|
:: Uczestnicy

 |
Katarzyna Burzyńska (ur. 1978r.) studentka Pomorskiej
Akademii w Słupsku na kierunku filologia Rosyjska z językiem
Angielskim Zainteresowania: sport (akrobatyka na otwartych
spadochronach, fotografia, zainteresowania przyrodnicze, rower
i wyprawy) Wyprawy rowerowe:
- na rowerze z Nynashamm do Murmańska żyjąc ze zbierania
puszek i jagód
- wczesno wiosenna wyprawa po połoninach Karpat ukraińskich
(pasmo Świdowca i okolice)
- rowerowa wyprawa na najwyższy wierzchołek Mongolii
- wiele innych po krajach ościennych
|
 |
Daniel Klawczyński - (ur. 1977r.) absolwent Uniwersytetu
Mikołaja Kopernika na kierunku etnologia Zainteresowania: fotografia,
sport spadochronowy, podróże (najlepiej na rowerze), pasjonuje
się Rosją i wszystkim co z tym krajem związane Wyprawy rowerowe:
- na rowerze z Nynashamm do Murmańska żyjąc ze zbierania
puszek i jagód
- wczesno wiosenna wyprawa po połoninach Karpat ukraińskich
(pasmo Świdowca i okolice)
- Krym i Kaukaz rosyjski oraz próba wejścia z rowerem na
Elbrus (do wysokości 5300m n.p.m.)
- rowerem po górach Uralu Polarnego i zachodniej Syberii
w okolicach Salechardu
- rowerowa wyprawa na najwyższy wierzchołek Mongolii
- wiele innych po krajach ościennych
|
Kasię i mnie interesuje po prostu turystyka, piękne miejsca, ale
i ciężkie przeprawy po bezdrożach. Czym trudniej tym ciekawszy sprawdzian
dla nas i sprzętu. Choć raz do roku pragniemy przez miesiąc stać
się kochankami wielkiej niedźwiedzicy. Być w drodze zupełnie nie
martwiąc się o to gdzie będziemy nocować następnej nocy. Zatrzymamy
się kiedy nogi powiedzą, że mają dość a nocleg najlepiej w samym
śpiworze bo wtedy zawsze mamy na oku gwiazdy. Ważne jest, aby miejsca,
w które się udamy miały to coś, odrobinę egzotyki i nieco przestrzeni.
Najbliższe kraje, w których można zapomnieć, że jest się w Europie
to Ukraina i Rumunia. I można tam dojechać rowerem. Klamka zapadła
- tym razem Karpaty! Autorzy zdjęć: Kasia i Daniel, autor tekstu
Daniel
Do góry
:: Wstęp

Często ciągnie nas w nieznane. Czym bardziej egzotycznie i daleko
tym lepiej. Zbliżał się wrzesień i dysponowaliśmy ponad miesiącem
wolnego czasu. Brakowało tylko funduszy. Musieliśmy poszukać egzotyki
w zasięgu naszego portfela. Padło na Karpaty Rumunie, Ukrainę
a dalej plan niech sam się ułoży. Jesteśmy znad morza. Wystarczyło
wiec wsiąść w pierwszy pociąg jadący w stronę Zagórza gdzie postanowiliśmy
dosiąść naszych rowerów. A chodziło z grubsza o to żeby było pięknie
i dziko. Żeby nie trafić na tabliczkę z przekreślonym rowerem albo
jakiegoś strażnika przyrody, dla którego rower jest maszyną wykraczającą
daleko poza pojęcie ekologii. Takich miejsc szukamy we dwoje od
lat. Coraz mniej ich zostało... Nie cel się liczy a droga i pomysły.
Do góry
:: Relacja
Bieszczady - Słowacja
Serpentyny przed Cisną - pierwszy sprawdzian kondycji. Z początku
łatwo nie było. Mieszkamy daleko od gór, wiec te dawały nam popalić
już na starcie. Rachunki wyrównały krajobrazy, jakoś poszło. Pierwsze
koty za płoty. Granicę ze Słowacją przekroczyliśmy w Roztokach Górnych.
Asfalt kończył się po polskiej stronie, szlaban, żadnych kontroli,
nawet strażnika. Potem kilometrami w dół, długo, długo bez wiosek.
