Wyprawa rowerowa nad Morze Czarne

Na skróty : Sprzęt | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie | Instrukcje | Humor | Gry | Programy | Giełda | Trasy | Więcej »

:: Informacje ogólne

Opis zdjecia Tomasz Dąbrowski (Sobótka): student Informatyki UWr. (autor tekstów)
- zainteresowania: turystyka rowerowa, gra na fortepianie, informatyka
- kontakt: e-mail, gg: 4793148

Jan Otop (Wrocław): doktorant Informatyki i student Matematyki UWr. (autor zdjęć)
- zainteresowania: turystyka górska i rowerowa, filmy, matematyka, informatyka
- kontakt: e-mail, gg: 3283564

- dystans: 3700 km (rower: 1650 km)
- czas: 21 dni (start: 19.07.2006)
- kraje: Polska, Słowacja, Ukraina, Rumunia, Węgry, Czechy

Do góry

:: Trasa

 

Do góry

:: Relacja

Polska

Z lekkim opóźnieniem wyruszyliśmy na kolejną wyprawę. Z Wrocławia do Rzeszowa dojechaliśmy pociągiem (bilety ze zniżką studencką dla dwóch osób z rowerami kosztowały 70 zł). Tam spotkaliśmy pana w średnim wieku, który podpowiedział, że jadąc do przejścia "Barwinek" wygodniej będzie nam pojechać skrótem wysiadając stację przed Rzeszowem (w Sędziszowie). Przez ostatnie 3 lata wiele zmieniło się w środkowo-południowej Polsce: dużo inwestycji, drogi w lepszym stanie (gł. środki z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego).

Słowacja

Standardowo: górzyście i bezpiecznie. Już od pierwszego dnia upały dawały się we znaki, więc profilaktycznie przerwa w południe. Kierunek Michalovce (postanowiliśmy do Rumunii wjechać od strony Ukrainy). Po drodze liczne zamki. Janek zaczął gotować obiady (ponieważ mam znikome doświadczenie w tej materii, zadeklarowałem mycie naczyń). Z pewnymi obawami zbliżaliśmy się do nieznanej nam dotąd Ukrainy.

Ukraina

Na przejściu od ukraińskiego celnika dostaliśmy karty imigracyjne (wpisujemy tam m.in. imię, nazwisko, datę urodzenia, płeć, numer paszportu, cel podroży i miejsce noclegu), które należało mieć przy sobie aż do wyjazdu.
Celnik (ubrany w wojskowe "moro") kazał czekać. Staliśmy więc z grupką ludzi za szlabanem (było z nami dwóch Austriaków, którzy także nie wiedzieli co się dzieje). Brak organizacji, rząd chaotycznie stłoczonych samochodów i jeden strażnik, który (jak się wydawało) wpuszczał wybranych kierowców (zdjęć robić nie wolno) - reszta czekała jak my (dziś wiem, że na granicach Ukraińskich działają mafie bioroące łapówki za "przyspieszenie" przekroczenia granicy - czasem czaka sie nawet 5h). Minęło ok. 40 min, kiedy rozległ się alarm - przybiegł drugi strażnik i rozłożył w poprzeg drogi kolczatkę (schowaną w jakimś pudle, które rozsypało się podczas tego aktu). Po chwili (gdy alarm umilkł) zaczął ją zwijać kopiąc po ziemi. Wciąż czekaliśmy.
Nagle "celnik" wybrał z grupki 3 osoby (w tym nas) i kazał isć do "drugiej strefy". Tam kontrola bagażu, pytania o cel podróży, ilość pieniędzy i rodzaj broni(!) jaką wieziemy na teren Ukrainy. Tuż za granicą standardowo uliczni handlarze walutą namawiali na wymianę po wyjątkowo okazyjnym kursie (w "normalnych" kantorach przy granicy 1€ = 5.5 Hrywien).
Było dość późno, a musieliśmy jeszcze wyjechać z przygranicznego miasta Użhorod. O 21:30 (zmiana czasu na wschodnioeuropejski: +1h) wydawało się, że znaleźliśmy odpowiedznie miejsce na nocleg (opuszczona piaskownia). Po chwili jednak okazało się, że niedaleko polnymi ścieżkami jeżdżą samochody, obok zaś było dopalające się ognisko. Ponieważ zapadł już zmrok (brak możliwości znalezienia bezpieczniejszego miejsca) postanowiliśmy zapytać mieskańców o pozwolenie na rozbicie namiotu w ogrodzie. W ciemności usłyszeliśmy głosy dochodzące z pobliskiego domu. Wyszła do nas kobieta w średnim wieku, za nią mąż, który w reakcji na naszą prośbę powiedział: "fifty bucks!". Zobaczył zdziwienie na naszych twarzach. Zaczął więc trzeć cyklicznie kciukiem naprzemian o palec wskazujący i środkowy dodając: "dollars! green!". Żona, zatrzymując prawą rękę w powietrzu w pozycji zamierzającej zadać mu cios i wydając jakieś okrzyki (często powtarzała tę czynność) spowodowała, że zamilkł na jakiś czas. Ustaliliśmy cenę noclegu - 20 Hrywien. Nie podobał mi się pomysł nocowania tu. Po minie Janka stwierdziłem, że jemu również. Nie mieliśmy innego wyjścia - we wszystkich domach dookoła były już pogaszone światła. Zaprosiliśmy ich na kolację. Popijając piwo z plastikowej butelki opowiadali o synie, który właśnie miał nocną zmianę, Czeczenach i mafii w okolicy. Poczęstowali zupą, jakimś boczkiem i ogórkami. W końcu poszliśmy spać.


