|
:: Uczestnicy


Bartosz Frant Urodzony w 1988 Zamieszkały w Katowicach Aktualnie
uczący się w VIII LO w Katowicach (kl. maturalna) Zainteresowania:
rower, żeglarstwo, amatorsko wspinaczka, tenis, narty, piesze wycieczki
w góry, gitara Mail: frantu@o2.pl
GG: 2191534

Michał Data Urodzony w 1989 Zamieszkały w Starej Wsi obok Brzozowa
Aktualnie uczący się w I LO w Brzozowie Zainteresowania: rower,
siatkówka, koszykówka,narty, piłka ręczna, tenis, łucznictwo Mail:
dacik@poczta.fm GG: 3166267
Do góry
:: Trasa

Do góry
:: Relacja

Wstęp
Na rowerach jeździmy już od dawna, zaczynając od Agatki Reksia
czy kolorowego Bmxa. Po górach, nizinach, wyżynach czy kotlinach
przejechaliśmy wiele kilometrów lecz ciągle w trybie jednodniowym.
Było fajnie, ciekawie- przejechaliśmy Bieszczady, jeden z nas Beskidy,
a przede wszystkim wiele kilometrów po Śląsku (Bartek - Frantu)
i podkarpaciu (Michał). Jednak w naszych głowach ciągle widzieliśmy
obraz rowerowej wolności, niezależności. Mieć na rowerze wszystko
co pozwala przeżyć, jechać nie znając miejsca noclegu, przede wszystkim
jechać. Postanowiliśmy się przełamać, a początkowo naszych rodziców.
Zainwestować w sakwy (Zdecydowaliśmy się na Crosso Dry tył co możemy
szczerze polecić), kilka drobnostek. Był to nasz pierwszy poważniejszy
wyjazd. Być może kilometry i trasa nie są szczytem marzeń, nie są
niczym egzotycznym, ale to może dopiero przed nami. Trasa którą
przebyliśmy i tak dla wielu ludzi pozostaje czymś. Mieliśmy wiele
pomysłów, gapiliśmy się na mapy i liczyliśmy pieniądze(raczej nie
byliśmy przygotowani na poważną inwestycję). Ostatecznie w paincie
nakreśliliśmy pędzlem trasę. Jeszcze tylko wcześniejsza dwudniowa
wycieczka przez Przemyśl, Łańcut z Brzozowa w ramach zapoznania
się z podróżniczo-rowerowym życiem, ogolenie głów niemal na łyso
(głupi pomysł J), kupno kilku zupek chińskich i w drogę ! Dzień
1 Brzozów 12-07-2006.Ruszyliśmy. Wbrew założeniom wcale nie wcześnie,
po drodze zrobiliśmy kilka dodatkowych zakupów (płyn przeciw komarom-
przydaje się, spirytus z apteki- można nim umyć np. ręce po robocie
przy łańcuchu, łatki). Pełni optymizmu i siły ruszyliśmy w stronę
Rymanowa Zdroju. W Rymanowie ostatnie telefony do dziewczyny, domu,
łyk uzdrawiającej wody i na granicę ! Zaraz za Rymanowem zaczęły
się bardzo ładne okolice ( Jaśliski Park Krajobrazowy)i nawet niemałe
górki. Droga bardzo spokojna i cicha. Niewiele czasu minęło i już
pożegnaliśmy Polskę. Witaj Słowacjo ! Od razu za granicą wiele pomników
powojennych czołgów, działek i samolotów, a gdy dojechaliśmy do
pierwszego miasta - Svidnika, całe otwarte muzeum cacek z drugiej
wojny i kawałek dalej, pomnik - wielka rosyjska gwiazda (niczym
w sercu Rosji). Jednak wcześniej złapała nas dosyć nagła burza,
dlatego trochę czasu spędziliśmy w przydrożnym barze jedząc obiadek.
Naszym celem tego dnia była miejscowość Bardejov, tam chcieliśmy
przenocować. Kiedy tam dojechaliśmy(około 21) i błądziliśmy po mieście
i okolicy (Bardejovskie Kupele) szukając noclegu szybko zrobiło
się ciemno. Nie było przewidywanych pól namiotowych, a i na dziko
nie potrafiliśmy znaleźć sensownego miejsca na nocleg. Przez miejscowych
zostaliśmy skierowani do internatu, swoistego hotelu dla młodzieży,
gdzie za około 17 zł przespaliśmy mając ciepłą wodę i nawet pościel
J Niełatwo było się dogadać z dziwną panią na portierni, ale jak
już to przeszliśmy i pozwoliła nam zabrać rowery do pokoju zjedliśmy
kolację, posiedzieliśmy na balkonie i poszliśmy spać.