Po słowackiej stronie góry tajemniczo tonęły w mgłach, a pochmurne
niebo ciągnęło się po samej ziemi, zmieniając wszystko w prawdziwą
krainę deszczowców. Zjazd stał się trudny i niebezpieczny, woda, ta
z nieba i ta z ziemi zalała nas doszczętnie. Czasem tylko w tej wielkiej
szarości otwierały się okienka jakby w inny świat to w góry, to
w dolinki, a wszystkie poniżej nas. To jedna z bardziej malowniczych
części Słowacji Runina.. Wielką atrakcją turystyczną tych okolic
jest szlak budownictwa drewnianego ze starymi cerkiewkami i kościołami.
Znajdują się tam ponadto ogromne zbiorniki wody pitnej, utworzone
jeszcze w latach siedemdziesiątych ub. wieku. Na Słowacji nie bawiliśmy
długo, kiedy tylko dopadliśmy asfaltu przejechaliśmy ją w poprzek
tranzytem. Rumunia coraz bliżej, jeszcze tylko
Węgry
Z
mozaiki tego pięknego kraju wybraliśmy tylko Tokaj. Bo po drodze i
każdy zna słynne wina o tej samej nazwie, właśnie dla tego. Z okolic
miasteczka Tokaj pochodzą najsłynniejsze węgierskie wina. Co ciekawe,
tą samą nazwę nosi również okoliczna góra. Potężny, regularny stożek
wyrastając wprost z niziny wygląda imponująco, a położone u stóp wygasłego
wulkanu wsie i miasteczka, jakby dla kontrastu, tworzą sielankowy
pejzaż, szachownicę winnic i sadów. Tokaj (miasteczko) tchnie spokojem
- wygląda jak wyjęte z bajki. By lepiej przyjrzeć się okolicy, z mozołem,
po krętej asfaltówce wjechaliśmy na wulkaniczny szczyt. A ponieważ
było parnie i gorąco, to zjechaliśmy najkrótszą możliwą drogą, w dół
na wprost, po czymś, co przypominało glinę i równe nie było. Na Węgrzech,
szczególnie w drugiej połowie lata, wyraźnie odczuwa się wpływ klimatu
śródziemnomorskiego. Odczuwa się wpływ gorącego wilgotnego powietrza,
czasami aż tchu brakuje. To był zdecydowanie najgorętszy etap całej
letniej podróży. I najbardziej obfity w dyndające się na krzakach
ciężkie winogrona - prawdziwy rarytas, który niemiłosiernie klei dłonie
do gripów. Ale jak to mówią - coś za coś. Jechało się całkiem słodko.
Mniej natomiast podobało nam się inne osobliwe dla tego kraju rozwiązanie.
Zaraz po przejechaniu słowacko-węgierskiej granicy zostaliśmy zaskoczeni
poprowadzoną wzdłuż szosy ścieżką dla rowerów. I to nie byle jaką:
była porządna, asfaltowa, z barierkami. Miłe złego początki niestety.
Ścieżki spotykaliśmy często, prowadziły od miejscowości do miej
Wyruszającym w drogę życzy się DRUM BUN. RUMUNIA
Rumunia to kraj, który pośród wielu swoich atrakcji ma do zaoferowania
przebogaty potencjał gór - można eksplorować je na rozmaite sposoby.
Krajobrazy przypominające Tatry przeplatają się z bieszczadzkimi.
Znaleźć można niezłe drogi do wspinaczki jak tez delikatniejsze
ścieżki w sielankowej scenerii. Nawet coś na miarę naszych Pienin
się znajdzie. Z tą różnicą, że można po nich jeździć do woli i do
bólu. Gdyby przedstawić to w liczbach - to w Rumunii znajduje się
aż 55% wielkiego łańcucha Karpat. To prawdziwy raj dla wszystkich,
którzy lubią góry. Tylko niewielka część tamtejszych Karpat jest
zagospodarowana w sposób przypominający nasz, polski. Mierząc skalą
europejską, większość tego wielkiego grzbietu to najzwyklejsza dzicz.
Nie ma schronisk, ba - często szlaków nawet i ścieżek, które można
by pokonać rowerem. Chwilami można poczuć się jakby to wcale nie
było w zbyt ciasnej i cywilizowanej Europie. Taki smaczek prawdziwej
wyprawy. Ale z drugiej strony bywa i tak, że wśród gór snuje się
kilometrami szuterek albo nawet asfalt. Wszystko zależy tylko od
tego, który region z całej tej bogatej palestry wybierzemy. Barwy
Maramuresz
To taki zakątek, który kusi, żeby często na chwilę przystanąć,
skręcić do pobliskiego klasztoru albo odwiedzić tak unikalne i piękne
miejsce jak choćby Wesoły Cmentarz (Sapanta). Zerknąć na ludzi,
którzy na co dzień chodzą w tradycyjnych strojach, przyjrzeć się
przedziwnym, niespotykanym nigdzie indziej budowlom
Osobliwości,
mnóstwo osobliwości i prawdziwy żywy skansen tak w wielkim skrócie
można opisać tą część naszej podróży. Jak dla nas to już egzotyka,
a przynajmniej cos bardzo interesującego. Maramuresz to perła Rumunii,
mozaika krajobrazów i bogactwo kultury. A nas najbardziej zaskoczyło
to, że w tradycyjnych strojach paradowali również młodzi ludzie.
