|
:: Trasa

:: Relacja - Trzy oblicza
Norwegii - Fiordy, Lofoty, Nordkapp

Odgłos nadjeżdżającego pociągu oznaczał, że już za kilka minut wsiądę
do wagonu, zasuną się drzwi i wyruszę w moją pierwszą podróż. Na
koniec usłyszałem jeszcze kilka ciepłych pożegnalnych słów od bliskich,
którzy strasznie przeżywali ten wyjazd i pora było się zbierać.
Przez kilka następnych godzin wsłuchiwałem się w stukot jadącego
pociągu i wpatrywałem się w przesuwający się za oknem krajobraz.
Jednocześnie próbowałem sobie wyobrazić jak to będzie. Jak przywita
mnie Szwecja i jakie przygody szykuje dla mnie Norwegia. Znając
Skandynawię ze zdjęć i z informacji, jakie udało mi się znaleźć,
byłem bardzo podekscytowany myśląc o tym, co mnie tam czeka.
Wreszcie po dwóch przesiadkach i bieganiu z całym ekwipunkiem od
jednego pociągu do drugiego dotarłem do Gdyni, skąd płynąłem do
Karlskrony. Pozostało mi jeszcze znaleźć terminal promowy i po odprawie
byłem już na pokładzie promu.
Siedząc na pokładzie zewnętrznym wpatrywałem się w zabudowania portowe
i płożące się w oddali, u stóp wzniesienia miasto. Odbierałem jeszcze
ostatnie telefony i sms-y od rodziny, znajomych, którzy cały czas
nie dawali o sobie zapomnieć dodając mi otuchy. Wreszcie odgłos
cicho do tej pory pracujących silników wzmógł się, a statek mozolnie,
jakby trochę opieszale zaczął wypływać z portu. Wydobywający się
z głośników głos kapitana poinformował, że właśnie obraliśmy kierunek
na Szwecję. Gdynia powoli stawała się wspomnieniem. Doki i stocznia
przesuwały się z wolna jakby chciały jak najdłużej skupić na sobie
uwagę. Szkielety budowanych statków niczym statki widmo żegnały
pasażerów stając się ostatnim obrazem, jaki zapada w pamięci. Jednak
i one ostatecznie zniknęły. Zniknęła Gdynia gdzieś za horyzontem
pochłonięta przez wody Bałtyku, a prom rozpruwając fale wypłynął
na pełne morze. Zapadła noc, więc podróż szybko minęła. Gdy się
rano obudziłem właśnie zbliżaliśmy się do wybrzeży Szwecji, o czym
świadczyły charakterystyczne skalne wysepki porozrzucane wzdłuż
brzegu, niczym pułapki zastawione na przypływające statki.
Powitanie, jakie zgotowała mi Skandynawia do gorących nie należało.
Ciemne złowrogo wyglądające chmury, które grubą warstwą przykrywały
niebo, sprawiały wrażenie, że zaraz zwalą się przybyszom na głowy.
W przeciwieństwie do aury celnik uśmiechnął się i życzył miłego
pobytu na terenie Szwecji. Sam do końca nie wiem, czy chciał wyrazić
pewne uznanie na widok mojego roweru, który był obładowany jak wielbłąd
kroczący w karawanie, czy też było w tym trochę ironii, ale przynajmniej
on wysłał jakieś pozytywne fluidy.
Od tej pory rozpoczęło się moje pedałowanie przez Skandynawię, gdzie
czeka mnie ponad 5500 km do przejechania. Szybko, więc zabrałem
się do jazdy. Początkowo wykręcanie kolejnych kilometrów szło dosyć
opornie. Po opuszczeniu Karlskrony i ruszeniu w głąb Szwecji wiatr
jakby sprzemierzył się przeciwko mnie i chciał pokazać, że nie będzie
to niedzielny spacerek. Ja jednak doskonale wiedziałem, na co się
porywam i nastawiłem się wcześniej na różne niesprzyjające warunki,
więc zaskoczony nie byłem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że
trudy wyprawy czekają mnie w norweskich górach, na wybrzeżu i oczywiście
na północy kontynentu.
Im dalej od wybrzeża tym droga coraz bardziej zmieniała swoje oblicze,
pokazując od czasu do czasu pazurki. Stawała się pofalowana bardziej
niż wody Bałtyku podczas rejsu do Karlskrony, a ja niczym łódeczka
targana przez rozwścieczone fale znajdowałem się raz na dole, raz
na górze. Najbardziej taki nierówny i szarpany rytm jazdy dawał
się we znaki pierwszego dnia. Do połowy zaplanowanego dziennego
limitu 125 kilometrów jechało się całkiem znośnie. Niestety w pewnym
momencie do głosu zaczynało dochodzić zmęczenie wcześniejszą kilkugodzinną
jazdą pociągiem i bieganiem z całym ekwipunkiem po schodach z jednego
peronu na drugi. Jak się później okazało nie pozostało to zupełnie
bez znaczenia i osłabiło mój organizm na samym początku. Nagle poczułem
się jakby ktoś wyłączył mi zasilanie. Bardzo dziwne było to uczucie,
bo zwyczajnie nie miałem żadnej mocy w nogach, które zrobiły się
jak z waty. Coraz częściej się zatrzymywałem, a naciskanie na pedały
przypominało syzyfową pracę, bo tempo jazdy i tak pozostawało opłakane.
Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że jadąc niemal zasypiałem
na rowerze. Okropnie się czułem tego pierwszego dnia wyprawy. Teraz
mogę powiedzieć, że był to najgorszy dzień podczas całej 45 dniowej
podróży, jeśli chodzi o jakieś objawy zmęczenia. Z trudem dociągnąłem
tego dnia do 125 kilometrów, chociaż na sam koniec jechało mi się
znacznie lepiej. Szybko znalazłem kawałek pola gdzie mogłem rozbić
namiot. Jedyne, o czym wtedy marzyłem to zasnąć i wypocząć, aby
być gotowym do dalszych rowerowych zmagań, bo zakończony dzień nie
napawał optymizmem.