O 5 miejscowego czasu róznocześnie zadzwonił budzik nasz i gospodarzy. Właściciel miał pokazać nam drogę na skróty, jednak rano stwierdził, że mu się nie chce - pokazał co prawda, ale zamkniętą kłódkę przy bramie mówiąc, że nie wypuści nas jeśli nie zapłacimy. Uradował się na widok 50 UAH w jednym banknocie, jednak daliśmy mu do zrozumienia, że czekamy na resztę. Przyniósł 20 hrywien. Cieszyłem się, że tę noc mamy już za sobą. Pierwsze doświadczenie spania u tubylców. Odczucia mieszane. Z drugiej strony: ludziom na Ukrainie się nie "przelewa" i każdy chce coś zarobić. Pytanie tylko o formę w jakiej to okazuje.
Kierunek Mukaczewo (ścieżka rowerowa - nierówny deptak wzdłuż drogi). Po drodze liczne cerkwie. Ukrainki są ładne, jednak pytane o drogę zdawały się być bardzo wystraszone. Angielski i niemiecki nie są tu powszeche. Główne drogi (w przeciwieństwie do bocznych) są w dobrym stanie.
Pracownik stacji benzynowej zapytany o sklep postanowił zaprowadzić nas osobiście do jakiejś bramy, za którą znajdował się miejscowy punk sprzedaży (stojąc tuż na wprost trudno byłoby go dostrzec - ani jednego napisu czy reklamy). Tam Janek zakupił m.in. polski pasztet MARKO, który niestety nie nadawał się do konsumpcji (ogólnie ostrzega się przed spożywaniem przetworów mięsnych na Ukrainie, a importowane są gorszych standardów niż w krajach macierzystych z racji niższych wymogów jakościowych). W sklepach natomiast ekspedientki często kożystają z tradycyjnych liczydeł(!). Motocykliści jeżdzą bez kasków. Podczas przerwy na posiłek cygańskie dzieci podchodziły żebrać. Na targu w Mukaczewie Janek wymienił przednią, spiłowaną już zębatkę (z wymianą 90 UAH). Częstym widokiem są krowy prowadzone całą szerokościa jezdni i zostawiające placki.
Tuż przed granicą spotkaliśmy Węgra na rowerze jadącego w naszym kierunku. Powiedział, że Rumunia jest dużo bardziej niebezpieczna niż Ukraina i że jeżdzac tam rowerem miał nieprzyjemności z cyganami i policją. Radził, żebyśmy trzymali się z dala od tego kraju. Byliśmy między młotem a kowadłem. Nie było alternatywy. Na wszelki wypadek postanowiliśmy trzymać się blisko Węgier.