Z Baja Mare skierowaliśmy się do Borsy. Tutaj przeważnie trzymaliśmy
się szosy.
DRUM DE TRACTOR samochodem tu nie wjeżdżaj!
Takich
dróg gdzie przejadą tylko terenowe samochody czy ciężarówki do pracy
w lesie w Rumunii nie brakuje. A my wręcz uwielbiamy siłować się
z podłożem. Wystarczy skręcić trochę w bok, zgubić asfalt. Muntii
Rodnei - zwane Alpami Rodniańskimi zwabiły nas bo tam często w
ogóle nie ma dróg. Szukaliśmy jak zwykle miejsca, gdzie można się
zgubić i zmęczyć tak, żeby zapomnieć o bożym świecie. Ale musi to
być też takie miejsce, które z kolei swym pięknem wynagrodzi zmęczenie.
Połoniny Muntii Rodnei takie właśnie są. Raz my na rowerach, czasem
rowery na nas, często obok. Większość sprzętu pozostała w dolinie
tak żeby możliwym było dotarcie na rowerach gdzie tylko to możliwe
a nawet tam, gdzie nie wydaje się to wykonalne. Trzeci dzień włóczęgi
zaczął się głuchą górską ciszą i tym wyraźniej pulsującym bólem
wszystkich mięśni. Drogi nie było, tylko połacie traw i wystające
skały. Na horyzoncie majaczył Pietrosul (2303 m n.p.m.), najwyższy
wierzchołek północnej Rumunii. Niespecjalnie byłojak mu się przyjrzeć
- zjeżdżaliśmy po kępach traw gapiąc się uparcie przed przednie
koło. Drogi to byna jmniej
nie prostowało, za to pozwalało utrzymać się w siodle. Widokami
delektowaliśmy się raczej na postojach, zresztą Pietrosul mieliśmy
już wtedy za sobą. Bardziej na piechotę niż na rowerach, ale co
tam. Skórka warta była wyprawki, widoki były przecudne. Głęboka
dolina od północnej strony jeszcze potęgowała wrażenie wysokości.
Po drodze zahaczyliśmy też o cudne jeziorka. Uznaliśmy je za jedno
z najpiękniejszych miejsc, które przyszło nam w ogóle zobaczyć.
Szkoda tylko, że woda była szokująco lodowata. Drogi gdzieś przepadły.
Raz pojawiła się ścieżka, ale szybko znów zapadła się pod ziemię.
Trzymając się kierunku z grubsza w dół, zapuszczaliśmy się w coraz
większe maliny. I to dosłownie. Po drodze było wszystko - lasy,
pastwiska, a nawet 10 km strumienia. Trochę żałowaliśmy, że taki
szmat drogi pokonaliśmy bez jakiejkolwiek możliwości zjazdu. Ale
za to było Camel Trophy i naprawdę dzikie ostępy. Gehenna skończyła
się po południu - dotarliśmy do szerokiej drogi. Zresztą - ta refleksja
przyszła dużo później - czym trudniejsza trasa, tym trwalsze wspomnienia.
Przez dwa kolejne dni stroniliśmy jednak od podstępnych i niepewnie
wyglądających ścieżek. Przyszedł czas na suszenie butów i porządne
mycie w górskiej rzece. Na bezdrożach gór Rodniańskich daliśmy z
siebie wszystko, rowery wymagały przeglądu i dopieszczenia - tu
zwichrowane koło, tam pęknięta linka hamulcowa (na szczęście był
zapas). A potem, już na szosie, radość życia i sklepowe obżarstwo.
Była także wizyta w rumuńskim domu i obiad zakrapiany domowej roboty
nalewką. Zanim znów wsiedliśmy na rowery, musieliśmy nieco ochłonąć.
