Bike2capes 2006  

Na skróty : Sprzęt | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie | Instrukcje | Humor | Gry | Programy | Giełda | Trasy | Więcej »

:: O wyprawie

Wielu turystów-rowerzystów jako jeden z pierwszych celów wypraw rowerowych obiera sobie Nordkapp.Trochę na przekór pomyśleliśmy: a dlaczego by nie na sud-kapp albo west-kapp? W ten sposób powstał projekt wyprawy pod kryptonimem "bike2capes" czyli - rowerem na południowy koniec Europy - Punta Marroqui w Hiszpanii oraz zachodni kraniec - Cabo da Roca w Portugalii. Trzecim najważniejszym celem było zdobycie najwyższego asfaltowego podjazdu w Europie - Pico Veleta w górach Sierra Nevada (3398 m n.p.m.). W ciągu 49 dni wyprawy przejechaliśmy 5529 km przez 10 krajów. Nie wszytskie plany się udały - musieliśmy skrócić trasę wracając samlotem z Girony, nie wjechaliśmy na wszystkie planowane przełęcze w Alpach, i nie udało się dopłynąć do Afryki, ale główne cele zostały osiągnięte.


:: Trasa

 

Pierwszym etapem było dotarcie pociągiem do granicy czesko - niemieckiej. Tam wsiedliśmy na rowery, aby po 48 dniach zameldować się na dworcu kolejowym w Vinaros w okolicy granicy prowincji Valencia/Katalonia, by stamtąd dojechać pociągiem do Barcelony, a następnie samolotem dolecieć do lotniska w Pyrzowicach.

mapa

:: O nas

tomekTomasz Kawczyk, ur. 1986, student I roku informatyki na UŚ w Katowicach. Z wielu zainteresowań należy wymienić informatykę i matematykę oraz inne ścisłe dziedziny nauki. Zamiłowanie to sport a w szczególności piłka nożna, siatkówka, lekkoatletyka i turystyka rowerowa, które uprawia we własnym zakresie od wielu lat. Uwielbia trenować, słuchać muzyki instrumentalnej, jeść białą czekoladę, czytać literaturę fantasy (przede wszystkim Tolkiena) i nie może żyć bez swojego komputera. W przyszłości zamierza szaleć na rowerze szosowym, zwiedzić pół świata oraz pogodzić wyprawy rowerowe z karierą naukową.



lukaszŁukasz Tomczyk, ur. 1980. Obecnie studiuje i pracuje na Wydziale Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego. Jego pasją życia jest geografia, a wyprawy rowerowe to tylko jej naturalne następstwo. Ze wszystkich dziedzin geografii najbliższe mu są Geograficzne Systemy Informacyjne - (GIS), oraz kartografia - to on szczegółowo ustala trasę każdej planowanej wyprawy. Oprócz kartografii szczególnym zainteresowaniem darzy turystykę pod każdą postacią - góry, rower i jaskinie to jest to co tygrysy lubią najbardziej, chociaż nie pogardzi także zwiedzaniem zabytków, szczególnie poprzemysłowych. W wolnych chwilach najchętniej wraca na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Podczas wypraw zajmuje się także z wielką przyjemnością dbaniem o pełne żołądki i tworzeniem dokumentacji - zdjęć, nagrań, zapisków, statystyk...

 

Do góry

:: Relacja

 

Czechy – Niemcy /1-4 lipca/

Wyjazd zaplanowany na 20.04 pociągiem do Katowic. Ledwo zdążamy wyjść z domu, i na stację wjeżdżamy rzutem na taśmę. Do Chałupek przyjeżdżamy spóźnieni o 10 minut. Jeżeli dodać, że do Bohumina jest 5 km, Cassovia do Pragi za pół godziny, a do tego nie wiemy gdzie jest dworzec... robi się nerwowo. Na peron wbiegamy znów rzutem na taśmę, witani śmiechem czeskich kolejarzy. Rowery zostają skierowane do wagonu bagażowego, a my szukamy wolnego przedziału. Na szczęście znajdujemy, i zaraz uderzamy w kimono. Zsybko docieramy do Pragi, skąd pociąg do Lublijany o 6.23. Oczywiście konduktor zobaczywszy nasze rowery stojące w ostatnim przedsionku jak Bóg przykazał dostał niemal furii, i kazał przetransportować je do bagażówki (oczywiście przez cały pociąg). W Cernym Krizu przesiadamy się do “motoraczka” w którym razem z nami jedzie z 20 czeskich rowerzystów. Stacja Nove Udoli okazuje się jest zaraz przy przejściu granicznym, na którym zresztą nie ma żadnego pogranicznika. Stamtąd jedziemy raz w dół raz w górę do Deggendorfu. Po przekroczeniu Dunaju droga staje się płaska jak stół. Zbliża się wieczór, nocleg znajdujemy w Sautorn, wiosce, której nie ma na mapie, za to gospodarze są fantastyczni.... dostajemy kolację, i długo rozmawiamy. Po prostu Bawaria....
      Rano dostajemy jeszcze kawę i śniadanie. Trudno się wyjeżdża z tak miłych noclegów, ale cóż. Na szczęście droga jest płaska, więc do 12.00 robimy 65 km. Za Landshut zakaz jazdy rowerem, więc musimy zjechać na ścieżkę rowerową, która, jak to ścieżki mają w zwyczaju, kluczy niemiłosiernie. Zirytowani, po 20 km zjeżdżamy na główną drogę, potem udaje nam się znaleźć szutrową drogę wzdłuż Izary, którą dojeżdżamy niemal do Monachium. Oglądamy z daleka Allianz Arenę, niestety jest zamknięta ze względu na półfinał mistrzostw świata. Nocleg znajdujemy za trzecim podejściem na łące obok kościoła. Nasz gospodarz częstuje nas owocami, ciastem i sokiem... Niemal do końca wyprawy dzisiejszy dystans (niemal 170 km) zostanie nie pobity.
      Następnego dnia po pysznym śniadaniu na słodko i kawie ruszamy na podbój Ammersee. Kąpiel w lodowatej wodzie, kilka fotek i jedziemy dalej. Trochę senny nastrój. Kilka fajnych zjazdów, ale generalnie droga jest uciążliwa. W jakiejś małej wiosce znajdujemy sklep rowerowy, doskonale zaopatrzony i ze sprzedawcą znającym angielski. Po wytłumaczeniu problemu z licznikiem okazuje się że trzeba wymienić czujnik. Sprzedawca dał nam special price więc wydatek niewielki. Przejeżdżamy przez Kempten, przy okazji spotykamy Polaka i rozmawiamy z nim dłuższą chwilę. Jeszcze pod górę, zjazd i znajdujemy nocleg obok domu, gdzie miejsca starczyło właściwie tylko na namiot... i oglądaliśmy półfinał MŚ :).

