak bystrość filozoficznego umysłu.
Nie pamiętam w jakiej miejscowości był kolejny nocleg, w każdym
bądź razie - na nowo otwartym kempingu nad jeziorem - z knajpą,
ale jeszcze bez toalet i pryszniców. Jak zwykle strasznie się grzebaliśmy,
zatrzymując się gdzie tylko można, więc nie zdążyliśmy na spotkanie
z grupą, w wyniku czego nie wiedzieliśmy jak trafić na nocleg. Na
szczęście, kiedy jedliśmy pod sklepem zakąski przed kolacją, przyjechali
ludzie i nas tam zaprowadzili. Z wyjazdem z Obwodu i z wjazdem na
Litwę nie było najmniejszego problemu. Każdy przekraczał granicę
indywidualnie, więc nie było nawet kolejki. Czyżby zaczynał się
kolejny przyjemny etap naszej wyprawy?
Do góry
LITWA - 19-20.07
Na szczęście zaczęło się wcale nie tak przyjemnie jak mogłoby
to zapowiadać przekraczanie granicy i super kemping w Nidzie. Na
dzień dobry (a raczej już na dobranoc bo wieczorkiem poszliśmy zwiedzić
port) jakiś miły pan grzecznie przepędził nas z jachtu, na którym
postanowiliśmy napić się soku:-) Musieliśmy więc kończyć go na nadmorskiej
ławce, co również nie było jakoś szczególnie nieprzyjemne. Mieliśmy
też małe wyścigi w jeździe na czas do granicy, w których po wyczerpującej,
ale z góry przegranej walce ekipa szkocko-angielska uległa ekipie
polskiej, resztkami sił wlokąc się za nami, aby okazać swoje paszporty
pogranicznikom. A na granicy - niemiła niespodzianka - sklep niby
jest i nawet dobrze wyposażony bo w same alkohole, ale jak na ironię
akurat chciało nam się jeść i nie bardzo się tam pożywiliśmy. Na
Litwie byliśmy wprawdzie tylko 2 dni, ale zdołaliśmy zaliczyć croto-nocleg.
Po noclegu w szkole w Kłajpedzie, gdzie mieliśmy ciepłe prysznice,
nocowaliśmy w krzaczunach nad rzeczką. Wracam do sprawdzonego na
ukraińskich bezdrożach sposobu kąpieli w menażce. Nie jest to może
najbardziej higieniczny ze sposobów, a i z pogryzieniami komarowymi
liczyć się trzeba, ale jeśli jako alternatywę ma się tylko smrodliwy
strumyczek, to nie ma co zbyt długo się zastanawiać. Udało nam się
również opuścić kolejną ceremonię - tym razem otwierania odcinka
ścieżki rowerowej Eurovelo. Na szczęście wyrobiliśmy się na obiadek
- kotlecik z kurczaka z serem i orzechami zdecydowanie dobrze nam
zrobił :-)
Do góry
ŁOTWA - 21-24.07
Odcinek łotewski choć krótki dostarczył nam wystarczająco croto-klimatów.
Znowu po przekroczeniu granicy cierpieliśmy głód srogi przez 30km
zanim natrafiliśmy na pierwszą knajpę. Oczywiście nie mieliśmy pieniędzy.
Na szczęście można było płacić kartą, co właściwie nas uratowało
bo byliśmy już bliscy wyczerpania. Pierwszy nocleg - w Liepaji przy
plaży. Na nasze nieszczęście odbywał się tam właśnie jakiś wielki
festiwal muzyczny, więc spaliśmy nie dość że nie w idealnej ciszy,
to jeszcze wśród mnóstwa namiotów takich samych jak my brudasów.
No i jeszcze te przepełnione toalety, które dodawały smaczku już
i tak swojskiej atmosferze. Drugi nocleg - w Ventspills pod podobno
najdłuższym wodospadem Europy - może długi i jest, ale że w najwyższym
miejscu ma jakieś 2 metry, to właściwie nie wygląda wcale tak imponująco.
Chociaż jest wcale niebrzydki. Kto nie chciał się w nim kąpać, miał
do wyboru cieplutki prysznic i pana, który pilnował, żebyśmy przypadkiem
nie przemycili tam jakiegoś prania w siateczkach. Nieopodal był
też supermarket. Na sklepowym parkingu urządziliśmy sobie wyścigi
w sklepowych wózkach, co najwyraźniej nie spodobało się sklepowemu
strażnikowi, bo grzecznie poprosił, żebyśmy zostawili wózeczki i
sobie poszli :-) Tak też zrobiliśmy. Zaczęło padać. Właściwie to
nawiedziła nas potężna ulewa, po której bardziej zapaleni rowerzyści
- ci, którzy nie przyjeżdżają na nocleg po zmierzchu - musieli przenosić
albo okopywać swoje namioty, bo okazało się, że stoją w małych jeziorkach.
