:: Uczestnik
Marcin
Gienieczko - rocznik 1978 z wykształcenia dziennikarz, z przeznaczenia
podróżnik i fotograf. Z zamiłowania żeglarz. Jeden z najbardziej
aktywnych obieżyświatów w Polsce. Należy do licznej rodziny wędrownych
ptaków, które nie uległy jeszcze przesadnemu zmaterializowaniu wyobraźni.
Niestrudzony organizator samotnych wypraw. Zaczynał od wędrówek
po Bieszczadach i Tatrach. Organizował wyprawę rowerową dookoła
Polski. Europę przemierzył wzdłuż i wszerz. Wspinał się w Hiszpanii
i Rumunii. Samotnie przeszedł Pireneje od Morza Śródziemnego po
Ocean Atlantycki. Konno przejechał północne rejony Mongolii. W takcie
tej wyprawy dotarł do plemienia Tsataan -- ostatnich Indian Mongolii.
Koleją transsyberyjską podróżował po Rosji. Kurdystan podziwiał
wraz ze stacjonującym tam wojskiem tureckim. Wędrował po Tybecie.
W Chinach dla prasy polskiej przygotowywał materiał o klasztorze
Shaolin. W trakcie tego pobytu uczył się kung-fu i zgłębiał filozofię
Zen. Fotografował amerykańsko-kanadyjską ekspedycję, która wchodziła
od strony tybetańskiej północno-wschodnią granią na Mt. Everest.
Syberię Przybajkalską przeszedł pieszo -- trzysta kilometrów przez
rzeki, tajgę i góry. Tam rozpaczliwie modlił się do Boga. Zagubiony
w tajdze walczył o przetrwanie. U boku syberyjskiego trapera i myśliwego
opanował survival -- sztukę przetrwania. Przeżył wówczas chwile,
które wycisnęły niezniszczalne piętno na jego charakterze. Stał
się polskim Jackiem Londonem. Specjalistą od wypraw w tajgę. W Iranie
był bezpodstawnie przetrzymywany w więzieniu. U wybrzeży Libii pływał
na kutrach rybackich. Niczym Ernest Hemingway polował na ryby tygrysy:
marliny i tuńczyki. Bajkał przepłyną wzdłuż zardzewiałym kutrem,
pamiętającym czasy stalinowskie. Tam nauczył się pić z kubków wódkę.
Poznał smak bogatego życia w Monte Carlo. Pontonem spłynął Wisłą.
Wędrował przez zaspy Laponii w towarzystwie reniferów. Jednak jego
największą miłością jest Daleka Północ. Pracował ciężko na wyskokosciach
na Alasce. Tam tez zarobil swoj pierwszy 1000$. Specjalizuje sie
w fotografi outdoorowej.
TybetOd pięciu lat zajmuje się reportażem zagranicznym. Swoje artykuły
i zdjęcia drukował w magazynie Playboy, Góry, Sukces, dzienniku
Życie, Super Express, magazynie Gazety Olsztyńskiej, Gazecie
Wyborczej, Newsweeku, Kobieta i Życie, Cogito, Rejs, CKM.
Nawiązał współpracę z magazynem Maxim i miesięcznikiem Wiedza
i Życie, jak również z innymi o tematyce podróżniczej. Współpracował
również z firmami, dla których wykonywał zdjęcia reklamowe -- Nestle
Polska, CampuS, browar Dojlidy, Philips Lighting Farel Mazury, Kodak
Polska itd. Współpracuje z Polskim Radiem Olsztyn i TV, gdzie jako
reporter zdaje telefonicznie relacje z dalekiego świata. Interesuje
się walkami wschodu, sportami ekstremalnymi i biznesem. Przez 8
lat wyczynowo uprawiał tenis stołowy odnosząc liczne sukcesy na
arenie krajowej. Autor dwóch wystaw Pieszo przez Pireneje, Podróże
sentymentalne. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz
europejskiej International Federation of Journalist. Z Josephem
Conradem łączy go wspólna pasja: zamiłowanie do podroży morskich.
Ma dusze reportera patrzącego na świat oczami dziecka. W 2000 r.
założył agencje PERDIDO od pierwszego zdobytego swojego trzytysięcznika.
Tłumacząc z hiszpańskiego PERDIDO znaczy zagubiony. Od jego nazwy
zrodziła się nazwa agencji. Jego życiowa dewiza brzmi Żyć silnie
i intensywnie.