Dzień 2
Małe zakupy w tamtejszym Lidlu, śniadanko, poranny prysznic. Dowidjenia
i znowu jedziemy. Po drodze wjeżdżamy do centrum aby zwiedzić miasteczko
- naprawdę ładne, budynki wokół rynku niczym domki dla lalek, resztki
starych murów i do tego wszystkiego mocne słońce tego ranka. Kilka
zdjęć i jedziemy dalej - w wysokie Tatry ! Od razu po wyjeździe
z Bardejova czuć, że teren się stopniowo podnosi. Przejeżdżamy trochę
kilometrów i w pewnym momencie teren naprawdę zaczyna się mocno
podnosić. Mniej więcej niedaleko miejscowości Ruska vola zaczyna
się dosyć długi podjazd (wydaje mi się ,że jest to przełęcz Krazonik
933m). Słońce smaży nasze plecy, wjeżdżamy na górę i powoli zaczynami
widzieć rosnące góry, prawie się nie zatrzymując ciągle jedziemy
dalej, głodni widoku Tatr. Jedziemy, po drodze spotykamy jakąś wyprawę
dzieci (chyba do Bratysławy), bardzo dużo grupa, niestety powolna
i gdzie indziej zmierzająca. Po drodze mijamy kilka ciekawych zamków,
jednak w głodzie Tatr nie wjeżdżamy na nie a tylko oglądamy z zewnątrz.
Dojeżdżamy do miejscowości Stara Lubovna, potem przez Podoliniec
aż do Spisskiej Beli gdzie oczom naszym ukazują się skryte za chmurami
Tatry. Nad miejscowym stawem gotujemy miniobiad, odnawiamy siły
batonikami i jedziemy dalej. Wreszcie wjeżdżamy na Drogę wolności.
Piękny widok Tatr przed naszymi oczyma, z głowami zwróconymi w prawo
(góry) jedziemy dalej. Tego dnia dojeżdżamy do Tataranskiej Lomnicy,
skąd mamy piękny widok na Łomnice (2633). Bazujemy na polu namiotowym
Eurocamp (dosyć drogo, ale wysoka jakość - prysznice, kuchnia itp.
Trochę nie po naszemu). Mycie, kolacja, przysiadka przed namiotem
ze słowackimi pistacjami...i znowu spać. Na Łomnicy widać tylko
światełko dobiegające ze schroniska.