My jak zwykle nigdzie się nie spieszyliśmy i jak zwykle dobrze na
tym wyszliśmy, bo gdy dotarliśmy na miejsce właśnie przestało lać
i mogliśmy wybrać sobie w miarę suchy pagórek. Na dodatek - kolejny
raz z rzędu (starzy croto-wyjadacze wiedzą co to zapowiada na najbliższe
dni) ciepły prysznic i miłosne szlagiery wszechczasów grane na skrzypkach
i keyboardzie przez jakiegoś pana specjalnie dla nas. Niestety w
Paviloscie o północy wszystkie sklepy są już pozamykane i nie mogliśmy
zakupić żadnych rozgrzewających napitków. Znaleźliśmy za to i przygarnęliśmy
dwie koleżanki, które spotkaliśmy po drodze. Wybrały się autostopem
na kilkudniową ekskursję po okolicy, ale nie mogły nigdzie w pobliżu
znaleźć spania, a i namiotów nie miały, to wzięliśmy je do siebie.
Poszliśmy spać mniej więcej o 2giej, co nie było takie znowu mądre,
biorąc pod uwagę fakt, że trzeba wstać o 5ej bo prom na nas nie
zaczeka.
Do góry
ESTONIA - 25.07 - 4.08
Po porannej pobudce o 5ej czekał nas spacerek do promu. Potem
4 godziny nudy. Przypłynęliśmy na estońską wyspę Saaremeę. Klimaty
tu wakacyjne. I kosodrzewina rośnie. Co nie jest pewnie wielkim
zaskoczeniem, pierwszym kierunkiem, jaki obraliśmy, był kierunek
bar. Kiedy się już pożywiliśmy mogliśmy w spokoju sumienia udać
się na zwiedzanie wyspy, co zamykało się właściwie w zwiedzeniu,
a raczej obejrzeniu latarni morskiej. Niestety pełno tu gzów i innych
wielkich owadów, które kąsają w zadki, co znacznie zmniejsza komfort
pobytu na wyspie. Przestraszyliśmy też jakąś i tak już chyba wystraszoną
panią, która pozwoliła nam za darmo skorzystać z internetu. Tzn.
tak przypuszczamy bo za wiele to ona do nas nie mówiła, kiedy władowaliśmy
jej się do biura i zasiedliśmy za jej biurkiem. Pierwszy nocleg
i pierwszy w Estonii rest day mamy w Mandiali na kempingu nad samym
morzem. Jest też ciepły prysznic, a gdzieś niedaleko coś do pozwiedzania
- krater po meteorycie wypełniony wodą. Kraterowe jeziorko - którego
ja oczywiście nie zwiedziłam. Zwiedziłam za to Kurosare - wygląda
na to, że największe miasto na wyspie - i chyba jedyne z bankomatami.
Kilka knajpek, poczta - więcej ciekawych rzeczy nie znalazłam. Co
wcale nie znaczy, że ich tam nie ma. Po powrocie z miasta czekał
nas map-meeting gigant - na całą Estonię - na który spóźniliśmy
się godzinkę, bo przyrządzaliśmy wyśmienitego grzańczyka. Zdążyliśmy
natomiast na film o podróżowaniu rowerem po Estonii. Całe szczęście
:-) I grilla, który z powodu braku węgla, po wrzuceniu do niego
szyszek zamienił się w ognisko, nad którym upiekliśmy kiełbaski.
O dziwo nie spłonęły nawet nasze zawinięte w folię ziemniaczki,
więc przed snem porządnie się najedliśmy. Co poniektórzy popróbowali
też 80% wódki, którą można nabyć w tutejszych sklepach. Ponoć mocna
rzecz. Następną noc spędzamy na plaży przy hotelu, więc jest się
gdzie umyć. Znowu. W okolicy piękne klify. Zwiedzamy. Potem urządzamy
tańce, hulanki i swawole w hotelowym barze, który dzięki nam, a
właściwie Jankowi, który porywa do tańca panią barową, był otwarty
ze 2 godziny dłużej niż powinien być. Wcale też bym się nie zdziwiła,
gdyby ktoś z nas obudził się z siekierą w plecach, bo goście hotelowi
to sobie raczej nie pospali, szczególnie, że zebrało nam się jeszcze
na śpiewy. To był zdecydowanie dobry dzień. Po kolejnej wycieczce
promem jesteśmy na kolejnej estońskiej wyspie - Hiuumie. Cały czas
strasznie leje, ale jak dopływamy akurat przestaje. Mają tu takie
śliczne przystankowe chatynki, że nie możemy się powstrzymać przed
odłączeniem się od grupy i dłuższym postojem obiadowo drzemkowym
na jednej z nich. Gdyby było później, pewnie zostalibyśmy tam na
noc, bo ciepło, sucho, wystarczająco miejsca, żeby rozłożyć śpiwory,
a i sklep tylko przez ulicę. To byłby nienajgorszy pomysł, bo tam
gdzie spaliśmy - znowu na krzaku - nie było żadnego sklepu, więc
trochę głód nas ścisnął, mimo iż chłopcy jak zwykle upichcili pomarańczowe
z ryżem. Rano pojechaliśmy na śniadanie do kawiarni pod latarnią
morską, dzięki czemu zaliczyliśmy trochę krajoznawczych przyjemności.
