|
:: O wyprawie

Wielu turystów-rowerzystów jako jeden z pierwszych celów wypraw
rowerowych obiera sobie Nordkapp.Trochę na przekór pomyśleliśmy:
a dlaczego by nie na sud-kapp albo west-kapp? W ten sposób powstał
projekt wyprawy pod kryptonimem "bike2capes" czyli - rowerem na
południowy koniec Europy - Punta Marroqui w Hiszpanii oraz zachodni
kraniec - Cabo da Roca w Portugalii. Trzecim najważniejszym celem
było zdobycie najwyższego asfaltowego podjazdu w Europie - Pico
Veleta w górach Sierra Nevada (3398 m n.p.m.). W ciągu 49 dni wyprawy
przejechaliśmy 5529 km przez 10 krajów. Nie wszytskie plany się
udały - musieliśmy skrócić trasę wracając samlotem z Girony, nie
wjechaliśmy na wszystkie planowane przełęcze w Alpach, i nie udało
się dopłynąć do Afryki, ale główne cele zostały osiągnięte.
:: Trasa

Pierwszym etapem było dotarcie pociągiem do granicy czesko - niemieckiej.
Tam wsiedliśmy na rowery, aby po 48 dniach zameldować się na dworcu
kolejowym w Vinaros w okolicy granicy prowincji Valencia/Katalonia,
by stamtąd dojechać pociągiem do Barcelony, a następnie samolotem
dolecieć do lotniska w Pyrzowicach.
:: O nas

Tomasz Kawczyk,
ur. 1986, student I roku informatyki na UŚ w Katowicach. Z wielu
zainteresowań należy wymienić informatykę i matematykę oraz inne
ścisłe dziedziny nauki. Zamiłowanie to sport a w szczególności piłka
nożna, siatkówka, lekkoatletyka i turystyka rowerowa, które uprawia
we własnym zakresie od wielu lat. Uwielbia trenować, słuchać muzyki
instrumentalnej, jeść białą czekoladę, czytać literaturę fantasy
(przede wszystkim Tolkiena) i nie może żyć bez swojego komputera.
W przyszłości zamierza szaleć na rowerze szosowym, zwiedzić pół
świata oraz pogodzić wyprawy rowerowe z karierą naukową.
Łukasz Tomczyk,
ur. 1980. Obecnie studiuje i pracuje na Wydziale Nauk o Ziemi Uniwersytetu
Śląskiego. Jego pasją życia jest geografia, a wyprawy rowerowe to
tylko jej naturalne następstwo. Ze wszystkich dziedzin geografii
najbliższe mu są Geograficzne Systemy Informacyjne - (GIS), oraz
kartografia - to on szczegółowo ustala trasę każdej planowanej wyprawy.
Oprócz kartografii szczególnym zainteresowaniem darzy turystykę
pod każdą postacią - góry, rower i jaskinie to jest to co tygrysy
lubią najbardziej, chociaż nie pogardzi także zwiedzaniem zabytków,
szczególnie poprzemysłowych. W wolnych chwilach najchętniej wraca
na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Podczas wypraw zajmuje się także
z wielką przyjemnością dbaniem o pełne żołądki i tworzeniem dokumentacji
- zdjęć, nagrań, zapisków, statystyk...
Do góry
:: Relacja

Czechy – Niemcy /1-4 lipca/
Wyjazd zaplanowany na 20.04 pociągiem do Katowic. Ledwo zdążamy
wyjść z domu, i na stację wjeżdżamy rzutem na taśmę. Do Chałupek
przyjeżdżamy spóźnieni o 10 minut. Jeżeli dodać, że do Bohumina
jest 5 km, Cassovia do Pragi za pół godziny, a do tego nie wiemy
gdzie jest dworzec... robi się nerwowo. Na peron wbiegamy znów rzutem
na taśmę, witani śmiechem czeskich kolejarzy. Rowery zostają skierowane
do wagonu bagażowego, a my szukamy wolnego przedziału. Na szczęście
znajdujemy, i zaraz uderzamy w kimono. Zsybko docieramy do Pragi,
skąd pociąg do Lublijany o 6.23. Oczywiście konduktor zobaczywszy
nasze rowery stojące w ostatnim przedsionku jak Bóg przykazał dostał
niemal furii, i kazał przetransportować je do bagażówki (oczywiście
przez cały pociąg). W Cernym Krizu przesiadamy się do “motoraczka”
w
którym razem z nami jedzie z 20 czeskich rowerzystów. Stacja Nove
Udoli okazuje się jest zaraz przy przejściu granicznym, na którym
zresztą nie ma żadnego pogranicznika. Stamtąd jedziemy raz w dół
raz w górę do Deggendorfu. Po przekroczeniu Dunaju droga staje się
płaska jak stół. Zbliża się wieczór, nocleg znajdujemy w Sautorn,
wiosce, której nie ma na mapie, za to gospodarze są fantastyczni....
dostajemy kolację, i długo rozmawiamy. Po prostu Bawaria....
Rano dostajemy jeszcze kawę
i śniadanie. Trudno się wyjeżdża z tak miłych noclegów, ale cóż.
Na szczęście droga jest płaska, więc do 12.00 robimy 65 km. Za Landshut
zakaz jazdy rowerem, więc musimy zjechać na ścieżkę rowerową, która,
jak to ścieżki mają w zwyczaju, kluczy niemiłosiernie. Zirytowani,
po 20 km zjeżdżamy na główną drogę, potem udaje nam się znaleźć
szutrową drogę wzdłuż Izary, którą dojeżdżamy niemal do Monachium.
Oglądamy z daleka Allianz Arenę, niestety jest zamknięta ze względu
na półfinał mistrzostw świata. Nocleg znajdujemy za trzecim podejściem
na łące obok kościoła. Nasz gospodarz częstuje nas owocami, ciastem
i sokiem... Niemal do końca wyprawy dzisiejszy dystans (niemal 170
km) zostanie nie pobity.
Następnego dnia po pysznym śniadaniu
na słodko i kawie ruszamy na podbój Ammersee. Kąpiel w lodowatej
wodzie, kilka fotek i jedziemy dalej. Trochę senny nastrój. Kilka
fajnych zjazdów, ale generalnie droga jest uciążliwa. W jakiejś
małej wiosce znajdujemy sklep rowerowy, doskonale zaopatrzony i
ze sprzedawcą znającym angielski. Po wytłumaczeniu problemu z licznikiem
okazuje się że trzeba wymienić czujnik. Sprzedawca dał nam special
price więc wydatek niewielki. Przejeżdżamy przez Kempten, przy okazji
spotykamy Polaka i rozmawiamy z nim dłuższą chwilę. Jeszcze pod
górę, zjazd i znajdujemy nocleg obok domu, gdzie miejsca starczyło
właściwie tylko na namiot... i oglądaliśmy półfinał MŚ :).
Austria – Szwajcaria – Włochy /5-9 lipca/
Rano szybka jazda do Lindau, i tradycyjna kąpiel w Bodensee. Stamtąd
też sprawnie przejeżdżamy przez Austrię do St Margarethen, i jemy
śniadanie nad Renem. Jak zwykle w Szwajcarii ścieżki rowerowe prowadzą
nas szybko i bezbłędnie, tyle że niemal zaraz po zjeździe z doliny
Renu czeka nas 7 km długości i 500 m wysokości podjazd w kierunku
Appenzell. Jedzie się ciężko bo nad nami ostre słońce. Na szczęście
udaje się nam znaleźć nocleg w stodole, bo burza jaka się rozpętuje
trwa długo w noc. W oborze jest przytulnie, za ścianką krowy, tyle
że wszędzie pełno much. Krowy mają pełną mechanizację, łącznie z
maszynką do czochrania po grzbiecie, która uruchamia się automatycznie
gdy krowa stanie pod nią i trąci grzbietem. To chyba tu jest ta
ojczyzna szczęśliwych krów, które dają mleko, z którego produkowana
jest Milka....
