Swinoujscie-Hel 2006

:: Relacja

Prolog

Kiedy w 2004 roku po raz pierwszy zawitałem na portal wRower i poczytałem o wspaniałych wyprawach: Renaty Gołębiewskiej i Pawła Paronia, Marka Klonowskiego oraz Diabła i jego kompana, z którym obaj mają 'trochę więcej niż 100 lat' i innych, pomyślałem TO jest to! Tak chcę spędzać wolny czas - w podróży na rowerze. Było jednak małe "ale". Lata młodzieńczej beztroski mam już za sobą, a obowiązki zawodowe (filar małej firmy ;-) i rodzinne (wtedy mąż, a od niedawna ojciec małej córeczki) skutecznie skracają pławienie się w tym sposobie spędzania czasu do jednego tygodnia.
W zawiązku z powyższym, by wilk był syty i owca cała, receptą pozostały "przejażdżki" (po przecież nie wyprawy) po Polsce. A jako, że podobnie jak rower kocham morze na pierwszy raz poszła trasa Świnoujście - Hel.
Jakieś dwa miesiące przed zaplanowanym wyjazdem, zgadałem się z dawno niewidzianym kolegą, że jadę w taką trasę. Na co on, że już dawno o czymś takim myśli i że chętnie się ze mną wybierze. I tak 19,06,05 stawiliśmy się jak jeden mąż na peronie dworca w Olsztynie, by pociągiem dostać się do Świnoujścia. Jechaliśmy w wygodnym rowerowym wagonie i po przesiadce na opóźniony godzinę pociąg ze Szczecina Dąbie do Świnoujścia dojechaliśmy do celu.
Tu na miejscu przeprawiliśmy się promem do centrum, gdzie na campingu "Relaks" rozbiliśmy namiot. Gdzieś koło 23 poszliśmy spać.
Nadmienię, że obiecaliśmy naszym żonom iż ze względów bezpieczeństwa nie będziemy spali na dziko, więc zawsze rozbijaliśmy się na oficjalnych polach namiotowych. Tacy jesteśmy grzeczni ;-)

 

 


20,06,2005
Świnoujście - Międzyzdroje - Dziwnów - Pobierowo - Rewal - Niechorze (91 km)

Każdy dzień rozpoczynaliśmy tak samo, więc poranny rytuał opiszę raz a dobrze i nie będę już do tego tematu wracał.
Pobudkę zaplanowaliśmy na 6,00 by najpóźniej o 8,00 wyruszyć w trasę. Dlaczego całe dwie godziny na ranne sprawy? Bo byłem na urlopie! I kawusię rano chciałem spokojnie wypić! Krzysiek nie pije kawy, więc trochę obcy był mu ten rytuał, ale na szczęście jest cierpliwym człowiekiem, więc przymrużył oko na to moje dziwactwo. W ogóle pod względem żywieniowym różniliśmy się z lekka. On wprowadzał jakieś wynalazki w postaci np. mleka sojowego, czy sojowych paprykarzy i pasztetów, a ja tradycyjnie 'turystyczną'. On nie pił piwa, a ja piłem, chociaż mniejszych niż zwykle ilościach, co by pary do pedałowania nie stracić. Oczywiście w przeciągu tych porannych dwóch godzin, robiliśmy toaletkę, 'zwijanko' bagaży i ruszaliśmy w drogę.
Rano na campingu podszedł do nas Peter, turysta z Nowej Zelandii. Okazało się ze zjeździł rowerem cały świat, a tu w Polsce miał... żonę. Widząc nasze sakwy, ludzie ogólnie wykazywali zainteresowanie nami i naszymi planami. A Niemcy myląc cudowne sakwy krosso z ortliebowskimi (ciekawe dlaczego, hę?) w tym zagadywaniu przodowali.
Nim wypuściliśmy się na bezmiar rowerowych szlaków, promem przedostaliśmy się na stały ląd. W informacji turystycznej otrzymaliśmy mapę regionu i informatory turystyczne, po przestudiowaniu których postanowiliśmy, że jedziemy międzynarodowym rowerowym szlakiem R-10. Po drodze obejrzeliśmy najwyższą w Polsce latarnię morską (oczywiście musieliśmy na nią wejść - Krzysiek był pierwszy), kliknęliśmy z niej piękne widoczki, zaliczyliśmy betonowy falochron i stare poniemieckie bunkry różnego przeznaczenia.
Jazda szlakiem rowerowym okazała się jednak straszną pomyłką. Było co prawda spokojnie, zielono i miło, ale klucząc po lesie wyznaczoną trasą nadrobiliśmy na odcinku kilkunastu kilometrów do Międzyzdrojów jakieś 10 dodatkowych. Od tego kurortu zjechaliśmy ze szlaku na szosę, co uczyniliśmy po uprzednim łypnięciu na morze i "foczki" wygrzewające się w słońcu J
Dalej trasa była jak ta lala z kilkoma stromymi chopkami. W związku z tym, że dopiero wkręcaliśmy się w podróż, a treningu przed wycieczką za dużo nie było, więc lekkiej zadyszki dostawaliśmy przy podjazdach, ale im dalej, tym lepiej, chociaż nie bez wysiłku, nam szło.