Tak smakowała Rumunia i podobało nam się. Górskie hale Alp Rodniańskich
przyciągają swym urokiem jak magnes, a poza sezonem potrafią być
zupełnie puste. Nikt nigdzie nie stawia tam zakazów jazdy rowerem
ani żadnych innych ograniczeń. Dla nas była to właśnie ta namiastka
dziczy, o jaką w pejzażu europejskim trudno. Podobne tereny można
znaleźć w Karpatach na Ukrainie, ale tam już kiedyś jeździliśmy.
Serpentyny, serpentyny...

Z
żalem żegnaliśmy się z najwyższym na naszej trasie górskim etapem
w Rumunii. Ale góry się nie skończyły. Kilometrami albo wjeżdżaliśmy
albo pędziliśmy w dół. Niekiedy Alfred lub Gazela (tak nazywaliśmy
swoje jednoślady) pojękiwały nieco na żmudnych podjazdach i obawialiśmy
się protestu z ich strony. Poznawaliśmy przelotnie kolejne regiony
rumuńskich Karpat Wschodnich. Zmieniał się pejzaż, także etniczny.
Na asfaltowych zjazdach bez przeszkód doganialiśmy samochody, ciężarówki
wręcz wyprzedzaliśmy. Przekleństwem na rumuńskich drogach są nie
nadużywany przy dowolnej okazji, chociaż z drugiej strony nie można
mieć im tego za złe. Musicie też wiedzieć, że Rumunia jest bajecznie
kolorowa. Kilometrami ciągną się wzdłuż szos wioski zaskakujące
przepiękną architekturą drewnianych i murowanych domów i cerkwi.
Przy wiejskich ulicach zbierają się gromady ludzi, tam skupia się
życie towarzyskie - wszyscy gawędzą popijając piwo. Jest bardzo
bezpiecznie, nigdy nikt nie zaczepia, no chyba, że w okolicy są
Cyganie
Niemiłe to, ale prawdziwe
.
Nie omiń Bukowiny!
 Góry
nie są tu już tak wysokie jak te w Maramuresz. Krajobraz bardziej
przypomina lekko przerośnięte Kaszuby. Wokół pola i łąki upstrzone
stogami siana. Takie miejsce, w którym chce się zostać i odpoczywać.
Odpoczywać bez końca. A w wioskach? Szczerze powiedziawszy najpiękniej
było w okolicach polskich wsi
To nie pomyłka - w Rumunii trafiliśmy
do dwóch polskich wsi: Pleszy i Nowego Sołońca. Wszyscy mieszkańcy
zwracali się do nas najzwyczajniejszym dzień dobry - widać sporo
turystów z Polski tu bywa. Spodobało nam się i postanowiliśmy zostać
przynajmniej na noc. Okazało się, że w Nowym Sołońcu istnieje nawet
coś takiego jak Dom Polski. Nocleg tam kosztował jakieś grosze,
a była też i wystawna kolacja (do tej pory gotowaliśmy na ognisku),
prysznic, a potem
rowerowa proza. Do późnej nocy usuwałem przeróżne
usterki sprzętu. Rano pożegnaliśmy uroczą polską enklawę. Jadący
na oklep człowiek powiedział nam jeszcze do widzenia. No bo jak
inaczej?
Z
ziemi polskiej do Polski
Pożegnaliśmy się z żalem, ale czas gonił już, nabierając nnormalnej
prędkości, a droga do domu była długa. Wiodła przez Ukrainę - kraj
w sam raz na studencką kieszeń - spośród wszystkich, które przejechaliśmy
tam było najtaniej. Zahaczyliśmy o zapomniane Polesie ukraińskie
a w Polsce odwiedziliśmy jeszcze przepiękny Poleski Park Narodowy.
A potem trzeba było powrócić na ruchliwe i zatłoczone drogi, gdzie
jazda rowerem nie jest już taka beztroska, a powietrze nie takie
czyste.
Do góry
:: Sponsorzy
Wyprawa tylko za własne fundusze byliśmy całkowicie niezależni
i jechaliśmy gdzie koła poniosły cisząc się z własnego towarzystwa
i z poczucia wolności i niezależności.
Do góry
:: Sprzęt
Jak zwykle zaufaliśmy naszym wysłużonym ale niezawodnym cannondale,
które nigdy nas nie zawiodły. Znakomicie mocuje się na nich bagażniki
także przednie. W tym względzie świetnie sprawdza się ich patent
widelca amortyzowanego typu head schok, który pozwala na zamocowania
bagażnika pod częścią uginającą się. Bagażniki - tylko tubus. Zadowoleni
jesteśmy także z sakw Ortlieb.
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|