Na szczęści problemy z pierwszego dnia okazały się jednorazowym
buntem organizmu, który nie spłatał mi więcej takiego figla. Jeszcze
przez 2, 3 dni zdarzały się pojedyncze bóle w mięśniach czy stawach,
ale w końcu nogi potrzebują też czasu żeby przystosować się do zwiększonego
wysiłku. W każdym bądź razie więcej kondycyjnych problemów nie miałem,
a o koszmarnym początku szybko udało mi się zapomnieć. Również aura
postanowiła spuścić z tonu i obdarowała mnie piękną, słoneczna pogodą
na dobrych kilka dni.
Jadąc przez Szwecją miałem wrażenie przemierzania krainy wiecznego
spokoju, sielanki, gdzie czas jakby zwalnia, a ludzie żyją własnym
rytmem. Jedynie większe miasta, które spotykałem na drodze tylko
od czasu do czasu, przypominały o pośpiechu i miejskim zgiełku.
Na ogół jednak miałem przyjemność jechać w tej cudownej atmosferze
niezakłóconej niczym ciszy i spokoju. Mieniące się różnymi barwami
pola, czerwone, drewniane domy tonące wśród połaci pół, zagrody
ze zwierzętami i malownicze jeziorka dodające jeszcze smaczku do
całej tej krajobrazowej mieszanki. To jest Szwecja, którą ja miałem
okazję poznać i która najbardziej utkwiła mi w pamięci. Przed wyjazdem
może nieco inaczej ją sobie wyobrażałem, ale na pewno nie byłem
zawiedziony, a wręcz przeciwnie pozytywnie zaskoczony. Jazda rowerem
w takiej scenerii jest czystą przyjemnością, a pokonywanie kolejnych
kilometrów przychodzi jakby łatwiej i czas szybciej mija. Jednak
żeby nie było tak pięknie i kolorowo to, co jest powszechnie wiadome,
nie ma róży bez kolcy. W tym wypadku były nimi znienawidzone przeze
mnie meszki. Chyba do końca życia będę już przeklinał te stworki,
które zostały stworzone chyba tylko po to, aby zatruwać człowiekowi
życie. Po przyjemnym dniu, wieczorami zawsze dawały o sobie znać,
a raz przepuściły na mnie dosłownie zmasowany atak. Gdy rozkładałem
namiot nic nie zapowiadało, że za chwilę pojawi się rozwścieczona
chmara meszków. Z wielkim trudem przyszło mi schowanie całego ekwipunku
do namiotu, a sam musiałem wskakiwać do środka niemal "na szczupaka"
i czym prędzej zasunąłem wejście. Chcąc nie chcąc kilka tych latających
bestii dostało się do namiotu, więc zaczęła się zabawa w kotka i
myszkę. Poranek wyglądał podobnie. Składając w pośpiechu namiot
nie starczało mi rąk żeby się od nich odganiać. Siadały dosłownie
wszędzie i kąsały każdy nie zasłonięty skrawek ciała. Po tych zmaganiach
na pamiątkę zostały mi na jakiś czas czerwone kropki na nogach i
dozgonna nienawiść do meszków. Kolejny piękny, słoneczny dzień pozwolił
mi jednak puścić w niepamięć to koszmarne zdarzenie i znów byłem
pełen optymizmu i pozytywnej energii.

Drogi w Szwecji są bardzo dobrze oznakowane, a drogowskazy czytelne,
więc nie miałem problemów z poruszaniem się po właściwej trasie.
Nie zdarzyło mi się błądzić do czasu aż wjechałem do Trollhattan.
W mieście jest duży most zapewniający przejazd na drugą stronę rzeki,
po którym niestety nie mogą poruszać się rowerzyści. Poinformował
mnie o tym przejeżdżający, jak na złość, patrol policji, gdy właśnie
miałem zamiar wjechać na most. Policjant z brodą i w ciemnych okularach,
niczym wyjęty z amerykańskich filmów, był na tyle uprzejmy, że wskazał
mi inną drogę i
od tego momentu zaczęła się wielka włóczęga i
błądzenie. Jeździłem w jedną i w drugą stronę robiąc w tym mieści
ponad 25 kilometrów i tracąc czas, a mostu nie było i nie było.
Wreszcie znalazłem jakiś mostek, który bardzie przypominał kładkę
i przekroczyłem rzekę. Przynajmniej tak mi się wydawało. Moja radość
nie trwała zbyt długo, bo jak się po chwili zorientowałem, znalazłem
się na wyspie. Cała zabawa w poszukiwaniu przejścia zaczęła się
więc od nowa. W końcu przedostałem się na drugi brzeg rzeki i wyjechałem
z miasta. Kosztowało mnie to jednak sporo czasu i nerwów, a wszystko
przez jeden patrol policji, który musiał być we właściwym miejscu
i we właściwym czasie. Zupełnie inaczej iż w Polsce.
Przez Szwecję jechałem cztery dni i jak się później okazało był
to dobry wybór, że rozpocząłem moją podróż w Karlskronie. Lekkie
podjazdy i kilkaset kilometrów było dobrą zaprawą przed zdecydowanie
bardziej wymagającym terenem w Norwegii. Gdybym poleciał samolotem
z Warszawy do Oslo, jak miałem w planach, i niemal od razu wjechał
w góry to zapewne spotkałyby mnie spore problemy żeby podołać trasie.
A tak, rozgrzewka w Szwecji bardzo się przydała i mogłem ponadto
poznać kawałek niezwykle malowniczego kraju.
Norwegia. Docelowy kraj mojej wyprawy, tak usilnie i z wielką niecierpliwością
wyczekiwany przez te kilka dni, w końcu przyjął mnie w swoje progi,
które do skromnych nie należą, jeśli wziąć pod uwagę piękno przyrody].
Właściwie to z wjazdem do Norwegii była dziwna sprawa. Gdybym nie
spojrzał na mapę to nie zorientowałbym się nawet, że już przekroczyłem
granicę. Jeżeli ktoś wypatruje budki, szlabanów, czy celników to
niestety nic takiego nie dojrzy. Granica między Szwecją, a Norwegią
jest dosłownie umowna i tego, co zwykle się z nią kojarzy po prostu
nie ma.