W Niechorzu znaleźliśmy rewelacyjny camping przy hotelu "Pomona", nieopodal latarni morskiej. Cena przystępna, a waruneczki pod zachodnich turystów. Zresztą w czerwcu na campingach przeważali turyści zza zachodniej granicy. Właściciel campingu okazał się również kolarzem z zamiłowania, więc pogwarzyliśmy z nim trochę. Potem jedzonko, spacerek po Niechorzu, zachód słońca i spać. Aaaa plusem był prysznic za 2.50 PLN za caaaaałe 8 minut. Na Helu podobna przyjemność kosztuje dwa złote, ale za to ciepła woda leci tylko 4 minuty.

 

 

21,06,2005
Niechorze - Trzebiatów - Kołobrzeg - Ustronie Morskie -Sarbinowo - Mielno (99 km)

Tego dnia głównym punktem programu miał być Kołobrzeg, w którym ostatni raz byłem 26 lat temu w sanatorium. Byłem ciekaw co się w mieście zmieniło, czy park nad morzem dalej jest tak piękny jak onegdaj, czy latają wodoloty i w ogóle. I pewnie byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że do miasta dojechaliśmy w "czias dnia", jakby powiedział Diabeł po podróży do Sankt Petersburga - a więc o pierwszej po południu. Żar się z nieba lał okrutny. Zobaczyliśmy zatem tylko, czy molo i latarnia stoją i w nadal pięknym parku, w cieniu drzew zrobiliśmy godzinną sjestę. Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach postanowiliśmy urządzić sobie morską kąpiółkę pod latarnią w Piaskach. Tego dnia byliśmy jedynymi osobami na plaży, które odważyły się wejść do wody. Bo chociaż słońce dawało ognia to woda miała na pewno poniżej 15 st. na plusie. Byliśmy jednak tak zdeterminowani i spragnieni wody w większej niż 'bidonowa' objętości, że wykąpalibyśmy się nawet, gdyby obok nas pływała kra.
Po mrożącej krew w żyłach płukance w Bałtyku ruszyliśmy w dalszą drogę. I tu zauważyłem rzecz dziwną. Jadę z góry, pedałuję jak szalony, a za nic nie mogę dogonić Krzyśka, chociaż do tej pory nie sprawiało mi to kłopotów (pomimo cięższego bagażu - wiozłem namiot), a nawet sam nadawałem tempo. 'Pewnie koło mi się scentrowało' - pomyślałem i postanowiłem tak dojechać do Mielna, co by wycieczki nie opóźniać.
W Mielnie zadekowaliśmy się na jeszcze urządzanym campingu nieopodal morza. Udało nam się wytargować cenę na 20 zł (z 24 chyba;-) za nas dwóch i namiot, "bo to początek sezonu dopiero..." Rozbiliśmy się pod pięknymi sosnami i wziąłem się za moje koło, które w pewnym położeniu tak mocno zaczepiało o klocki hamulcowe, że trudno było je ruszyć. Przy centrowaniu okazało się, że mam złamane trzy szprychy. Bez jednej jeszcze bym pojechał, ale bez trzech? Na szczęście całemu zajściu przyglądał się pan Zbyszek sączący piwko na tarasie campingowego baru. Okazało się, że jest on z Koszalina, a obok jego sklepu jest salon rowerowy z serwisem, więc będę mógł naprawić lub wymienić koło. Pan Zbysio rozrysował nam dojazd. Podregulowałem kółko jak się dało. Popuściłem szczęki. I poszliśmy spać. Oczywiście cała operacja z naprawą koła wymagała korekty trasy (pierwotnie nie planowaliśmy jechać do Koszalina), no ale siła wyższa.