Austria – Szwajcaria – Włochy /5-9 lipca/

Rano szybka jazda do Lindau, i tradycyjna kąpiel w Bodensee. Stamtąd też sprawnie przejeżdżamy przez Austrię do St Margarethen, i jemy śniadanie nad Renem. Jak zwykle w Szwajcarii ścieżki rowerowe prowadzą nas szybko i bezbłędnie, tyle że niemal zaraz po zjeździe z doliny Renu czeka nas 7 km długości i 500 m wysokości podjazd w kierunku Appenzell. Jedzie się ciężko bo nad nami ostre słońce. Na szczęście udaje się nam znaleźć nocleg w stodole, bo burza jaka się rozpętuje trwa długo w noc. W oborze jest przytulnie, za ścianką krowy, tyle że wszędzie pełno much. Krowy mają pełną mechanizację, łącznie z maszynką do czochrania po grzbiecie, która uruchamia się automatycznie gdy krowa stanie pod nią i trąci grzbietem. To chyba tu jest ta ojczyzna szczęśliwych krów, które dają mleko, z którego produkowana jest Milka....
      Budzeni co chwila przez muchy wstajemy rano razem z krowami :). W połowie dnia pogoda lekko się załamała, z Wattwill jedziemy na przełęcz Ricken, kompletnie przykrytą przez siwe chmury. Zjazd jest długi i piękny, i doprowadza nas do Rapperswill, Zaczyna świecić słońce. Następnie przeprawiamy się przez góry do Zug, a tam znowu chmury. Przed Luzerną nawet padało. Oglądamy Luzernę, przepiękne miasto, z zamkami, mostami, kamienicami i Internetem za 4 ChF/10 min.... Ku naszej wielkiej radości znajdujemy nocleg w miejscu , gdzie się tego nie spodziewaliśmy... nad samym Jeziorem 4 Kantonów, na osiedlu bogatych domków jednorodzinnych. Okazało się że był jeden dom normalny, z normalną rodziną... nawet miał oborę i pole. Gospodyni okazuje się fantastyczną osobą, znakomicie mówiącą po angielsku...
      Sen od piątej rano przerywany werblami deszczu o namiot, ale nasza gospodyni rekompensuje nam pogodę pysznym śniadaniem w towarzystwie bardzo ładnej córki :-) No, ale raj kiedyś musi się skończyć, także wyjeżdżamy w mżawce w trasę dokoła Vierwaldstattersee. Jezioro jest śliczne, i skąpane w chmurach przypomina niemal fiordy. Po przepłynięciu promem jedziemy dalej wzdłuż jeziora, oczywiście trasa rowerowa jest doskonale oznakowana, znów trafiamy na tunele tylko dla rowerzystów. Pniemy się ciągle pod górę, mijając Tellskapelle, czyli miejsce upamiętniające narodowego bohatera Szwajcarii – Wilhelma Tella. Zjeżdżamy do Altdorf, a następnie zaczynamy podjeżdżać doliną rzeki Reuss w kierunku Andermatt. Im bardziej w górę tym piękniejsze widoki. Ostatni odcinek przed Andermatt jest bardzo ostry, na dodatek poprowadzony częściowo stromymi długimi tunelami. Wreszcie wjeżdżamy w prześliczną polodowcową dolinę w której leży Andermatt. Nocujemy w oborze, w kompleksie pięćsetletnich zabudowań pasterskich przebudowanych na domek letniskowy. Co prawda gospodarze mówią tylko po niemiecku, co nie przeszkadza nam cały wieczór “gawędzić” przy kawie.
      O bladym świcie ze smutkiem opuszczamy nasze XV-wieczne schronienie i ruszamy na Furkę. Zrobiliśmy kilka odpoczynków i po przejechaniu 13 km podjazdu zameldowaliśmy się na Furkapass. Tuż przed przełęczą wyjrzało słońce i towarzyszyło nam do końca dnia. Na zjeździe zatrzymaliśmy się jeszcze przy lodowcu Rodanu, na moment w Gletsch, a potem... 60 km zjazdu. Z początku bardzo ekscytującego, potem trochę mniej stromego, aż dolina rozszerzyła się na tyle by droga wydawała się płaską :). Cały dzień zjeżdżaliśmy doliną Rodanu w pięknym słońcu, ale niestety byliśmy znużeni. Na noc zatrzymaliśmy sie u Portugalczyków mieszkających 10 km przed Martigny. Akurat załapaliśmy się na grilla :)
      Trasa zaplanowana na ostatni dzień w Helwecji jest nie do zrealizowania. Wstajemy wcześnie, żeby zdążyć na Mszę do Martigny, ale okazuje się że pierwsza jest dopiero o 9.30. Czekamy... Tuż po spotykamy polaków, którzy pracują tu na budowie. Ruszamy powoli w górę. Początkowe 17 km podjazdu jest łatwe, a potem zaczyna się źle, gorzej źle, tunel, źle, itd... Przy wjeździe do właściwego tunelu GSB spotykamy Holendrów, którzy również jadą na górę z sakwami. Z tego miejsca czeka nas jeszcze 7 km. Spotykamy tutaj również “naszych” Polaków z Martigny. Zaczynamy podjeżdżać, i rzeczywiście ostatnie kilometry są bardzo ciężkie. Kilkukrotnie się zatrzymujemy. Zjazd do Aosty jest bardzo długi i szybki. Miasteczka wyglądają na wymarłe. Nagle w całym mieście wybucha gwałtowny okrzyk, klaksony itp. No ta, właśnie włosi grają mecz o mistrzostwo świata i strzelili gola. Chcąc nie chcąc udajemy się na camping. Całą noc trwa impreza...

