Relacja
"W tych górach mieszka sto narodów, które zawsze ze soba prowadzily
wojny. To zaulek swiata zamkniety na cztery spusty, odciety przez
dwa morza (...), zabarykadowany przez niebotyczne pasma gór. Kto
tu dotrze? Kto odwazy sie wejsc w glab?"
(Ryszard Kapuscinski)
Hmm... My? Ba, na sam szczyt nawet, heh.
Każda tego typu wyprawa wiąże się z dość długimi i kompleksowymi
przygotowaniami. Pomińmy więc opis rocznej harówy (przez którą Szpila
musiał się spotkać z gronem akademickim we wrześniu), szukania sponsorów,
planowania, analizowania, dokształcania w obcych dialektach, pakowania,
modernizowania rowerów, załatwiania wiz, ubezpieczania i nocnego
przesiadywania z nosem w mapach (i z piwem w ręku). Na początku
lipca 2006 byliśmy gotowi.
Już
w drodze na dworzec okazało się, że masa sakw zamieniła nasze rowery
w toporne kobyły (60kg sic!). Ponadto po raz pierwszy zaopatrzyliśmy
się w sakwy i bagażnik typu low rider, dzięki którym uzyskaliśmy
promień skrętu barki rzecznej. O przysłowiową glebę nie było trudno
i w ciągu pierwszych kilku godzin jazdy, niemal na nowo uczyliśmy
się jeździć na rowerze.
Załadowanie
tego całego majdanu do przedziału, było nie lada wyzwaniem . Rowery,
sakwy, worki, plecaki, jakieś siatki z żarciem i na koniec jeszcze
my. Cały przedział był nasz, czy się to komuś podobało, czy nie.
W drodze do Przemyśla czekała nas przesiadka w Krakowie. Do następnego
pociągu mieliśmy jeszcze dwie godziny, które wykorzystaliśmy na
pośpieszne zwiedzanie Starego Miasta. W ten rześki lipcowy poranek
Kraków wywarł na nas urzekające wrażenie. Największą zaletą zwiedzania
o 4 nad ranem jest brak turystów. Byliśmy tylko my, Kraków i gołębie.
Prędko zleciał czas i przyszło powtórzyć wyczyn pakowania się do
przedziału (niejaką sprawność udało nam się w tej kwestii wypracować).
Z Przemyśla udaliśmy się na granicę Polsko – Ukraińską w
Medyce. Tu zaczęło się piekło. Miły pan celnik zawrócił nas z przejścia
samochodowego na piesze. Wpakowaliśmy się z tym naszym całym tobołem
w kilometrową kolejkę, żywo przypominającą te z czasów głębokiego
kryzysu PRL. I ludzie też podobni. Setki mrówek m.in kobiet, które
na oko wiek emerytalny osiągnęły gdzieś w okolicach naszych narodzin,
wściekle pchających się do przodu. Byle czym prędzej znaleźć się
na Ukraińskiej stronie, by po raz wtóry obkleić się paczkami fajek
wszelkiej maści i rodzaju. Masakra. Zostawiliśmy tam sporo nerwów
i potu, za to zyskaliśmy liczne sińce na żebrach (niesamowita jest
wola przetrwania takiej babci). Udało się. Hehe, miny mieliśmy nietęgie
po tym przedstawieniu. Z obawą zastanawialiśmy się co nas czeka
dalej? Szybka wymiana zielonych na ichnie Hrywny, kierunek Lwów
i jazda.
Lwów jest pięknym miastem, choć mając świeżo w pamięci obraz Krakowa,
stwierdziliśmy, że jest też bardzo zaniedbany. Największe wrażenie
robią Polskie akcenty, które można napotkać na każdym kroku. Kamieniczka
Polskich mieszczan, pomnik Mickiewicza, tablica na ścianie kamienicy
w ojczystym języku, a przede wszystkim Cmentarz Łyczakowski gdzie
żołnierz Kościuszkowski leży obok powstańca listopadowego i Orląt
to tylko niektóre ze świadectw polskiej historii Lwowa.