Budzeni co chwila przez muchy
wstajemy rano razem z krowami :). W połowie dnia pogoda lekko się
załamała, z Wattwill jedziemy na przełęcz Ricken, kompletnie przykrytą
przez siwe chmury. Zjazd jest długi i piękny, i doprowadza nas do
Rapperswill, Zaczyna świecić słońce. Następnie przeprawiamy się
przez góry do Zug, a tam znowu chmury. Przed Luzerną nawet padało.
Oglądamy Luzernę, przepiękne miasto, z zamkami, mostami, kamienicami
i Internetem za 4 ChF/10 min.... Ku naszej wielkiej radości znajdujemy
nocleg w miejscu , gdzie się tego nie spodziewaliśmy... nad samym
Jeziorem 4 Kantonów, na osiedlu bogatych domków jednorodzinnych.
Okazało się że był jeden dom normalny, z normalną rodziną... nawet
miał oborę i pole. Gospodyni okazuje się fantastyczną osobą, znakomicie
mówiącą po angielsku...
Sen od piątej rano przerywany
werblami deszczu o namiot, ale nasza gospodyni rekompensuje nam
pogodę pysznym śniadaniem w towarzystwie bardzo ładnej córki :-)
No, ale raj kiedyś musi się skończyć, także wyjeżdżamy w mżawce
w trasę dokoła Vierwaldstattersee. Jezioro jest śliczne, i skąpane
w chmurach przypomina niemal fiordy. Po przepłynięciu promem jedziemy
dalej wzdłuż jeziora, oczywiście trasa rowerowa jest doskonale oznakowana,
znów trafiamy na tunele tylko dla rowerzystów. Pniemy się ciągle
pod górę, mijając Tellskapelle, czyli miejsce upamiętniające narodowego
bohatera Szwajcarii – Wilhelma Tella. Zjeżdżamy do Altdorf,
a następnie zaczynamy podjeżdżać doliną rzeki Reuss w kierunku Andermatt.
Im bardziej w górę tym piękniejsze widoki. Ostatni
odcinek przed Andermatt jest bardzo ostry, na dodatek poprowadzony
częściowo stromymi długimi tunelami. Wreszcie wjeżdżamy w prześliczną
polodowcową dolinę w której leży Andermatt. Nocujemy w oborze, w
kompleksie pięćsetletnich zabudowań pasterskich przebudowanych na
domek letniskowy. Co prawda gospodarze mówią tylko po niemiecku,
co nie przeszkadza nam cały wieczór “gawędzić” przy
kawie.
O bladym świcie ze smutkiem
opuszczamy nasze XV-wieczne schronienie i ruszamy na Furkę. Zrobiliśmy
kilka odpoczynków i po przejechaniu 13 km podjazdu zameldowaliśmy
się na Furkapass. Tuż przed przełęczą wyjrzało słońce i towarzyszyło
nam do końca dnia. Na zjeździe zatrzymaliśmy się jeszcze przy lodowcu
Rodanu, na moment w Gletsch, a potem... 60 km zjazdu. Z początku
bardzo ekscytującego, potem trochę mniej stromego, aż dolina rozszerzyła
się na tyle by droga wydawała się płaską :). Cały dzień zjeżdżaliśmy
doliną Rodanu w pięknym słońcu, ale niestety byliśmy znużeni. Na
noc zatrzymaliśmy sie u Portugalczyków mieszkających 10 km przed
Martigny. Akurat załapaliśmy się na grilla :)
Trasa zaplanowana na ostatni
dzień w Helwecji jest nie do zrealizowania. Wstajemy wcześnie, żeby
zdążyć na Mszę do Martigny, ale okazuje się że pierwsza jest dopiero
o 9.30. Czekamy... Tuż po spotykamy polaków, którzy pracują tu na
budowie. Ruszamy powoli w górę. Początkowe 17 km podjazdu jest łatwe,
a potem zaczyna się źle, gorzej źle, tunel, źle, itd... Przy wjeździe
do właściwego tunelu GSB spotykamy Holendrów, którzy również jadą
na górę z sakwami. Z tego miejsca czeka nas jeszcze 7 km. Spotykamy
tutaj również “naszych” Polaków z Martigny. Zaczynamy
podjeżdżać, i rzeczywiście ostatnie kilometry są bardzo ciężkie.
Kilkukrotnie się zatrzymujemy. Zjazd do Aosty jest bardzo długi
i szybki. Miasteczka wyglądają na wymarłe. Nagle w całym mieście
wybucha gwałtowny okrzyk, klaksony itp. No ta, właśnie włosi grają
mecz o mistrzostwo świata i strzelili gola. Chcąc nie chcąc udajemy
się na camping. Całą noc trwa impreza...
Włochy – Francja /10-17 lipca/
Jedziemy na małego Bernarda. Pogoda bardzo słoneczna, co pogorszyło
samopoczucie na podjeździe. Drugą stroną medalu były fantastyczne
widoki z monumentalnym Mont Blanc na czele.
W skwarze podjeżdżamy 23 km z wieloma tunelami i serpentynami. Jazdę
można określić jako pogoń za przerwą w cieniu. Na przełęczy widoki
kapitalne, masa zdjęć, dużo śniegu i
tylko trochę chłodniej :). Zjazd piękny, tylko droga kiepska. Na
dole robimy zakupy i po naradzie postanawiamy zjechać w dół doliną
omijając tym samym resztę przełęczy, które mieliśmy w planach pokonać.
Znajdujemy nocleg na gospodarza, po czym w miejscu gdzie mieliśmy
rozbijać namiot zaskoczył nas jakiś wesoły francuz pytając English?
Deutsch? I zapytał czy nie wolelibyśmy nocować u niego na polu.
Trawę miał ładniejszą :), zresztą jego propozycja była zdecydowanie
korzystniejsza. Koniec końców wylądowaliśmy w małym domku stojącym
obok basenu, gdzie na podłodze leżały dwa dmuchane materace :).
Od rana cały czas w dół, aż
do Moitiers. Stamtąd udaje nam się wyjechać po pół godzinie, bo
główna droga zamienia się nagle w ekspresówkę. Klucząc i klnąc dojeżdżamy
do Albertville. Tam drugie śniadanie, a potem dalej płasko bocznymi
drogami, a potem główną do Grenoble. Po drodze upał staje się tak
nieznośny, że decydujemy się na pierwszą sjestę. W Grenoble jesteśmy
o 19. Gdyby nie zapytany o drogę młody człowiek, który nas wyprowadził
na rowerze z miasta, to byłoby ciężko nam wydostać się w miarę szybko.
Przedmieścia Grenoble, w których planowaliśmy nocleg to w zasadzie
miasto, ale udaje nam się znaleźć kawałek łąki i zezwolenie od gospodarza.
Zasypiamy w cieniu masywu Vercors....
Po upalnej niemal nocy wyjeżdżamy
o 8.00, żeby jechać jak najdłużej, zanim zacznie się upał. Droga
główna i raczej nudna. Jedziemy przez miejscowość o wdzięcznej nazwie
Romans :-), a następnie kierujemy się w stronę Valence. Tam czeka
nas przebicie się przez miasto pocięte robotami drogowymi, ale odbijamy
sobie półtoragodzinną drzemką w parku. Co dziwne znajdujemy bardzo
szybko drogę wyjazdową i ruszamy do wyznaczonego celu gonieni przez
burzę. Nocleg znaleziony chyba za 15 razem, w ostatniej chwili bo
już lało. Śpimy w nieużywanej przyczepie campingowej służącej za
magazyn i sypialnię kotów.