Rumunia

Granicę w Halmeu przekroczyliśmy szybko i bez problemu. Pewien starszy celnik, którego zadaniem była kontrla bagażu spał na ławeczce, zatem trzeba było go obudzić :-) Zaraz za granicą zatrzymała nas policja, jednak gdy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski - machnęli ręką i pozwolili jechać (być może dlatego, że nasz kraj wspiera dążenia Rumunii związane ze wstąpieniem do UE). Od tej pory zwracaliśmy się o pomoc do policjantów: znali angielski (podczas całego pobytu nie spotkaliśmy takiego, który by nie znał), poza tym byli bardzo mili. Po krótkiej dyskusji postanowiliśmy jechac wgłąb kraju.

Wjechaliśmy na teren historycznego Siedmiogrodu. Kierunek Zalau. W 2005 roku w Rumunii zaczęła się denominacja waluty (1 Lei = 10 000 starych Lei). Stałym elementem krajobrazu są furmanki zaprzęgane końmi. W naszym wypadku wiązało się do z dodaniem nowego znaku (podczas jazdy osoba jadąca z przodu np. wymijając dziurę, sygnalizuje manewr wyciągnięciem ręki w jej kierunku, by ostrzec osobę jadąca z tyłu, która dziury nie widzi) oznaczającego "miny" na drodze. Standard dróg maleje wraz z ich rangą. Drogi krajowe są w dobrym stanie, niestety lokalne mają często kiepską nawierzchnię. Na stacjach są tanie prysznice. Występują wieże ciśnień w kształcie metalowych kul (jak na Węgrzech). Angielski jest językiem powszechnym. Przy drogach często znajdują się źródełka z pitną wodą. W każdej wiosce jest patrol policji. Różnica względem Ukrainy jest bardzo znacząca. Widzi się dużo inwestycji (także Unijnych). Wioski są "zbite" i wyglądem przypominają węgierskie (w ogóle w tej części kraju zauważalny jest historyczny wpływ Węgier).

Minęło trochę czasu zanim zaaklimatyzowaliśmy się na rumuńsich drogach: kierowcy trąbią tu wszędzie i na wszystko. Poza tym widok Dacii, w której jedzie 6 osób jest widokiem naturalnym. Był upał, miejscami opony przyklejały się do roztopionego asfaltu. Zaczęły się pagórki. Im bardziej na południe, tym więcej mostów, dróg i budynków współfinansowanych przez UE. Krajobraz zmieniał się w ogromne pustkowia. Rumuni późnymi popołudniami (podobnie jak Słowacy czy Czesi) lubią przesiadywac w barach dyskutując i przyglądając się co dzieje się przy głównej drodze. Dotychczas drogi mają szerokie pobocze, a kierowcy nieliczni. Za miastem Kluż-Napota zaczął się krajobraz pól oraz niezalesionych wzniesień.

Gdy rozbiliśmy namiot w (jak się nam wydawało) odludnym miejscu, po chwili podjechał do nas miejscowy tubylec jeepem, pytając czy nie potrzebujemy jedzenia, picia i noclegu (okazało się, że jest to właściciel pobliskiego pubu). O północy natomiast odwiedził nas młody pasterz ze stadem owiec. Trudno było grzecznie dać mu do zrozumienia, że jesteśmy zmęczeni, bo posługiwał się wyłącznie językiem rumuńskim. Widać był to drobiazg, ponieważ ciągle o czymś opowiadał. Przez godzinę.

W Rumunii prawie nie widać samochodów z zagranicznymi rejestracjami, jednak w tej części dało się zauważyc nielicznych Holendrów (tych wszędzie pełno). W Aiud obejrzeliśmy zamek. Wjechaliśmy do historycznej Transylwanii. Po drodze liczne pola z uprawą winorośli. W Alba Iulia zobaczyliśmy m.in. twierdzę, katedrę katolicką i prawosławną, "Alba Carolina", pomnik Cesarza Karola IV. Miasto przyjazne rowerzystom (krawężniki z łagodnymi podjazdami). Za Sebes drogi pozornie sprzyjają szybkiej jeździe, a w konsekwencji wypadkom, których dowodem były samochody leżące w rowach. Charakterystyczny dla małych miejscowości jest brak przejść dla pieszych.

