Rumunia 2006

Na skróty : Sprzęt | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie | Instrukcje | Humor | Gry | Programy | Giełda | Trasy | Więcej »

:: Uczestnicy

 

Katarzyna Burzyńska – (ur. 1978r.) studentka Pomorskiej Akademii w Słupsku – na kierunku filologia Rosyjska z językiem Angielskim Zainteresowania: sport (akrobatyka na otwartych spadochronach, fotografia, zainteresowania przyrodnicze, rower i wyprawy) Wyprawy rowerowe:

  • na rowerze z Nynashamm do Murmańska żyjąc ze zbierania puszek i jagód
  • wczesno wiosenna wyprawa po połoninach Karpat ukraińskich (pasmo Świdowca i okolice)
  • rowerowa wyprawa na najwyższy wierzchołek Mongolii
  • wiele innych po krajach ościennych
Daniel Klawczyński - (ur. 1977r.) absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika na kierunku etnologia Zainteresowania: fotografia, sport spadochronowy, podróże (najlepiej na rowerze), pasjonuje się Rosją i wszystkim co z tym krajem związane Wyprawy rowerowe:
  • na rowerze z Nynashamm do Murmańska żyjąc ze zbierania puszek i jagód
  • wczesno wiosenna wyprawa po połoninach Karpat ukraińskich (pasmo Świdowca i okolice)
  • Krym i Kaukaz rosyjski oraz próba wejścia z rowerem na Elbrus (do wysokości 5300m n.p.m.)
  • rowerem po górach Uralu Polarnego i zachodniej Syberii w okolicach Salechardu
  • rowerowa wyprawa na najwyższy wierzchołek Mongolii
  • wiele innych po krajach ościennych

Kasię i mnie interesuje po prostu turystyka, piękne miejsca, ale i ciężkie przeprawy po bezdrożach. Czym trudniej tym ciekawszy sprawdzian dla nas i sprzętu. Choć raz do roku pragniemy przez miesiąc stać się „kochankami wielkiej niedźwiedzicy”. Być w drodze zupełnie nie martwiąc się o to gdzie będziemy nocować następnej nocy. Zatrzymamy się kiedy nogi powiedzą, że mają dość a nocleg – najlepiej w samym śpiworze bo wtedy zawsze mamy na oku gwiazdy. Ważne jest, aby miejsca, w które się udamy miały to „coś”, odrobinę egzotyki i nieco przestrzeni. Najbliższe kraje, w których można zapomnieć, że jest się w Europie to Ukraina i Rumunia. I można tam dojechać rowerem. Klamka zapadła - tym razem Karpaty! Autorzy zdjęć: Kasia i Daniel, autor tekstu Daniel

Do góry

:: Wstęp

Często ciągnie nas w nieznane. Czym bardziej egzotycznie i daleko tym lepiej. Zbliżał się wrzesień i dysponowaliśmy ponad miesiącem wolnego czasu. Brakowało tylko funduszy. Musieliśmy poszukać egzotyki w zasięgu „naszego portfela”. Padło na Karpaty – Rumunie, Ukrainę a dalej plan niech sam się ułoży. Jesteśmy znad morza. Wystarczyło wiec wsiąść w pierwszy pociąg jadący w stronę Zagórza gdzie postanowiliśmy dosiąść naszych rowerów. A chodziło z grubsza o to żeby było pięknie i dziko. Żeby nie trafić na tabliczkę z przekreślonym rowerem albo jakiegoś strażnika przyrody, dla którego rower jest maszyną wykraczającą daleko poza pojęcie ekologii. Takich miejsc szukamy we dwoje od lat. Coraz mniej ich zostało... Nie cel się liczy a droga i pomysły.