Dzień 3
Kolejny poranek i zgodnie z oczekiwaniami trasa dalej ciągle do
góry (podobnie jak poprzednie 100 km J ). Zaraz po spakowaniu i
wyjeździe pierwsza awaria - przebita dętka. Wymieniamy ją i w drogę.
Nasz najbliższy cel - Strabskie Pleso (1420m). Jedziemy, tym razem
widok Tatr jest jeszcze piękniejszy, nie ma chmur. Wzdłuż drogi
śmiga górska kolejka, a my ciągle do góry, aż do samego jeziorka.
Stamtąd super widok i Nizne Tatry i Poprad. Samo jezioro też jest
bardzo ładne i bardzo czyste. Niestety, czas goni nas i musimy się
zbierać. Od tej pory nasze położenie nieco się zmienia, teraz jedziemy
na dół :) Bardzo szybko :) kiedy Tatry mamy już za plecami kolejna
niespodzianka, drugi raz przebita dętka a za nami burza. Nim zdążyliśmy
naprawić dopada nas, panicznie rozkładamy amatorski namiocik (połowicznie)
w którym zostajemy mimo wszystko zalani :) chowamy się także pod
płachtą (Zdecydowanie najlepsza rzecz dla turysty-rowerzysty- może
służyć w bardzo wielu celach jako koc, stół, namiot, dach ...).
Zmoczeni, przebieramy się w wodoodporne ubranka (oprócz butów) i
jedziemy dalej. Warunki nie sprzyjają, kolejne ataki deszczu nakazują
nam postoje, jazda przez miasteczka jest mało przyjemna. Tego dnia
dojeżdżamy tylko do zalewu Liptowska Mara (przejeżdżając wcześniej
przez Liptowski Mikulasz), gdzie na campingu rozpoczynamy akcję
suszenia rzeczy, przeczuwając kolejne burze i chroniąc się przed
bardzo zimnym wiatrem jedną stronę namiotu nakrywamy płachtą. Jemy,
odpoczywamy, cieszymy się suchością, której w ciągu dnia nam brakowało.
Spacer wzdłuż brzegu zalewu i frytki.
Reszta dopiero jutro...
Dzień 4
Budzimy się, wiatr wysuszył większość rzeczy, resztę można przyczepić
na wierzch sakw. Wszystkie poranne zabiegi zakończone i znowu jesteśmy
na 2(4) kołach. Tym razem jedziemy zobaczyć zalew z góry, dlatego
wcześniej walczymy na podjeździe na Kwacianskie Sedlo (1110 m).
Podjazd jest długi i stromy, dyszymy niczym Lord Vader, ale za to
na górze czeka nas widok na Liptowską Marę, a potem długi i ostry
zjazd (83 km/h J ). Jedziemy dalej, droga to do góry to na dół .
Wokół nas nadal piękne górskie widoki. Dojeżdżamy do Oravskiego
zalewu, gdzie spożywamy niezbyt wyszukany obiad zapiekankowo- hot
dogowy. Mamy jechać na zalew w Novej Bistricy, tam planujemy nocleg
nad wodą. Jednak na mapie jest dziura...nie wiadomo czy wiedzie
tamtędy jakakolwiek droga. Okazuje się, że jednak jest droga, a
raczej sieć miejscowych minidróg. Górskie tereny, spokój, na polach
baranki, małe wioski i wąskie dróżki z ilością samochodów około
1/h, momentami droga piaskowa, albo żwirowa. Bardzo przyjemnie się
jedzie jednak zbliża się wieczór i trzeba znaleźć miejsce do spania.
Dojeżdżamy do Novej Bistricy(mała wioska) w której odbywał się jakiś
regionalny festyn. Koło sklepu zgromadzona chyba cała ludność tej
wioski, zespół składający się z kilku dziadków, a przed sklepem
wielki kopiec zbudowany z drewna i gałęzi. Ładny, tylko po co ?
Po chwili z przeciwnej strony nadjeżdża większa gromada rowerzystów
z Czech ( także turyści). Było to bardzo miłe spotkanie, razem szukamy
zalewu...okazuje się, że jest to całkowicie ogrodzony zbiornik pitnej
wody. Teraz dużą ekipą, z którą jakimś dziwnym językiem udaje nam
się dogadać trafiamy na miejscowe boisko, gdzie postanawiamy spać.
Ekipa czeska była bardzo otwarta. Zostaliśmy poczęstowani śliwowicą,
razem robimy kolacje i myjemy się w lodowatej rzece. Kopiec, który
widzieliśmy jest podpalony i ludzie tańczą wokół ogromnego ognia
i dymu śpiewając. Bardzo ciekawa impreza. Tym razem kładziemy się
spać pod gołym niebem w dużej ekipie (co ciekawe, czesi w ogóle
nie zabrali namiotów jadąc na około 7 dni, zapytani dlaczego odpowiedzieli,
że padać nie będzie J- to się nazywa pozytywne podejście do sprawy).
Chwila rozmowy, kilka grzejących łyczków, głośnych zbiorowych bąków
i idziemy spać.