Zaczęły się Góry Fogarskie z malowniczymi jeziorami. Według oficjalnych danych dotyczących dużych drapieżników, w rumuńskich Karpatach żyje obecnie 4000 wilków, 6200 niedźwiedzi brunatnych i 2000 rysi, dlatego postanowiliśmy na drugą stronę gór dostać się jeszcze tego samego dnia.
Wjechaliśmy na słynny "Przełom Czerwonej Wieży" (droga wzdłuż rzeki Aluta, położona na wysokości ok. 350 m, otoczona masywami górskimi dochodzącymi do 2000 m. Wiedzie tędy historyczny szlak łączący ziemie po obu stronach Karpat Południowych: Nizinę Wołoską i Siedmiogród). W restauracji "Alecu" w Brezoi zamówiliśmy pełny obiad, za który musieliśmy zapłacić 2 razy więcej niż się spodziewaliśy - okazało się, że kelner osobno do rachunku doliczył sobie m.in. śmietanę do zupy, dwie papryczki chili, podwójna porcję sałatek. Niestety dopiero po zapłacie zdaliśmy sobie sprawę, że mogliśmy tego nie robić. Od tej pory zawsze ustalaliśmy cenę czegokolwiek z góry. W międzyczasie przysiadł się przyglądający się nam jak monumentom (w Rumunii rowerzyści w strojach kolarskich stanowią niecodzienny widok) cygan, proponując sprzedaż złotego sygnetu (cena wskazywała na 2 opcje: kradziony lub nieprawdziwe złoto - obie "na nie"). W wolnych chwilach czytaliśmy Angorę, Politykę i Przekrój, które akurat leżały na stole. Wykrzyknął nagle "porno!" i sięgnął po pierwszą z brzegu. Tak się złożyło, że w Angorze był aktykuł o Polkach opalających się topless za granicą z półnagą blondynką na okładce. W miarę oglądania obrazków jego entuzjazm jednak malał. Niestety gazeta nie spełniła oczekiwań, przez co był wyraźnie niepocieszony.

W drugiej części drogi przez Karpaty sypki żwir na roztopionym asfalcie przyklejał się do kół rozpędzonych samochodów i "strzelał" w promieniu kilku metrów, co zdecydowanie nie umilało jazdy. Po drodze malowniczo położone monastyry. W uzdrowisku Calimanesti, byliśmy drugą atrakcją turystyczną (zdązyliśmy się już do tego przyzwyczaić).

Na południu kraju występują skrzyżowania świetlne z czasomierzem. Powrzechne są tu dziury w podłogach zwane toaletami. W Ptolesti kupiliśmy bilety w linii Eurolines z Konstancji do Pragi (postanowiliśmy spędzić nad Morzem Czarnym 5 dni). Gdy tylko wyciągaliśy mapę, natychmiast zjawiał się ktoś z chęcią udzielenia pomocy. Im dalej na południe, tym więcej ładnych Rumunek o śniadej karnacji (niestety często przerzucających widłami gnój) i dzikich psów, przed którymi nas ostrzegano (stanowiły bezdyskusyny argument przemawiający za chwilowym zwiększaniem tempa). Władze mają z nimi nie lada problem - organizacje ochrony praw zwierząt sprzeciwiają się odstrzałowi pomimo, że część jest wściekła, natomiast na ich wyłapanie i umieszczenie w schroniskach brak jest funduszy. Wyraźnie daje sie zauważyć różnicę pomiędzy północną a południową częścią Rumunii (oddzieloną Karpatami). Miasta i małe miejscowości z północy wydają się być bogatsze i bezpieczniejsze.

Rowerzyści mają tu manię jazdy lewą stroną jezdni, co czasem powodowało niebezpieczne sytuacje. Pod drodze do Bukaresztu nabraliśmy ochotę na arbuza. Miejscowy "myśliciel" poczęstował Janka wódką, którą w 40 stopniowym upale sączył sobie z plaskikowej buteleczki po soku, podczas gdy ja poszedłem dokonać zakupu. Niestety były tylko duże, a sklepikarz nie zgodził się na sprzedaż połówki, zatem kupiłem 7.5 kilogramowego. Po wymagającym nie lada wysiłku akcie konsumpcji, co kilka kilometrów muslieliśmy robić przerwę na toaletę (4 razy w ciągu godziny).