Ukraina
jak okiem sięgnąć zasłana jest polami. Po kilku dniach jazdy uzyskaliśmy
pewność, że tylko i wyłącznie polami niestety. Wyjątek na naszej
trasie po tym nudnym jak flaki z olejem kraju, stanowił odcinek
biegnący wzdłuż granicy z Mołdawią no i Krym. Napotkaliśmy tam górzyste
pasmo Karpat i lasy. Piękne widoki jak zwykle okupiliśmy litrami
wylanego potu na podjazdach. Było warto. Kiedy odbiliśmy od Karpat,
zaczęła się nicość, pola po horyzont z każdej strony, a my „mkniemy”
po czymś, co na mapie zaznaczone jest jako droga ekspresowa, tylko
co robi ten piach i żwir (sic!) pod kołami? Drzew nie ma, wody brak,
miast żadnych, nawet wsi to też za dużo powiedziane.
Raptem kilka chałup co kilkanaście kilometrów. Trochę zaczął nużyć
nas ten krajobraz. W zasięgu wzroku tylko słoneczniki, pszenica,
żyto, pszenica, słoneczniki, jakaś zieleń, jeleń, znowu słoneczniki.
Z braku laku, spać też musieliśmy pomiędzy słonecznikami. Niby to
nic strasznego, ale jak się szybko okazało słonecznikowe pole to
świetne siedlisko dla latających sadystów - komarów. Ukraińskie
noce wyglądały tak: upał, obleśnie parno, wszystko w namiocie się
klei, pływa niemal, a na zewnątrz niezmordowana, brzęcząca chmura
unosząca się nad moskitierą. Jej otwarcie groziło śmiercią - wyssałyby
z nas ostatnią kroplę krwi. Skoro i tak pospać nie było nam dane,
to wpuszczaliśmy te sukinsynki małymi partiami do środka i mordowaliśmy
z zaciekłością, jakiej nie powstydził by się Jules i Vincent z Pulp
Fiction:] Krwawe mazy na ścianach namiotu zachowały się po dziś
dzień (mimo prania). Środek nocy, na jakimś zapomnianym przez boga
i ludzi polu, dwóch kolesi tłukących z fanatyzmem przez godzinę
w ściany namiotu… no przyznać trzeba, osobliwy to był widok.
Przerobiliśmy spanie na polu słoneczników (marny pomysł), żyta
(kłuje), zaoranej ziemi (wiadomo, deski nie przypomina) i
zagajniku małym, jedyne skupisko około 100 drzew, jakie napotkaliśmy
w drodze na Krym (pomijając Karpaty). Noc się pięknie zapowiadała
bo w końcu mieliśmy okazję rozpalić wieczorne ognisko, więc i chleb
był z kija i herbata z wódką, nawet do komarów zdążyliśmy przywyknąć.
Po sytej kolacji udaliśmy się na spoczynek i prawie już spaliśmy
gdy z oddali dobiegł nas odgłos syren. Nawet sobie zażartowaliśmy,
że to pewnie straż wezwali do naszego ogniska. Po 5 minutach mina
nam zrzedła, kiedy cała wieś zaczęła z latarkami ganiać po polach
i szukać naszego ognia, który dawno już zgasiliśmy. Przez dobrą
godzinę wraz ze strażą przeszukiwali okolicę, a my próbowaliśmy
razem z naszym żółtym (sic!) namiotem, zlać się z otaczającą nas
zielenią. Na szczęście nas nie wypatrzyli! Już ogień z naszej ręki
nie zapłonął na tej Ukraińskiej ziemi (nie licząc kuchenki).
Ludzie na Ukrainie są trochę nieufni i trzeba czasu by ich do siebie
przekonać. Podobnie jak Rosjanom, dziesiątki lat komunizmu namieszało
w głowach, jest to bariera, którą nie łatwo pokonać. Jednak kiedy
już raz zapałają do ciebie sympatią, to ciężko o bardziej serdecznych
i pomocnych ludzi. Żadnej przykrości ni krzywdy nie zaznaliśmy z
ich strony, ba wręcz przeciwnie. Raz zaskoczeni przez gradobicie
(i to nie jest sarkazm) zmuszeni byliśmy szukać noclegu w pobliskiej
wiosce. Gdy poprosiliśmy gospodarza pierwszego napotkanego domu
o schronienie, ten zaprosił nas do środka, dał pokój, nakarmił i
napoił. A że gościnność jest podobna do naszej, to napoił nas oczywiście
procentami. Miał ich sporo, był właścicielem jedynego w wiosce sklepu.