Po powrocie na stały ląd postanowiliśmy w kilka osób przejechać
trasę dwudniową w jeden dzień (150km), dzięki czemu mieliśmy w Tallinie
2 rest-daye. Połowę jednego z nich spędziłam oczekując na wodę,
a potem korzystając z niej. Po masakrycznym przejeździe przez miasto,
mało co nie zostaliśmy pobici przez ochroniarza w supermarkecie,
bo ze 2 razy włączyliśmy jakiś alarm podchodząc tam gdzie nie trzeba.
Zaczęło się miło. Śpimy na sali gimnastycznej akademii morskiej.
Straszne zadupie, ale w pobliżu supermarket, całodobowa knajpa dla
tirowców, w której kelnerki najwyraźniej nie są zachwycone, gdy
przychodzi jakiś klient i klimatyczna dyskoteka Alien, w której
spędziliśmy kilka ładnych godzin. Za to starówka - prześliczna.
I wielka jak na starówkę. A na dodatek sprzedają tam przepyszne
migdały prażone w cukrze o smaku piernikowym. Pychota :-) Wyjeżdżając
z Tallina nasza mała - bo już tylko dwuosobowa ekipa - kilkukrotnie
się zgubiła. Na szczęście spotkaliśmy chłopaków, którzy zaprowadzili
nas do jakiejś wylotówki. Potem przez dłuższy czas staraliśmy się
znaleźć ścieżkę rowerową Eurovelo. W końcu znalazła się sama, kiedy
już w zwątpieniu postanowiliśmy pojechać autostradą. Zwiedziliśmy
wodospad, posililiśmy się o zachodzie słońca na plaży i już myśleliśmy,
że dojeżdżamy na nocleg, gdy okazało się, że coś nam się pomyliło
i że mamy jeszcze ze 20km. W międzyczasie zapadła noc, co skutecznie
uniemożliwiło nam znalezienie leśnej dróżki wjazdowej na miejsce
noclegu nad jeziorem. Wybraliśmy opcję - jak nam się wydawało -
bezpieczniejszą i objechaliśmy jezioro od drugiej strony. Nic to
jednak nie dało. Około 2giej w nocy zdecydowaliśmy, ze już odpuścimy
sobie to szukanie, cykniemy się gdzieś w lesie, a rano poszukamy
grupy. Niestety nie mieliśmy ze sobą namiotu ani śpiworów, nie było
to więc takie znowu przyjemne. Na szczęście nie było przerażająco
zimno. Okopaliśmy się rowerami, choinkami i tym, co tam jeszcze
mieliśmy, ubraliśmy się we wszystkie ubrania, nogi wsadziłam do
sakwy, żeby nie odmarzły i do rana pospaliśmy. A rano okazało się,
że spaliśmy bardzo niedaleko miejsca, gdzie spać powinniśmy. Jak
zwykle. Okazało się też, że jednak mają w tym kraju miłe sklepowe.
Jedna pani, gdy zapytaliśmy o jakiś bar w pobliżu, najpierw zadzwoniła
do swojej koleżanki bo sama nie wiedziała, potem narysowała nam
mapę, później wyszła przed sklep, żeby pokazać nam drogę i już chciała
zamykać, żeby przejść z nami kawałek. A mieliśmy tylko raz skręcić
w prawo :-)
Do góry
ROSJA - 5-6.08
Tak jak przypuszczałam, naprawdę ciekawie zaczęło się robić dopiero
w Rosji. Pierwszy dzień tutaj był zdecydowanie najlepszym dotychczas
dniem całej wyprawy. Do wyboru mieliśmy dzisiaj dwie trasy - krótszą
- 87km i dłuższą - 108 (nam wyszło 140 :-). Co do tej dłuższej,
to nie było tak do końca wiadomo - Sigitas powiedział, że gdzieś
tam może nie być mostu, że gdzieś tam może się nie dać przejechać
ze względu na wojskowe rejony - więc niewiele osób zdecydowało się
nią jechać. My się oczywiście zdecydowaliśmy, ale nauczeni doświadczeniem,
tym razem wzięliśmy namiot i jak się okazało, dobrze zrobiliśmy.