Bukareszt. Gdy wjechaliśy do centrum, okazało się, że nikt nie wie gdzie jest informacja turystyczna. Kiedy byłem w kafejce internetowej (2Lei/0.5h), do Janka przyczepił się podpity tubylec częstując piwem i mówiąc, żebyśmy wyjechali jak najdalej z Bukaresztu, bo "tutaj nas okradną i pobiją ludzie z maczetami". Pojeździliśmy trochę starówką (przyjazne rowerzystom krawężniki), jednak spaliny i dojazd do centrum (30 km) bardzo nas wyczerpały. Pewien policjant powiedział, że jest pole namiotowe za miastem w Bragadiru. Gdy po 1.5 h dojechaliśmy na miejsce, oczom naszym ukazał się owy "kamping". Niestety w menu właściciele nie uwzględnili opcji spania pod namiotem(!). Można było wynająć domek za 40 RON, jednak fakt braku prysznica, ogrodzenia obiektu, tego że byliśmy jedynymi turystami oraz pierwsze wrażenie (grupka miejscowych, pijących piwo, którzy na nasz widok zebrali się dookoła i którym wyraźnie zależało, żebyśmy zostali zgadzając się na rozbicie namiotu oraz proponując 10 krotnie(!) niższą cenę) spowodowały, że pojechaliśmy dalej.

W biurze turystycznym Janek dowiedział się, że jest inne pole namiotowe - w Otopeni (po drugiej stronie miasta). Gdy, po licznych ucieczkach przed dzikimi psami, dojechaliśmy na miejsce obwodnicą (5 kilometrowe korki tirów: jazda odbywała się w szczelinie między nimi a boczną metalową barierką na skraju drogi - rowerzystom o słabych nerwach i klaustrofobii zdecydowanie nie poleca się wyboru tej trasy), jednak okazało się, że nikt o kampingu nie słyszał. Znaleźliśmy tani (10 €/osobę) pensjonat z oknem do pokoju obok. Standardowo: prysznic, pranie, czytanie gazet, uzupełnianie dziennika, SMS'y, kolacja + filmy (bez dublingu) i trocję śmieszny folklor rumuński w telewizji.

Następnego dnia w stolicy Rumunii spędziliśmy cały dzień. Zastanawiające jest, że w całym Bukareszcie nie zanaleźliśmy ani jednego kiosku z kartkami pocztowymi. Nie było też skrzynek. Miasto (jak większość większych rumuńskich miast) ma kilka centrów, więc czasem dwie osoby zapytane o centrum pokażą zupełnie przeciwne kierunki - należy wtedy sprecyzować czy chodzi nam o stare miasto, czy może centrum przemysłowe. Rumuni zwykli przechodzić przez jezdnię na czerwonym świetle, co nawet policji wydawało się być czymś naturalnym.

Coraz więcej kulejących i porozjeżdżanych psów. Dużo pociągów towarowych na trasie Konstancja-Bukareszt (surowce morskie i budowlane), prostackich reakcji na nasz widok, furmanek z rejestracjami oraz placków na drogach. Jazda pod wiatr. Przy głównej drodze w punkcie wulkanizacyjnym (których w tej części aż nadto, z racji jakości nawierzchni) właściciel za darmo nasmarował nam łańcuchy. Do miejscowości Fetesti jest autostrada, dzięki czemu jazda równoległą drogą nie jest uciążliwa. Niestety potem obie drogi łączą się i mostem wspólnie prowadzą (nad mokradłami - delta Dunaju) do samego morza.

Przed Konstancją wielokilometrowe korki spowodowane remontami jedynej drogi z Bukaresztu. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Centrum miasta brzydkie (brudno, znów ucieczki przed psami). Znaleźliśmy tanie (15 RON/osoba z rowerem) pole na w Mamaia (znany ośrodek wypoczynkowy riwiery rumuńskiej). Janek zabrał się za gotowanie, ja za uzupełnianie dziennika i przegląd roweru. Do plaży mieliśmy 15 m.