W miarę jak przejeżdżałem kolejne kilometry teren stawał się coraz
bardziej wymagający. Początkowo pojawiały się niewielkie wzniesienia,
które stopniowo przeobrażały się w pagórki. Zanim wjechałem w góry
minęło kilka dni, ale i tak podjazdy stawały się już dłuższe i bardziej
strome. Jednym słowem krajobraz nabierał życia. Był bardziej urozmaicony,
a na to przecież czekałem i z powodu pięknych widoków obrałem sobie
za cel właśnie Norwegię. Przedsmak prawdziwej esencji norweskiego
piękna, którą miałem jeszcze przed sobą, mogłem już poczuć podążając
trasą numer 22 z Mysen do Lillestrom. Droga wiła się między malowniczymi,
skalnymi wzniesieniami, przyklejona do zbocza góry. Wspaniałej scenerii
dopełniał piękny widok na jezioro Oyeren, który nieśmiało, raz po
raz przedzierał się przez gęste korony drzew. Już wtedy miałem drobne
problemy z zachowaniem ciągłe jazdy gdyż nie mogłem oprzeć się pokusie
robienia zdjęć. Musiałem co kawałek zatrzymać się i pstryknąć fotkę,
aby uwiecznić to co ukazywało się moim oczom, a każdy zakręt odkrywał
przede mną coś nowego. Górzysty charakter Norwegii nie ułatwia budowania
dróg. Czasami sposób, w jaki są one poprowadzone przypomina wydzieranie
naturze siłą każdego skrawka terenu, aby wcisnąć tam jakimś cudem
drogę. Wielokrotnie trasa wiodła przez tunele wydrążone w skale,
przebijając góry na wylot niczym precyzyjne pchnięcie szpadą. Niestety
w niektórych tunelach jazda rowerem jest zabroniona, co nieraz pokrzyżowało
mi wcześniejsze plany. Już na samym początku zablokowałem się kilka
razy na takich zakazach. Przeważnie była możliwość objazdu jakąś
starą drogą i wtedy nie sprawiało do kłopotu. Zabawa zaczynała się,
gdy takiej alternatywnej trasy nie było. Wtedy poruszałem się bocznymi
drogami, często nieasfaltowanymi, które prowadziły w znacznie trudniejszym
terenie, ale jednocześnie o wiele bardzie malowniczym. Często jedynym
moim towarzyszem w tych odludnych terenach był szemrzący gdzieś
w dole strumyk, lub dumnie kroczące środkiem drogi owce z dużymi
dzwonkami, które wydawały bardzo charakterystyczny dźwięk. Czasami
taki pobrzdękiwania dało się słyszeć ze wszystkich stron, a owce
niewidoczne urzędowały w zaroślach. Sprawiało to wrażenie jakby
dźwięk ten wydobywał się spod ziemi.
Podążając drogą numer 7, która jest oznaczona jako trasa widokowa,
rzeczywiście było czym nacieszyć oko. Początkowo droga prowadziła
wzdłuż linii brzegowej malowniczego jeziora Kroderen, tuląc się
do ścian skalnych, a następnie wkraczała w coraz wyższe partie gór.
Tam krajobraz diametralnie się zmienił. Im wyżej tym roślinność
stawała się bardziej uboga. W końcu dominującymi elementami krajobrazu
były górskie jeziorka, mchy, porosty, a miejscami pojedyncze, karłowate
drzewka kurczowo trzymające się skał. W takiej właśnie scenerii
Norwegowie stawiają swoje domki letniskowe, które raz po raz można
dostrzec na zboczach gór. Przyroda odgrywa w ich życiu bardzo ważną
rolę i wyznają oni zasadę, że im mniej ludzi tym lepiej. W związku
z tym najlepszym miejscem na postawieniem daczy jest dla nich właśnie
tak odludny i surowy krajobraz.
Po dość mozolnej wspinaczce dojechałem do Haugastol, skąd rozpoczyna
się szlak rowerowy Rallarvegen prowadzący do miejscowości Flam,
która usytuowana jest tuż nad fiordem. Nie bez kozery trasa ta nosi
miano najpopularniejszego szlaku rowerowego w Norwegii. Przeprawa
przez góry 80 kilometrowym szlakiem jest prawdziwą przygodą i dostarcza
niesamowitych wrażeń, którymi spokojnie można by obdzielić kilka
osób. Przemierzając trasę Rallarvegen miałem możliwość obcowania
i upajania się pięknem nietkniętej ludzką ręką przyrody. W takich
miejscach można naprawdę zrozumieć, że jeżeli człowiek nie wchodzi
w drogę matce naturze to potrafi ona tworzyć prawdziwe cuda. Ja
momentami byłem pod tak dużym wrażeniem, że stawałem jak wryty i
nie potrafiłem wyjść z podziwu dla widoków, które mnie otaczały.
Najwspanialsze w tym wszystkim jest niesamowita zmiana krajobrazu,
którą można zaobserwować podążając tym szlakiem. Początkowo na wysokości
ponad 1000 metrów wysokogórska sceneria zachwycała swą surowością.
Niewielkie białe plamki przeradzały się stopniowo w coraz większe
płaty zalegającego śniegu, aż w końcu po lewej stronie ukazała się
czapa lodowca, która towarzyszyła mi przez większość trasy. Przykrywała
ona charakterystyczne dla Norwegii wypłaszczone szczyty gór, które
są efektem niszczącej działalności lodowca plejstoceńskiego. Na
drodze wijącej się po zboczu gór kilkakrotnie zalegały zaspy śniegu.
Przepchnięcie przez nie obładowanego roweru przysparzało mi sporych
trudności gdyż często grzęzłem po kolana i musiałem uważać żeby
się nie ześlizgnąć z urwiska. Pogoda była słoneczna, więc śmiesznie
to wyglądało gdy brnąłem w śniegu w krótkich spodenkach i bez koszulki.
W miarę jak ilość metrów nad poziomem morza zmniejszała się zaczynało
pojawiać się więcej roślinności. Przez skały sączyła się woda z
topniejącego w wyższych partiach gór śniegu, która czasami tworzyła
niewielkie wodospady, a czasami spływała cieniutkimi niteczkami.