Wojskowe rejony faktycznie były - strefa przygraniczna. Trzeba mieć
przepustki żeby tam wjechać. Na szczęście nie natknęliśmy się na
żadnych panów z kałasznikowami i nasza większa - bo tym razem 6-o-osobowa,
polsko-niemiecko-szkocko-angielska grupa przejechała tamtędy w spokoju.
Nie brakowało natomiast żadnego mostu. Być może dlatego, że pojechaliśmy
troszkę nie po trasie. Dostaliśmy smsa od Maryli (a był już wieczór),
że nadal stoją z samochodem na granicy i mają tam jakieś straszne
masakry, że nie wiadomo w ogóle co to dalej będzie i żebyśmy jechali
do krzaka. My jednak postanowiliśmy się nie spieszyć, żeby na krzaku
za długo nie siedzieć, tym bardziej, że i tak nie mieliśmy bagaży,
więc nie miałoby to raczej sensu. Chcieliśmy do knajpy, ale z powodu
zmiany trasy żadnej nie znaleźliśmy. Jakiś pan pod sklepem chciał
nas zaprosić na noc do siebie do domu, ale że dla niektórych wyglądał
dosyć podejrzanie (jakby człowiek nie mógł wyskoczyć w piżamce po
piwko :-), więc nie skorzystaliśmy. Szkoda. W końcu, gdy zgubiliśmy
się jeszcze trochę bardziej i zrobiło się jeszcze trochę później
zajechaliśmy do jakiejś wioski i nasza dzielna Ula, w akcie herbacianej
desperacji, weszła do czyjegoś domu i zapytała, czy moglibyśmy tu
kupić czaj. No i tak to się zaczęło. O kupowaniu oczywiście nie
było mowy, zostaliśmy zaproszeni do środka, nakarmieni i napojeni.
Irina i jej mąż, którego skomplikowanego rosyjskiego imienia niestety
nie pamiętam, oddali nam całe swoje jedzenie (a sklep przyjeżdża
do nich tylko 3 razy w tygodniu - i był właśnie dzisiaj), a i wódeczki
i piwka nie pożałowali - w końcu robiło się już chłodno. Jak na
ironię nie padało u nich od trzech miesięcy i wyschła studnia, więc
szansa na umycie się przepadła. Nie chcieliśmy wchodzić do środka,
żeby im czegoś nie zasmrodzić, bo nie myliśmy się już kilka ładnych
dni, ale Irina powiedziała, żebyśmy się nie przejmowali, bo oni
też śmierdzą, z powodu braku wody. Miło spotkać bratnią duszę :-)
W ogóle strasznie sympatyczni ludzie. Powiedzieli, że za rok będą
już mieli saunę i że będą na nas czekać tego samego dnia. Mamy zrobić
zakos na naszej przyszłorocznej trasie. Zostawiliśmy im na pamiątkę
naszą mokrą i strasznie brudną flagę BalticCycle i mimo że zatrzymywali
nas na noc, przed północą odpowiednio nastraszeni wyjechaliśmy szukać
noclegu, którego oczywiście nie znaleźliśmy. Około trzeciej rozbiliśmy
namioty w leśnej gęstwinie przy jakichś ruinach. Rano okazało się,
że zaniechaliśmy szukania dosłownie przy zjeździe na nocleg - może
ze 20m, kiedy to zawróciliśmy do wioskowych chaszczy. Znowu. Zostaliśmy
bardzo miło powitani przez Janka, który na wjeździe wręczył nam
butelkę wódki i piwka, które zachachmęcił dla nas z wczorajszej
imprezki, za co byliśmy mu bardzo wdzięczni :-). Kolejny dzień był
niefajny i w ogóle jakiś nudnawy. Na dodatek 13km szutrów pod górkę.
Nie nastraja to wesoło. Na szczęście spaliśmy w niebezpiecznym miejscu
- nad jeziorkiem, gdzie podobno spotyka się rosyjska mafia i gdzie
w ogóle lepiej się nie pokazywać. Nic się nie wydarzyło, ale dreszczyk
emocji był.
Do góry
ROSJA - 7.08 - 12.08
Dzień dojazdu do Petersburga był chyba najbardziej masakrycznym
ze wszystkich do tej pory dni. Było gorąco, jechaliśmy całą grupą,
wolno, wśród samochodów, ciągle zatrzymywaliśmy się na jakieś zwiedzanie
ogrodów, pałaców lub oglądanie pomników Lenina. Jedynym rozrywkowym
aspektem tej ponurej przejażdżki było uwalnianie rowerów z zapięcia
opieszałego Mariusza, któremu trochę przedłużyło się zwiedzanie.