22,06,2005
Mielno - Koszalin - Dąbki - Darłowo - Postomino - Ustka (94 km)

Do Koszalina dojechaliśmy na 10,00 by nie czekać na otwarcie sklepu. Okazało się, że koła nie opłaca się naprawiać i najlepiej wymienić je na wzmacniane. Czekając na naprawę zaopatrzyliśmy się w medykamenty na nasze zbolałe i otarte krocza i bandaż elastyczny, bo po jeździe z blokującym się kołem z lekka odzywało się moje kolano. Po pożegnaniu pana Zbyszka udaliśmy się w dalszą drogę. Za Koszalinem czekał nas lekki podjazd z dużo fajniejszym zjazdem, którym pomknęliśmy jakieś 50/h na równi z samochodami (bo było ograniczenie do 60-ciu :-) Tego dnia miały miejsce dwa epizody, które nazwaliśmy: 'wiatraki' i 'gość z Postomina'. Ale po kolei.
Jadąc gdzieś na wysokości Dąbek po lewej stronie zobaczyliśmy elektrownię wiatrową. Na mnie nie zrobiła ona zbytniego wrażenia, ale Krzysztof strasznie się napalił, że chce tam pojechać, że jest super... i zboczyliśmy ze szlaku. Wymagało to od nas pedałowania kilka km pod górkę w kierunku morza mając za przeciwnika wiatr tak silny, że wręcz zatykał. W końcu musiało tutaj wiać, bo inaczej całe przedsięwzięcie wiatrakowe byłoby pod kreską. Ale opłacało się. Krzysiek był w 7 niebie. Biegał od jednego wiatraka do drugiego, a nawet stwierdził, że teraz to on zobaczył już wszystko i nawet możemy wracać. Drugą atrakcją związaną z wiatrakami był oczywiście zjazd z górki, pod którą się wcześniej wspięliśmy. Oczywiście mając teraz wiatr w plecy! Pękła jakaś 50, czy coś.
Dla wyjaśnienia. W naszej podróży nie nastawialiśmy się zbytnio na zwiedzanie. Bardziej zależało nam na przejechaniu z punktu A do punktu B. Oczywiście, gdy było coś ciekawego po drodze (np.: wiatraki ;-), to wtedy nie omieszkaliśmy...
Drugi epizod tego dnia miał miejsce 15 km przed końcem etapu w miejscowości Postomino. Zrobiliśmy sobie przerwę pod wiatą przy sklepie. Siedzimy, jemy kanapki, zapijamy jakimś napojem bezalkoholowo - energetycznym i nagle przechodzi obok nas starszy jegomość. Mówi nam 'dzień dobry' i idzie do sklepu. Za chwilkę z niego wychodzi, podchodzi do naszego stołu i wyciąga następujący zestaw: dwa pudełka chrupkiego pieczywa, 2,5 litrowy napój, 3 kubki jednorazowe i... pół literka ;-) . Po czym mówi do nas "Napijecie się Panowie?" Krzysiek alkoholu nie pije, więc od razu odmawia, a ja na to, że może bym i się napił, ale jeszcze kilkanaście kilometrów przed nami, a alkohol odbiera siły i inne tam 'ble ble ble'. Na co gościu, że on w takim razie będzie pił sam i polał sobie do kubeczka. Jakoś nie szło mu jednak pić 'do lusterka', bo zaraz zaproponował nam nocleg, i że nie musimy w takim razie jechać dalej, to możemy się napić. Grzecznie podziękowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. A wieczorem, po uprzednim rozbiciu namiotu na campingu "Morskim" - chociaż daleko od morza, udaliśmy się na pizzę i zimne piwko (które spożywałem ja ;-).

23,06,2005
Ustka - Rowy - Smołdzino - Izbica - Łeba (90 km)