Włochy – Francja /10-17 lipca/

Jedziemy na małego Bernarda. Pogoda bardzo słoneczna, co pogorszyło samopoczucie na podjeździe. Drugą stroną medalu były fantastyczne widoki z monumentalnym Mont Blanc na czele. W skwarze podjeżdżamy 23 km z wieloma tunelami i serpentynami. Jazdę można określić jako pogoń za przerwą w cieniu. Na przełęczy widoki kapitalne, masa zdjęć, dużo śniegu i tylko trochę chłodniej :). Zjazd piękny, tylko droga kiepska. Na dole robimy zakupy i po naradzie postanawiamy zjechać w dół doliną omijając tym samym resztę przełęczy, które mieliśmy w planach pokonać. Znajdujemy nocleg na gospodarza, po czym w miejscu gdzie mieliśmy rozbijać namiot zaskoczył nas jakiś wesoły francuz pytając English? Deutsch? I zapytał czy nie wolelibyśmy nocować u niego na polu. Trawę miał ładniejszą :), zresztą jego propozycja była zdecydowanie korzystniejsza. Koniec końców wylądowaliśmy w małym domku stojącym obok basenu, gdzie na podłodze leżały dwa dmuchane materace :).
      Od rana cały czas w dół, aż do Moitiers. Stamtąd udaje nam się wyjechać po pół godzinie, bo główna droga zamienia się nagle w ekspresówkę. Klucząc i klnąc dojeżdżamy do Albertville. Tam drugie śniadanie, a potem dalej płasko bocznymi drogami, a potem główną do Grenoble. Po drodze upał staje się tak nieznośny, że decydujemy się na pierwszą sjestę. W Grenoble jesteśmy o 19. Gdyby nie zapytany o drogę młody człowiek, który nas wyprowadził na rowerze z miasta, to byłoby ciężko nam wydostać się w miarę szybko. Przedmieścia Grenoble, w których planowaliśmy nocleg to w zasadzie miasto, ale udaje nam się znaleźć kawałek łąki i zezwolenie od gospodarza. Zasypiamy w cieniu masywu Vercors....
      Po upalnej niemal nocy wyjeżdżamy o 8.00, żeby jechać jak najdłużej, zanim zacznie się upał. Droga główna i raczej nudna. Jedziemy przez miejscowość o wdzięcznej nazwie Romans :-), a następnie kierujemy się w stronę Valence. Tam czeka nas przebicie się przez miasto pocięte robotami drogowymi, ale odbijamy sobie półtoragodzinną drzemką w parku. Co dziwne znajdujemy bardzo szybko drogę wyjazdową i ruszamy do wyznaczonego celu gonieni przez burzę. Nocleg znaleziony chyba za 15 razem, w ostatniej chwili bo już lało. Śpimy w nieużywanej przyczepie campingowej służącej za magazyn i sypialnię kotów.
      Po nocy pełnej kociego włosia wstaje piękny poranek. Zbieramy się i wyjeżdżamy do Avignon. Poranek wydaje się chłodny, ale to tylko złudzenie. Cały czas jedziemy doliną Rodanu. W Orange jemy lody i szukając poczty i antycznego teatru wjeżdżamy w uliczki starego miasta. Akurat dzień targowy więc miejsca za dużo nie było. Sprawnie przeciskamy się między ludźmi, straganami i odnajdujemy rzymski teatr. W Avignonie oglądamy plac przed pałacem papieskim, gdzie akurat wystawiono spektakl. Potem oglądamy katedrę i odpoczywamy przy moście św. Benezeta. Jedziemy w stronę Millau, zachaczamy o centre commercial i wjeżdżamy we wsie. Oglądamy akwedukt rzymski z listy UNESCO i znajdujemy nocleg u staruszka, który upierał się że burza przejdzie bokiem. Dopiero kiedy zaczęło lać, pozwolił nam spać w komórce.
      Rano zbieramy się szybko, ale i tak od 8.00 jest straszny upał. Cały dzień jedziemy bocznymi dróżkami i jest trochę pod górkę, w końcu dzisiaj mamy wjechać w "dzikie góry" - Sewenny. Droga prowadzi wśród sawanny umilana odgłosami cykad. W południe sjesta + standardowy zestaw Intermarche: lody 1 litr + melon + 3 litry picia Top prix. Po przejeździe przez egzotycznie brzmiącą miejscowość Ganges wjeżdżamy w góry doliną rzeki i pniemy się w górę na przełęcz 804 m npm. Na samej górze wita nas kilkusetmetrowy nieoświetlony tunel. Faktycznie góry sprawiają wrażenie opuszczonych. Pod wieczór wjeżdżamy do Parku Narodowego Grand Causess. Gospodarze w St Jean sami nas ściągają wzrokiem. Namiot mamy rozbity w ogródku, mamy dostęp do prysznica, a na kolację puree z parówkami i fasolką.
      Rano morze pysznej kawy, doskonałe pieczywko z czekoladą plus nutella i dżem i przesympatyczni gospodarze, oto recepta na doskonały poranek. W świetnych humorach ruszamy w dół 40 km zjazdem do Millau. Przepiękne dolinki, widoczki, miasteczka, lasy, rzeczki, mgła, skały... jak w bajce. Dojeżdżamy do Millau, kłaniamy się wiaduktowi, w jego cieniu jemy śniadanie, oglądamy małą wystawę o nim i ruszamy dalej w góry. W drugiej części dnia widoki jak z Beskidów, planujemy przejechać 140 km, ale musimy szukać noclegu wcześniej bo goni nas burza.... Znajdujemy nocleg w Laucane u przemiłej rodziny i dostajemy kawę w termosie i drożdżówki na rano...
      Musimy wstać bardzo wcześnie, żeby zdążyć do Brassac na mszę i nie tracić zbyt wiele czasu. W jednej z malutkich wiosek słychać dzwony – zjeżdżamy, i okazuje się że dojeżdżamy akurat na początek Mszy. Po wyjściu z kościoła oczywiście stanowimy wioskową atrakcję. Z Mazamet cholernie długi podjazd w kierunku Carcassonne w niesamowitym upale. Po wyjeździe z gór ukazuje się nam olśniewający widok – szeroka równina z widokiem na majaczące w oddali Pireneje. Dojeżdżamy do Carcassonne. Zdobywamy Cite, ale z racji niedzieli są tam miliony turystów. W połączeniu z upałem powoduje to, iż faktycznie ładnie zachowane miasteczko nie wywołuje pozytywnego wrażenia. No, ale fakt że mury mogłyby służyć do kręcenia ekranizacji Krzyżaków, Pieśni o Rolandzie i Robin Hooda na raz. Wyjeżdżamy lekko zdegustowani tłumami. Po 15 km od Carcassonne znajdujemy nocleg w Rouffiac, zostajemy przyjęci jak rodzina – pełnym stołem, siedzimy przy kolacji do 22 i rozmawiamy niemal na migi, robimy zdjęcia, i dostajemy prezenty w postaci t-shirtów, dostajemy poduszki do spania w hamakach.... dzisiejszy wieczór jest lekko niewiarygodny....
      Rano po pysznym śniadaniu i całusach od gospodyni ruszamy w drogę. Jedziemy do Quillan, gdzie szukamy internetu i robimy odpoczynek. Dojeżdżamy do miasta w czasie sjesty i wszystko jest zamknięte... odpoczywamy dwie godziny. O 14 w informacji turystycznej dowiadujemy się że kafejka jest w barze 50 m obok.. oczywiście bary są otwarte w czasie sjesty....:). Po kolejnych 10 km wjeżdżamy na płaskowyż, którego nie opuścimy do końca dnia. Od 16 straszy nas burza, potem dwie burze, a na wieczór już burze są wszędzie dookoła. Po dlugich poszukiwaniach znajdujemy gospodarza, leśnika mówiącego po niemiecku. Zanim wymyśliliśmy suche miejsce gdzie będziemy spać, to zrobiło się ciemno i burze się rozeszły :). Ostatecznie spaliśmy w Transicie wersja kampingowa.