Zaraz też zeszła się cała liczna rodzina z pobliskich domostw i
tak nocy kawał przegadaliśmy, przejedliśmy, przepiliśmy. A rozmawiało
nam się tym płynniej im więcej w nas wlewali. Tu warto wtrącić małą
dygresję na temat języka. Nasza znajomość rosyjskiego opierała się
na alfabecie i kilku zwrotach nabazgranych przez kumpla na kratce.
Niby wystarczało, ale jak Szpila poszedł umyć zęby po suto zakrapianej
kolacji, to zamiast pasty do zębów, użył tej do golenia i raczej
nie była to wina alkoholu, ino krzaczków na tubce;)
Dwa dni później, przejeżdżając przez wioskę pośrodku pustkowia,
przystanęliśmy przy studni, aby zaczerpnąć wody. Podszedł do nas
starszy mężczyzna i spytał z jakiej jesteśmy planety. Jak już mu
wszystko objaśniliśmy, popędził do domu, wrócił wciskając nam 20
Hrywien, bochen chleba, pomidory, cukierki i flaszkę wódki! Coś
niespotykanego, dla takich właśnie chwil warto tak napierać:)
W naszej pamięci zachowamy też Olega. Spotkaliśmy go pod wieczór
w przydrożnym sklepie. Zainteresował się nami, bo sam jeździł zawodowo
jako kolarz w Portugalii. Zaproponował nam nocleg u siebie w domu,
w pobliskim miasteczku. Niepewni, pojechaliśmy za Jego Ładą. Ugościł
nas w swoim mieszkaniu, w proradzieckim bloku. Z wielką radością
umyliśmy i ogoliliśmy się w ciepłej wodzie, ledwie też zdążyliśmy
wrzucić pranie a już Oleg wyciągał nas na wino do knajpy. Wpakowaliśmy
się do Łady z dwoma jego kumplami Igorami ( wyglądali dokładnie
tak, jak się nazywali) i ruszyliśmy w noc. Ulice ciemne (miasta
na wschodzie nie są oświetlane), jedyne światło dawała nam migocząca
żółto lampka wewnątrz samochodu. Za brudnymi szybami przesuwały
się ciemne sylwetki, jakaś dziwna muzyka sączyła się z radia, zapomniane
zaułki, pomnik Lenina, czołg na postumencie. Niesamowity klimat.
Siedzieliśmy do późna w knajpie sącząc trunki i zagryzając je suszonymi
rybami (coś jak nasze chipsy, tylko nie z ziemniaków;). Następnego
dnia Oleg zostawił nam klucze do mieszkania i powiedział, że musi
jechać na kilka dni, bo ma zlecenie i że możemy zostać jak długo
chcemy...odebrało nam mowę. Podziękowaliśmy serdecznie za okazaną
nam dobroć i gościnę, po czym ruszyliśmy w drogę.
Napotkani ludzie obalili nasze wyobrażenie o wschodniej kulturze.
Większość osób z jakimi mieliśmy kontakt okazała się bardzo przyjazna
i pomocna, trzeba tylko zachować ostrożność i zdrowy rozsądek jak
wszędzie i tyle.
Mknąc przez Ukraińskie pustki, dojeżdżając na Krym spotkaliśmy
Marino - Włocha, który na pieszo zmierzał do Japonii. W te i nazad.
Szedł już pół roku, okrążając M. Czarne. Całą wyprawę planuje na
5 lat! Porozmawialiśmy trochę, uścisnęliśmy sobie dłoń, jeszcze
pamiątkowe zdjęcie i znowu na trasę. Dobrze spotykać takich ludzi
- uświadamia nam to, że nie tylko nam tak blachy pogięło.