Tego dnia czekała nas przyjemna przejażdżka prze Słowiński Park Narodowy, lub jego okolice. W tym celu pojechaliśmy jednym ze szlaków do Rowów, by stamtąd udać się w odmęty nieskażonej niczym przyrody. Miejscowi mówili nam, że można będzie przejechać nad samym morzem... Niestety nie dało się, bo nad samym morzem jest... plaża, a skądinąd cudowny biały piasek, skutecznie uniemożliwia jazdę na rowerze.
Po zakupieniu 'wjazdówek' do parku próbowaliśmy się dowiedzieć od pani kasjerki jak tu najlepiej pojechać, ale pani wiedziała jeszcze mniej niż my.
Jechaliśmy, to lasem, to łąkami. W pewnym momencie w budce, przy takiej niedużej tamie wybudowanej na większym rowie melioracyjnym postanowiliśmy upewnić się, czy dobrze jedziemy. Krzysiek twierdził, że gościu nie będzie się znał na mapie... ja miałem wiarę. Po pokazaniu mapy, okazało się, że Krzysztof miał rację, zresztą zwijał się nieopodal ze śmiechu słysząc jak tubylec szuka 'swego miejsca na ziemi'. Informacji nie uzyskaliśmy, ale rozmowa z tubylcem wprowadziła nasze poczucie humoru w stan apogeum. W Smołdzinie, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę spotkaliśmy 'rowerującą' rodzinę. Tata wiózł na rowerze oprócz bagaży kilkuletniego synka (oczywiście w specjalnym foteliku i kasku), a za nim jechały mama i kilkunastoletnia córka. Chcieliśmy porozmawiać, ale śpieszyli się bardzo, bo mały oberwał gałęzią w oko i pędzili do lekarza.
Pokonując odcinek za miejscowością Gać ponownie wjechaliśmy w SPN. Jednak tutaj czekała nas niezła przeprawa, pod tytułem "Piaskowe Muszyska" . 'Piaskowe' - bo ten odcinek drogi brodziliśmy rowerami w piasku głębokim do kostek, który zalegał całą leśną drogę; notabene leżącą w niewielkim, ale jednak zagłębieniu - wąwozie, co skutecznie uniemożliwiało jazdę po trawce. A 'muszyska', bo otaczały nas takie roje much, nieeee... ciężkich, bzyczących, mieniących się w słońcu hologramicznymi: niebieskim i zielonym MUSZYSK!!! Widać byliśmy jedyną 'padliną' ;-) w promieniu 100 km. Gdy tylko zatrzymywaliśmy się, bo niemożliwa była jazda po wspomnianym już piachu, od razu nasze spocone ciała oblepione zostawały całą hałastrą tych wrednych owadów. Na szczęście, póki co, nic nie trwa wiecznie, więc w Żarnowskach wyjechaliśmy z "muchowego" lasu i udaliśmy się do Łeby, gdzie rozbiliśmy się na campingu "Rafael"
Miejsce rewelacyjne. Z jednej strony rzeczka, z drugiej port rybacki. Infrastruktura na poziomie europejskim (na szczęście nie ceny), co potwierdzało się w ilości wypoczywających Niemców. Apropos tych ostatnich. Po rozbiciu namiotu wypoczywaliśmy w cieniu i obserwowaliśmy jak dopiero co przybyli Niemcy rozbijają swoje obejście, czyli namiot przed samochodem campingowym. 'Szprechali' coś dosyć głośno, próbowali rozgryźć konstrukcję pałatki, po czym jeden z nich, o gabarytach zbliżonych do Pudziana, choć nie ze względu na ilość masy mięśniowej, wsiadł na rowerek wielkości Wigry 3 i gdzieś pojechał. Za jakieś 15 minut wrócił, a na bagażniku w koszyku miał... całą zgrzewkę Tyskiego. I zaczęło się: psssst, psssst, gul, gul, gul... a robota namiotowa... jest urlop w końcu, nie???
Wieczorem obowiązkowy zachód słońca. W czasie gdy go podziwiałem, zadzwoniłem do żony, i mówię, że zachód, że pięknie itd., a ona pyta, czy Krzyśka trzymam za rękę??? Ot żartownisia...

24,06,2005
Łeba - Choczewo - Żarnowiec - Karwia - Władysławowo - Chałupy (92 km)