Dzień 5
Poranna rosa trochę zmoczyła nasze śpiwory, no ale któż by się
tym przejmował. Wstajemy pełni zapału, szczęśliwi, że spotkaliśmy
fajnych kompanów. Cóż, trzeba ruszać dalej. Zbiorowa fotka, uściski
dłoni i do zobaczenia na rowerowych szlakach. Ten dzień okazał się
być najchłodniejszym ze wszystkich, musieliśmy przez jakiś czas
jechać w długich spodniach. Wjeżdżamy do Cadcy, miejscowości przy
granicy słowacko-czeskiej, zakupy w Billi, a za moment jesteśmy
już na granicy. W międzyczasie fotka pod słowacką wieżą Eiffla
Bezproblemowo wjeżdżamy do Czech, kraju stojącego wyżej w rozwoju
gospodarczym i od Polski i od Słowacji. Nie mieliśmy wiele czasu,
stąd też chceliśmy wjechać do Polski na najbliższym przejściu. Natrafiliśmy
jeszcze po drodze w Jablunkovie na jakiś festyn folklorystyczny,
fajny, kramy itp. A stamtąd już do Polski. Problemem okazało się
znalezienie przejścia, bo dwoje Polaków skierowało nas na przejście
dla rowerzystów, ale pobłądziliśmy i musieliśmy wracać kilka kilometrów.
Ostatecznie przejechaliśmy granicę tak, jak robią to samochody.
W Beskidach, w których się znajdowaliśmy mieliśmy do pokonania wiele
bardzo stromych i męczących podjazdów(Ochodzita w Koniakowie J)
Uporaliśmy się z tym bezproblemowo, potem długi zjazd, aż do Żywca.
Obiadek nad rzeczką, kilka telefonów do Gosi, dziewczyny Bartka,
z pytaniami o nocleg (było koło 18, a mieliśmy jeszcze koło 65 km
do przejechania) Droga wcale nie ułatwiała szybkiej jazdy, męczące
krótkie podjazdy i tak aż do Makowa Podhalańskiego. Do Zawoi wydawało
nam się, że nie jest już daleko, ale myliliśmy się. Od Makowa droga
przez 20 km ciągnęła się non-stop w górę. Zmęczeni zauważyliśmy
znak Zawoja. Uff, nareszcie. Ale zanim dotarliśmy do umówionego
domku jechaliśmy jeszcze jakieś 40 minut J(Zawoja to najdłuższa
wieś w Polsce-27 km :D). Nastał nareszcie upragniony moment końca
etapu, 174 km na liczniku(o 1 mniej niż nasz wspólny rekord z maja
2006) Kilka uścisków z kobietą, łazienka i wygodne łóżka J Tego
nam trzeba było.
Dzień 6
Przeznaczyliśmy go na odpoczynek w Zawoi, trochę pochodziliśmy
po górach, zjedliśmy pizze, wypraliśmy majtki :) Ogólnie - fajrant
Dzień 7 Trudne są rozstania z bliskimi, ale cóż, jechać trzeba dalej.
Na następny nocleg byliśmy umówieni z rodziną Michała(osobiście
nie znaną), nad Zalewem Czorsztyńskim. Droga w Zawoi wiła się ciągle
w górę, przejechaliśmy tak z 20 km, aż dojechaliśmy na przełęcz(nie
znam z nazwy) skąd widać było Babią Górę. Zjazdy, podjazdy, czyli
wszystko co towarzyszy rowerzyście. Pojechaliśmy do Zakopanego,
miasto kultowe, w którym zjedliśmy obiad. Wiele nie zwiedzaliśmy,
bo nie lubimy miejsc, gdzie panuje już miejska atmosfera, tłum ludzi,
komercja. To nie dla nas. Szybko pojechaliśmy dalej. Poronin, Białka
Tatrzańska, fajne widoki z okolicznych szczytów na Tatry, które
po południu są świetnie oświetlone, aż dech zapiera J W Białce był
16% zjazd, ale cóż z tego, droga fatalna, dziura na dziurze(jeśli
chodzi o Słowacje to drogi świetne, bez porównania do naszych) Gdzieś
w Gronkowie skróciliśmy naszą trasę, by nie wjeżdżać do Nowego Targu.
Na bocznej drodze przez długi czas ścigaliśmy się z autobusem :D.
Bartek zrobił sobie kilka fotek z krowami, nie wiem po co, ale w
końcu w Katowicach ciężko krowę na pastwisku znaleźć J Minęło kilka
kilometrów, naszym oczom ukazał się zbiornik wodny. Czorsztyn, pięknie
położony, malowniczy. Pytamy miejscowych o rodzinę, u której mamy
nocować, wskazują nam bez namysłu, prawidłowy kierunek, coś fantastycznego,
jak wszyscy dobrze się tam znają. Zajeżdżamy, witamy się, rozbijamy
namiot, darmowa kolacja(jak to u rodziny), spacer nad wodę(jakieś
50 metrów od domu) i należyty nocny odpoczynek.