Po nocy pełnej kociego włosia
wstaje piękny poranek. Zbieramy się i wyjeżdżamy do Avignon. Poranek
wydaje się chłodny, ale to tylko złudzenie. Cały czas jedziemy doliną
Rodanu. W Orange jemy lody i szukając poczty i antycznego teatru
wjeżdżamy w uliczki starego miasta. Akurat dzień targowy więc miejsca
za dużo nie było. Sprawnie przeciskamy się między ludźmi, straganami
i odnajdujemy rzymski teatr. W Avignonie oglądamy plac przed pałacem
papieskim, gdzie akurat wystawiono spektakl.
Potem oglądamy katedrę i odpoczywamy przy moście św. Benezeta. Jedziemy
w stronę Millau, zachaczamy o centre commercial i wjeżdżamy we wsie.
Oglądamy akwedukt rzymski z listy UNESCO i znajdujemy nocleg u staruszka,
który upierał się że burza przejdzie bokiem. Dopiero kiedy zaczęło
lać, pozwolił nam spać w komórce.
Rano zbieramy się szybko, ale
i tak od 8.00 jest straszny upał. Cały
dzień jedziemy bocznymi dróżkami i jest trochę pod górkę, w końcu
dzisiaj mamy wjechać w "dzikie góry" - Sewenny. Droga prowadzi wśród
sawanny umilana odgłosami cykad. W południe sjesta + standardowy
zestaw Intermarche: lody 1 litr + melon + 3 litry picia Top prix.
Po przejeździe przez egzotycznie brzmiącą miejscowość Ganges wjeżdżamy
w góry doliną rzeki i pniemy się w górę na przełęcz 804 m npm. Na
samej górze wita nas kilkusetmetrowy nieoświetlony tunel. Faktycznie
góry sprawiają wrażenie opuszczonych. Pod wieczór wjeżdżamy do Parku
Narodowego Grand Causess. Gospodarze w St Jean sami nas ściągają
wzrokiem. Namiot mamy rozbity w ogródku, mamy dostęp do prysznica,
a na kolację puree z parówkami i fasolką.
Rano morze pysznej kawy, doskonałe
pieczywko z czekoladą plus nutella i dżem i przesympatyczni gospodarze,
oto recepta na doskonały poranek. W świetnych humorach ruszamy w
dół 40 km zjazdem do Millau. Przepiękne dolinki, widoczki, miasteczka,
lasy, rzeczki, mgła, skały... jak w bajce. Dojeżdżamy do Millau,
kłaniamy się wiaduktowi, w jego cieniu jemy śniadanie, oglądamy
małą wystawę o nim i ruszamy dalej w góry. W drugiej części dnia
widoki jak z Beskidów, planujemy przejechać 140 km, ale musimy szukać
noclegu wcześniej bo goni nas burza.... Znajdujemy nocleg w Laucane
u przemiłej rodziny i dostajemy kawę w termosie i drożdżówki na
rano...
Musimy wstać bardzo wcześnie,
żeby zdążyć do Brassac na mszę i nie tracić zbyt wiele czasu. W
jednej z malutkich wiosek słychać dzwony – zjeżdżamy, i okazuje
się że dojeżdżamy akurat na początek Mszy. Po wyjściu z kościoła
oczywiście stanowimy wioskową atrakcję. Z Mazamet cholernie długi
podjazd w kierunku Carcassonne w niesamowitym upale. Po wyjeździe
z gór ukazuje się nam olśniewający widok – szeroka równina
z widokiem na majaczące w oddali Pireneje. Dojeżdżamy do Carcassonne.
Zdobywamy Cite, ale z racji niedzieli są tam miliony turystów. W
połączeniu z upałem powoduje to, iż faktycznie ładnie zachowane
miasteczko nie wywołuje pozytywnego wrażenia. No, ale fakt że mury
mogłyby służyć do kręcenia ekranizacji Krzyżaków, Pieśni o Rolandzie
i Robin Hooda na raz. Wyjeżdżamy lekko zdegustowani tłumami. Po
15 km od Carcassonne znajdujemy nocleg w Rouffiac, zostajemy przyjęci
jak rodzina – pełnym stołem, siedzimy przy kolacji do 22 i
rozmawiamy niemal na migi, robimy zdjęcia, i dostajemy prezenty
w postaci t-shirtów, dostajemy poduszki do spania w hamakach....
dzisiejszy wieczór jest lekko niewiarygodny....
Rano po pysznym śniadaniu i
całusach od gospodyni ruszamy w drogę. Jedziemy do Quillan, gdzie
szukamy internetu i robimy odpoczynek. Dojeżdżamy do miasta w czasie
sjesty i wszystko jest zamknięte... odpoczywamy dwie godziny. O
14 w informacji turystycznej dowiadujemy się że kafejka jest w barze
50 m obok.. oczywiście bary są otwarte w czasie sjesty....:). Po
kolejnych 10 km wjeżdżamy na płaskowyż, którego nie opuścimy do
końca dnia. Od 16 straszy nas burza, potem dwie burze, a na wieczór
już burze są wszędzie dookoła. Po dlugich poszukiwaniach znajdujemy
gospodarza, leśnika mówiącego po niemiecku. Zanim wymyśliliśmy suche
miejsce gdzie będziemy spać, to zrobiło się ciemno i burze się rozeszły
:). Ostatecznie spaliśmy w Transicie wersja kampingowa.
Andora – Hiszpania I /18-27 lipca/
Po nocy spędzonej pod szyber dachem i 30 cm przestrzeni nad głową
dostajemy śnaidanie – świeże bagietki z musem z moreli. Podjazd
bardzo przyjemny wjeżdżamy na kolejny poziom płaskowyżu i zdobywamy
kolejno 3 przełęcze około 1200 – 1400 m npm. Na przełęczy
Tomek stwierdza, że coś mu stuka w tylnym kole. Cóż, takie stukające
stukanie nie stuka bez powodu jak mówił Kubuś P. Zjeżdżamy do Ax-Les-Thermes.
Po zdjęciu sakw okazuje się że zaczyna pękać lekko sfatygowana obręcz.
Po krótkich konsultacjach w informacji turystycznej okazuje się,
że najbliższy sklep rowerowy jest albo 70km w zupełnie przeciwnym
kierunku, albo w Andorze... 50 km dalej pokonując przełęcz 2407
m...
Ale cóż wracać się nie będziemy, więc jedziemy do Andory. Pierwsze
kilometry są w miarę płaskie. Potem zmagając się z wiatrem podjeżdżamy
serpentynami i długą prostą do Pas de la Casa. W międzyczasie zaczyna
nas gonić burza, i ostatni kilometr przed Pas de la Casa przejeżdżamy
w deszczu. Na szczęście w Pas de la Casa zaczyna się nieco przejaśniać.
Samo Pas de la Casa robi piorunujące wrażenie: olbrzymie centrum
handlowo rozrywkowe na tle trzytysieczników... stamtąd jeszcze 3-4
km do samej góry. Gdy zatrzymuję się żeby złapać oddech z jasnej
chmury nad nami 10 metrów przed nami strzela piorun w przydrożny
słupek. W te pędy resztkami sił ruszyliśmy do widocznej przed nami
stacji benzynowej. Tam czekaliśmy niemal godzinę aż burza minie,
jeszcze kilkaset metrów podjazdu i znajdujemy sie na najwyższej
drogowej przełęczy Pirenejów. Teraz czeka nas długi zjazd niemal
przez całą Andorę, a w zasadzie przez Centrum Handlowe Andora :-)
na dodatek gdy dojeżdżamy do stolicy kilometrowe korki, z regulowanym
na każdym skrzyżowaniu ruchem przez policję. Jedynym sposobem na
przedostanie się jest jazda środkiem ulicy pomiędzy pasami ruchu
niemal ocierając się o samochody. Żeby nie nocować w Andorze decydujemy
szukać sklepu rowerowego w La Seu de Urgell w Hiszpanii. Nocleg
w pierwszej wsi koło romańskiego kościółka, gdzie niemal się nie
rozbijamy na starym cmentarzu...