Tego dnia miało być gorąco. I było. W Żarnowcu byłem już kiedyś i widziałem to, co zostało po niedokończonej budowie elektrowni atomowej. A, że Krzyśka nie interesowało zbytnio morze betonu, więc skupiliśmy się na kręceniu. Plan zakładał dojechanie tego dnia do Karwi, gdzie drzewiej wypoczywałem z żoną i przyjaciółmi na jednym z campingów. Dojechaliśmy jednak tam dosyć wcześnie, więc postanowiliśmy pojechać dalej, do Chałup, gdzie od kilku lat urlopujemy z przyjaciółmi na campingu "Polaris" . Oni pływają na desce... a ja wtedy plażuję w dosłownym tego słowa znaczeniu, bycząc się całymi dniami ;-)
Tego dnia, złapałem pierwszą i na szczęście ostatnią gumę. Traf chciał, że miało to miejsce nieopodal obory. A zatem, zmieniałem dętkę równocześnie opędzając się od much. Mój towarzysz znany z głębokiej nienawiści do tego rodzaju flory, dzielnie mi towarzyszył. Cały proceder naprawy trwał jakieś 10 minut (dobrze, że wziąłem klucze z terkotką ;-) i zostawiając owady za sobą ruszyliśmy dalej
Jeszcze zanim dojechaliśmy do Karwi zrobiliśmy sobie przerwę na jednej ze stacji paliw. Była jakaś 1,00 po południu, żar z nieba lał się strumieniami, a nam się chyba na głowę rzuciło... taka głupawka nas ogarnęła, że rechotaliśmy z byle czego... nawet Krzysiek, choć mam go za zrównoważonego i dojrzałego człowieka ;-)
Jastrzębią Górę zdobyliśmy z niemałym wysiłkiem, chociaż to naprawdę nieduży wyczyn w porównaniu z tym, co robią rowerzyści w Norwegii, czy Alpach. (Może kiedyś dane mi będzie sprawdzić się w takich ekstremalnych warunkach). Jedynym miejscem, gdzie mogliśmy zaznać ochłody była... fontanna miejska. Zmoczyliśmy w niej koszulki, polaliśmy wodą nasze 'zaudarowane' głowy (wykorzystując do tego nasze czapki). Co prawda dwóch podchmielonych kolesi, raczących się browarkiem i siedzących w tejże fontannie zapraszało nas 'do środka', ale jakoś nie cniło nam się na spotkanie ze strażą miejską - jeśli oczywiście takowa w Jastrzębiej Górze występuje.
Do Władysławowa dojechaliśmy chyłkiem. Tutaj szybkie zakupy w Biedronce. Oczywiście, jako, że przed nami była zielona noc nie omieszkałem zakupić 'ruskiego szampana', bo w zasadzie to był ostatni duży etap. W dniu następnym czekał nas jedynie spacerek z Chałup na Hel (jakieś 30 km).
Wyjeżdżając z Władka na płw. Helski spotkało nas miłe zaskoczenie. Rok wcześniej tu namiotowałem z rodziną a tego nie było! Jest nowiutka ścieżka rowerowa. Ciągnęła się od Władysławowa, prawie do samych Chałup, a potem dalej do Juraty (o czym przekonaliśmy się w dniu następnym).
Na campingu spotkaliśmy moich dobrych znajomych z Wrocławia, którzy całą rodziną wypoczywają tu od lat - pozdrawiam serdecznie Oksanę i spółkę. Zaproszeni do przyczepy w tymże miejscu uczciliśmy koniec naszej rowerowej podróży. Dowiedzieliśmy się też w którym prysznicu nie działa jeszcze kontrolka czasu na ciepłą wodę - wymoczyłem się za cały tydzień ;-)

25,06,2005
Chałupy - Hel (30km)

Ten ranek różnił się od poprzednich, przynajmniej dla mnie. Skończył się gaz w kartuszu, więc NIE PIŁEM KAWY!!! W związku z powyższym śniadanko i pakowanie gratów poszło migusiem. To był spacerek. Tylko 30 km. Rankiem, a zatem było chłodno. Najpierw ścieżką rowerową, a potem przez las, praktycznie pustą drogą. I tak w sielskiej atmosferze dojechaliśmy do celu naszej wędrówki. W parku, na koniec, spotkaliśmy "Kaszuba z Kaszub", który poprosił o parę złotych na poranne winko, a w zamian próbował nas nauczyć kilka słów po kaszebsku... nic nie pamiętam... jakiś trudny język chyba. Jeszcze tylko pamiątkowe fotki pod napisem Hel... I to już koniec pierwszego w życiu, całego tygodnia na rowerze L

 

 

 

Epilog

Przejechaliśmy 500 km. Zepsuło się jedno koło. Do wymiany była też jedna dętka. Otarliśmy krocza. Nadwerężyliśmy kolana (po tygodniu moje było już OK. - i krocze i kolana ;-). Może nie zwiedziliśmy zbyt dużo, ale mieliśmy kontakt ze wspaniałą przyrodą, zazwyczaj życzliwymi ludźmi i morzem - które tygryski lubią najbardziej ;-) Stwierdzamy, już nie tylko teoretycznie, że przynajmniej część urlopu tak spędzonego, bez względu na wiek TO jest TO!!! Mamy tylko jedną uwagę do kierownictwa dworca w Gdyni, gdzie mieliśmy przesiadkę w drodze do Olsztyna. Spróbujcie przetachać po tych schodach prowadzących na peron rower z 20 kg bagażem - ZGROZA - żeby nie było jakiegokolwiek zjazdu.

W następnym roku (2006) zostałem ojcem córeczki i plany rowerowe musiałem ograniczyć do minimum. Ale udało się wyskoczyć na Mazury.

Do góry

MENU
Wiadomości | Forum | Sprzęt | Sklep | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.