Mamaia jest bezpiecznym miejscem. Nie ma dzikich psów, jest czysto i ładnie. Zostawiając rower pod sklepem, nie musimy martwić się, że ktoś go ukradnie. Wieczorami bez obaw można spacerować deptakiem. Nie ma cyganów. Restauracje i bary czynne są do późnej nocy. Jest dużo policjantów. Na kempingu warunki sanitarne w porządku, obok tania stołówka (za 14 Lei można zjeść dwudaniowy, syty obiad). Ekspedientki są miłe, często się uśmiechają i zawsze służa pomocą. Z dostępem do prądu także nie było problemu. Czuje się, że o turystę się tu dba.

Plaże są piaszczyste, temperatura wody 26-28 st. (nie jest też bardzo słona), infrastruktura na dobrym poziomie (kosze na śmieci z segregacją odpadów, patrole policji, ochrona, ratownicy na plaży i w wodzie, sprzedawcy oferujący lody i zimne napoje, wypożyczalnia leżaków, bar). Rzeczą normalną jest opalanie się niewiast bez górnej części stroju kąpielowego.

Rano miejscowi pracownicy sprzątają śmieci z plaż. Minusem jest (być może celowy z powodu nieprzyjemnego zapachu) brak toalet (trzeba przejść ok. 100 m do tych na campingu). Od samego rana do 17 łódka z ratownikami cumuje przy brzegu (rzeczywiście pilnują bezpieczeństwa kąpiących się ludzi ponieważ, gdy oddaliłem się wgłąb morza, jeden z nich wskoczył do wody, podpłynął do mnie, zwrócił na siebie uwagę gwizdkiem i kazał płynąć bliżej brzegu). Do baru przy plaży często zapraszani są DJ'e, którzy puszczają muzykę cały dzień. Gdy jednak poziom natęrzenia dźwięku powoduje, że trzęsie się piasek na którym się leży, wypoczynek przestaje być wypoczynkiem.

W dniu wyjazdu złapałem gumę - wymiana dętki (jak zawsze sprawdziłem wewnetrzną stronę opony - wydawała się "czysta", jednak mały kolec przekłuwał oponę dopiero w momencie napompowania - nowa także uległa destrukcji - na szczęście na polu byli Niemcy na rowerach, od których dostałem łatki w prezencie). Do 18 byliśmy na plaży, potem spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Konstancji. Gdy szukaliśy sklepu, zaczepiło nas dwóch młodzieńców pytając o godzinę. Kiedy okazało się, że nie mówimy po rumuńsku, zaczęli zachwycać się odległością, którą pokonaliśmy, naszymi strojami i rowerami. Gdy zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak - zaczęliśmy odjeżdzać. Wtedy coraz nachalniej chcieli, żebyśmy zostali i kupili jakieś bony. W końcu udało się wydostać z zaczynającej się stawać niebezpieczną sutuacji (potem Janek widział jak zaczepiali innych przechodniów, a kiedy okazało się, że dostali odpowiedź w swoim ojczystym języku - ładnie dziękowali i szli w swoją stronę). To był przedsmak tego co mogło się wydarzyć tej nocy, dlatego wiedzieliśmy, że tutaj musimy być szczególnie ostrożni.

Kolację zjedliśmy na nawce z ładnym widokiem na morze. Wiedzieliśmy, że przed nami długa noc (31 godzin w autobusie z przesiadką w Bukareszcie) + przyjazd do centrum na tyle wcześnie, żeby zdążyć zapakować rowery i na tyle późno, żeby zminimalizować prawdopodobieństwo zaczepek. W międzyczasie trzymaliśmy się blisko "turystycznych" miejsc.

Gdy (ok. 23) jechaliśmy w kierunku centrum do miejsca odjazdu autobusu, zobaczyli nas ci sami młodzieńcy, którzy wcześniej pytali o godzinę. Zaczęli za nami biec wykrzykując coś po rumuńsku. Był to centralny deptak Konstancji a prawie w ogóle nie było ludzi. Dogonili nas i biegnąc obok zaczęli dotykać naszych kurtek, rowerów i sakw. Tłumaczenie i gestykulacja, żeby dali nam spokój na nic się nie zdała. Jechaliśmy tak kilkdziesiąt metrów mając nadzieję, że po drodze będzie stał jakiś policjant, ochroniarz lub przynajmniej bar z ludźmi na zewnątrz. W pewnej chwili, odruchowo zacząłem przyspieszać, za mną Janek. Biegli jeszcze przez chwilę a potem się zatrzymali.