Rano wstajemy i walcząc z lekko
zachmurzonym niebiem dojeżdżamy do La Seu. Nawet chwilę pada...
Przez dwie godziny szukamy supermarketu i sklepu rowerowego. Znajdujemy
dwa sklepy rowerowe, ale oba zamknięte i do tego nie bardzo wiadomo
kiedy je otworzą. W końcu pojawia się sprzedawca, ogląda Tomka rower,
obręcz i stwierdza "new wheel" " it's too much work". Po wypowiedzeniu
kilku niecenzuralnych slów w języku polskim , oddajemy uśmiechniętemu
hiszpanowi mój rower. Serwisant obiecuje że wydobędzie ze starego
koła piastę. Jak powiedział tak zrobił, szprychy ze starego koła
wykręcaliśmy sobie sami... W końcu ruszamy z ogromną stratą....
Humor tragiczny, pełno tuneli i wiosek których nie ma na mapie...
POZDRAWIAMY WYDAWNICTWO MARCO POLO... na 120 km jedziemy doliną,
a właściwie przełomem jakiejś rzeki, fanatastyczne widoki.
Rano nie niepokojeni przez nikogo
zbieramy sie spod wiaty i wyjeżdżamy. Po 16 km jesteśmy w Lleidzie.
Tam wyciągamy pieniądze z bankomatu DB, znajdujemy pocztę i robimy
zakupy. Droga którą wybraliśmy na dzisiaj (N II) biegnie cały czas
wśród autostrady, zatem wywnioskowaliśmy że będzie mniej uczęszczana.
Taaa. Przez 70 km jechaliśmy wzdłuż milionów tirów które jechały
niemal jeden za drugim. Na pociechę znajdujemy Intermarche, i jedyne
w swoim rodzaju lody Banana Split adelie. Skręcamy w boczne drogi
Aragonii, przejeżdżamy przez Ebro, i szukamy noclegu. Jedynym miejscem
które zostaje nam polecone, jest klub strzelecki, gdzie znów śpimy
pod wiatą, mamy do dyspozycji kran z wodą do mycia oraz 8 litrowy
baniak wody mineralnej.
Wstajemy żwawo o 6, przygotowując
się oglądamy wschód słońca. Jemy musli z kisielem i ruszamy w Aragonię...
Niestety jedzie sie tragicznie... już o 8 jest ponad 25 stopni.
Droga wyboista, góry dookoła. Dużo ładnych widoków, ale przygnębienie
narasta. Postoje robimy częściej niż zwykle, upał leje się z nieba
a wiosek jak na lekarstwo. Na szczęście w wioskach znajdujemy Spar'y.
Dużo ładnych ruinek, ale generalnie wszystko strasznie zaniedbane..
nie mówiąc o martwych zwierzętach wprasowanych w pobocze. Koło 14-15
robimy leżankę. Aby znaleźć nocleg musimy zboczyć 4 km z trasy.
Wjeżdżamy do wsi, pytamy, a tu cała wieś się złazi, dużo dzieci
(nie wiedzą gdzie leży Polska ). Generalnie harmider. Dobrotliwa
pani proponuje że nas wpuści na podwórko... za 17 euro.. :) chociaż
w tej wiosce ostatni turysta przez przypadek wylądował chyba 300
lat wcześniej... Na szczęście w międzyczasie ktoś mówiący po angielsku
!!! pokazał Łukaszowi fajne miejsce. Ponoć zrobiliśmy taką sensację,
że przez następny rok wieś będzie huczeć od tego wydarzenia...
Burzy w nocy w końcu nie było.
Za to było zimno! Ale jako że spaliśmy zupełnie poza wsią mieliśmy
okazje oglądać niebo, jakiego w mieście nigdy się nie zobaczy...
Jedzie się całkiem przyjemnie, mimo że jest sporo pod górę W Molinie
jesteśmy o 11. kupujemy znaczki, picie
na zapas i w drogę... ale którędy? Zapytany Hiszpan stwierdza że
nas wypilotuje samochodem kilka kilometrów. Droga wiedzie do parku
narodowego a następnie mamy znaleźć sami szutrówkę która nas zawiedzie
do drogi głównej. Po drodze szukając szutrówki gubimy drogę dwa
razy, a gdy znajdujemy, Tomkowi rwie się łańcuch. Chce nam się wyć!
Na szczęście skucie łańcucha jest bezproblemowe i jedziemy dalej.
Zjeżdżamy w dolinę Tagu. Znajdujemy urocze miejsce do kąpieli zatem
korzystamy z ochłody. Potem góry,i na końcu podjazdu.... jest płasko
przez 35 km... Cholerne góry płytowe.... Zjazd dopiero przed samym
noclegiem poprzedzony ucieczką przed zdziczałymi psami które urządziły
sobie regularne polowanie na Łukasza Zjeżdżamy jeszcze trochę, po
czym znów ten sam problem, nikogo w ogródku. Spotykamy jedyną osobę
we wsi która mówi po angielsku (dziewczyna około 18 lat), i chwali
się nam, że zna też zdanie po polsku: “jestem ładna i mądra”
Wszyscy wysyłają nas na boisko ze ścianką do squasha (!!!) (wioska
500 mieszkańców) Dostajemy zgodę sołtysa na rozbicie się tam, i
śpimy.
Rano z trudem zwlekamy się z
karimat, przygotowujemy sie do odjazdu zeskrobując zewsząd terra
rosę. Jest 8:30, logika nakazuje aby droga prowadziła w dół, no
ale to jest Hiszpania więc podjeżdżamy i zjeżdżamy... męczarnia.
W końcu nie trafiamy na żadną Mszę. Jakimś
cudem odzyskujemy humor w połowie dnia... Planujemy nocować na kampingu
więc jesteśmy pewni noclegu... W doskonałych humorach dojeżdżamy
do Aranjuez, miejsca naszego noclegu... dojeżdżamy do kampingu z
basenem..:D ... dupa... Camping cerrado... znaczy się że zamknięty.
Nerwowa tułaczka po mieście i za miastem, kilka desperackich prób
znalezienia gospodarza w mieście... i lądujemy w hostalu za 32 jurki....
Skoro już spaliśmy w tak wypasionych
warunkach to postanawiamy wstać godzinę później. Szybko się zbieramy,
ale przeklęta miejscowość nie chce nas wypuścić ze swoich szpon.
Jedziemy na zakupy: niestety E.Leclerc jest czynny od 10.00.
Szukamy innego sklepu.... Żeby w wielkim mieście był jeden market?
Gdy stoję z zakupami przy kasie, psuje się jedna kasa, a potem następna.
W końcu wyjeżdżamy o 10.00 Na szczęście drogę wyjazdową znajdujemy
bez problemu, ale nawierzchnia jest tragiczna, zakończona niespodziewanie...
samoobsługowym promem przez Tag. Dalej już bez niespodzianek do
Toledo. Miasto już z daleka robi duże wrażenie, ale żeby je zobaczyć
z bliska trzeba podjechać pod duuużą górę. Katedra robi niesamowite
wrażenie. No duża jest :-) Szkoda tylko ze wstęp kosztuje 6 euro...
Potem włóczymy się chwilę po mieście, robimy zapasy jedzenia, i
ruszamy w drogę ogromnym podjazdem w kierunku Montes de Toledo.
Po górach, dolinach dojeżdżamy do Navarhermosy, w której nie dość
że nikt nie jest nam w stanie polecić miejsca do rozbicia się, to
nie chce dać nam paru litrów wody.... Noc spędzamy w gaju oliwnym
wgapiając się w cudownie gwiaździste niebo.