Im bliżej Flam tym wszystko wokół bardziej raziło soczystą zielenią.
Skalne zbocza gór były porośnięte drzewami i krzewami, a miejscami
żłobiły je wodospady, które nabrały już impetu. Spływające strużki
wody przeobraziły się w prawdziwy żywioł gotowy zniszczyć wszystko
na swojej drodze. Tworzyło to zapierającą dech w piersiach scenerię
żywcem wyjętą z książek przygodowych. W pewnym momencie poczułem
się zbyt pewnie przeceniając swoje możliwości. Tuż za skrętem do
Myrdal, gdy kamienista i strasznie nierówna droga schodzi agrafkami
w dół doliny, a nachylenie sięga kilkunastu procent wypadłem z trasy
i stoczyłem się razem z rowerem kilka metrów po zboczu. Nie wiem
jakim cudem się zatrzymałem, ale pierwsza myśl, jaka przeszła mi
po głowie, to, że moja wyprawa właśnie dobiegł końca. Na szczęście
tylko trochę się poobdzierałem, a wydostać się z powrotem na szlak
pomógł mi zjeżdżający akurat kładem chłopak. Miał długą przyczepkę,
więc zwiózł mnie na dół z rowerem, bo "nawaliły" mi hamulce.
Jakoś dałem radę przywrócić mojego rumaka do stanu używalności i
ruszyłem dalej.

Flam to miejscowość podobna do wielu innych miasteczek usytuowanych
nad brzegami fiordów, przez które miałem przyjemność przejeżdżać,
lub, do których przypływałem promami. Zakleszczona między wodą mieniącą
się lazurową barwą, a niemal pionowymi zboczami gór przypomina okruch
tkwiący w uścisku gigantycznej dłoni. Tutaj jedyny raz podczas trwania
wyprawy skorzystałem z autobusu, który zawiózł mnie do oddalonego
o 20 kilometrów Gudvangen. Niestety dwa długie tunele niedostępna
dla rowerzystów nie dały mi innego wyboru, a właściwie była to najtańsza
opcja.
Gdy dotarłem do najdłuższego fiordu Norwegii Wielki Sogne nie okazał
się zbyt gościnny. Przywitał mnie obfitym deszczem, a szczyty gór
okrywała gruba kołderka chmur wprowadzająca ponurą i senną atmosferę.
Wszystko dookoła jakby zaspane leniwie budziło się do życia. Od
tego momentu rozpoczęła się jazda przez góry, które raz po raz raczyły
mnie stromymi, kilkugodzinnymi podjazdami. Droga wtedy wiła się
po zboczu góry otulając ją niczym łańcuch na choince i pięła się
coraz wyżej jakby miała zaraz sięgnąć nieba. Czasami miałem wrażenie,
że wyżej już się nie da, bo zwyczajnie brakowało góry, jednak wtedy
za zakrętem droga "przeskakiwała" na kolejne wzniesienie
i mozolne wydzierania każdego metra trwało nadal. Było to strasznie
wyczerpujące szczególnie pod względem psychicznym. Zawsze jednak
pocieszałem się, że w końcu droga musi opaść do 0 m n.p.m, gdyż
przeważnie, gdy miałem podjazd zmierzałem do miasteczka położonego
tuż nad fiordem. Zjazdy do nich były niesamowite. Podczas jazdy
50, 60, a nawet 70 km/h zapominałem o całym trudzie włożonym w podjeżdżanie
i miałem wielką frajdę, jakbym był w wesołym miasteczku. Przemierzając
krainę fiordów, jak nazywana jest zachodnia Norwegia gdzie są one
najokazalsze, poruszałem się drogami, które prowadzą wzdłuż brzegów
tych głęboko wcinających się w ląd zatok. Uzmysłowiło mi to dlaczego
Norwegia, pomimo niedużych rozmiarów posiada linię brzegową długości
ponad 30000 km. Od czasu do czasu trasa przedzierała się przez góry,
aby doprowadzić mnie do kolejnego fiordu. Gdy dotarłem do Hellesylt
czekała mnie dłuższa niż zwykle przeprawa promowa do Geiranger,
która zapowiadała się bardzo ciekawie. Rejs po esowatym Geirangerfiordzie
to prawdziwa podróż do krainy wodospadów. Właściwie co kawałek podziwiałem
ich warkocze spływające z poszarpanych ścian skalnych. Zaskakujące
dla mnie były stare farmy przycupnięte na zboczach gór. Chatki sprawiały
wrażenie przyklejonych i aż ogarniało mnie zdziwienie, że jeszcze
nie pospadały. Wzdłuż fiordu jest ich kilka, a podczas rejsu są
doskonale widoczne. Na wodach fiordu można było dostrzec kilka pontonów
z turystami, którzy byli rządni prawdziwego połowu okazałych ryb,
jak głosiły hasła reklamowe w porcie. Chwilę wcześniej widziałem
jak dumnie kroczyli w Hellesylt całą armadą "uzbrojeni"
po zęby. Mieli chyba cały możliwy sprzęt, nawet ten, który w ogóle
się im nie przydał. Ubrani oczywiście jak na "prawdziwych wędkarzy"
przystało, każdy element stroju dopasowany kolorystycznie. Wszystko
tak dopieszczone jakby dopiero co wyszli z jakiegoś domu mody i
jakby od tego miał zależeć udany połów. Ostatecznie nie mogli przecież
wyjść na zdjęciu gorzej od złowionej taaaakiej ryby.
Rejs powoli dobiegał końca i musiałem oswoić się z myślą, że za
chwilę przyjdzie mi się wspinać. Spoglądając jeszcze z pokładu promu
na "agrafkowatą" drogę pnącą się po pionowej ścianie byłem
pod wrażeniem. Wyglądała imponująco. Jak się później okazało imponująco
też dała mi w kość. Porządnie trzeba było się napracować podczas
wjeżdżania zakosami "Ornevegen", czyli "Szlaku Orlich
Gniazd". Taką nazwę nosi ten początkowy odcinek "Złotego
Szlaku" prowadzącego z Geiranger do Trollstigen, który wtedy
rozpocząłem. Kilkanaście 180 stopniowych zakrętów zaprowadziło mnie
na górę, z której roztaczał się wprawiający w osłupienie widok na
ściśnięty między pionowymi ścianami Geirangerfiord oraz na spoczywające
na brzegu, u podnóża gór miasteczko. Spoglądając w dół na drogę,
którą właśnie pokonałem z dumą mogłem powiedzieć, że "odwaliłem"
kawał dobrej roboty.