Dzień 8
Po śniadaniu pożegnaliśmy się z rodziną i wyruszyliśmy na dalszą
trasę. Po drodze stwierdziliśmy, że warto zobaczyć zamek w Czorsztynie,
zbaczamy więc z drogi, jadąc na miejsce. Pod zamkiem zaczepia nas
jakiś pan, sprzedający bilety na przepłynięcie gondolą od jednego
zamku do drugiego(Niedzica). Bez zastanowienia kupujemy, wsiadamy
w gondolę i płyniemy. Na zamek w Niedzicy nie wchodzimy, drogie
bilety no i nie ma gdzie rowerów zostawić. Wyjeżdżając stamtąd lekko
pomyliliśmy drogi, co miało wpływ na nasze dalsze wojaże. Zjechaliśmy
na drogę wiodącą wzdłuż Dunajca, na którym flisacy w swych łodziach
spływają wraz z turystami podziwiając okoliczne widoki. Gdy dojechaliśmy
pod Trzy korony okazało się, że droga w tym miejscu się kończy.
Zapytawszy jak daleko musieli byśmy wracać zdecydowaliśmy się na
przejście przez Dunajec na stronę słowacką. W mgnieniu oka przebraliśmy
buty na sandały, wszystko schowaliśmy do naszych wodoszczelnych
sakw i weszliśmy do rzeki. Najpierw przenieśliśmy sakwy, a za drugim
razem rowery. Trzeba stwierdzić, że dziwnie się na nas patrzono,
ale dobrze wiedzieliśmy co robimy. Dodać należy, że prąd w rzece
jest bardzo mocny, a woda sięga powyżej pasa. Na drugim brzegu drugie
śniadanie, a potem jazda jakże piękną częścią Słowacji. Wspięliśmy
się na wysoką przełęcz, z której zjechaliśmy do granicy w Szczawnicy.
Piękno Pienińskiego Parku Narodowego jest nie do opisania, to trzeba
po prostu zobaczyć na własne oczy. My to szczęście mieliśmy. Popołudniem
gdzieś na stacji benzynowej przed Starym Sączem zjedliśmy obiad,
a potem pojechaliśmy w kierunku Piwnicznej Zdroju w celu znalezienia
miejsca na nocleg. Myśleliśmy, że w tamtych rejonach pól namiotowych
będzie co niemiara, jednak jadąc i jadąc nie znaleźliśmy nic ciekawego
przy drodze. Szybka decyzja spowodowała naszą jazdę w nocy. Dotarliśmy
do Muszyny. Dzięki szczęściu na przystanku autobusowym spotkaliśmy
pieszych turystów, którzy mówili, że idą na pole namiotowe. Z chęcią
zabraliśmy się z nimi. Na nasze nieszczęście dojście do schroniska
turystycznego PTTK wiodło przez ciemny, błotnisty, górzysty las,
a my musieliśmy taszczyć nasze rowery i cały bagaż. Choć dało nam
to w kość, nie żałowaliśmy, bo warunki za 6 zł od osoby były dobre.
Wrzątek, herbata, ognisko, fantastyczni ludzie, gitara przy ognisku,
noc leciała bardzo szybko, późno poszliśmy spać, następnego dnia
czekał nas ostatni dzień podrózy.