Do góry

:: Relacja

Bieszczady - Słowacja

Serpentyny przed Cisną - pierwszy sprawdzian kondycji. Z początku łatwo nie było. Mieszkamy daleko od gór, wiec te dawały nam popalić już na starcie. Rachunki wyrównały krajobrazy, jakoś poszło. Pierwsze koty za płoty. Granicę ze Słowacją przekroczyliśmy w Roztokach Górnych. Asfalt kończył się po polskiej stronie, szlaban, żadnych kontroli, nawet strażnika. Potem kilometrami w dół, długo, długo bez wiosek. Po słowackiej stronie góry tajemniczo tonęły w mgłach, a pochmurne niebo ciągnęło się po samej ziemi, zmieniając wszystko w prawdziwą krainę deszczowców. Zjazd stał się trudny i niebezpieczny, woda, ta z nieba i ta z ziemi zalała nas doszczętnie. Czasem tylko w tej wielkiej szarości otwierały się okienka jakby w inny świat – to w góry, to w dolinki, a wszystkie poniżej nas. To jedna z bardziej malowniczych części Słowacji – Runina.. Wielką atrakcją turystyczną tych okolic jest szlak budownictwa drewnianego ze starymi cerkiewkami i kościołami. Znajdują się tam ponadto ogromne zbiorniki wody pitnej, utworzone jeszcze w latach siedemdziesiątych ub. wieku. Na Słowacji nie bawiliśmy długo, kiedy tylko dopadliśmy asfaltu przejechaliśmy ją w poprzek tranzytem. Rumunia coraz bliżej, jeszcze tylko…

Węgry

Z mozaiki tego pięknego kraju wybraliśmy tylko Tokaj. Bo po drodze i… każdy zna słynne wina o tej samej nazwie, właśnie dla tego. Z okolic miasteczka Tokaj pochodzą najsłynniejsze węgierskie wina. Co ciekawe, tą samą nazwę nosi również okoliczna góra. Potężny, regularny stożek wyrastając wprost z niziny wygląda imponująco, a położone u stóp wygasłego wulkanu wsie i miasteczka, jakby dla kontrastu, tworzą sielankowy pejzaż, szachownicę winnic i sadów. Tokaj (miasteczko) tchnie spokojem - wygląda jak wyjęte z bajki. By lepiej przyjrzeć się okolicy, z mozołem, po krętej asfaltówce wjechaliśmy na wulkaniczny szczyt. A ponieważ było parnie i gorąco, to zjechaliśmy najkrótszą możliwą drogą, w dół na wprost, po czymś, co przypominało glinę i równe nie było. Na Węgrzech, szczególnie w drugiej połowie lata, wyraźnie odczuwa się wpływ klimatu śródziemnomorskiego. Odczuwa się wpływ gorącego wilgotnego powietrza, czasami aż tchu brakuje. To był zdecydowanie najgorętszy etap całej letniej podróży. I najbardziej obfity w dyndające się na krzakach ciężkie winogrona - prawdziwy rarytas, który niemiłosiernie klei dłonie do gripów. Ale jak to mówią - coś za coś. Jechało się całkiem słodko. Mniej natomiast podobało nam się inne osobliwe dla tego kraju rozwiązanie. Zaraz po przejechaniu słowacko-węgierskiej granicy zostaliśmy zaskoczeni poprowadzoną wzdłuż szosy ścieżką dla rowerów. I to nie byle jaką: była porządna, asfaltowa, z barierkami. Miłe złego początki niestety. Ścieżki spotykaliśmy często, prowadziły od miejscowości do miej

Wyruszającym w drogę życzy się DRUM BUN. RUMUNIA

Rumunia to kraj, który pośród wielu swoich atrakcji ma do zaoferowania przebogaty potencjał gór - można eksplorować je na rozmaite sposoby. Krajobrazy przypominające Tatry przeplatają się z bieszczadzkimi. Znaleźć można niezłe drogi do wspinaczki jak tez delikatniejsze ścieżki w sielankowej scenerii. Nawet coś na miarę naszych Pienin się znajdzie. Z tą różnicą, że można po nich jeździć do woli i do bólu. Gdyby przedstawić to w liczbach - to w Rumunii znajduje się aż 55% wielkiego łańcucha Karpat. To prawdziwy raj dla wszystkich, którzy lubią góry. Tylko niewielka część tamtejszych Karpat jest zagospodarowana w sposób przypominający nasz, polski. Mierząc skalą europejską, większość tego wielkiego grzbietu to najzwyklejsza dzicz. Nie ma schronisk, ba - często szlaków nawet i ścieżek, które można by pokonać rowerem. Chwilami można poczuć się jakby to wcale nie było w zbyt ciasnej i cywilizowanej Europie. Taki smaczek prawdziwej wyprawy. Ale z drugiej strony bywa i tak, że wśród gór snuje się kilometrami szuterek albo nawet asfalt. Wszystko zależy tylko od tego, który region z całej tej bogatej palestry wybierzemy. Barwy Maramuresz