Teraz już wiemy po co rowerzyście na trasie piła :-) W Petersburgu
spędziliśmy dwa dni. Nadrobiliśmy tu nasze zaległości w obcowaniu
z kulturą, przepłynęliśmy się łódką po kanale, pojedliśmy dobrych
rzeczy w średnio klimatycznych, ale za to niedrogich knajpkach,
pospacerowaliśmy po pięknych petersburskich ulicach, popraliśmy
brudy i porządnie się w końcu umyliśmy. Kilka razy obudziliśmy też
babuszkę u drzwi bo kładła się koło północy, a niektórym z nas zdarzyło
się wrócić troszkę później. Przewodniki po Petersburgu liczą po
kilkaset stron, więc poprzestanę na ogólnym stwierdzeniu, że bardzo
nam się tu wszystkim podobało i to nie tylko ze względów czystościowo
kulinarnych. Gdyby nie różne ciemne sprawki z wizami, nawet miło
byłoby tu jeszcze wrócić. Kolejnej nocy mieliśmy dosyć niemiłe spotkanie
z rosyjskimi psami, które chciały nas pogryźć, kiedy przejeżdżaliśmy
przez rybacką wioskę, za którą spaliśmy na prywatnym terenie jakiegoś
ponoć mało sympatycznego pana, który na nasze szczęście wyjechał
10 minut przed tym, jak przyjechaliśmy my. Popróbowaliśmy też wędzonej
rybki od miejscowych rybaków, więc w sumie dzień zaliczyć można
do udanych pomimo wyjazdu z miasta - dostarczył nam nie mniej przyjemności
niż wjazd. Ostatnia noc na rosyjskiej ziemi to impreza urodzinowa
w krzaku, jajecznica i Elvis Presley :-) Całkiem klimatycznie.
Do góry
FINLANDIA - 13.08 - 23.08
Finlandia przywitała nas piękną pogodą, pięknym kempingiem i pięknym
żółtym domkiem z ciepłym, choć podejrzanie wyglądającym prysznicem.
A wieczorkiem kolejna impreza przy ognisku - tym razem pożegnalna.
Bardzo tu dużo ścieżek rowerowych, może nawet za dużo bo przez to
stale się gubimy. Zgubiliśmy się np. jadąc do Kotki i gonił nas
pan na rolkach, żeby naprowadzić nas na prawidłową ścieżkę. W końcu
jakimś dziwnym trafem znaleźliśmy pięciogwiazdkowy kemping w okolicach
którego spaliśmy. Z rana okazało się, że tam nie można, więc Sigitas
powiedział, że w takim razie nie będziemy się tam już więcej rozbijać:-)
Przy wyjeździe z Kotki naturalnie pobłądziliśmy, ale dzięki temu
zwiedziliśmy sklep, dwa supermarkety, stację benzynową i drewniany
kościółek z XIII w. z malowidłami ściennymi przypominającymi dziecięce
bazgrołki. Generalnie nie bardzo pasjonuje mnie zwiedzanie kościołów,
ale ten akurat zwiedziłam z prawdziwą przyjemnością. Zanim dojechaliśmy
do Helsinek zatrzymaliśmy się w Porvo, małej mieścinie ze śliczną
starówką i drewnianymi czerwonymi domkami nad kanałem. Całkiem słodko,
ale strasznie się rozpadało i znowu musieliśmy siedzieć w supermarkecie.
Potem zgubiliśmy się ponownie na wjeździe do Helsinek, a że telefony
padły nam definitywnie, mieliśmy szczęście, że na stacji benzynowej
znaleźliśmy miłego człowieka, który pozwolił nam skorzystać ze swojego.
Wszystko skończyło się dobrze i przed północą byliśmy już na miejscu.
Helsiński rest day spędziłam na kempingu usiłując napisać zaległe
relacje, ale niestety nie bardzo mi się to udało. Skończyło się
na praniu skarpet, myciu włosów, jedzeniu i zgrywaniu zdjęć. Reszta
pojechała do miasta na zwiedzanie "jakiejś katedry, jakiegoś kościoła,
Placu Senackiego i tyle". Potem wydarzył się cos bardzo miłego.