Andora – Hiszpania I /18-27 lipca/

Po nocy spędzonej pod szyber dachem i 30 cm przestrzeni nad głową dostajemy śnaidanie – świeże bagietki z musem z moreli. Podjazd bardzo przyjemny wjeżdżamy na kolejny poziom płaskowyżu i zdobywamy kolejno 3 przełęcze około 1200 – 1400 m npm. Na przełęczy Tomek stwierdza, że coś mu stuka w tylnym kole. Cóż, takie stukające stukanie nie stuka bez powodu jak mówił Kubuś P. Zjeżdżamy do Ax-Les-Thermes. Po zdjęciu sakw okazuje się że zaczyna pękać lekko sfatygowana obręcz. Po krótkich konsultacjach w informacji turystycznej okazuje się, że najbliższy sklep rowerowy jest albo 70km w zupełnie przeciwnym kierunku, albo w Andorze... 50 km dalej pokonując przełęcz 2407 m... Ale cóż wracać się nie będziemy, więc jedziemy do Andory. Pierwsze kilometry są w miarę płaskie. Potem zmagając się z wiatrem podjeżdżamy serpentynami i długą prostą do Pas de la Casa. W międzyczasie zaczyna nas gonić burza, i ostatni kilometr przed Pas de la Casa przejeżdżamy w deszczu. Na szczęście w Pas de la Casa zaczyna się nieco przejaśniać. Samo Pas de la Casa robi piorunujące wrażenie: olbrzymie centrum handlowo rozrywkowe na tle trzytysieczników... stamtąd jeszcze 3-4 km do samej góry. Gdy zatrzymuję się żeby złapać oddech z jasnej chmury nad nami 10 metrów przed nami strzela piorun w przydrożny słupek. W te pędy resztkami sił ruszyliśmy do widocznej przed nami stacji benzynowej. Tam czekaliśmy niemal godzinę aż burza minie, jeszcze kilkaset metrów podjazdu i znajdujemy sie na najwyższej drogowej przełęczy Pirenejów. Teraz czeka nas długi zjazd niemal przez całą Andorę, a w zasadzie przez Centrum Handlowe Andora :-) na dodatek gdy dojeżdżamy do stolicy kilometrowe korki, z regulowanym na każdym skrzyżowaniu ruchem przez policję. Jedynym sposobem na przedostanie się jest jazda środkiem ulicy pomiędzy pasami ruchu niemal ocierając się o samochody. Żeby nie nocować w Andorze decydujemy szukać sklepu rowerowego w La Seu de Urgell w Hiszpanii. Nocleg w pierwszej wsi koło romańskiego kościółka, gdzie niemal się nie rozbijamy na starym cmentarzu...
      Rano wstajemy i walcząc z lekko zachmurzonym niebiem dojeżdżamy do La Seu. Nawet chwilę pada... Przez dwie godziny szukamy supermarketu i sklepu rowerowego. Znajdujemy dwa sklepy rowerowe, ale oba zamknięte i do tego nie bardzo wiadomo kiedy je otworzą. W końcu pojawia się sprzedawca, ogląda Tomka rower, obręcz i stwierdza "new wheel" " it's too much work". Po wypowiedzeniu kilku niecenzuralnych slów w języku polskim , oddajemy uśmiechniętemu hiszpanowi mój rower. Serwisant obiecuje że wydobędzie ze starego koła piastę. Jak powiedział tak zrobił, szprychy ze starego koła wykręcaliśmy sobie sami... W końcu ruszamy z ogromną stratą.... Humor tragiczny, pełno tuneli i wiosek których nie ma na mapie... POZDRAWIAMY WYDAWNICTWO MARCO POLO... na 120 km jedziemy doliną, a właściwie przełomem jakiejś rzeki, fanatastyczne widoki.
      Rano nie niepokojeni przez nikogo zbieramy sie spod wiaty i wyjeżdżamy. Po 16 km jesteśmy w Lleidzie. Tam wyciągamy pieniądze z bankomatu DB, znajdujemy pocztę i robimy zakupy. Droga którą wybraliśmy na dzisiaj (N II) biegnie cały czas wśród autostrady, zatem wywnioskowaliśmy że będzie mniej uczęszczana. Taaa. Przez 70 km jechaliśmy wzdłuż milionów tirów które jechały niemal jeden za drugim. Na pociechę znajdujemy Intermarche, i jedyne w swoim rodzaju lody Banana Split adelie. Skręcamy w boczne drogi Aragonii, przejeżdżamy przez Ebro, i szukamy noclegu. Jedynym miejscem które zostaje nam polecone, jest klub strzelecki, gdzie znów śpimy pod wiatą, mamy do dyspozycji kran z wodą do mycia oraz 8 litrowy baniak wody mineralnej.
      Wstajemy żwawo o 6, przygotowując się oglądamy wschód słońca. Jemy musli z kisielem i ruszamy w Aragonię... Niestety jedzie sie tragicznie... już o 8 jest ponad 25 stopni. Droga wyboista, góry dookoła. Dużo ładnych widoków, ale przygnębienie narasta. Postoje robimy częściej niż zwykle, upał leje się z nieba a wiosek jak na lekarstwo. Na szczęście w wioskach znajdujemy Spar'y. Dużo ładnych ruinek, ale generalnie wszystko strasznie zaniedbane.. nie mówiąc o martwych zwierzętach wprasowanych w pobocze. Koło 14-15 robimy leżankę. Aby znaleźć nocleg musimy zboczyć 4 km z trasy. Wjeżdżamy do wsi, pytamy, a tu cała wieś się złazi, dużo dzieci (nie wiedzą gdzie leży Polska ). Generalnie harmider. Dobrotliwa pani proponuje że nas wpuści na podwórko... za 17 euro.. :) chociaż w tej wiosce ostatni turysta przez przypadek wylądował chyba 300 lat wcześniej... Na szczęście w międzyczasie ktoś mówiący po angielsku !!! pokazał Łukaszowi fajne miejsce. Ponoć zrobiliśmy taką sensację, że przez następny rok wieś będzie huczeć od tego wydarzenia...
      Burzy w nocy w końcu nie było. Za to było zimno! Ale jako że spaliśmy zupełnie poza wsią mieliśmy okazje oglądać niebo, jakiego w mieście nigdy się nie zobaczy... Jedzie się całkiem przyjemnie, mimo że jest sporo pod górę W Molinie jesteśmy o 11. kupujemy znaczki, picie na zapas i w drogę... ale którędy? Zapytany Hiszpan stwierdza że nas wypilotuje samochodem kilka kilometrów. Droga wiedzie do parku narodowego a następnie mamy znaleźć sami szutrówkę która nas zawiedzie do drogi głównej. Po drodze szukając szutrówki gubimy drogę dwa razy, a gdy znajdujemy, Tomkowi rwie się łańcuch. Chce nam się wyć! Na szczęście skucie łańcucha jest bezproblemowe i jedziemy dalej. Zjeżdżamy w dolinę Tagu. Znajdujemy urocze miejsce do kąpieli zatem korzystamy z ochłody. Potem góry,i na końcu podjazdu.... jest płasko przez 35 km... Cholerne góry płytowe.... Zjazd dopiero przed samym noclegiem poprzedzony ucieczką przed zdziczałymi psami które urządziły sobie regularne polowanie na Łukasza Zjeżdżamy jeszcze trochę, po czym znów ten sam problem, nikogo w ogródku. Spotykamy jedyną osobę we wsi która mówi po angielsku (dziewczyna około 18 lat), i chwali się nam, że zna też zdanie po polsku: “jestem ładna i mądra” Wszyscy wysyłają nas na boisko ze ścianką do squasha (!!!) (wioska 500 mieszkańców) Dostajemy zgodę sołtysa na rozbicie się tam, i śpimy.
      Rano z trudem zwlekamy się z karimat, przygotowujemy sie do odjazdu zeskrobując zewsząd terra rosę. Jest 8:30, logika nakazuje aby droga prowadziła w dół, no ale to jest Hiszpania więc podjeżdżamy i zjeżdżamy... męczarnia. W końcu nie trafiamy na żadną Mszę. Jakimś cudem odzyskujemy humor w połowie dnia... Planujemy nocować na kampingu więc jesteśmy pewni noclegu... W doskonałych humorach dojeżdżamy do Aranjuez, miejsca naszego noclegu... dojeżdżamy do kampingu z basenem..:D ... dupa... Camping cerrado... znaczy się że zamknięty. Nerwowa tułaczka po mieście i za miastem, kilka desperackich prób znalezienia gospodarza w mieście... i lądujemy w hostalu za 32 jurki....
      Skoro już spaliśmy w tak wypasionych warunkach to postanawiamy wstać godzinę później. Szybko się zbieramy, ale przeklęta miejscowość nie chce nas wypuścić ze swoich szpon. Jedziemy na zakupy: niestety E.Leclerc jest czynny od 10.00. Szukamy innego sklepu.... Żeby w wielkim mieście był jeden market? Gdy stoję z zakupami przy kasie, psuje się jedna kasa, a potem następna. W końcu wyjeżdżamy o 10.00 Na szczęście drogę wyjazdową znajdujemy bez problemu, ale nawierzchnia jest tragiczna, zakończona niespodziewanie... samoobsługowym promem przez Tag. Dalej już bez niespodzianek do Toledo. Miasto już z daleka robi duże wrażenie, ale żeby je zobaczyć z bliska trzeba podjechać pod duuużą górę. Katedra robi niesamowite wrażenie. No duża jest :-) Szkoda tylko ze wstęp kosztuje 6 euro... Potem włóczymy się chwilę po mieście, robimy zapasy jedzenia, i ruszamy w drogę ogromnym podjazdem w kierunku Montes de Toledo. Po górach, dolinach dojeżdżamy do Navarhermosy, w której nie dość że nikt nie jest nam w stanie polecić miejsca do rozbicia się, to nie chce dać nam paru litrów wody.... Noc spędzamy w gaju oliwnym wgapiając się w cudownie gwiaździste niebo.
      Rano wstajemy godzinę przed świtem. Droga, którą jedziemy przypomina chyba dzieciństwo Franco, asfalt jest wąski zryty i czerwony. Ale trzeba przyznać, że jazda prowincją ma swoje uroki, widoki są śliczne. Po zjeździe do La Nava wjeżdżamy na równinę, która kończy się przełęczą w górach Sierra de Altamira. Podjazd ma 21 km z różnicą poziomów 200 metrów, ale i tak końcówka ma ponad 8%. Za Puerto de San Vincente okazuje się, ze dalsza droga do Guadalupe prowadzi niemal cały czas przez góry. Podjazd 3 km, zjazd 10 km i na odwrót i w kółko Macieju. Wcześnie dojeżdżamy do celu, gdzie znajdujemy rewelacyjnie tani camping – za całość zapłaciliśmy 8,5 euro, basen & ciepła woda included. Rozkładamy namiot i szybko udajemy się zobaczyć średniowieczne centrum z klasztorem. Atmosfera wewnątrz jest znakomita, jednak jest już późno i musimy szybko wracać. Basen okazuje się że jest już nieczynny, ale za to mamy prysznic, i o to chodzi.
      Dzień wstaje ciemny jak zwykle. Jak zwykle z trudem wstajemy, po 30 minutowym zbieraniu chęci, pokonując mroki namiotu. Przygotowujemy się powoli i wyjeżdżamy na "przełęcz z rana jak...". Okazuje się być ona łatwiejsza niż przypuszczaliśmy i ... niższa niż podaje to tabliczka na tejże. Potem przyjemne widoki, dużo górek, upał... tradycyjny zestaw... no ale jedzie się zadziwiająco przyjemnie. Nasz wyjazd ze starówki w Trujillo lekko się opóźnił, ponieważ musieliśmy poczekać aż policia odjedzie... najkrótsza droga prowadziła bowiem pod prąd. Jak już wyjechaliśmy z miasta to musieliśmy sprostać ogromnemu wyzwaniu... żeby nie zasnąć... trzaskaliśmy się bowiem przez 50 km prostą jak strzała drogą do Caceres... W Caceres drapiemy się na starówkę.. tradycyjnie już łamiąc tonę przepisów, głównie jadąc pod prąd. Nobel w dziedzinie Idiotyzmów. Następnie jedziemy za miasto szukać noclegu. Jako że był to dzień paradoksów znajdujemy nocleg na gospodarza... Hiszpan mówi po angielsku, wpuszcza nas do łazienki i przynosi chłodne napoje...
      2/3 dnia – koszmar. 91 ciągle 'up and down' przez pustkowia Extremadury. Bez odrobiny cienia, 1 km podjazdu, 1 km zjazdu i tak w koło. Dopiero od Valencia de Alcantara ukształtowanie terenu się poprawia. Po drodze spotykamy Polaków, którzy pracują tutaj przy wyrębie lasu (jakiego lasu?!). Na 91 km wjeżdżamy do Portugalii. Od początku niemal jest bardziej zielono i chłodniej. Wjeżdżamy do Alpahao, miasteczko jest niemal jak z przewodnika turystycznego, białe domy, kobiety ubrane na czarno....) Stamtąd droga okazuje się ekspresową (brawo wydawnictwo Marco Polo). Objazdem dojeżdżamy do Nisy, gdzie znajdujemy nocleg w ogródku z bonusem w postaci wielkiego arbuza.