Po przemierzeniu doliny Valldal. Gdzie liczne uprawy truskawek wypełniają
powietrze wspaniałym zapachem świeżych owoców i przeprawie przez
góry ukazała się tablica z napisem "Trollstigen". "Droga
Trolli" to niemal symbol Norwegii i nie ma się co dziwić, bo
z góry wygląda imponująco, prawdziwe dzieło sztuki. Oplatając górę
droga wije się niesamowitymi zawijasami. Ja wjeżdżałem tu od południa,
więc nie miałem przyjemności zmierzyć się ze słynnymi serpentynami.
Zjechałem tylko po tej "Drabinie Trolli" prosto do Andalsnes.
Tak właściwie zakończyła się moja przygoda ze słynnymi fiordami.
Od tej pory góry nieco zmalały, a podjazdy, mimo, że nieraz strome
nie były już tak długie. Zdarzało się jednak, że czasami jeszcze
mnie zaskakiwały jakby dawały znać, że będą mi towarzyszyć i urozmaicać
jazdę już do końca, w końcu Norwegia to kraj górzysty.
Gdy zbliżałem się do wybrzeża wiejący od otwartego morza wiatr zaczął
dawać o sobie znać. Od czasu do czasu silny powiew sprawiał wrażenie,
jakbym wpadł na niewidzialną ścianę. Natomiast wiejący z boku wiatr
za wszelką cenę chciał mnie zepchnąć do rowu, co prawie mu się udało,
bo z trudem utrzymywałem równowagę. Chcąc nie chcąc powoli musiałem
przywyknąć do takich warunków gdyż w perspektywie miałem kilkaset
kilometrów do przejechania właśnie wzdłuż wybrzeża. Zaczynało się
od "Drogi Atlantyckiej". Trasa ma zaledwie 8 kilometrów,
ale jest wspaniale usytuowana między rozsianymi wysepkami, wtóre
spina 8 mostów. Roztacza się z niej imponujący widok na poszarpane,
skaliste wybrzeże. Jadąc "Drogą Atlantycką" miałem wrażenie
żeglowania wśród morskich fal. Mogłem puścić wodze fantazji i wyobrażać
sobie jak dawniej statki przemierzały ten niebezpieczny region,
w każdej chwili narażone na roztrzaskanie o wystające z morza skały.

Po przeprawie promowej do Kristiansund rozpocząłem tak zwane "Island
Hooping", czyli skakanie po wyspach. Oznaczało to czasami 2,
3 rejsy dziennie. Najbardziej porozcinana przeprawami promowymi
była droga numer 17, zwana "Szlakiem Wybrzeża". Podążałem
nim na północ ponad 500 kilometrów, cały czas wzdłuż wybrzeża. Po
wkroczeniu na tą trasę mój rozkład dnia był uzależniony od rozkładu
rejsów promów. Zdarzało się, że moje plany były przez to trochę
pokrzyżowane, ale przeważnie udawało mi się jakoś dopasować. "Szlak
Wybrzeża" to niezwykle malownicza trasa i o wiele bardziej
urokliwa niż alternatywna E 6 biegnąca wzdłuż granicy ze Szwecją.
Z drogi roztacza się widok na charakterystyczne skalne wysepki,
zwane szkierami, którymi upstrzone jest wybrzeże oraz interesujące
formacje skalne przypominające poduszki lub dobrze wyrośnięte bochny
chleba. Wszystko byłoby cudownie gdyby nie to, że przez 4 dni musiałem
zmagać się z deszczem, który padał niemal bez przerwy. Gdzie ta
słoneczna pogoda ze zdjęć zamieszczanych w każdym folderze! Czasami
ołowiane, złowrogo wyglądające chmury przesuwały się tuż nad moją
głową, a szczyty gór skrywały się pod grubą warstwą mgły. W takich
chwilach, podobnie jak uśpiony dookoła świat powoli i opieszale
wyłaniający się spod pierzyny mgieł i chmur, ja również najchętniej
nie wychodziłbym ze śpiwora przez cały dzień. Na taki luksus nie
mogłem sobie jednak pozwolić. Jazda w tak niesprzyjających warunkach
jest nie do zniesienia tylko na samym początku. Później można przywyknąć
nawet do przemoczonych butów, w których chlupie z każdym naciśnięciem
na pedały i które każdego ranka trzeba założyć. Z czasem obojętniałem
na padający deszcz i tylko wlepiałem otępiały wzrok w przesuwający
się pod kołami asfalt. Jechałem byle odfajkować zaplanowany dystans,
zamknąć się w namiocie i zapomnieć o całym dniu. Pod koniec stwierdziłem,
że trasa powinna zmienić nazwę na "Mokra Siedemnastka",
co w pełni oddawałoby jej prawdziwe oblicze.

Do Bodo przyjechałem w samą porę, gdyż za pół godziny odpływał prom
na Lofoty. Idealnie się wszystko ułożyło, bo nie wiadomo ile czasu
przyszłoby mi czekać na następny rejs. Wypływając z portu prom przedzierał
się przez gąszcz skalistych wysp i wysepek, którymi przyprószona
jest linia brzegowa. Do tej pory mogłem podziwiać je z lądu, a z
bliska wyglądały po prostu cudnie. Im dalej od brzegu tym wysepek
przybywało i dopiero wtedy było widać jak rozsypują się na morze.
Gdy zbliżałem się do celu mogłem podziwiać niesamowitą panoramę
przedstawiającą ciąg gór wystających z morza niczym iglice, obmywanych
i pieszczonych przez białe grzywy fal. Takie właśnie są Lofoty.