Dzień 9
Chłodny poranek, herbata na przebudzenie, pożegnanie z kierownikiem
bazy i znów w drogę. Las, który tak mocno dał nam się we znaki,
w dzień wyglądał mniej brutalnie, szybko go pokonaliśmy i zaraz
po wyjściu z niego zatrzymaliśmy się pod sklepem na śniadanie. Chleb,
marmolada, jakaś wędlina, to wystarczyło. Zbliżała się godzina 10,
upał coraz większy, a my byliśmy w Krynicy Górskiej. Nie zauważywszy
nic ciekawego w tej uzdrowiskowej miejscowości, podążyliśmy w kierunku
Grybowa. Szło nam to bardzo sprawnie, do czasu kiedy w powietrzu
było około 35 stopni. Pomiędzy Grybowem a Gorlicami, a dokładnie
w Szymbarku zatrzymaliśmy się pod sklepem, aby odpocząć. Stwierdziliśmy,
że nigdzie nam się już dziś nie spieszy, więc można się trochę zdrzemnąć.
Jak menele spaliśmy przez 2 godziny pod sklepem, czekając aż pogoda
stanie się milsza do jazdy. Miła pani ze sklepu przygotowała nam
bułki z szyneczką i pomidorem, co posłużyło nam za obiad J. Za Gorlicami
poczuliśmy się już prawie jak w domu, podobny teren, w miarę znajoma
droga, jednak wcześniejsze wrażenie, że jest ona łatwa wcale nie
oddało prawdy. Zmęczeni dojechaliśmy do Pielgrzymki, gdzie jedząc
lody pod sklepem zostaliśmy zagadani przez bardzo życzliwego pana,
z którym przyjemnie się rozmawiało. Stamtąd podążyliśmy do Dukli,
a potem do Haczowa, w którym objedliśmy kuzynowi całe maliny i inne
dobra spożywczeJ Nie minęła godzina przyjechali rodzice Bartosza,
chwilę porozmawialiśmy, a potem ostatnie 20 km do Starej Wsi jechaliśmy
pełni zadowolenia z naszego dokonania. Wieczorny przejazd przez
Brzozów, był najmilszym z wielu, pięknym zwieńczeniem naszej wspaniałej
podróży.

Do góry
:: Statystyka

- Dzień 1: Brzozów - Trześniów - Rymanów - Barwinek - Svidnik
- Bardejov 138,68 km 6h 10 min
- Dzień 2: Bardejov - Lubotin - Stara Lubovna - Spisska Bela -
Tatranska Kotlina - Tatranska Lomnica 120,60 km 5h 50 min
- Dzień 3: Tatranska Lomnica - Strabskie Pleso - Liptovski Hradok-Liptovski
Mikulas -Liptovski Trnovec 100,98 km 4h 54 min
- Dzień 4: Liptovski Trnovec -Zuberec-Podbiel -Tvrdosin-Lokca-Oravska
Lesna- Nova Bystrica 129,10 km 6h 18 min
- Dzień 5: Nova Bystrica-Cadca- Mosty u Jablunkowa-Jablonec-Istebna
-Milówka-Żywiec-Sucha Beskidzka -Maków Podhalański-Zawoja Wełcza
173,64 km 8h 42 min
- Dzień 6:
- Dzień 7: Zawoja-Jabłonka-Czarny Dunajec- Zakopane-Poronin-Bukowina
Tatrzańska-Ostrowsko-Kluszkowce 138,57 km 6h 14 min
- Dzień 8: Kluszkowce-Czorsztyn-Niedzica- Sromowce Dolne-Lesnica(SVK)-
Szczawnica-Krościenko n/D- Stary Sącz-Piwniczna-Muszyna 150,20
km 7h 27 min
- Dzień 9: Muszyna-Krynica-Grybów-Gorlice -Nowy Żmigród-Dukla-Iskrzynia
-Haczów-Brzozów-Stara Wieś 158,45 km 7h 5 min
W sumie: 1110,22 km
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|