Po dwóch tygodniach pedalowania dotarlismy na Krym i tu w koncu
krajobraz sie nieco urozmaicil: górki, lasy, wypalane trawy i coraz
wiecej turystów. Rzecz jasna z Rosji. Slonce nie dawalo nam wytchnienia,
pilismy hektolitry wody, starajac sie omijac kaluze roztopionej
smoly. Wszystkie drogi doslownie plywaly. Nieraz trzeba bylo przystanac
i patykiem wygrzebac cale to lajno z opon. Nad wybrzezem juz zupelna
komercja, w stylu wschodnim oczywiscie. Butiki z jakimis gadzetami
do plywania, sportowe kabriolety, kobiety w bikini, a zaraz obok,
nad sama plaza, obdrapany, 4 pietrowy blok marki radzieckiej, wokól
którego chodzila jakas stara, przygarbiona babinka i rozwieszala
pranie, a kury biegaly jej pod nogami. Niesamowite kontrasty.
W końcu zaznaliśmy cudownego uczucia kąpieli!!! Co za odmiana od
mycia się co wieczór w półtorej litra wody z butelki. Ciężko opisać
naszą radość. Coś pięknego. Czysta woda, na tyle ciepła, że można
było w niej siedzieć cały dzień. Tak przeminęła nam Ukraina i znaleźliśmy
się na granicy morskiej z Rosją. Dziwne uczucie niepewności towarzyszyło
nam gdy czekaliśmy na prom. Cała podróż trwała może ze 20 minut.
Kiedy otworzyła się furta promu po stronie Rosyjskiej, razem z nią,
opadły nam szczęki. Naszym oczom ukazał się wysoki mur z wieżyczkami
strażniczymi, z których złowrogo spoglądali na nas żołnierze z kałachami.
Cały mur zwieńczony drutem kolczastym. Na dole wartownicy z psami
i karabinami. Wszyscy śmiertelnie poważni. Zaraz obok bocznica kolejowa.
Żołnierze w niemal galowych mundurach, co dodawało powagi (za to
powagę odbierały im te komiczne czapki wielkości talerza satelity).
Wszystko przypominało raczej obóz, niż przejście graniczne. Nie
było odwrotu. Razem z naszymi maszynami poszliśmy za sznurem ludzi,
do miejsca odprawy. A tam celnicy trzepali każdy tobołek, samochód,
autobus. Wszystko. Kiedy dotarliśmy do okienka i pokazaliśmy nasze
paszporty, strażnik spojrzał na nas i zapytał się oschle: dokąd?!
My: na Kaukaz. Starając się ukryć zdziwienie zawołał przełożonego,
po czym cały dialog się powtórzył. Przełożony uśmiechnął się, po
czym powiedział "Pojebani, ale fajni" (cytat, wiec wybaczcie słownictwo)
i puścił nas bez kontroli bagażu. Udało się! Jesteśmy w Rosji i
jeszcze żyjemy!:]
Ruszyliśmy
szczęśliwi drogą wzdłuż M. Azowskiego. Miejsce na noc znaleźliśmy
wyśmienite, nad samym brzegiem morza. Przy kolacji (rosyjskie pierogi
są genialne) towarzyszył nam piękny zachód słońca. Jeszcze tylko
kąpiel (Szpila twierdzi, że widział latającą rybę) i spać. Rano
na śniadanie słodka kawa i jakieś kanapki. W tym czasie odwiedziły
nas dzieci z pobliskich domków letniskowych. I tu a propos pozostałości
po latach czerwonych i chudych. Kiedy dowiedziały się, że jesteśmy
z Polski, spytały: gdzie ta republika rosyjska leży? Aż się chciało
wziąć przez kolano i przetrzepać tyłek;).
Rosja, w każdym razie na pewno jej południowe rubieże, usłana jest
licznymi posterunkami milicji. Przed każdym większym miastem, miasteczkiem,
albo po prostu od tak, na środku szosy, w szczerym polu. Wszystkie
wyglądają prawie tak samo. Budynki przeważnie okrągłe, z furtami
strzelniczymi na około, oświetlone w nocy reflektorami takimi jakich
używa się na stadionach, z kamerami, progami zwalniającymi i czasami
przy dojeździe z betonowymi stanowiskami na CKM. Milicja była wszędzie.