Z daleka wyglądały na całkowicie niezamieszkałe, dopiero z bliska
można było dostrzec skupiska domków jakimś cudem wciśnięte między
skały, a wodę. Od razu widać, że na tych wyspach natura dyktuje
warunki, a człowiek, jeśli chce się tu osiedlić musi respektować
jej warunki i się podporządkować. Po 3,5 godzinach rejsu dotarłem
do Moskenes gdzie rozpoczęła się moja przygoda z Lofotami. Gdy opuściłem
prom moje nozdrza natychmiast wypełniły się przyjemnym zapachem
świeżych ryb, co świadczyło o zajęciu tutejszej ludności. Lofoty
od samego początku urzekły mnie swoim pięknem. Mają w sobie coś,
czego brakuje nawet słynnym fiordom. Mają magię, która uderza wraz
z postawienie na nich stopy. Przyznaję, że przez chwilę stałem jak
wryty wlepiając wzrok w urzekający krajobraz i minęło trochę czasu
zanim zebrałem się do jazdy. Tutejsze wioski też mają swój niepowtarzalny
klimat, którego próżno szukać na kontynencie. Żyją własnym rytmem
uzależnionym od tego, co przyniesie morze. Przy drodze często widywałem
rozwieszone płaty suszących się ryb wystawionych na tutejsze powietrze,
które nadaje im specyficzny aromat. Na Lofotach szczęście się do
mnie uśmiechnęło i pogoda poprawiła się. Prawie bezchmurne niebo
zachwycało swą głębią błękitu i tylko daleko na horyzoncie można
było dostrzec pojedyncze, zabłąkane obłoczki. Słońce zalewające
swymi promieniami wszystko dookoła sprawiało, że barwy przyrody
nabierały życia. Przemierzając kolejne kilometry starałem się uchwycić
jak najwięcej z tego, co mnie otaczało i nie chciałem, aby cokolwiek
mi umknęło. Pragnąłem nacieszyć oko niepowtarzalny krajobrazem,
jaki cechuje te wyspy. Tymi górami porośniętymi soczyście zieloną
roślinnością, skalistymi zatoczkami i wysepkami, które składają
się na malowniczą i przecudnie rozwiniętą linię brzegową. Przez
dwa dni, które spędziłem na Lofotach przemierzyłem pięć wysp stanowiących
rdzeń archipelagu. Pospinane mostami, a nawet tunelem pod dnem cieśniny
właściwie trudno odróżnić. Tylko, gdy spoglądałem na mapę mogłem
się zorientować, że właśnie przeskoczyłem na kolejną wyspę.

Płynąc z Fiskebol do Melbu przedostałem się na archipelag Vesteralen,
który zdecydowanie różni się od swojego sąsiada, pomimo, że stanowią
jeden ciąg wysp. Podczas gdy na Lofotach przyroda odgrywała pierwsze
skrzypce i z trudem znalazłem miejsce na rozbicie namiotu wśród
skał i podmokłych łąk, to na wyspach Vesteralen człowiek jakby okiełznał
naturę. Po obu stronach drogi, którą podążałem rozpościerały się
tereny rolnicze, a miasta były o wiele bardziej rozbudowane. Góry
spadały nieco na drugi plan, ale uroku im nie brakowało.
Po powrocie na kontynent w głowie miałem już tylko ostatni cel mojej
podróży - Nordkapp. Miał on stanowić niejako zwieńczenie włożonego
włożonego w tą podróż trudu, więc ogarniało mnie coraz większe zniecierpliwienie
i podekscytowanie. Dopiero kilkaset kilometrów za granicą koła podbiegunowego
zrobiło się na tyle chłodno, że musiałem jechać w czapce. Również
otaczająca mnie sceneria przypominała tą charakterystyczną dla dalekiej
północy. Bezkresna pustka, odludne tereny, a ziemia pokryta dywanem
mchów i porostów z pojedynczymi karłowatymi drzewkami. Na postojach
ustawione były jurty, w których ludzie północy, czyli Samowie, ubrani
w niezwykle barwne stroje ludowe sprzedawali poroża, i wyroby ze
skór reniferów. Takie klimaty towarzyszyły mi już właściwie do samego
końca.

Gdy skręciłem na ostatnią prostą prowadzącą na Nordkapp cały czas
spoglądałem na licznik odliczając kilometry, które mi pozostały.
Im dalej na północ, tym coraz częściej widywałem grupki reniferów.
Pasły się na zboczach to z jednej to z drugiej strony drogi lub
kroczyły dumnie swoim charakterystycznym chodem. Wyglądały trochę
jakby miały lekki problem z utrzymaniem swojego wielkiego, wspaniałego
poroża w równowadze, balansując łbem podczas biegu. Właściwie to
wszyscy, którzy tędy podróżują są na ich terytorium. Daleka północ
to kraina reniferów. To one są tu gospodarzami, mogą chodzić jak
chcą i gdzie chcą. Mogłem się o tym przekonać, gdy grupka renów
dreptała sobie środkiem drogi jak gdyby nigdy nic, a samochody czekały
w kolejce i nikt nie użył klaksonu. Tutaj mają do tego prawo i dobrze,
że ludzie to respektują.
Krajobraz północnej Norwegii zachwycał mnie coraz bardziej z każdym
przejechanym kilometrem. Uboga szata roślinna, od czasu do czasu
pojawiały się powyginane pod naporem wiatru drzewka, skaliste zbocza
gór przykryte warstwą płożących się roślinek o różnych barwach i
wreszcie niesamowite formacje skalne wyglądające jakby powstały
z nałożenia na siebie wielu warstw płyt. Za każdym zakrętem i za
każdym wzniesieniem kryła się kolejna dawka nienaruszonego piękna.
Dość niezwykłym doświadczeniem była dla mnie jazda 7 kilometrowym
tunelem pod dnem cieśniny, który łączy wyspę Mageroy z kontynentem.
Na początek 3 kilometry szybkiego zjazdu, a następnie tak samo długi
podjazd. Ogromne wentylatory wydawały przeraźliwy warkot i gdy mknąłem
w dół miałem wrażenie, że za chwilę obok mnie przejedzie ogromna
ciężarówka. Na początku dałem się na to nabrać. Na podjeździe, pomimo,
że było zimno musiałem jechać w krótkim rękawie, bo inaczej bym
się ugotował, a i tak wyjechałem na powierzchnię mokry jak szczur.