Rano wstajemy godzinę przed
świtem. Droga, którą jedziemy przypomina chyba dzieciństwo Franco,
asfalt jest wąski zryty i czerwony. Ale trzeba przyznać, że jazda
prowincją ma swoje uroki, widoki są śliczne. Po zjeździe do La Nava
wjeżdżamy na równinę, która kończy się przełęczą w górach Sierra
de Altamira. Podjazd ma 21 km z różnicą poziomów 200 metrów, ale
i tak końcówka ma ponad 8%. Za
Puerto de San Vincente okazuje się, ze dalsza droga do Guadalupe
prowadzi niemal cały czas przez góry. Podjazd 3 km, zjazd 10 km
i na odwrót i w kółko Macieju. Wcześnie dojeżdżamy do celu, gdzie
znajdujemy rewelacyjnie tani camping – za całość zapłaciliśmy
8,5 euro, basen & ciepła woda included. Rozkładamy namiot i szybko
udajemy się zobaczyć średniowieczne centrum z klasztorem. Atmosfera
wewnątrz jest znakomita, jednak jest już późno i musimy szybko wracać.
Basen okazuje się że jest już nieczynny, ale za to mamy prysznic,
i o to chodzi.
Dzień wstaje ciemny jak zwykle.
Jak zwykle z trudem wstajemy, po 30 minutowym zbieraniu chęci, pokonując
mroki namiotu. Przygotowujemy się powoli i wyjeżdżamy na "przełęcz
z rana jak...". Okazuje się być ona łatwiejsza niż przypuszczaliśmy
i ... niższa niż podaje to tabliczka na tejże. Potem przyjemne widoki,
dużo górek, upał... tradycyjny zestaw... no ale jedzie się zadziwiająco
przyjemnie. Nasz wyjazd ze starówki w Trujillo lekko się opóźnił,
ponieważ musieliśmy poczekać aż policia odjedzie... najkrótsza droga
prowadziła bowiem pod prąd. Jak już wyjechaliśmy z miasta to musieliśmy
sprostać ogromnemu wyzwaniu... żeby nie zasnąć... trzaskaliśmy się
bowiem przez 50 km prostą jak strzała drogą do Caceres... W Caceres
drapiemy się na starówkę.. tradycyjnie już łamiąc tonę przepisów,
głównie jadąc pod prąd. Nobel w dziedzinie Idiotyzmów. Następnie
jedziemy za miasto szukać noclegu. Jako że był to dzień paradoksów
znajdujemy nocleg na gospodarza... Hiszpan mówi po angielsku, wpuszcza
nas do łazienki i przynosi chłodne napoje...
2/3 dnia – koszmar. 91
ciągle 'up and down' przez pustkowia Extremadury. Bez odrobiny cienia,
1 km podjazdu, 1 km zjazdu i tak w koło. Dopiero
od Valencia de Alcantara ukształtowanie terenu się poprawia. Po
drodze spotykamy Polaków, którzy pracują tutaj przy wyrębie lasu
(jakiego lasu?!). Na 91 km wjeżdżamy do Portugalii. Od początku
niemal jest bardziej zielono i chłodniej. Wjeżdżamy do Alpahao,
miasteczko jest niemal jak z przewodnika turystycznego, białe domy,
kobiety ubrane na czarno....) Stamtąd droga okazuje się ekspresową
(brawo wydawnictwo Marco Polo). Objazdem dojeżdżamy do Nisy, gdzie
znajdujemy nocleg w ogródku z bonusem w postaci wielkiego arbuza.
Portugalia /28 lipca - 2 sierpnia/
Rano zbieramy się jak zwykle
po ciemku. Droga na mapie jest wzdłuż Tagu. Na mapie... po 30 km
w miarę płaskich zaczynają się góry i doliny. Pierwszy odpoczynek
w Gaviao, a potem gubiąc kilka razy drogę aż do Torres Novas. Tam
znajdujemy.... intermarche, a zatem znów lody 'Adelie' 1 litr. Stamtąd
bocznymi nieoznakowanymi drogami do Fatimy. Wjeżdżamy w góry, po
drodze zrywa się wiatr, który niemal zwala nas z nóg, a na dodatek
jakiś wściekły tir mało co nas nie zmiata z powierzchni ziemi. Po
wyczerpującym podjeździe jeszcze 15 km płaskiej drogi i trafiamy
do Fatimy. Pojawiamy się na ogromnym placu przed bazyliką, gdzie
wzbudzamy zainteresowanie kilku pielgrzymów z Polski. Dostajemy
kontakt do darmowego domu pielgrzyma. Co za ulga... Po obiedzie
i prysznicu wybieramy się aby zwiedzić sanktuarium i wziąć udział
w wieczornym międzynarodowym różańcu.
Po nocy w wygodnym łóżku odwiedzmay
jeszce raz na rowerch plac przed bazylika. Tym razem zostajemy z
niego niegrzecznie wyproszeni przez strażników. Zmierzamy w kierunku
największej jaskini Portugalii – Mira d'Aire. Jaskinię zwiedzamy
z wycieczką emerytów i rencistów, których interesuje wszystko, tylko
nie nacieki jaskiniowe. Jaskinia urządzona jest w nieco kiczowato
– jarmarcznym stylu, łącznie z podświetlanymi fontannami na
podziemnej rzece. Po zwiedzeniu jaskini cały dzień odludnymi górkami,
oczywiście przez nieistniejące na mapie wioski. Jedziemy totalną
prowincją, musimy pytać kilkakrotnie o drogę. Nie możemy znaleść
miejsca na rozbicie namiotu. Zrezygnowani decydujemy się jechać
na Cabo da Roca, w końcu to tylko 40 km. Katem oka zauważamy jakiś
ruch przy jednym z domów. Nie wierząc Tomek idzie zapytać o możliwośc
noclegu. Okazuje się, że młoda właścicielka mówi po angielsku, ma
remontowany dom w środku wioski, i ochotę aby nas tam ugościć. Dom
jest obskurny i z karaluchami, ale noclegowi pod dachem nie zagląda
się w zęby.
Rano
wstajemy lekko zaniepokojeni czy karaluchy nie zeżarły nam sakw.
Ale wszystko jest w całości. Wyruszamy modląc się aby żaden z mieszkańców
domku nie postanowił nam towarzyszyć. Jedziemy do Mafry.. jak się
okazuje przez spore przełęcze... tam szukamy kościoła. Jest 8:30,
po paru kilometrach przymusowego zwiedzania miasta osiadamy na placu
przy Katedrze.. jest 9:15. Okazuje się, że spis mszy w Mafrze wisi
wewnątrz katedry, którą otwierają o 10 :). Czekamy więc. O 10 z
kartki dowiadujemy się że jedyna msza jest właśnie tam o godzinie
11:30. Po wyjeździe z Mafry nareszcie zjeżdżamy do oceanu... (myślimy
sobie) o głupcy! ... owszem zjeżdżamy, ale na sposób iberyjski...
czyli przez góry. Jak się okazuje nie bylejakie... pokonujemy kilka
przełęczy, a bezpośrednio przed Cabo da Roca podjeżdżamy na 260
(niby nic, ale z poziomu morza...) W końcu zjeżdżamy na przylądek
i co najważniejsze... nad oceanem jest błękitne niebo. Tam właśnie..
na końcu czasów... spędzamy przepiękne chwile wśród wiatru, zapierniczających
chmur, dzikich turystów, błysków fleszy, latającego piasku i szumiącego
oceanu. Siedzimy tam prawie godzinę, i praktycznie ze łzami w oczach
zbieramy się do odwrotu... do ... domu. Droga do Lizbony wiodła
pięknie.. wzdłuż wybrzeża. Było już późno, a my przed sobą mieliśmy
sporo kilometrów bardzo zatłoczoną drogą. Kilkanaście kilometrów
przed metą utworzył się korek i trwał on praktycznie do bram miasta.