To taki zakątek, który kusi, żeby często na chwilę przystanąć, skręcić do pobliskiego klasztoru albo odwiedzić tak unikalne i piękne miejsce jak choćby Wesoły Cmentarz (Sapanta). Zerknąć na ludzi, którzy na co dzień chodzą w tradycyjnych strojach, przyjrzeć się przedziwnym, niespotykanym nigdzie indziej budowlom…Osobliwości, mnóstwo osobliwości i prawdziwy żywy skansen – tak w wielkim skrócie można opisać tą część naszej podróży. Jak dla nas to już egzotyka, a przynajmniej cos bardzo interesującego. Maramuresz to perła Rumunii, mozaika krajobrazów i bogactwo kultury. A nas najbardziej zaskoczyło to, że w tradycyjnych strojach paradowali również młodzi ludzie. Z Baja Mare skierowaliśmy się do Borsy. Tutaj przeważnie trzymaliśmy się szosy.

DRUM DE TRACTOR – samochodem tu nie wjeżdżaj!

Takich dróg gdzie przejadą tylko terenowe samochody czy ciężarówki do pracy w lesie w Rumunii nie brakuje. A my wręcz uwielbiamy siłować się z podłożem. Wystarczy skręcić trochę w bok, zgubić asfalt. Muntii Rodnei - zwane Alpami Rodniańskimi – zwabiły nas bo tam często w ogóle nie ma dróg. Szukaliśmy jak zwykle miejsca, gdzie można się zgubić i zmęczyć tak, żeby zapomnieć o bożym świecie. Ale musi to być też takie miejsce, które z kolei swym pięknem wynagrodzi zmęczenie. Połoniny Muntii Rodnei takie właśnie są. Raz my na rowerach, czasem rowery na nas, często obok. Większość sprzętu pozostała w dolinie tak żeby możliwym było dotarcie na rowerach gdzie tylko to możliwe a nawet tam, gdzie nie wydaje się to wykonalne. Trzeci dzień włóczęgi zaczął się głuchą górską ciszą i tym wyraźniej pulsującym bólem wszystkich mięśni. Drogi nie było, tylko połacie traw i wystające skały. Na horyzoncie majaczył Pietrosul (2303 m n.p.m.), najwyższy wierzchołek północnej Rumunii. Niespecjalnie byłojak mu się przyjrzeć - zjeżdżaliśmy po kępach traw gapiąc się uparcie przed przednie koło. Drogi to bynajmniej nie prostowało, za to pozwalało utrzymać się w siodle. Widokami delektowaliśmy się raczej na postojach, zresztą Pietrosul mieliśmy już wtedy za sobą. Bardziej na piechotę niż na rowerach, ale co tam. Skórka warta była wyprawki, widoki były przecudne. Głęboka dolina od północnej strony jeszcze potęgowała wrażenie wysokości. Po drodze zahaczyliśmy też o cudne jeziorka. Uznaliśmy je za jedno z najpiękniejszych miejsc, które przyszło nam w ogóle zobaczyć. Szkoda tylko, że woda była szokująco lodowata. Drogi gdzieś przepadły. Raz pojawiła się ścieżka, ale szybko znów zapadła się pod ziemię. Trzymając się kierunku z grubsza w dół, zapuszczaliśmy się w coraz większe maliny. I to dosłownie. Po drodze było wszystko - lasy, pastwiska, a nawet 10 km strumienia. Trochę żałowaliśmy, że taki szmat drogi pokonaliśmy bez jakiejkolwiek możliwości zjazdu. Ale za to było Camel Trophy i naprawdę dzikie ostępy. Gehenna skończyła się po południu - dotarliśmy do szerokiej drogi. Zresztą - ta refleksja przyszła dużo później - czym trudniejsza trasa, tym trwalsze wspomnienia. Przez dwa kolejne dni stroniliśmy jednak od podstępnych i niepewnie wyglądających ścieżek. Przyszedł czas na suszenie butów i porządne mycie w górskiej rzece. Na bezdrożach gór Rodniańskich daliśmy z siebie wszystko, rowery wymagały przeglądu i dopieszczenia - tu zwichrowane koło, tam pęknięta linka hamulcowa (na szczęście był zapas). A potem, już na szosie, radość życia i sklepowe obżarstwo. Była także wizyta w rumuńskim domu i obiad zakrapiany domowej roboty nalewką. Zanim znów wsiedliśmy na rowery, musieliśmy nieco ochłonąć. Tak smakowała Rumunia i podobało nam się. Górskie hale Alp Rodniańskich przyciągają swym urokiem jak magnes, a poza sezonem potrafią być zupełnie puste. Nikt nigdzie nie stawia tam zakazów jazdy rowerem ani żadnych innych ograniczeń. Dla nas była to właśnie ta namiastka „dziczy”, o jaką w pejzażu europejskim trudno. Podobne tereny można znaleźć w Karpatach na Ukrainie, ale tam już kiedyś jeździliśmy. Serpentyny, serpentyny...