Zgrzałem się, że aż się ze mnie "dymiło".

Ostatnim skrawkiem cywilizacji podczas podróży na Nordkapp jest
miasto Honningsvag. Później właściwie nie ma już nic poza pojedynczymi
kempingami. Około 20 kilometrów przed Przylądkiem północnym rozpocząłem
ostatnią wspinaczkę drogą, która prowadziła do głównego celu mojej
wyprawy. Zaczęło się od podjazdu 9 %. Na górze wkroczyłem w kompletnie
inny świat. Spowity mgłą, zroszony mżawką, a temperatura wynosiła
niewiele ponad 0 stopni. Po 10 kilometrów droga jeszcze raz ostro
ruszyła do góry. Pięła się coraz wyżej i wyżej dosłownie przyklejona
do zbocza góry. Powoli przemieszczając się na przód obserwowałem
jak otaczający mnie świat wyłania się kawałek po kawałku z gęstniejącej
z minuty na minutę mgły. Jechało się naprawdę ciężko. Mając tego
dnia za sobą prawie 150 kilometrów, momentami przypominało to drogę
przez mękę. W takich chwilach miałem ochotę skopać rower i rzucić
go w cholerę. Jednak to były ostatnie kilometry, więc mobilizowałem
się na wszystkie możliwe sposoby. Jechałem od zakrętu do zakrętu.
A każde spojrzenie na licznik frustrowało co raz bardziej. W końcu
podjazd się skończył. Kawałek prostej drogi. Mocniej zacząłem naciskać
na pedały. Jakby natychmiast przybyło mi sił. W głowie miałem już
tylko jedną myśl - dojechać na ten Nordkapp i niech się to wszystko
skończy. Jednak nie. Kolejny podjazd, krótka prosta i następny.
Przypominało to znęcanie się nad konającym. Cały czas miałem nadzieję,
że to już ostatnie wzniesienie, a tymczasem wyłaniały się kolejne.
Scenerię, w której jechałem trudno opisać słowami. Nie wystarczy
opisać ją mianem pustki. Trzeba tu być i poczuć tą jedyną w swoim
rodzaju atmosferę. O ile wcześniej można było mówić o odludziu i
nicości, to w tym przypadku nawet te określenia nie są w stanie
oddać tutejszego klimatu. Miałem wrażenie jakbym zmierzał do miejsca,
z którego nie ma już powrotu.

Zza mgły wyłonił się znak. Początkowo niewyraźny, ale wreszcie był.
Niebieska tablica z napisem Nordkapp oznaczała, że cel mojej wyprawy
został osiągnięty. Po 30 dniach jazdy w upale, deszczu i zimnie,
po przemierzeniu ponad 3800 kilometrów przez całą niemal Norwegię
dotarcie do północnego krańca kontynentu było ukoronowaniem moich
zmagań. Pomimo, że wielu ludzi dojeżdża na Nordkapp dla mnie było
to ogromne wyróżnienie, że mogłem tam być, wielka satysfakcja i
spełnienie marzenia . Byłem naprawdę zmęczony i zmarznięty, ale
w tamtej chwili byłem również najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Ludzie docierają na przylądek przeważnie samochodami czy autokarami,
których po drodze mijałem całe mnóstwo. Jednak jedynie ten, kto
po wielu dniach trudu włożonego w podróż dojedzie tu rowerem, czy
jak pewien Czech na hulajnodze, może odczuć prawdziwy smak Nordkappu.
Wtedy dotarcie do tego punktu napełnia człowieka wielką dumą. Nie
zrozumie tego ten, kto nie zmagał się przez kilka tysięcy kilometrów
ze zmiennymi warunkami atmosferycznymi i nie ma w nogach wielu podjazdów,
który trzeba pokonać. Nie oznacza to, że trzeba tu przyjechać rowerem.
Każdy, kto tu dotrze, nie ważne w jaki sposób, ma niezaprzeczalne
prawo do pochwalenia się, że był na północny krańcu Europy. Będzie
to jednak miało nieco inny wymiar.

Po przejechaniu przez bramki, gdzie rowerzyści nie ponoszą żadnej
opłaty normalnie wynoszącej 195 NOK, starczyło mi sił jedynie na
podjechanie do słynnego globusa. Później znalazłem kawałek miejsca
nadającego się na rozbicie namiotu, a mgła, wiatr i 3 stopnie zimna
bardzo szybko mnie znużyły. Po założeniu wszystkich ubrań i zasunięciu
się w śpiworze zasnąłem jak dziecko. Cały następny dzień spędziłem
na Nordkappie i jak się okazało był to dobry wybór. W pewnym momencie
gęstą jak mleko mgłę gdzieś przewiało, a to, co ukazało się moim
oczom przeszło wszystkie dotychczasowe wyobrażenia. Jak na dłoni
było widać cypel Knivskjellodden, który w rzeczywistości jest najdalej
na północ wysuniętym punktem Europy. (leży około 1,5 kilometra dalej
na północ niż Nordkapp). Stanąłem na skraju skalnego klifu i spojrzałem
na rozbijające się o poszarpane skały fale 300 metrów niżej. Czułem
się jakbym dotarł na koniec świata przed sobą miałem tylko przepaść
i bezmiar wody rozlewającej się aż po dalekie regiony arktyczne.
Ktoś kiedyś powiedział, pewnie trochę złośliwie, że na Nordkappie
nie ma nic oprócz budki z pamiątkami i globusa. W rzeczywistości
jest w tym trochę prawdy, ale chyba jednak tak właśnie ma być. Dzięki
temu można poczuć tą niezwykłą atmosferę odosobnienia i oderwania
od cywilizacji. To jest to, co przyciąga tu ludzi. Nie globus, nie
pamiątki, tylko chęć poczucia klimatu miejsca, z którego nie można
już pójść dalej. Miejsca gdzie nie ma właśnie nic oprócz krańca
kontynentu europejskiego w postaci skalnego urwiska.