Samotnie spłynął pontonem rzekę Yukon, największą rzekę Alaski
jako jeden z nielicznych Polaków. Zrobił to w 76 dni -- 3100 kilometrów
dzikiej żeglugi. Indianie o wyprawie Marcina mówili: Long Way --
długa droga. Na pięciometrowym canoe przepłynął cały system rzeczny
Mackenzie. Cztery tysiące kilometrów takimi rzekami jak Athabasca,
Niewolnicza wraz gigantyczną Mackenzie. Swoje wyprawy relacjonował
w programie Pytanie na śniadanie (TVP PR 2). Publikował swoje
reportaże w magazynie gazety codziennej Fakt, magazynie Żagle.
Przeprowadza na antenie Polskiego Radia Olsztyn rozmowy w swoim
autorskim programie Smak Życia rekomendowanym przez polarnika
Marka Kamińskiego. Interesuje się modą.
Do góry
:: Trasa
Tashkent, stolica Uzbekistanu 21 czerwca; spędzam tutaj trzy dni.
Wyjazd 24 czerwca do Dushanbe: 490 km. W Dushanbe, stolicy Tadżikistanu
spędzam 3 dni na odpoczynku. Duszanbe-Khorog: 410 km.
Rozpoczyna się trasa przez Pamir, kluczowy etap ekspedycji 1000km;
przez wysokie góry, przełęcze wznoszące się na 4 tysiące metrów.
Khorog pierwsza osada w Pamirze. Trasa przez Pamir: osady Ishkashim
Shitkharv Vrang-Zong Khargush Toktomushbek Murgrab (trasa
biegnie wzdłuż granicy z Afganistanem).
Trasa do Kirgizji: Murgrab-Osh (Kirgizja) 420 km Osh Naryn, jezioro
Ysyk-Kol-Biszket: 500km. Łącznie do przejechania 2820km przez Azję
Środkową.
Do góry
:: Relacja
W powietrzu czuje zapach orientu. Przede mną pot, piach, rozgrzane,
duszne powietrze. Do przejechania 2, 5 tyś km rowerem drogami ,
które pamiętają karawanę podróżnika Marco Polo.
Gorący
czerwcowy poniedziałek. Pot zalewa czoło. Żar lejący się z nieba
próbuje wypalić mózg. W Uzbekistanie właśnie rozpoczęły się Czila-
,,gorące dni". Przez kolejne 40 dni temperatura utrzymuje się
w granicach 40 stopni Celsjusza. Dzisiaj jest aż 45 stopni! Z trudnością
się oddycha. Na głowę zakładam czapkę z daszkiem, dodatkowo kawałek
materiału chroni kark. Zwilżam czapeczkę wodą z wysychającego strumienia.
W ten sposób chronię głowę przed przegrzaniem. Czuję jakby powietrze
stało. Przy temperaturze 40 stopni wiatr nie chłodzi już ciała ale
zwiększa utratę wody. Stoję tuż koło ruchliwego bazaru. To właśnie
z takich miejsc wyruszały objuczone towarem karawany do Europy.
Związuje gumą swoje sakwy rowerowe. Ruszam. Na poboczach drogi ruch.
Wszyscy sprzedają arbuzy.
-Jeżeli nie będzie gorąco, arbuzy nie będą śpiewać. Nie będą zbyt
smaczne" -śmieje się Uzbek. Trasa mojej wyprawy wiedzie przez
Uzbekistan, Tadżykistan (góry Pamir), część Kirgizji. łącznie 2,5
tys. kilometrów Jedwabnym Szlakiem Azji Środkowej.
Jedwabny Szlak to legenda owiana opowieściami słynnego podróżnika
Marco Polo. Dawny szlak wiedzie z Chin do odległych krajów basenu
Morza Śródziemnego.: Wenecji, Sewilli. To tą drogą setki lat temu
karawany wielbłądów (dzisiaj samochodów marki "Kamaz")
objuczone drogocennym jedwabiem, kamieniami szlachetnymi wędrowały
na bazary południowej Europy. Wszystko po to by sprzedać Europejczykom
przyprawy, farby złoto, srebro, egzotyczne południowe ptaki i zwierzęta.
Jedwabny Szlak był drogą targową. Spotykały się na niej dwie cywilizacje-wschodu
i zachodu. Różniące się kultury, tradycje, wyznania religijne. Mimo,
iż od tamtych chwil minęło wiele lat na licznych tutejszych bazarach
nadal słychać gwar różnych języków.