Spaliśmy przy domu wczasowym nad jeziorem. Nie mogliśmy wprawdzie
korzystać legalnie z prysznica, ale jeśli ktoś się dobrze zakręcił
mógł nawet posiedzieć z jakimiś obcymi ludźmi w saunie. W cenę noclegu
wliczone było ogromne i pyszne śniadanie, po którym ciężko było
nam się ruszać, wskutek czego musieliśmy spędzić jeszcze kilka godzin
wygrzewając się w słonku. A później drzemka pod cmentarzem. Ciężki
dzień. Na dodatek wieczorkiem, kiedy już zajechaliśmy w nasz croto-krzak,
obchodziliśmy urodziny Szkockiego Boba. Ognisko i napitki. Następnego
dnia niektórym nielekko było pedałować ze względu na ponoć niską
jakość szkockiej whisky, którą Bob dostał w prezencie. Dostał też
spódniczkę uszytą w nocy przez Marylę z flagi BaltiCCycle. Niestety
nasz solenizant nie zachował się jak prawdziwy Szkot i założył ją
na spodnie. Mimo wszystko wyglądał uroczo, a nawet dosyć uwodzicielsko
w kobiecych łaszkach i z flachą w ręku :-) Kolejne dni to głównie
podróżowanie promami między wyspami archipelagu alandzkiego. Ślicznie
tu, zielono, czysto, wszędzie jakieś zatoczki, łódeczki i małe,
drewniane czerwone domki. Alandy to poza tym dziwne terytorium.
Niby Finlandia, ale mają własny senat, własne znaczki pocztowe,
własne sieci telefoniczne i własne rejestracje samochodowe. Poza
tym wszystko w porządku. Ostatnia noc tutaj to sauna i szarlotka
upieczona przez nasze croto-kobiety.
SZWECJA - 24.08 - 8.08.06
Po Szwecji chyba niewiele osób spodziewało się czegokolwiek dobrego.
Jednak nie można powiedzieć, aby wycieczka po tym kraju nie miała
kilku miłych akcentów. Z pewnością jednym z takich akcentów były
grzyby - rosną tu w zastraszających ilościach, a na dodatek nikt
ich nie zbiera, więc robiliśmy to my i przez tydzień żywiliśmy się
prawie wyłącznie grzybami w różnej postaci i było to całkiem miłe
do czasu, kiedy grzyby zbrzydły nam ostatecznie i patrzeć na nie
nie mogliśmy. W naszym croto-menu znalazły się: placki z grzybami,
jajecznica z grzybami (a raczej grzyby z jajkiem), grzyby w śmietanie,
grzyby w sosie żółtkowo-ketchupowym, kilka rodzajów grzybowych sałatek,
grzyby smażone, grzybowa maź i zupa grzybowa na herbacie truskawkowej
- pychotka:
Dla mnie przyjemna była również noc w nawiedzonej drewutni. Pogubiliśmy
drogę, padał deszcz, na dodatek mgła unosiła się nad łąkami i zrobiło
się ciemno, więc nic nie było widać. Mogliśmy zapomnieć o dalszej
podróży, tym bardziej, że do miejsca noclegu mieliśmy jeszcze 30km.
Na nasze szczęście znaleźliśmy jakąś przeznaczoną chyba do rozbiórki
pracownię stolarską, a w niej 2 styropianowe płyty wielkości mniej
więcej karimat - strasznie brudne, ale było nam już wszystko jedno.
Wleźliśmy przez okno, tą sama drogą włożyliśmy rowery, zjedliśmy
jedzeniowe zapasy, które mieliśmy jeszcze w sakwach, w puste sakwy
włożyliśmy nogi i położyliśmy się spać ubrani we wszystkie nasze
rowerowe łaszki. Niestety zbyt długo nie pospaliśmy, bo albo ktoś
się skradał albo budziło nas zimno. W końcu musieliśmy wstać o 5-ej,
żeby zdążyć jeszcze na map meeting. O poranku jechało się fantastycznie
- mgły, rosa i podtopione łąki, a na śniadanie parówki z jogurtem.
Okazało się, że w tych rejonach szalały ostatnio straszne nawałnice
i do wczoraj niektóre drogi były nieprzejezdne. Tak się złożyło,
że kilka takich dróg natrafili ci, którzy dojechali wczoraj na nocleg
- czyli prawie wszyscy - i musieli jechać po kolana w wodzie. To
jednak dobrze czasem pobłądzić: Jeszcze rano odchodziło jakieś grubsze
odpompowywanie wody z ulic. Straż pożarna w tym kraju nie próżnuje.
Całkiem przyjemne były również ciepłe prysznice praktycznie codziennie
(burżujstwo) i sauny, w których wylegiwaliśmy się z prawdziwą przyjemnością
po długich, zimnych i nierzadko deszczowych dniach. Tylko raz nie
mieliśmy wody i w ogóle ledwo co znaleźliśmy miejsce do spania,
bo czubki w wigwamach w rycerskich strojach przepędziły nas zza
swoich trybun (jakiś festiwal rycerski), kiedy po cichutku chcieliśmy
tam rozstawić swoje namioty. Wskutek tego spaliśmy na niezbyt wielkiej
powierzchni, ale za to na górce i z pięknym widokiem na elektrownię.