Korek.... to co rowerzyści lubią najbardziej...:)
mijaliśmy rzesze samochodów, to z prawej , to z lewej, to środkiem,
to chodnikiem. Ekstaza...:D jakimś cudem nie spowodowaliśmy żadnego
wypadku i dojechaliśmy szczęśliwie do Lizbony.. a tam czekała dopiero
misja: niemożliwa. Dostać się na kamping Monsanto.. Najbezpieczniejszy
kamping na świecie... bo najlepiej ukryty. Jak tam dojechać wiedzą
tylko taksówkarze oraz kierowcy autobusów i to też tylko ci zasłużeni.
Po długich poszukiwaniach i paru rozmowach o 23 stajemy u bram twierdzy
Monsanto.
Wstajemy baardzo późno. Autobus
z campingu zawozi nas prosto do Parc des Nacoes, gdzie położone
jest jedno z największych oceanariów na świecie. Po dwóch godzinach
zwiedznaia tego przybytku czujemy się młodsi o parę miesięcy. Po
odwiedzeniu zwierząt wodnych z całego świata udajemy się metrem
na stare miasto. Zwiedzamy staromiejską dzielnicę Baixa, odwiedzamy
Alfamę, katedrę, oraz zamek. Lizbona jest prześliczna. Następnie
udajemy się do informacji turystycznej aby zasięgnąć wieści odnośnie
centrów handlowych. Miła panienka objaśnia nam mapę, i twierdzi
że z centrum Amoeiras NIE DA SIĘ dojść do campingu, bo jest to za
daleko!!! Po zrobieniu zakupów bierzemy zatem azymut na camping
i idziemy na wyczucie. Jak się okazuje, wyczucie nas nie myliło.
Resztę dnia poświęcamy na tzw byczenie.

Wstajemy, i pełni wiary we własne
możliwości próbujemy wyjechać z Monsanto rowerem i dostać się do
centrum... :) eeeee, zaliczamy każdą ekspresówkę w okolicy, i półtorej
godziny od startu , po przejeździe alejkami parku Monsanto, lądujemy
w końcu w Belem ... ale to nie koniec. Po dokładnym obejrzeniu Pomnika
Odkryć Geograficznych udajemy się w podróż na drugą stronę Tagu...
:) eeeee, trzy i pół godziny po starcie z kampingu stajemy na drugim
brzegu, wysiadając z promu. W Setubal kolejny prom i znów jedziemy
wzdłuż złotych plaż. Udaje nam się również wykąpać, chociaż nie
było to łatwe. Plaże od drogi oddzielał 500 metrowy pas piasku i
zarośli...
Od rana wzniesienia, ale droga
bardzo przyjemnie wiedzie przez miły dla oka las dębowy (proszę
nie myśleć o lesie w pojęciu środkowoeuropejskim). Postój robimy
już na 35 km, atmosfera jest leniwa. Przez cały dzień przebijamy
się przez wioski w kierunku granicy. Droga łatwa i z górki. Nocleg
w ostatniej miejscowości przed granicą, u marynarza, który raczy
nas melonem i sałatką.
Hiszpania II /3-19 sierpnia/
Wstajemy ciężko, ale w dobrych humorach. Nasz ciepły Portugalczyk
przyszedł zrobić nam zdjęcie i dać adres. Godzinę później z niekłamaną
radością i weselem wjeżdżamy do Hiszpanii. O dziwo pani Andaluzja
sprawia nam prezent. Pod koniec dnia zjeżdżamy na pewnego rodzaju
równinę, co pociąga za sobą długie zjazdy. W ten sposób dostajemy
szansę nadrobienia kilometrów. Dzięki temu kończymy dzień tuż przed
Sewillą w San Lucar. Tam, dopiero na ostatnim podwórku, po długim
aczkolwiek bardzo miłym dialogu :) Hiszpanie nie mówiący po angielsku
dają nam nocleg. Trudno opisać nasze zdziwienie i wdzięczność zarazem.
Dostajemy jeszcze napój z lodówki... który w czasie naszej wyprawy
jest towarem wręcz absurdalnie deficytowym.
Rano 15 km w dół doliny do Sewilli.
Docieramy na stare maisto, gdzie zwiedzamy największa katedrę gotycką
na świecie, odwiedzamy grób Krzysztofa Kolumba i wchodzimy na wieżę
– minaret – La Giraldę skąd piękny widok na całą Sewillę.
Po zwiedzeniu ruszamy na Plaza de Espana, i zwiedzamy resztę miasta.
Wyjazd z miasta wydaje nam się prosty... tak prosty że trafamy do
jednostki wojskowej. Oczywiście na mapie jest zaznaczona
normalna droga. Dopiero napotkany rowerzysta wyprowadza nas szutrówkami
na właściwy kierunek. Po znalezieniu właściwej drogi 30 km jedziemy
absolutnie płasko po terenach zalewowych Guadalkiwiru, potem znów
wjeżdżamy w góry, aby dojechać do jednego z 'Pueblos Blancos' –
Arcos de la Frontera.
Zgdonie z nową świecką tradycją
slońce jeszcze pod horyzontem, a my wstajemy. Potem już zwykłymi
dla Hiszpanii górami i zwykłym leniwym tempem jezdziemy przez pustkowia
w kierunku drogi narodowej numer 340. Upał... upał... W połowie
dnia pojawia się urozmaicenie. Nasz stary druh Wmordewind. Czegoś
takiego nie przeżyliśmy nigdy wcześniej. 48 kilometrów do Tarify
pokonujemy wykuwając każdy metr w wietrze i niemal zwalani z nóg.
Mijamy setki, może nawet tysiące wiatraków. Zdziwiłbym się, gdyby
ich tutaj nie było. Zdobywamy przełęcz, mijamy setki campingów,
i zajeżdżamy do Tarify. Wieje tragicznie. Zawijamy na cel numer
dwa wyprawy – przylądek Marroqui, a właściwie groblę prowadzącą
na półwysep zajęty przez jednostkę wojskową. Szukając kawałka wolnej
plaży spotyka nas Szwajcar, który zaprasza nas na pole na kilfie
obok jego domu. Wspinamy się na klif. Na górze wieje okrutnie, udaje
nam się jednak robić namiot. Nasz szwajcarski Hiszpan obdarza nas
reklamówką jedzenia i wina. W przeginanym wiatrem namiocie i wśród
syren okrętów przepływających przez cieśninę gibraltarską próbujemy
usnąć...
Rano nasz gospodarz budzi nas
raźnym 'dzień dobry' - okazuje się że gościł w Polsce kilkanaście
razy. Walcząc z tragicznym wiatrem, któy niemal zwala z nóg wspinamy
się na przełecze oddzielające Tarifę od Algeciras. Tam definitywnie
okazuje sie że ceny promów są poza naszym zasięgiem. Jemy śniadanie
pod palmami i ruszamy w jedyną drogę do Gibraltaru – droge
ekspresową dostępna dla rowerów. Jeszcze miłe dwie celniczki z nienagannym
brytyjskim akcentem i jesteśmy w brytyjskiej kolonii. Na samym początku
miasta zostajemy wyproszeni z rowerów przez straż miejską, kupujemy
pamiątki i dużym podjazdem dojeżdżamy na koniuszek Gibraltaru –
Europe Point. Wracamy niemal do przejścia granicznego aby się dostać
na plaże, ale na jedną prowadzą schody, a na drugą jak mówi policjant:
"you must have permit".