Pedałuje
w tej spiekocie już ponad 6 godzin. Jadę w kierunku przygranicznej
osady Bekabad. Zatrzymuję się w Boka. W miejscowym sklepie kupuje
litr wody. Wypijam całość niemal jednym łykiem. Dziennie wypijam
8 litów wody. Dookoła pola bawełny. Uprawia się ją tu od lat. Robią
tu między innymi płócienne okrycia, które doskonale chronią ciało
przed słońcem. Płótno z bawełny jest lekkie ale mocne i trwałe.
Dlatego też większość tutejszych kobiet chodzi w płóciennych szatach.
Z drugiej strony pola bawełny to również w jakimś stopniu klęska
Uzbekistanu. Dzięki niej znikneły pola ryżu, pszenicy, zielone łąki,
plantacje brzoskwiń. W latach 60-tych marzeniem Breżniewa było zrobić
z Uzbekistanu "bawełnianie imperium". Wielkie maszyny
zryły ziemię i wypuściły wodę z rzek Syr Darii i Amur -darii. Woda
w korytach rzek się zmniejszyła o połowę. Kiedy wypływała w celu
nawodnienia pól bawełny połowa niej nie dopłynęła do miejsca przeznaczenia.
Wsiąkała natychmiast w suchą ziemię. Między innymi w ten sposób
przyczyniono się do zagłady Morza Aralskiego. Uzbekistan zaczął
borykać się z poważnym problemem - brakiem wody. W sklepach pojawiła
się woda butelkowana szwajcarskiego koncernu Nestele . Koszt jest
stosunkowo wysoki dla tubylców (prawie 4 zł za litr) zwłaszcza ,
że przeciętny Uzbek zarabia 700 dolarów miesięcznie.
-Daleko
do granicy? Zapytuję przypadkowa kobietę .- 80 km - odpowiada spuszczając
głowę w dół. - Możesz spać u nas w domu, zjesz, napijesz się- zaprasza
kobieta. Mam dość jazdy na dzisiaj, z resztą w tym upale daleko
bym nie zajechał. Przyjmuje zaproszenie. Nocuje w niewielkiej lepiance.
Dostaje pierogi z kapustą. Sok z moreli łagodzi pragnienie. Kładę
się w niewielkim pokoju. Nie ma łóżek. Są tylko dywany. Na ścianie
wisi plakat Mekki w Arabii Saudyjskiej. Miejsce święte dla każdego
muzułmanina. W nocy słyszę śpiew pieśni surmy. Modlitwa wypuszczana
jest pięć razy dziennie z głośników. Słyszy się ja z Minaret, wierzy
meczetu. Tutaj panuje islam-religia gorących klimatów i pustyń.
- Zgodnie z tradycją raz w życiu każdy muzułmanin niezależnie od
statusu majątkowego powinien odbyć pielgrzymkę do Mekki. Świętego
miejsca muzułmanów - podkreśla kobieta. Siedzimy po turecku. Nogi
splątane. Plecy wyprostowane. Z małych miseczek siorbiemy herbatę.
W herbacie maczamy pszenny chleb. Rozmowa schodzi na temat Tadżykistanu.

- Tam nie ma prądu, gazu. To biedny kraj. Wieczorem przychodzi
mężczyzna, mąż gospodyni. Oczy ma czarne jak węgiel, przenikliwe.
Wyglądem przypomina azjatyckiego barbarzyńcę. Potężny uścisk, blizna
na prawym policzku. Służył w wojsku w Murmańsku, kiedy to ZSRR panowało
nad Uzbekistanem.
- Po co jedziesz do Tadżykistanu? Tam są ,,duszmany"- wrogowie.
Uzbecy nie lubią się wzajemnie z Tadżykami. Mówią, że od nich biorą
się narkotyki i różnego rodzaju terrorystyczne konflikty zbrojne.
Znowu pedałuje w piekącym słońcu. Przy tak wysokiej temperaturze
na nie równym terenie zmniejszam ciśnienie w kołach nawet o połowę.
W ciągu 3 dni jazdy moje ciało przybrało kolor węgla. Jest prawie
czarne. Nie pomagają kremy nawet z filtrem 50!

Dojeżdżam do Bekabad. Dokąd jedziesz?. Słyszę znowu kolejne pytanie
za plecami.