W nocy przyjechał jak zwykle spóźniony i oburzony brakiem znaków
(które oczywiście były) nasz Latający Holender - Jacobs i jak zwykle
musiał się z nami podzielić fascynującymi opowieściami ze swojego
rowerowego życia. Jacobs biedactwo jeździ z dwoma kompasami i zestawem
map, a mimo to jest mistrzem w gubieniu się i nie przyjeżdżaniu
na noc. Nie mamy się nawet co z nim równać. Wyrosła nam również
konkurencja w późnym wyjeżdżaniu. Najpierw był to Piotrek, który
coś tam przy sakwach z rana kombinował, coś przekładał, przepakowywał,
to poszedł sobie wody nabrać do bidonu, no i przyznać trzeba, że
bliski był już mistrzostwa, kiedy to jednak pojawił się Siergiej,
z którym już nikt nie mógł konkurować. Siergiej przechadzał się
po obozowisku wolnym krokiem paląc papieroska, popijając piwko,
od czasu do czasu zatrzymał się pod drzewkiem, przy krzaczku, popatrzył,
pozwiedzał, no i nie było rady na Siergieja: Zarówno Piotrek jak
i ja z Adamem musieliśmy pogodzić się z przegraną.
Co jeszcze zapamiętamy ze Szwecji? Ja z całą pewnością żelki i orzeszki
cashew, które stanowiły tu (oprócz grzybów oczywiście:) moje główne
pożywienie. Szwedzkich dziadków tłumaczących nam po szwedzku jak
jechać. Poranny chłodek. Straszliwe wiatry, które jak by nie jechać
wiały nam w twarz. Brak działów z napitkami w sklepach. Kilka imprez
pożegnalno-urodzinowych. Dwa Rest day'e, które upłynęły nam, jak
nietrudno się domyślić, na gotowaniu jakichś grzybowych przysmaków.
Ładne widoki. Pewnie jakieś zwiedzanie, o którym nie wiem. Hutę
szkła, w której spędziliśmy dużo czasu, bo było tam ciepło i przytulnie,
a na zewnątrz zimno i deszcz. Autostrady, którymi czasami trzeba
było przemknąć wpadając przy okazji w troskliwe ręce szwedzkiej
policji, pilnującej porządku i bezpieczeństwa na drogach. Wczesne
spanie - z braku rozrywek na szwedzkich kempingach. Wyludnione miasta
- trzeba się dobrze naszukać, żeby spotkać tam kogokolwiek na ulicy.
A jeśli już się to uda, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że
będzie to stary człowiek z balkonem udający się po zakupy do supermarketu.
Bo normalnych, mniejszych niż supermarket sklepów też tam raczej
nie ma. Co za kraj: Jedno z bardzo niewielu w nim klimatycznych
miejsc, jakie spotkaliśmy - mała sklepo-antykwariato-kawiarnia,
do której trafiliśmy chroniąc się przed ulewą. Oprócz puszki kukurydzy
i ciastek można tam było kupić czyjeś prywatne kalendarzyki z zapiskami
sprzed stu lat, jakieś równie stare pocztówki, kalosze, zabawki
i inne przydatne przedmioty codziennego użytku. Siedzieliśmy tam
ze 2 godziny wyjadając cukier z cukierniczek, popijając ciepłą herbatkę
i ogólnie robiąc straszne błoto. W rogu pokoju stał wielki oświetlony
domek dla lalek, na ścianach wisiały japońskie ozdoby, stare fotografie
szkolne i lustra, a za ścianą płakały dzieci bo lokal był częścią
czyjegoś domu. Strasznie sympatycznie. W końcu przestało padać i
po około 3ch godzinach pojechaliśmy dalej. Drugim i ostatnim w tym
kraju miejscem z klimatem był mały drewniany kościółek w okolicach
Karlshamnu, który zwiedziliśmy bardzo dokładnie wchodząc na zakrystię,
a także na ambonę. Chyba nie powinniśmy. Adam zapamięta też zapewne
osę, która użądliła go u usta, po czym nie był już taki ładny:*
No i nie można pominąć porzeczkowej wódki Explorer - najohydniejszej
rzeczy, jaką piliśmy od długiego czasu. Bo w ogóle od dawna mało
co piliśmy. Na szczęście było jej mało. Tak samo jak wódeczki morelowej
i kminkowej, które zjawiły się później. Były ponoć jeszcze gorsze
niż 80-o-procentowa wódka estońska, ale pod grzyby (oczywiście:)
wchodziła nie najgorzej. Jest też Danute - nasz oryginał. Nie dość,
że bosko miesza języki (np: "Zupę maybe you want someone?":)),
to jeszcze jest tak zakręcona, że podczas przeprawiania się promem
ze Szwecji do Danii najpierw wsiadła na prom do Norwegii i juz prawie
odpływała, a potem zagapiła się i nie wysiadła z już dobrego promu
w Danii, wskutek czego wróciła do Szwecji i musiała się gęsto tłumaczyć,
żeby jej pozwolili płynąć jeszcze raz: Na koniec - nasz kierowca
i pchanie samochodu. Kierowcę na pewno zapamiętamy na długo i z
całą pewnością wspomnienia te do najmilszych należeć nie będą, a
pchanie samochodu to tylko część tej długiej i niezbyt wesołej historii.