W końcu zimno mnie zmogło i zajrzałem na chwilę do centrum Nordkapphallen
żeby się ogrzać. Gdy wyszedłem po 20 minutach wszystko wokół znów
przykrywała powłoka mgły, tak gęstej, że z drogi ledwo mogłem dojrzeć
swój namiot. To pokazuje jak nieobliczalne jest to miejsce. Trzeba
wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, aby coś zobaczyć, bo
więcej może się ona nie powtórzyć.
Mój pożegnalny poranek z Nordkappem nie należał do najprzyjemniejszych.
Wiatr znęcał się nad namiotem jak tylko mógł trzęsąc nim na wszystkie
strony jakby chciał go wyrwać razem z cieniutką warstwą ziemi i
mchów, do której był przytwierdzony. Dostawałem gęsiej skórki zarówno
z zimna jak i na myśl o tym, że za chwilę będę musiał opuścić namiot
i poskładać go w tych warunkach. Powoli odsuwałem zamki przy wyjściu
z namiotu i najchętniej przeciągałbym tą chwilę w nieskończoność.
Jakoś się jednak przemogłem, zapakowałem wszystko na rower i ruszyłem
w drogę pozostawiając Nordkapp za plecami, a zabierając ze sobą
bagaż wspomnień. Przed sobą miałem już tylko powrót do domu, czyli
około 2000 kilometrów do przejechania.
Skandynawia postanowiła bardzo ciepło się ze mną pożegnać, fundując
mi dwa tygodnie słonecznej pogody. Pod koniec nabrałem nawet opalenizny
jakbym wracał z zupełnie innych szerokości geograficznych. W miarę
jak zjeżdżałem coraz bardziej na południe białe noce stawały się
szare, aż wszystko wróciło do normy i w końcu zasypiałem w ciemnościach.
Muszę jednak przyznać, że zachodzące słońce w środku nocy jest niezwykle
ciekawym doświadczeniem. Największe zmiany zachodziły jednak w otaczającym
mnie krajobrazie. W dalszym ciągu jechałem w bardzo odludnym terenie
jednak na brak roślinności narzekać już zdecydowanie nie mogłem
gdyż byłem na terenie tajgi. Jeszcze na terenie Norwegii rozpoczęły
się gęste lasy iglaste, przez które pedałowałem jeszcze w Finlandii
i na północy Szwecji. W sumie na przestrzeni kilkuset kilometrów
jak okiem sięgnąć, aż po horyzont rozpościerało się morze drzew.
Czasami odległości między miasteczkami sięgały ponad stu kilometrów.
Z dala od cywilizacji jechało mi się bardzo przyjemnie. Zmieniło
się to, gdy rozpoczęła się europejska trasa E4, a wraz z nią wręcz
koszmarne warunki dla rowerzysty. Tutaj dla odmian przez kilkaset
kilometrów towarzyszył mi sznur samochodów, spaliny i ogłuszający
hałas. Czasami jeszcze wieczorem, gdy kładłem się spać dzwoniło
mi w uszach. Na drodze coraz częściej zaczęło pojawiać się duże
miasta i autostrady, które stawały się po prostu zmorą. Starałem
się tym nie przejmować gdyż była to już tylko droga powrotna. Jedyne,
o czym już wtedy myślałem to aby dojechać do Nynashamn zgodnie z
planem. Jednak jest to prawda, że do domu ciągnie. Od czasu wyruszenia
z Nordkappu dystans, jaki przejeżdżałem każdego dnia skoczył do
góry o kilkadziesiąt kilometrów. Kiedy ma się poczucie, że pozostał
już tylko powrót do najbliższych człowiek jakby dostawał skrzydeł.
Czym bliżej finiszu tym mniej odczuwałem monotonię jazdy. Głowę
miałem zaprzątniętą tym, co będzie się działo, gdy moja podróż całkowicie
dobiegnie końca i wysiądę z pociągu w moim mieście.
Sporo musiałem się nakombinować, aby ominąć Sztokholm wraz z całą
siecią autostrad i bocznymi drogami dojechać do Nynashamn. Nadspodziewanie
sprawnie mi to jednak poszło, aż sam byłem zdziwiony. Ostatecznie
dojechałem do celu nawet o jeden dzień wcześniej niż planowałem. Gdy
przekroczyłem granice Nynashamn ogarnęło mnie wzruszenie i to nie
mniejsze niż po dotarciu na Nordkapp. Trudno mi właściwie stwierdzić
czy to z radości, że pojutrze będę już w domu, czy też była w tym
odrobina żalu, że moja wyprawa dobiegała końca. Zapewne jedno i drugie
było tego przyczyną. Świadomość, że niedługo zobaczy się bliskich
zawsze cieszy, jednak jednocześnie pierwsza moja podróż powoli przechodziła
do przeszłości. Pozostaną na szczęście wspomnienia, zdjęcia i zapiski,
które robiłem każdego dnia. Pozwolą one zapewne za jakiś czas odtworzyć
w pamięci to, co przeżyłem i emocje, jakie mi towarzyszyły. Następnego
dnia o 18.00 byłem już na pokładzie promu. Odgłos pracujących silników
wskazywał na to, że już za chwilę statek ruszy z miejsca i obierze
kurs na Gdańsk. Dziwnie się wtedy czułem i właściwie nie potrafią
opisać tego uczucia. Przechadzałem się po pokładzie promu z głową
w chmurach, nie reagując kompletnie na tłum ludzi wokół mnie. Przeglądałem
jeszcze zapiski i zdjęcia przypominając sobie od początku całą wyprawę.
Przywoływałem po kolei każdy dzień. Gdy było już po wszystkim inaczej
spoglądałem na jazdę w deszczu, przemoczone ubrania czy ciężkie podjazdy.
Odczuwałem satysfakcję, że starczyło mi silnej woli i przezwyciężyłem
trudności, z jakimi musiałem się zmagać. Wtedy nie było za wesoło,
ale siedząc w wygodnym fotelu i płynąc do domu miło było to wspominać,
nawet z lekkim uśmiechem.
Artur Lorenc
www.enzo-zone.ovh.org
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|