Wyjeżdżamy wściekli i idziemy na plaże w La Linea. Plaża jest nieprzyjemna,
z kożuchem na wodzie i pływającymi odchodami. Ale można się przynajmniej
ochłodzić pod prysznicem. Z La Linea wracamy do ekspresówki, aby
dojechać nią do piekielnie drogiego campingu.
Rano budzik nie zdołał nas obudzić.
Wyjeżdżamy po 9.00, i od razu jedziemy ponoć jedną z najniebezpieczniejszych
dróg w Europie autostradą przez Costa del Sol. Mijamy największe
kurorty – Marbella, Torremolinos, Malaga. Autovią jedzie się
bardzo wydajnie, ale przeszkadza hałas i smród spalin. Co kilka
kilometrów wjeżdżamy do centrów, gdzie dużo sygnalizacji świetlnych
i dzikie tłumy. Czuliśmy się jak osioł wjeżdżający ze Shrekiem do
Zasiedmiogórogrodu. Dużo hipermarketów, blisko morza (czytaj kąpiele).
Gdy wyjeżdżaliśmy z tego turystycznego zagłębia i wjechaliśmy do
Torre del Mar, zaczęliśmy szukać noclegu. Pierwszy camping pełen,
na drugim campingu zażądano od nas.... legitymacji naturysty.....
na szczęście następny camping był niedaleko i niedrogo. A na deser
– obok rozbici byli Polacy....
Rano już tradycyjnie udaje nam
się zaspać. Wybrzeże jest bardzo urokliwe, więc racząc się widokami
dojeżdżamy do jednego z kurortów – Salobreny, gdzie raczymy
się hizpańskim specjałem – zmrożonym napojem Granizado, i
wędrujemy do wody. Morze jest wreszcie czyste i z małymi falami.
Teraz odbijamy na północ w kierunku Granady. Wjeżdżamy w wielokrotnie
wyśnione góry Sierra Nevada. Po 16 km jest duży podjazd, a po jeszcze
pięciu..... zakaz jazdy rowerem – początek drogi ekspresowej.
Ale że innej drogi brak, więc ignorujemy znak i poboczem jedziemy
dalej. Okazuje się to dobra decyzją, bo przejeżdżająca policja też
nas ignoruje. Przełęcz ma mieć 850 m n.p.m., i zanim na nią wjeżdżamy,
to osiagamy 850 m tak z trzy razy, a ostatnie metry są zupełnie
płaskie Z przełęczy Suspiro del Moro piękne widoki na miasto...
Zjeżdżamy i uciekając przed burzą szukamy campingu. Camping 'Sierra
Nevada' jest niemal w centrum, jest czysty i w sumie niedrogi...
Czego chcieć więcej? BILETÓW DO ALHAMBRY!!!
Wstajemy o 6.30 licząc na cud
nad Alhambrą. Po przyjeździe spotykamy jakieś 334 567 344 osób czekających
w kolejce. Uznajemy, że jedynym sposobem dostania się do środka
jest mało chlubne, staropolskie wepchanie się do kolejki. Stając
w kolejsce nagle słyszę głos: 'Jola, ten facet za nami chyba chce
się tutaj wepchnąć' Ucieszony przedstawiłem się, i w ten sposób
całkiem legalnie stalismy się posiadaczami najbardziej pożądanego
kawałka papieru w promieniu kilku kilomtetrów. Z racji, że bilety
sprzedano nam na jednym blankiecie, to w polskim towarzystwie spędzamy
pół dnia w Alhambrze. Wrażeń z misternych arabskich pałaców i ogrodów
nie sposób opisać... to trzeba zobaczyć... Po powrocie ulubiona
nasza czynność – byczenie się :-)
10 sierpnia - wspomnienie
św. Wawrzyńca męczennika. Z tą myślą ruszyliśmy na podbój "Carretera
mas alta de Europa". Zaczynamy z pełnymi sakwami, 8 litrami wody,
czekoladami, ciastkami i innym prowiantem. Na początku jazda tragiczna,
głowna droga z dużym ruchem. Serpentynami wspinamy się na grzbiet,
a szczytu wciąż nie widać. Zatrzymujemy się na odpoczynek co 4 km,
ale już wchodzimy w rytm podjazdu i jest lepiej. Wyżej równiez nie
ma takiego słońca. Na wysokości 2500 metrów parking i mały bazar,
a także szlaban dla samochodów. Kupujemy brakującą wodę (za 1,5
euro) rozmawiamy chwilę ze sprzedawcą i ruszamy dalej. Asfalt jest
już gorszy, i droga zaczyna się robić coraz bardziej stroma, choć
i tak spodziewaliśmy się gorszej nawierzchni. Stromo, wąskie serpentyny
niemal wyrwane w skałach, ale również niesamowite widoki na kilkadziesiąt
kilometrów. W końcu docieramy do rozwidlenia: na szczyt i do Capileiry.
Asfalt pod sam koniec zmienia się w szuter, a na końcu skały. Nasze
rowery zatrzymują się na wysokości okoóo 3480 metrów i to jest najwyższe
miejsce gdzie mogły wjechać asfaltem w Europie. Na sam szczyt prowadzi
ścieżka – kilkanaście metrów. Jest 19.00 - 11 godzin podjazdu.
Siadamy na szczycie i kontemplujemy, ale że jest późno musimy się
zbiearć na nocleg. Co ciekawe pod szczytem wieje, a na samym szczycie
nie.... Zjeżdżamy do 'refugio' na wysokosći 3200 m, czyli samoobsługowego
schroniska, gdzie śpimy w międzynarodowym towarzystwie – czworo
Polaków, dwoje Holendrów – sakwiarzy, i dwójka Hiszpanów.
Wstajemy o 7 razem z wszystkimi
atakującymi Mulhacen. Zjazd jest boski, ale zimny. Na dole jest
już upał, jesteśmy tam o 10.00. Ruszamy w drogę, której nie dość
że nie ma na mapie, to jeszcze jej istnienie wzbudzało dyskusje
w informacji turystycznej – mieliśmy sprzeczne informacje
co do jej istnienia.
Droga okazuje się byc cudownie położona, z asfaltem o charakterze
dywaniku. Oczywiście brak oznakowań na drodze powoduje że w jednym
z miast się gubimy, ale po perturbacjach dojeżdżamy do La Pezy.
Zjeżdżamy do Guadixu. Tam na postoju okazuje się, ze bagażnik Tomka
złamał się, a na dodatek ułamał mocowanie. Myślimy że to juz koniec
wyprawy. O ile sam bagażnik da się spiąć obejmą, to rama....rozpacz.
Sprawdzamy pociągi. Tomek w ramach desperacji szuka sklepu rowerowego.
Tam mechanik z wesołą miną mówi : no problem, i wyciąga zza lady....
spawarkę..... W 20 minut mamy naprawiony rower, a na dodatek sprzedawca
nie chce od nas żadnych pieniędzy!!!! Zapytany o autostrady tłumaczy
że wszyscy tutaj jeżdża rowerami po ekspresówkach....Jeśli mamy
sie nie przejmować, to się nie przejmujemy, i zajeżdżamy do Bazy.
A tam oczywiście żadnego campingu, jedynie hostal. Nie mając ochoty
na wydatki znajdujemy przystanek za wsią i śpimy....
Sen na zmianę nie daje szans
na zbyt wiele odpoczynku. Wyjeżdżamy o 6.00, i godzine jedziemy
po ciemku do następnej wsi. Wraz ze wschodem słońca jemy tam pierwsze
drugie i trzecie śniadanie. Cały czas jest zimno, więc rękawiczki
idą w ruch. Grudzień. Powoli w czasie drogi zaczyna się ocieplać
i do 12.00 już mamy z powrotem sierpień. Droga jest męcząca, poruszamy
się przez krainę z wyżłobionymi wąwozami w skale podobnej do lessu,
więc co chwila zjeżdżamy w wąwóz w poprzek drogi i równie szybko
z niego wyjeżdżamy. W Huescarze znajdujemy sklep, i jakiś miejscowy
przedsiębiorca zachwala nam swój sklep i pensjonat rowerowy. Druga
część dnia po wjechaniu do Murcji to jeden wielki zjaaaaazd aż do
Calasparry, gdzie znajdujemy przyzwoity nocleg na gospodarza(!!!)