Skoro nie mogliśmy jej uniknąć, zawsze zwracaliśmy się do niej,
czy to z zapytaniem o drogę, czy to z prośbą o rozbicie namiotu
przy posterunku. Nasza strategia wydawała się działać. Milicjanci
byli w takim szoku, że turyści się do nich zwracają, iż służyli
szczerą pomocą i radą, natomiast kompletnie nie wykazywali zaciekawienia
naszymi dolarami. Może nam po prostu dobrze z oczu patrzy, ale ani
razu nie wręczyliśmy łapówki (to się chyba kwalifikuje do jakiegoś
rekordu). Nawet pewnego razu komendant zaprosił nas na komisariat
na kawę i ciasto (wyśmienite swoją drogą). Porozmawiał, doradził,
pokazał nam pisklaka, którym się opiekował, poczym dał nam na drogę
mineralke z milicyjnych zapasów hehe. Niesamowite.
Teraz coś o biurokracji w Rosji. Otóż każdy (czy to obywatel czy
przyjezdny) jest obowiązany do każdorazowego meldowania się, przy
zmienie miejsca pobytu. Taki meldunek jest niezbędny do poruszania
się po kraju. Totalna kontrola. Jeśli zdarzyło by się tak, że na
blankiecie nie masz meldunku, albo masz meldunek w miejscu, od którego
jesteś oddalony o powiedzmy 100 km, to jesteś, że użyje metafory,
po uszy w szambie i robisz przysiady. Tylko ustawodawca nie przewidział
takiego wypadku, że ktoś będzie się poruszał po kraju na rowerze,
z namiotem i to w celach turystycznych. No i jak się tutaj zameldować
w namiocie? Od przekroczenia granicy mieliśmy 3 dni na wbicie pieczątki
urzędu wizowego. Trochę nam zajęło przedstawienie naszego skomplikowanego
położenia, po czym miła urzędniczka zameldowała nas u siebie w domu
(śmiejąc się że tak naprawdę nie ma tam miejsca nawet dla kota).
Tym sposobem mieliśmy spokój na kolejne 3 dni. Pomijając perypetie
długie i mało ciekawe, kolejną pieczątkę otrzymaliśmy już na Kaukazie,
w Tyrnymuazie. Pieczątka w tym akurat miejscu jest magiczna, bo
jej okres ważności jest równy z okresem ważności wizy.
Ludzie są bardziej nieufni niż na Ukrainie, ale kiedy już się do
ciebie przekonają potrafią być bardzo serdeczni. Żadnej krzywdy
na wschodzie nie doznaliśmy, czego najbardziej się obawialiśmy.
W Kropotkinie, miasteczku w którym się rejestrowaliśmy, połowę nocy
przesiedzieliśmy na głównym placu przy dworcu, gdzie miejscowa młodzież
(mniej więcej w naszym wieku) urządziła nam imprezę z piwem i suszonymi
rybami, heh. Było naprawdę sympatycznie.
Zbliżając się do Kaukazu, zastanawialiśmy się co zrobić z rowerami
podczas wejścia na Elbrus. Z pomocą przyszedł nam jak zwykle los,
i wcale nie był ślepy. Szukając noclegu pośród ogródków działkowych
poznaliśmy Karego, Ormianina
wypoczywającego wraz z rodziną w okolicznej daczy. Zaprosili nas
na przepyszną kolację, podczas której okazało się, że Kary jest
taksówkarzem. Zaproponował więc swoją pomoc. Rankiem zamknęliśmy
rowery w jego szopie, zapłaciliśmy za paliwo i ruszyliśmy taksówką
do Tereskola, ostatniej wioski u podnóża góry.
Kaukaz. Nareszcie! Niesamowite. Dookoła groźnie wyglądające, ośnieżone
góry. Wygięte sosny świadczyły o potężnych zimowych lawinach. Po
zaopatrzeniu się w prowiant i zarejestrowaniu w ichnim GOPRze, ruszyliśmy
w górę. Jeszcze szybkie odbicie w las, na wystruganie kijków trekingowych.
Nie spotkaliśmy nikogo, kto by zaczynał podejście od samego podnóża.
Wszyscy ‘alpiniści’ czekali na kolejkę, która wciągała
ich na prawie 3.5 tyś metrów. Szliśmy do godziny 18, zatrzymując
się na nocleg na wysokości około 3000 m n.p.m. Niedaleko nas aklimatyzowała
się ekipa z Kazachstanu.