Portugalia /28 lipca - 2 sierpnia/

      Rano zbieramy się jak zwykle po ciemku. Droga na mapie jest wzdłuż Tagu. Na mapie... po 30 km w miarę płaskich zaczynają się góry i doliny. Pierwszy odpoczynek w Gaviao, a potem gubiąc kilka razy drogę aż do Torres Novas. Tam znajdujemy.... intermarche, a zatem znów lody 'Adelie' 1 litr. Stamtąd bocznymi nieoznakowanymi drogami do Fatimy. Wjeżdżamy w góry, po drodze zrywa się wiatr, który niemal zwala nas z nóg, a na dodatek jakiś wściekły tir mało co nas nie zmiata z powierzchni ziemi. Po wyczerpującym podjeździe jeszcze 15 km płaskiej drogi i trafiamy do Fatimy. Pojawiamy się na ogromnym placu przed bazyliką, gdzie wzbudzamy zainteresowanie kilku pielgrzymów z Polski. Dostajemy kontakt do darmowego domu pielgrzyma. Co za ulga... Po obiedzie i prysznicu wybieramy się aby zwiedzić sanktuarium i wziąć udział w wieczornym międzynarodowym różańcu.
      Po nocy w wygodnym łóżku odwiedzmay jeszce raz na rowerch plac przed bazylika. Tym razem zostajemy z niego niegrzecznie wyproszeni przez strażników. Zmierzamy w kierunku największej jaskini Portugalii – Mira d'Aire. Jaskinię zwiedzamy z wycieczką emerytów i rencistów, których interesuje wszystko, tylko nie nacieki jaskiniowe. Jaskinia urządzona jest w nieco kiczowato – jarmarcznym stylu, łącznie z podświetlanymi fontannami na podziemnej rzece. Po zwiedzeniu jaskini cały dzień odludnymi górkami, oczywiście przez nieistniejące na mapie wioski. Jedziemy totalną prowincją, musimy pytać kilkakrotnie o drogę. Nie możemy znaleść miejsca na rozbicie namiotu. Zrezygnowani decydujemy się jechać na Cabo da Roca, w końcu to tylko 40 km. Katem oka zauważamy jakiś ruch przy jednym z domów. Nie wierząc Tomek idzie zapytać o możliwośc noclegu. Okazuje się, że młoda właścicielka mówi po angielsku, ma remontowany dom w środku wioski, i ochotę aby nas tam ugościć. Dom jest obskurny i z karaluchami, ale noclegowi pod dachem nie zagląda się w zęby.
      Rano wstajemy lekko zaniepokojeni czy karaluchy nie zeżarły nam sakw. Ale wszystko jest w całości. Wyruszamy modląc się aby żaden z mieszkańców domku nie postanowił nam towarzyszyć. Jedziemy do Mafry.. jak się okazuje przez spore przełęcze... tam szukamy kościoła. Jest 8:30, po paru kilometrach przymusowego zwiedzania miasta osiadamy na placu przy Katedrze.. jest 9:15. Okazuje się, że spis mszy w Mafrze wisi wewnątrz katedry, którą otwierają o 10 :). Czekamy więc. O 10 z kartki dowiadujemy się że jedyna msza jest właśnie tam o godzinie 11:30. Po wyjeździe z Mafry nareszcie zjeżdżamy do oceanu... (myślimy sobie) o głupcy! ... owszem zjeżdżamy, ale na sposób iberyjski... czyli przez góry. Jak się okazuje nie bylejakie... pokonujemy kilka przełęczy, a bezpośrednio przed Cabo da Roca podjeżdżamy na 260 (niby nic, ale z poziomu morza...) W końcu zjeżdżamy na przylądek i co najważniejsze... nad oceanem jest błękitne niebo. Tam właśnie.. na końcu czasów... spędzamy przepiękne chwile wśród wiatru, zapierniczających chmur, dzikich turystów, błysków fleszy, latającego piasku i szumiącego oceanu. Siedzimy tam prawie godzinę, i praktycznie ze łzami w oczach zbieramy się do odwrotu... do ... domu. Droga do Lizbony wiodła pięknie.. wzdłuż wybrzeża. Było już późno, a my przed sobą mieliśmy sporo kilometrów bardzo zatłoczoną drogą. Kilkanaście kilometrów przed metą utworzył się korek i trwał on praktycznie do bram miasta. Korek.... to co rowerzyści lubią najbardziej...:) mijaliśmy rzesze samochodów, to z prawej , to z lewej, to środkiem, to chodnikiem. Ekstaza...:D jakimś cudem nie spowodowaliśmy żadnego wypadku i dojechaliśmy szczęśliwie do Lizbony.. a tam czekała dopiero misja: niemożliwa. Dostać się na kamping Monsanto.. Najbezpieczniejszy kamping na świecie... bo najlepiej ukryty. Jak tam dojechać wiedzą tylko taksówkarze oraz kierowcy autobusów i to też tylko ci zasłużeni. Po długich poszukiwaniach i paru rozmowach o 23 stajemy u bram twierdzy Monsanto.
      Wstajemy baardzo późno. Autobus z campingu zawozi nas prosto do Parc des Nacoes, gdzie położone jest jedno z największych oceanariów na świecie. Po dwóch godzinach zwiedznaia tego przybytku czujemy się młodsi o parę miesięcy. Po odwiedzeniu zwierząt wodnych z całego świata udajemy się metrem na stare miasto. Zwiedzamy staromiejską dzielnicę Baixa, odwiedzamy Alfamę, katedrę, oraz zamek. Lizbona jest prześliczna. Następnie udajemy się do informacji turystycznej aby zasięgnąć wieści odnośnie centrów handlowych. Miła panienka objaśnia nam mapę, i twierdzi że z centrum Amoeiras NIE DA SIĘ dojść do campingu, bo jest to za daleko!!! Po zrobieniu zakupów bierzemy zatem azymut na camping i idziemy na wyczucie. Jak się okazuje, wyczucie nas nie myliło. Resztę dnia poświęcamy na tzw byczenie.