Tak było. Wyprawę zakończyliśmy 8.08 w Kopenhadze. Wspólne zdjęcie
pod ratuszem i porządna pożegnalna impreza, na której w końcu porządnie
się najedliśmy i jeszcze porządniej napiliśmy. I długo nieobecny
poranny kacyk:
A jakie plany na przyszłość? Za rok - najprawdopodobniej Turcja,
a za dwa - jedziemy do Chin na olimpiadę - z Grecji - żeby było
ciepło i przyjemnie. Gorąco zapraszamy!
Do góry
:: Galeria

Do góry
:: Zapowiedź wyprawy

Dołącz
do nas na dowolnie wybranym odcinku!
Poczuj smak CROTO-wyprawy!
Wyprawę rozpoczniemy 30 czerwca w Kopenhadze, następnie będziemy
jechać wzdłuż wybrzeża Bałtyku na terenie Danii, Niemiec, Polski,
Obwodu Kaliningradzkiego, Litwy, Łotwy, Estonii, Rosji, Finlandii
i Szwecji, aby zakończyć trasę po 71 dniach, docierając ponownie
do Kopenhagi. Długość trasy to około 4000 km. Główna jej część pokrywać
się będzie z europejskim szlakiem rowerowym EuroVelo nr 10.
Każdy sam może stworzyć swoją wersję podróży! Wybierz z trasy Dookoła
Bałtyku odcinek, który najbardziej Ci odpowiada i dołącz na jeden
dzień, jeden tydzień lub też weź udział w całej wyprawie!
Udział w wyprawie może wziąć każdy - nie ma żadnych limitów wiekowych.
Trasa jest tak opracowana, by pokonać mogli ją wszyscy. Zapewniamy,
że profesjonaliści nie będą się nudzić, zaś "niedzielni"
rowerzyści nie wyzioną ducha ze zmęczenia. Każdy uczestnik otrzyma
mapę z zaznaczoną trasą i miejscami wartymi odwiedzenia. Nie ma
jednego dużego "peletonu". Każdy sam decyduje jak szybko
będzie jechał. Celem jest dotarcie na wyznaczony nocleg, a nie czas,
w jakim się go osiągnie. Zazwyczaj podróżuje się zatem w kilkuosobowych
grupkach a wszyscy spotykają się dopiero na miejscu noclegu (głównie
są to pola namiotowe). Dzienny dystans trasy to ok. 80-90 km. Uczestnikom
cały czas towarzyszy samochód serwisowy. W razie awarii sprzętu,
telefon do serwisanta podany jest na mapkach. Nie ma konieczności
ciągłego wożenia sakw/plecaków na rowerze. Organizujemy samochód
transportujący bagaże za dodatkową opłatą. Natomiast nie zapewniamy
namiotów ani żadnego innego sprzętu.
Wszystkie szczegóły na stronie www.bicycle.pl
start: Kopenhaga - 30 czerwca
meta: Kopenhaga - 8 września

Opłata za udział w wyprawie pokrywa noclegi oraz koszty organizacyjne
(mapy, sprawdzenie trasy). Wszelkie inne koszty (np. wyżywienia,
ubezpieczenia) uczestnicy ponoszą indywidualnie. Aby sprawdzić dokładnie
swój koszt wyprawy skorzystaj z kalkultora opłat.
Do wyprawy można się dołączyć w każdym momencie jej trwania i pozostać
na dowolnie długi odcinek. Sprawdź trasę wyprawy i dołącz się "gdzieś
po drodze".
Wszystkie szczegółowe informacje, formularz zgłoszeniowy, a także
relacje uczestników poprzednich wypraw znajdują się na stronie www.bicycle.pl.
W przypadku dodatkowych pytań p rosimy
o kontakt na adres info@bicycle.pl
DO ZOBACZENIA NA SZLAKU!
Kontakt:
Stowarzyszenie Podróżników CROTOS - Travellers' Association
ul. Pustelnicka 48/24
04-138 Warszawa
adres do korespondencji:
Stowarzyszenie Podróżników CROTOS
skr. nr 39, 00-954 Warszawa 84
kontakt tel:
0 693 324 794, 0 500 739 013 - Joanna Mikulska
0 602 654 123 - Ewa Świderska
e-mail: info@bicycle.pl
http://www.bicycle.pl
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|