Zaprosili nas nawet na ognistą wodę, ale niestety nie skorzystaliśmy,
gdyż chcieliśmy jak najprędzej stanąć na wymarzonym szczycie. Po
dość spokojnej nocy ruszyliśmy dalej. Od tej pory bez raków iść
się nie dało, zaczął się lodowiec. Pogodę mieliśmy idealną. Nie
wiało, a niebo było bezchmurne. Nie szliśmy szlakiem, drogę wyznaczała
nam druga stacja kolejki. Kiedy tam dotarliśmy, energia dalej nas
rozpierała. Szybka kawa z termosu, baton do smaku i dalej w drogę.
Na kolejny nocleg wybraliśmy Skały Pastuhowa, zostawiając za sobą
Beczki (cysterny wciągnięte jakimś sposobem i zaadaptowane na schronisko)
i ostatni schron, Priut 11. Obok niego znajduje się jeszcze stare,
spalone schronisko. Zostały same ściany, ale z powodzeniem można
rozbić tam namiot i bezpiecznie zasnąć, nie martwiąc się o wiatr
i spadające kamienie. Obok nas rozbijała się jeszcze grupa radzieckich
gwiazd Alpinizmu, jak wynikało z rozmowy. Powaga, to były dziadki,
jeden z Nich miał buty z rakami z 1947 roku! RESPEKT!
Przyrządzenie kolacji na takiej wysokości wymaga nie lada cierpliwości.
Roztopienie lodu na kuchence trwało nieznośnie długo. Raz na posiłek,
a potem jeszcze wieczność na gorącą herbatę. Wszystko wynagrodziły
nam jednak widoki: zachód słońca ponad chmurami, po horyzont jedynie
ośnieżone, majestatyczne szczyty gór. Dla takich obrazów warto było
tłuc się taki kawał drogi. Nocleg na ok. 4690 m.n.p.m (różne mapy,
różne wysokości) dał się lekko we znaki. Niespokojny sen nie był
jedynie wynikiem wysokości. Co jakiś czas z górnej partii lodowca
staczały się głazy i kamienie. I tak leżąc, nasłuchiwaliśmy czy
czasem nam coś na głowę nie leci. Bezwiednie wstrzymywaliśmy oddech
i wytężaliśmy słuch, dokonując szybkiej analizy trajektorii lotu:
walnie, czy nie walnie? Uff, przeszło bokiem, można spać dalej;]
Pobudka o godzinie 2 w nocy była koszmarem. Wyjście z ciepłego śpiwora
na mróz -15°C było torturą. Nieprzytomnie, niemal automatycznie
rozpoczęliśmy proces gotowania wody na kaszkę i ciepłą herbatę.
Dobiegały nas odgłosy mozolnie wspinających się ratraków, z rzeszą
ekip międzynarodowych twardzieli. Bo wiedzieć wam trzeba, że za
kilkanaście dolarów mogą Ciebie wciągnąć drogi czytelniku na wysokość
prawie 4000 m.n.p.m. No i zaczęła się wędrówka ludów. Światła czołówek
mówiły nam, ile to ludzi nas mija w pochodzie pod górę. Po spakowaniu
prowiantu, zostawiliśmy nasz ukochany pomarańczowy domek i rozpoczęliśmy
atak szczytowy. W drodze na przełęcz mijaliśmy po kolei ekipy: Japończyków,
Australijczyków, Rosjan, Włochów, Francuzów, i jednego gościa z
Chile, no tygiel niesamowity. Jakąś godzinę po wyjściu z namiotu
zaczęło wstawać słońce. Prawie wszyscy stanęli z zapartym tchem,
obserwując magiczną wędrówkę słońca. Mozolnie pięliśmy się pod górę,
starając się utrzymać spokojny oddech. Wraz z wysokością każdy kolejny
krok był coraz trudniejszy. Na przełęczy zrobiliśmy sobie 15 min
odpoczynek, gdyż czekał nas najtrudniejszy odcinek wspinaczki. Stroma
i wąska ścieżka budziła respekt. Ostrożnie zaczęliśmy podejście,
przystając co kilkadziesiąt, a potem co kilkanaście kroków. Było
ciężko. Patrzyliśmy
tylko na kolce naszych raków, wbijające się w lód. Jeszcze tylko
kawałek. Kiedy zobaczyliśmy wierzchołek, już wiedzieliśmy, że nic
nas nie powstrzyma. Na szczyt prawie wbiegliśmy. UDAŁO SIĘ!!! Byliśmy
pijani ze szczęścia (a może z braku wystarczającej ilości tlenu
docierającego do mózgu, heh). Oszołomieni łapczywie chwytaliśmy
wzrokiem wszystko w jego zasięgu. A było tego sporo, w końcu staliśmy
na wierzchołku najwyższej góry Europy!! Niebo było bezchmurne, tylko
małe obłoczki przesuwały się gdzieś poniżej.