      Wstajemy, i pełni wiary we własne możliwości próbujemy wyjechać z Monsanto rowerem i dostać się do centrum... :) eeeee, zaliczamy każdą ekspresówkę w okolicy, i półtorej godziny od startu , po przejeździe alejkami parku Monsanto, lądujemy w końcu w Belem ... ale to nie koniec. Po dokładnym obejrzeniu Pomnika Odkryć Geograficznych udajemy się w podróż na drugą stronę Tagu... :) eeeee, trzy i pół godziny po starcie z kampingu stajemy na drugim brzegu, wysiadając z promu. W Setubal kolejny prom i znów jedziemy wzdłuż złotych plaż. Udaje nam się również wykąpać, chociaż nie było to łatwe. Plaże od drogi oddzielał 500 metrowy pas piasku i zarośli...
      Od rana wzniesienia, ale droga bardzo przyjemnie wiedzie przez miły dla oka las dębowy (proszę nie myśleć o lesie w pojęciu środkowoeuropejskim). Postój robimy już na 35 km, atmosfera jest leniwa. Przez cały dzień przebijamy się przez wioski w kierunku granicy. Droga łatwa i z górki. Nocleg w ostatniej miejscowości przed granicą, u marynarza, który raczy nas melonem i sałatką.

Hiszpania II /3-19 sierpnia/

Wstajemy ciężko, ale w dobrych humorach. Nasz ciepły Portugalczyk przyszedł zrobić nam zdjęcie i dać adres. Godzinę później z niekłamaną radością i weselem wjeżdżamy do Hiszpanii. O dziwo pani Andaluzja sprawia nam prezent. Pod koniec dnia zjeżdżamy na pewnego rodzaju równinę, co pociąga za sobą długie zjazdy. W ten sposób dostajemy szansę nadrobienia kilometrów. Dzięki temu kończymy dzień tuż przed Sewillą w San Lucar. Tam, dopiero na ostatnim podwórku, po długim aczkolwiek bardzo miłym dialogu :) Hiszpanie nie mówiący po angielsku dają nam nocleg. Trudno opisać nasze zdziwienie i wdzięczność zarazem. Dostajemy jeszcze napój z lodówki... który w czasie naszej wyprawy jest towarem wręcz absurdalnie deficytowym.
      Rano 15 km w dół doliny do Sewilli. Docieramy na stare maisto, gdzie zwiedzamy największa katedrę gotycką na świecie, odwiedzamy grób Krzysztofa Kolumba i wchodzimy na wieżę – minaret – La Giraldę skąd piękny widok na całą Sewillę. Po zwiedzeniu ruszamy na Plaza de Espana, i zwiedzamy resztę miasta. Wyjazd z miasta wydaje nam się prosty... tak prosty że trafamy do jednostki wojskowej. Oczywiście na mapie jest zaznaczona normalna droga. Dopiero napotkany rowerzysta wyprowadza nas szutrówkami na właściwy kierunek. Po znalezieniu właściwej drogi 30 km jedziemy absolutnie płasko po terenach zalewowych Guadalkiwiru, potem znów wjeżdżamy w góry, aby dojechać do jednego z 'Pueblos Blancos' – Arcos de la Frontera.
      Zgdonie z nową świecką tradycją slońce jeszcze pod horyzontem, a my wstajemy. Potem już zwykłymi dla Hiszpanii górami i zwykłym leniwym tempem jezdziemy przez pustkowia w kierunku drogi narodowej numer 340. Upał... upał... W połowie dnia pojawia się urozmaicenie. Nasz stary druh Wmordewind. Czegoś takiego nie przeżyliśmy nigdy wcześniej. 48 kilometrów do Tarify pokonujemy wykuwając każdy metr w wietrze i niemal zwalani z nóg. Mijamy setki, może nawet tysiące wiatraków. Zdziwiłbym się, gdyby ich tutaj nie było. Zdobywamy przełęcz, mijamy setki campingów, i zajeżdżamy do Tarify. Wieje tragicznie. Zawijamy na cel numer dwa wyprawy – przylądek Marroqui, a właściwie groblę prowadzącą na półwysep zajęty przez jednostkę wojskową. Szukając kawałka wolnej plaży spotyka nas Szwajcar, który zaprasza nas na pole na kilfie obok jego domu. Wspinamy się na klif. Na górze wieje okrutnie, udaje nam się jednak robić namiot. Nasz szwajcarski Hiszpan obdarza nas reklamówką jedzenia i wina. W przeginanym wiatrem namiocie i wśród syren okrętów przepływających przez cieśninę gibraltarską próbujemy usnąć...
      Rano nasz gospodarz budzi nas raźnym 'dzień dobry' - okazuje się że gościł w Polsce kilkanaście razy. Walcząc z tragicznym wiatrem, któy niemal zwala z nóg wspinamy się na przełecze oddzielające Tarifę od Algeciras. Tam definitywnie okazuje sie że ceny promów są poza naszym zasięgiem. Jemy śniadanie pod palmami i ruszamy w jedyną drogę do Gibraltaru – droge ekspresową dostępna dla rowerów. Jeszcze miłe dwie celniczki z nienagannym brytyjskim akcentem i jesteśmy w brytyjskiej kolonii. Na samym początku miasta zostajemy wyproszeni z rowerów przez straż miejską, kupujemy pamiątki i dużym podjazdem dojeżdżamy na koniuszek Gibraltaru – Europe Point. Wracamy niemal do przejścia granicznego aby się dostać na plaże, ale na jedną prowadzą schody, a na drugą jak mówi policjant: "you must have permit". Wyjeżdżamy wściekli i idziemy na plaże w La Linea. Plaża jest nieprzyjemna, z kożuchem na wodzie i pływającymi odchodami. Ale można się przynajmniej ochłodzić pod prysznicem. Z La Linea wracamy do ekspresówki, aby dojechać nią do piekielnie drogiego campingu.
      Rano budzik nie zdołał nas obudzić. Wyjeżdżamy po 9.00, i od razu jedziemy ponoć jedną z najniebezpieczniejszych dróg w Europie autostradą przez Costa del Sol. Mijamy największe kurorty – Marbella, Torremolinos, Malaga. Autovią jedzie się bardzo wydajnie, ale przeszkadza hałas i smród spalin. Co kilka kilometrów wjeżdżamy do centrów, gdzie dużo sygnalizacji świetlnych i dzikie tłumy. Czuliśmy się jak osioł wjeżdżający ze Shrekiem do Zasiedmiogórogrodu. Dużo hipermarketów, blisko morza (czytaj kąpiele). Gdy wyjeżdżaliśmy z tego turystycznego zagłębia i wjechaliśmy do Torre del Mar, zaczęliśmy szukać noclegu. Pierwszy camping pełen, na drugim campingu zażądano od nas.... legitymacji naturysty..... na szczęście następny camping był niedaleko i niedrogo. A na deser – obok rozbici byli Polacy....
      Rano już tradycyjnie udaje nam się zaspać. Wybrzeże jest bardzo urokliwe, więc racząc się widokami dojeżdżamy do jednego z kurortów – Salobreny, gdzie raczymy się hizpańskim specjałem – zmrożonym napojem Granizado, i wędrujemy do wody. Morze jest wreszcie czyste i z małymi falami. Teraz odbijamy na północ w kierunku Granady. Wjeżdżamy w wielokrotnie wyśnione góry Sierra Nevada. Po 16 km jest duży podjazd, a po jeszcze pięciu..... zakaz jazdy rowerem – początek drogi ekspresowej. Ale że innej drogi brak, więc ignorujemy znak i poboczem jedziemy dalej. Okazuje się to dobra decyzją, bo przejeżdżająca policja też nas ignoruje. Przełęcz ma mieć 850 m n.p.m., i zanim na nią wjeżdżamy, to osiagamy 850 m tak z trzy razy, a ostatnie metry są zupełnie płaskie Z przełęczy Suspiro del Moro piękne widoki na miasto... Zjeżdżamy i uciekając przed burzą szukamy campingu. Camping 'Sierra Nevada' jest niemal w centrum, jest czysty i w sumie niedrogi... Czego chcieć więcej? BILETÓW DO ALHAMBRY!!!
      Wstajemy o 6.30 licząc na cud nad Alhambrą. Po przyjeździe spotykamy jakieś 334 567 344 osób czekających w kolejce. Uznajemy, że jedynym sposobem dostania się do środka jest mało chlubne, staropolskie wepchanie się do kolejki. Stając w kolejsce nagle słyszę głos: 'Jola, ten facet za nami chyba chce się tutaj wepchnąć' Ucieszony przedstawiłem się, i w ten sposób całkiem legalnie stalismy się posiadaczami najbardziej pożądanego kawałka papieru w promieniu kilku kilomtetrów. Z racji, że bilety sprzedano nam na jednym blankiecie, to w polskim towarzystwie spędzamy pół dnia w Alhambrze. Wrażeń z misternych arabskich pałaców i ogrodów nie sposób opisać... to trzeba zobaczyć... Po powrocie ulubiona nasza czynność – byczenie się :-)