Z żalem żegnaliśmy się z najwyższym na naszej trasie górskim etapem w Rumunii. Ale góry się nie skończyły. Kilometrami albo wjeżdżaliśmy albo pędziliśmy w dół. Niekiedy Alfred lub Gazela (tak nazywaliśmy swoje jednoślady) pojękiwały nieco na żmudnych podjazdach i obawialiśmy się protestu z ich strony. Poznawaliśmy przelotnie kolejne regiony rumuńskich Karpat Wschodnich. Zmieniał się pejzaż, także etniczny. Na asfaltowych zjazdach bez przeszkód doganialiśmy samochody, ciężarówki wręcz wyprzedzaliśmy. Przekleństwem na rumuńskich drogach są nie nadużywany przy dowolnej okazji, chociaż z drugiej strony nie można mieć im tego za złe. Musicie też wiedzieć, że Rumunia jest bajecznie kolorowa. Kilometrami ciągną się wzdłuż szos wioski zaskakujące przepiękną architekturą drewnianych i murowanych domów i cerkwi. Przy wiejskich ulicach zbierają się gromady ludzi, tam skupia się życie towarzyskie - wszyscy gawędzą popijając piwo. Jest bardzo bezpiecznie, nigdy nikt nie zaczepia, no chyba, że w okolicy są Cyganie… Niemiłe to, ale prawdziwe

.

Nie omiń Bukowiny!

Góry nie są tu już tak wysokie jak te w Maramuresz. Krajobraz bardziej przypomina lekko przerośnięte Kaszuby. Wokół pola i łąki upstrzone stogami siana. Takie miejsce, w którym chce się zostać i odpoczywać. Odpoczywać bez końca. A w wioskach? Szczerze powiedziawszy najpiękniej było w okolicach polskich wsi… To nie pomyłka - w Rumunii trafiliśmy do dwóch polskich wsi: Pleszy i Nowego Sołońca. Wszyscy mieszkańcy zwracali się do nas najzwyczajniejszym „dzień dobry” - widać sporo turystów z Polski tu bywa. Spodobało nam się i postanowiliśmy zostać przynajmniej na noc. Okazało się, że w Nowym Sołońcu istnieje nawet coś takiego jak Dom Polski. Nocleg tam kosztował jakieś grosze, a była też i wystawna kolacja (do tej pory gotowaliśmy na ognisku), prysznic, a potem… rowerowa proza. Do późnej nocy usuwałem przeróżne usterki sprzętu. Rano pożegnaliśmy uroczą polską enklawę. Jadący na oklep człowiek powiedział nam jeszcze „do widzenia”. No bo jak inaczej?

 

Z ziemi polskiej do Polski

Pożegnaliśmy się z żalem, ale czas gonił już, nabierając nnormalnej prędkości, a droga do domu była długa. Wiodła przez Ukrainę - kraj w sam raz na studencką kieszeń - spośród wszystkich, które przejechaliśmy tam było najtaniej. Zahaczyliśmy o zapomniane Polesie ukraińskie a w Polsce odwiedziliśmy jeszcze przepiękny Poleski Park Narodowy. A potem trzeba było powrócić na ruchliwe i zatłoczone drogi, gdzie jazda rowerem nie jest już taka beztroska, a powietrze nie takie czyste.

 

 

 

Do góry

:: Sponsorzy

Wyprawa tylko za własne fundusze – byliśmy całkowicie niezależni i jechaliśmy gdzie koła poniosły cisząc się z własnego towarzystwa i z poczucia wolności i niezależności.

 

Do góry

:: Sprzęt

Jak zwykle zaufaliśmy naszym wysłużonym ale niezawodnym cannondale, które nigdy nas nie zawiodły. Znakomicie mocuje się na nich bagażniki – także przednie. W tym względzie świetnie sprawdza się ich patent widelca amortyzowanego typu head schok, który pozwala na zamocowania bagażnika pod częścią uginającą się. Bagażniki - tylko tubus. Zadowoleni jesteśmy także z sakw Ortlieb.

 

Do góry

MENU
Wiadomości | Forum | Sprzęt | Sklep | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.