Zejście do skał Pastuhowa okupiliśmy potężnym bólem głowy (udar
słoneczny), gorączką a Ciaho korzystając z okazji nawet zwymiotował.
W namiocie byliśmy już w południe. Łyknęliśmy po aspirynie, zawinęliśmy
się w śpiwór i tak do późnego popołudnia dochodziliśmy do siebie.
Za to przy kolacji humor mieliśmy doskonały. Postanowiliśmy spędzić
jeszcze jedną noc na skałach i następnego dnia zejść na sam dół.
Tej nocy zasnęliśmy snem twardym i sprawiedliwym;). Zejściu do Tereskola
zajęło nam cały kolejny dzień. Rozbiliśmy się jeszcze na jedną noc
na polu namiotowym prowadzonym przez ichni GOPR (Horna Służba –
zapis fonetyczny:). Spotkaliśmy tam studentów z Krakowa. Wymieniliśmy
z nimi wrażenia i udaliśmy się na spoczynek, wieczór spędzając ze
szwajcarem w dłoni, przekuwając pęcherze, heh.
Kiedy Kary przywiózł nas z powrotem do swojej daczy, czekała na
nas uczta iście królewska. Razem z Jego rodziną ucztowaliśmy pod
gołym niebem do późnych godzin wieczornych. A na deser stół zastawiony
arbuzami i wódką Putinką do zapicia.
Spało się niebiańsko.
Zaczęła się droga powrotna. Po dotarciu do Mineralnych Vod, okazało
się, że nie dostaniemy biletów bezpośrednio do Lvova. Kilka kolejnych
dni spędziliśmy więc w rosyjskich pociągach, przesiadając się w
Rostowe nad Donem, w Charkowie i zahaczając o Kijów. Tak w wielki
skrócie dotarliśmy do domu. I tu słów kilka o Rosyjskich (ogólnie
wschodnich) kolejach. Same wagony są znacznie szersze niż nasze,
i nie są podzielone na przedziały. Pod sufitem mieliśmy dość miejsca
na rowery i wszystkie sakwy. Mogliśmy więc spokojnie wyciągnąć się
na łóżkach i spać przez większość drogi, skutecznie podlewając nasz
sen winem z kartonu i piwem w 2L plastikowych butelkach (okrutny
gorąc panuje w środku lata w takim pociągu, pociliśmy się więc jak
szczury). Ponadto za plackartę na całą trasę z Rosji do Polski zapłaciliśmy
tyle co za bilet z Gdańska do Zakopanego, przy czym komfort podróżowania
znacznie przemawia na korzyść Rosjan. W trakcie tak długiej podróży,
zdążyliśmy odpocząć, 30 razy obejrzeć wszystkie zdjęcia w aparacie,
zmienić poparzoną skórę na twarzy i objeść wszystkich w naszym wagonie
z suszonej ryby:) Przez granice z Polską musieliśmy przeszmuglować
po wagonie fajek, bo inaczej kierowca nie wziąłby naszych rowerów,
ech bez komentarza.
Zakończyła się kolejna nasza eskapada. Kolejne wyzwanie, kolejna
przekroczona granica i przede wszystkim kolejne spełnione marzenie.
Następne już czeka na realizację…Ameryka Południowa…
Ale hola, wpierw trochę potu, łez i cierpliwości.
Znowu trochę dalej, trochę wyżej, najważniejsze by najpierw przełamać
barierę w swojej głowie, to pozwala nam napierać ciągle przed siebie
i realizować wymarzone cele. Tego również Wam życzymy!! PODRODZE
Wam wszystkim!!
Trasa
Trasa naszej podróży:

Do góry
|
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|