Najkrótszy dzień. Rano znajdujemy
kościół, Jakaś Hiszpanka wita nas po polsku, oczywiście miła pogawędka.
Z Calasparry wyjeżdzamy drogą nie stromą lecz w sam raz i jedziemy
aż do Yecli. Po drodze zagłębie owocowe – brzoskwienie, winogrona,
gruszki, śliwki, zatem kończy się to szukaniem toalety. W Yecli
dzwonimy do znajomego z Hospitality Club – Marciala, ale każe
nam czekać jeszcze godzinę gdyż nie ma go w mieście. Przyjeżdża
po nas na skuterze. W domu wrzuca do pralki nasze ciuchy, pokazuje
pokoje i zaprasza na kolację z pyszną sałatką z owoców morza. Potem
jeszce tylko sprawdzenie poczty, i seeen.
Nie da się opisać jak przyjemnie
się odpoczywa bez roweru na wyprawie. A jeśłi dzieje się to w domu
fantastycznego Hiszpana, to należy tę wartość podnieść do kwadratu.
Najpierw sen, potem mega śniadanie, potem byczenie. O 14 zostaliśmy
zaproszeni na paellę -narodową potrawę z ryzu i wielu innych składników.
Po obiedzie sjesta i sen, a o 19.00 spacer po mieście z wejściem
do bazyliki i wspinaczką na górujący nad miastem zamek. Po powrocie
kolacja, i pakowanie się z przerwą na ciastka lody i kawę. Atmosfera
jest tak cudowna, że aż nie da się jej opisać.
Z Yecli wyjeżdżamy na dopalczach
pilotowani do rogatek prze Marciala na skuterze. Kanapki przygotowane
przez niego jemy dopiero na 60 i 116 km. Cały czas droga prowadzi
w dół, ale miejscami robi z nas idiotów, musiy zrobić niemal kółko,
aby trafić na właściwą trasę (znów N-340). Następnie zjeżdżając
do Xativy i nad morze, podjeżdżamy 6 km. Potem już jest płasko aż
do Walencji, najpierw przez niekończące się sady pomarańczowe, a
potem przez niekończące się przedmieścia. Na sam koniec musimy przejechać
6 km płatną autostradą :-) W centrum jesteśmy o 19.00 więc nie ma
czasu na zwiedzanie, szybko wyciągamy potrzebne informacje o pociągach
i ruszamy szukać noclegu. Walencja obdarzyła nas prezentem w postaci
najprostszego wyjazdu z miasta. Noc decydujemy się spędzić na plaży
opodal krzaczka.
Co tu dużo mówić – ostatni
dzień na rowerach. Motywacja do jazdy zatem żadna, tym bardziej
że droga nieciekawa, przeplatana ekspresówkami, autopistami itp.
W ramach relaksu zjeżdżamy do Alcampo (hiszpański Auchan) i jemy
olbrzymie lody. W międzyczasie właściwa droga nam ucieka i nadrabiamy
kilka kilometrów szukając właściwej. Za to obiecujemy sobie parę
godzin
kąpieli w kurorcie Orpesa del Mar. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy.
Woda fantastyczna, przy olbrzymich falach bawimy się jak dzieci.
Niestety pojawia się 'bandera roja' czyli czerwona flaga, która
wygania nas z wody. Po relaksie jeszce jeden podjazd, i melinujemy
się na dworcu kolejowym w Vinaros, gdzie koczy się rowerowa część
wyprawy.
Noc jakich mało.... około 1.00
na dworzec przychodzi stado miejscowych w celach słonecznikowo-alkoholowych.
Zmyliśmy się więc po angielsku w stronę miasta. Szukaliśmy z 20
minut, znaleźliśmy kawałek plaży, niestety okazała się niewystarczjąco
komfortowa - nawet zupełnie nie. Jedziemy dalej, naszą uwagę zwraca
cofający samochód, dzięki któremu znajdujemy fajne skałki na klifie.
Kładziemy się na skałach i drzemiemy. Koło 4.00 przyszedł a właściwie
przyczłapał z wrzaskiem na ustach jakiś hispzan o nieodgadnionej
wymowie. Chyba krzyczał z rozpaczy. Siadł na skraju urwiska i darł
się w morze, chyba przez łzy, czasem poklaskując. Jednak nie miał
zamiaru rzucać się w morze, po 20 minutowym seansie jodowym wstał
i poczłapał z powrotem. A my leżąc pod śpiworem na skale staraliśmy
się drzemać, czasem się udawało. O 6.00 jedziemy na dworzec, kupujemy
bilety i pakujemy się do pociągu. Zajeżdżamy do Barcelony, znajdujemy
camping, recepcjonistka wita każdego przybysza powitaniem w jego
ojczystym języku. Jemy obiad i wracamy zwiedzać.
Rano jemy musli z hiszpańską specjalnością - horchatą, składamy
się jedziemy do Barcelony, droga okazało sie ze jest w miarę prosta,
przynajmniej będziemy wiedzieli na drugi raz :-) Wjeżdżamy do miasta,
skręcamy w kierunku Camp Nou... Gdy docieramy na miejsce, do bramy
podjeżdża Frank Rijkaard, macha grupie fanów i przy wrzasku w/w
wjeżdża na teren klubu. My wchodzimy do muzeum, potem idziemy na
stadion i bierzemy udział w Camp Nou Tour, czyli łazimy po całym
stadionie. Wypas stadion, godny swego klubu. Po zwiedzaniu zajrzeliśmy
do kilku sklepów po kartony. Znaleźliśmy, umówilismy się na odbiór
wieczorem, i pojechaliśmy do Parku Monjuic i do miasteczka olimpijskiego,
potem do portu i na plażę. O 18 odebraliśmy kartony, i jak je dostaliśmy
to zrozumieliśmy czemu rowery wozi się w kartonach a nie na odwrót.
Po odstawieniu cyrków dotarliśmy na dworzec, gdzie cyrków ciąg dalszy,
nerwy, mało informacji, nie wiadomo z którego peronu pociąg, będzie
wiadomo 3 minuty przed odjazdem, rower nie mieści się przez bramkę
i nie chce zjechać ruchomymi schodami, gdzie jest winda, jest winda,
rowery się nie mieszczą do windy, jedziemy pojedyńczo, tłum na peronie
podjeżdża pociąg, na szczęście długi, drzwi się zatrzaskują....
uffff... jesteśmy w środku. Zajmując połowę przejścia dojeżdżamy
do stacji przy lotnisku.
Noc spędzamy jak wielu pasażerów
na ławkach, spakowawszy wcześniej rowery do pudeł. Rano oczekiwanie......
na szczęście uprzejmy pracownik lotniska widząc nasze toboły- w
sumie 8 sztuk odprawia nas przed wszystkimi, poza kolejką, i "nie
zauważa" 5 kg nadbagażu. Za resztki euro kupujemy słodycze w strefie
wolnocłowej, i czekamy na samolot, który się nieco spóźnia. Oczywiście
jak to samolot do Polski, Polacy muszą robić wiochę jakby miało
zabraknąć miejsc w samolocie. 2 godziny lotu, i jesteśmy w Pyrzowicach,
skąd zostajemy zabrani przez tatę Tomka Transitem jak to zwykle
już bywa.... koniec...
:: Patronat medialny





Do góry
:: Sponsor


|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|