Gdy roztrzęsieni dojechaliśmy na miejsce, staraliśmy się nie zwracać uwagi na pianych przechodniów i grupki młodych cyganów. Czekaliśmy, wciąż mając przed oczami sytuację sprzed 5 minut. Wiedzieliśmy, że w końcu musimy zacząć się pakować, jednak świadomość, że za chwilę ktoś niepokojowo nastawiony może podbiec trochę mnie paraliżowała. Janek też był wyraźnie wystraszony.

Gdy zaczęliśmy odkręcać koła, podeszli do nas dwaj mali cyganie i zaczęli żebrać. Kiedy zorientowali się, że nie jesteśmy stąd, zaczeli krzyczeć "fuck you! mutherfucker!". Gdy ktoś agresywnie chce zwrócić na siebie uwagę lub szuka zaczepki, najlepszym rozwiązaniem jest ignorowanie go. Po prostu nie wdawanie się w żadną dyskusję i udawanie, że go nie ma. Po 10 minutach rzeczywiście się znudzili. Należało się jednak pilnować, ponieważ nie wiedzieliśmy czy ta grupka przypatrująca się naszym czynnościom za rogiem, to nie ich "ziomale". Wściekły byłem, że gdzie indziej policjantów aż nadto, a tutaj jakby mieli wakacje, i że biuro podróży wybrało odjazd autobusu w takim miejscu! (ul. Stefan cel Mare). W końcu udało się nam spakować (rowery, ważące niecałe 30 kg stanowiły jeden bagaż, zczepione sakwy - też poniżej 30 kg - drugi, mogliśmy zabrać dwa, nie więcej niż 40 kg każdy + bagaże podręczne). Była już grupka ludzi, którzy jechali tym samym autobusem co my.

Podjechały dwa minibusy (jeden z przyczepką). Kierowca nie stwarzał najmniejszych problemów przy załadowywaniu rowerów. Jechał bezpiecznie. Po drodze rozpętała się burza. O 3 byliśmy w Bukareszcie.

Zaraz po zapakowaniu bagażu do autobusu odjeżdżającego do Pragi, kierowca zarządał okazania faktur na zakup rowerów. Gdy powiedzieliśmy, że przyjechaliśmy tu o własnych siłach powiedział, że musimy dopłacić 20€. Ustaliliśmy, że jeśli nadal będzie nalegał na "dopłatę", pójdziemy wyjaśnić sprawę do biura obok (jeśli rzeczywiście byłaby konieczna, oczywiście zapłacilibyśmy - nie mieliśy natomiast najmniejszego zamiaru dawać łapówkę kierowcy). Potem (w trasie) kilka razy upominał się o "swoją dolę" (wyłącznie wtedy, gdy drugiego kierowcy nie było w pobliżu), byliśy jednak nieugięci więc dał sobie spokój.

W Rumunii przystanki m.in. w Ploiesti, Brasov, Sibiu, Sebes, Arad. Na granicy rumuńsko-węgierskiej (w Nadlac) spędziliśmy ponad 2 godziny (większość pasażerów stanowili Czesi wracający z wakacji oraz Rumuni jadący do pracy, których szczegółowo kontrolowano).

Węgry, Słowacja

Mako, Budapeszt, Gyor, znane nam przejście Rajka-Rusowice, Bratysława, Malacky,

Czechy

W Pradze byliśmy o 12. Wcześniej planowaliśy powrót rowerem do domu, jednak zdecydowaliśy się na pociąg, ponieważ od kilku dni padał tu deszcz. Kupiliśmy bilet na linii Praga - Gdańsk do ostatniej miejscowości w Czechach, następnie u czeskiego konduktora bilet na przejazd przez strefę przygraniczną (15 Koron) i potem u polskiego konduktora bilet do Wrocławia. W ten sposób fizycznie jadąc tym samym pociągiem oszczędziliśmy naliczane opłaty międzynarodowe. We Wrocławiu byliśmy o 21.40.

Do góry

:: Strona WWW

http://www.wyprawy.xt.pl

 

Do góry

MENU
Wiadomości | Forum | Sprzęt | Sklep | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.