      10 sierpnia - wspomnienie św. Wawrzyńca męczennika. Z tą myślą ruszyliśmy na podbój "Carretera mas alta de Europa". Zaczynamy z pełnymi sakwami, 8 litrami wody, czekoladami, ciastkami i innym prowiantem. Na początku jazda tragiczna, głowna droga z dużym ruchem. Serpentynami wspinamy się na grzbiet, a szczytu wciąż nie widać. Zatrzymujemy się na odpoczynek co 4 km, ale już wchodzimy w rytm podjazdu i jest lepiej. Wyżej równiez nie ma takiego słońca. Na wysokości 2500 metrów parking i mały bazar, a także szlaban dla samochodów. Kupujemy brakującą wodę (za 1,5 euro) rozmawiamy chwilę ze sprzedawcą i ruszamy dalej. Asfalt jest już gorszy, i droga zaczyna się robić coraz bardziej stroma, choć i tak spodziewaliśmy się gorszej nawierzchni. Stromo, wąskie serpentyny niemal wyrwane w skałach, ale również niesamowite widoki na kilkadziesiąt kilometrów. W końcu docieramy do rozwidlenia: na szczyt i do Capileiry. Asfalt pod sam koniec zmienia się w szuter, a na końcu skały. Nasze rowery zatrzymują się na wysokości okoóo 3480 metrów i to jest najwyższe miejsce gdzie mogły wjechać asfaltem w Europie. Na sam szczyt prowadzi ścieżka – kilkanaście metrów. Jest 19.00 - 11 godzin podjazdu. Siadamy na szczycie i kontemplujemy, ale że jest późno musimy się zbiearć na nocleg. Co ciekawe pod szczytem wieje, a na samym szczycie nie.... Zjeżdżamy do 'refugio' na wysokosći 3200 m, czyli samoobsługowego schroniska, gdzie śpimy w międzynarodowym towarzystwie – czworo Polaków, dwoje Holendrów – sakwiarzy, i dwójka Hiszpanów.

      Wstajemy o 7 razem z wszystkimi atakującymi Mulhacen. Zjazd jest boski, ale zimny. Na dole jest już upał, jesteśmy tam o 10.00. Ruszamy w drogę, której nie dość że nie ma na mapie, to jeszcze jej istnienie wzbudzało dyskusje w informacji turystycznej – mieliśmy sprzeczne informacje co do jej istnienia. Droga okazuje się byc cudownie położona, z asfaltem o charakterze dywaniku. Oczywiście brak oznakowań na drodze powoduje że w jednym z miast się gubimy, ale po perturbacjach dojeżdżamy do La Pezy. Zjeżdżamy do Guadixu. Tam na postoju okazuje się, ze bagażnik Tomka złamał się, a na dodatek ułamał mocowanie. Myślimy że to juz koniec wyprawy. O ile sam bagażnik da się spiąć obejmą, to rama....rozpacz. Sprawdzamy pociągi. Tomek w ramach desperacji szuka sklepu rowerowego. Tam mechanik z wesołą miną mówi : no problem, i wyciąga zza lady.... spawarkę..... W 20 minut mamy naprawiony rower, a na dodatek sprzedawca nie chce od nas żadnych pieniędzy!!!! Zapytany o autostrady tłumaczy że wszyscy tutaj jeżdża rowerami po ekspresówkach....Jeśli mamy sie nie przejmować, to się nie przejmujemy, i zajeżdżamy do Bazy. A tam oczywiście żadnego campingu, jedynie hostal. Nie mając ochoty na wydatki znajdujemy przystanek za wsią i śpimy....
      Sen na zmianę nie daje szans na zbyt wiele odpoczynku. Wyjeżdżamy o 6.00, i godzine jedziemy po ciemku do następnej wsi. Wraz ze wschodem słońca jemy tam pierwsze drugie i trzecie śniadanie. Cały czas jest zimno, więc rękawiczki idą w ruch. Grudzień. Powoli w czasie drogi zaczyna się ocieplać i do 12.00 już mamy z powrotem sierpień. Droga jest męcząca, poruszamy się przez krainę z wyżłobionymi wąwozami w skale podobnej do lessu, więc co chwila zjeżdżamy w wąwóz w poprzek drogi i równie szybko z niego wyjeżdżamy. W Huescarze znajdujemy sklep, i jakiś miejscowy przedsiębiorca zachwala nam swój sklep i pensjonat rowerowy. Druga część dnia po wjechaniu do Murcji to jeden wielki zjaaaaazd aż do Calasparry, gdzie znajdujemy przyzwoity nocleg na gospodarza(!!!)
      Najkrótszy dzień. Rano znajdujemy kościół, Jakaś Hiszpanka wita nas po polsku, oczywiście miła pogawędka. Z Calasparry wyjeżdzamy drogą nie stromą lecz w sam raz i jedziemy aż do Yecli. Po drodze zagłębie owocowe – brzoskwienie, winogrona, gruszki, śliwki, zatem kończy się to szukaniem toalety. W Yecli dzwonimy do znajomego z Hospitality Club – Marciala, ale każe nam czekać jeszcze godzinę gdyż nie ma go w mieście. Przyjeżdża po nas na skuterze. W domu wrzuca do pralki nasze ciuchy, pokazuje pokoje i zaprasza na kolację z pyszną sałatką z owoców morza. Potem jeszce tylko sprawdzenie poczty, i seeen.
      Nie da się opisać jak przyjemnie się odpoczywa bez roweru na wyprawie. A jeśłi dzieje się to w domu fantastycznego Hiszpana, to należy tę wartość podnieść do kwadratu. Najpierw sen, potem mega śniadanie, potem byczenie. O 14 zostaliśmy zaproszeni na paellę -narodową potrawę z ryzu i wielu innych składników. Po obiedzie sjesta i sen, a o 19.00 spacer po mieście z wejściem do bazyliki i wspinaczką na górujący nad miastem zamek. Po powrocie kolacja, i pakowanie się z przerwą na ciastka lody i kawę. Atmosfera jest tak cudowna, że aż nie da się jej opisać.
      Z Yecli wyjeżdżamy na dopalczach pilotowani do rogatek prze Marciala na skuterze. Kanapki przygotowane przez niego jemy dopiero na 60 i 116 km. Cały czas droga prowadzi w dół, ale miejscami robi z nas idiotów, musiy zrobić niemal kółko, aby trafić na właściwą trasę (znów N-340). Następnie zjeżdżając do Xativy i nad morze, podjeżdżamy 6 km. Potem już jest płasko aż do Walencji, najpierw przez niekończące się sady pomarańczowe, a potem przez niekończące się przedmieścia. Na sam koniec musimy przejechać 6 km płatną autostradą :-) W centrum jesteśmy o 19.00 więc nie ma czasu na zwiedzanie, szybko wyciągamy potrzebne informacje o pociągach i ruszamy szukać noclegu. Walencja obdarzyła nas prezentem w postaci najprostszego wyjazdu z miasta. Noc decydujemy się spędzić na plaży opodal krzaczka.
      Co tu dużo mówić – ostatni dzień na rowerach. Motywacja do jazdy zatem żadna, tym bardziej że droga nieciekawa, przeplatana ekspresówkami, autopistami itp. W ramach relaksu zjeżdżamy do Alcampo (hiszpański Auchan) i jemy olbrzymie lody. W międzyczasie właściwa droga nam ucieka i nadrabiamy kilka kilometrów szukając właściwej. Za to obiecujemy sobie parę godzin kąpieli w kurorcie Orpesa del Mar. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Woda fantastyczna, przy olbrzymich falach bawimy się jak dzieci. Niestety pojawia się 'bandera roja' czyli czerwona flaga, która wygania nas z wody. Po relaksie jeszce jeden podjazd, i melinujemy się na dworcu kolejowym w Vinaros, gdzie koczy się rowerowa część wyprawy.
       Noc jakich mało.... około 1.00 na dworzec przychodzi stado miejscowych w celach słonecznikowo-alkoholowych. Zmyliśmy się więc po angielsku w stronę miasta. Szukaliśmy z 20 minut, znaleźliśmy kawałek plaży, niestety okazała się niewystarczjąco komfortowa - nawet zupełnie nie. Jedziemy dalej, naszą uwagę zwraca cofający samochód, dzięki któremu znajdujemy fajne skałki na klifie. Kładziemy się na skałach i drzemiemy. Koło 4.00 przyszedł a właściwie przyczłapał z wrzaskiem na ustach jakiś hispzan o nieodgadnionej wymowie. Chyba krzyczał z rozpaczy. Siadł na skraju urwiska i darł się w morze, chyba przez łzy, czasem poklaskując. Jednak nie miał zamiaru rzucać się w morze, po 20 minutowym seansie jodowym wstał i poczłapał z powrotem. A my leżąc pod śpiworem na skale staraliśmy się drzemać, czasem się udawało. O 6.00 jedziemy na dworzec, kupujemy bilety i pakujemy się do pociągu. Zajeżdżamy do Barcelony, znajdujemy camping, recepcjonistka wita każdego przybysza powitaniem w jego ojczystym języku. Jemy obiad i wracamy zwiedzać.
       Rano jemy musli z hiszpańską specjalnością - horchatą, składamy się jedziemy do Barcelony, droga okazało sie ze jest w miarę prosta, przynajmniej będziemy wiedzieli na drugi raz :-) Wjeżdżamy do miasta, skręcamy w kierunku Camp Nou... Gdy docieramy na miejsce, do bramy podjeżdża Frank Rijkaard, macha grupie fanów i przy wrzasku w/w wjeżdża na teren klubu. My wchodzimy do muzeum, potem idziemy na stadion i bierzemy udział w Camp Nou Tour, czyli łazimy po całym stadionie. Wypas stadion, godny swego klubu. Po zwiedzaniu zajrzeliśmy do kilku sklepów po kartony. Znaleźliśmy, umówilismy się na odbiór wieczorem, i pojechaliśmy do Parku Monjuic i do miasteczka olimpijskiego, potem do portu i na plażę. O 18 odebraliśmy kartony, i jak je dostaliśmy to zrozumieliśmy czemu rowery wozi się w kartonach a nie na odwrót. Po odstawieniu cyrków dotarliśmy na dworzec, gdzie cyrków ciąg dalszy, nerwy, mało informacji, nie wiadomo z którego peronu pociąg, będzie wiadomo 3 minuty przed odjazdem, rower nie mieści się przez bramkę i nie chce zjechać ruchomymi schodami, gdzie jest winda, jest winda, rowery się nie mieszczą do windy, jedziemy pojedyńczo, tłum na peronie podjeżdża pociąg, na szczęście długi, drzwi się zatrzaskują.... uffff... jesteśmy w środku. Zajmując połowę przejścia dojeżdżamy do stacji przy lotnisku.
      Noc spędzamy jak wielu pasażerów na ławkach, spakowawszy wcześniej rowery do pudeł. Rano oczekiwanie...... na szczęście uprzejmy pracownik lotniska widząc nasze toboły- w sumie 8 sztuk odprawia nas przed wszystkimi, poza kolejką, i "nie zauważa" 5 kg nadbagażu. Za resztki euro kupujemy słodycze w strefie wolnocłowej, i czekamy na samolot, który się nieco spóźnia. Oczywiście jak to samolot do Polski, Polacy muszą robić wiochę jakby miało zabraknąć miejsc w samolocie. 2 godziny lotu, i jesteśmy w Pyrzowicach, skąd zostajemy zabrani przez tatę Tomka Transitem jak to zwykle już bywa.... koniec...

:: Patronat medialny

Do góry

:: Sponsor

MENU
Wiadomości | Forum | Sprzęt | Sklep | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.