-Tadżykistan! .Odpowiadam
- Zwariowałeś? Zastrzelą Ciebie a rower sprzedadzą na bazarze w
Duszanbe.- Śmieje się właściciel restauracji.
-Usiądź. Tiebie nada pakuszać! Przynosi mi na koszt restauracji
wypieczonego hamburgera. Gościnność Uzbeków jest większa niż ich
kraj. Jeszcze ani razu nie rozstawiłem namiotu. Gdziekolwiek się
zatrzymuje zapraszają mnie do siebie. Częstują jedzeniem. Pozwalają
przenocować.
Niestety granicy w Bekabad nie mogę przekroczyć. Brak przejścia
międzynarodowego tłumaczy wopista. Cofam się do oddalonego o 40
km Boston. Tam ponoć jest szansa na przekroczenie granicy.


W krainie "Kamaza": Tadżykistan
Kobiety
Tadżyckie przystają, odwracają się tyłem do roweru i ręką zasłaniają
twarz. W Tadżykistanie tak jak w Uzbekistanie bez problemu mogę
porozumieć się w języku rosyjskim. Niestety nie wszystkie kobiety
są otwarte na konwersacje. Większość nie chce rozmawiać. Mężczyźni
są bardziej otwarci. Co pewien czas mija mnie Tadżycki "mercedes"
-osiołek! Tak nazywają go tubylcy. Kierunek Duszanbe, stolica kraju.
Ręce zaczynają drżeć. Zatrzymuje się w niewielkiej wiosce.
-Assolomu alleykum, dzień dobry .Siadaj, zachęca napotkany mężczyzna
w kwadratowej czapeczce. Tiubitiejka muzułmańskie nakrycie głowy
jest symbolem mądrości. Zatrzymuję się na nocleg. -Tam dalej możesz
mieć problemy. Chińczycy buduję drogę do Duszanbe. Wygrali przetarg
z Włochami, Irańczykami i Turkami. Chińczycy są wszędzie -śmieje
się.
- Wszystko w remoncie- opowiada popijając czaj. W Tadżykistanie
są dwa rodzaje herbaty. Zielona i czarna. Obie łagodzą pragnienie.
Zwłaszcza kiedy są gorące. Ta ostania jest niemalże taka sama jak
w Polsce, tyle że trochę mocniejsza.
Tadżykistan różni się od Uzbekistanu nie tylko drogami (a raczej
ich brakiem), brak asfaltu ale również samochodami. Tutaj można
spotkać wiele znanych zagranicznych marek: Audi, Honda, Voldzwagen.
W Uzbekistanie natomiast tylko Ładę, Kamaza i Daewoo.
Cała osada ogłada mój rower. Dla nich to nowość. Rzadko kto tu przyjeżdża,
zwłaszcza na rowerze. Nie mogą zrozumieć w jakim celu podróżuje
rowerem po tych bezdrożach. Wszędzie płyną sztuczne koryta, które
nawadniają pobliskie pola. Woda płynie z lodowców, z Kirgizji! Gwiazdy
nad wioską rozświetlają noc. Wioska jest bez prądu. Dziennie staram
się przejechać 70 km. Teren robi się coraz bardziej górzysty. Ciężko
pedałować. Mój rower waży 27 kg. Ma metalową ramę. W razie jej pęknięcia
mogę ją zespawać w miejscowym warsztacie. Sakwy Crossa ważą po 25
kg.. Objuczony jak niegdyś wielbłąd, który przemierzał ten szlak
z zach.Chin ,Kaszgaru aż do Wenecji próbuje wjechać na przełęcz
na wysokości 3, 5 tys : Anzob Pass. Droga szutrowa. Kamienienie
strzelają spod grubych opon Michelin'a. W połowie drogi schodzę
z siodełka. Zadyszka. Pot zalał ciało. Prowadzę rower. Na poboczu
widzie zardzewiały czołg. Uzyskanie w 1991 r. niepodległości doprowadziło
kraj do wybuchu wojny domowej. Od kilku lat sytuacja w kraju jest
spokojna.
Słyszę ryk silnika. Z za zakrętu wyłania się ciężarówka. To Kamaz.
Cud rosyjskiej motoryzacji. Samochód, który pokonuje wszystko i
wszędzie.
-
Wsiadaj. Podrzucimy Cię - zachęca kierowca. Spoglądam na wijąca
się jak wąż drogę miedzy górami. Ostatecznie zgadzam się. Kładę
swój sprzęt na worki z cementem. Abraham Aslabyk jest właścicielem
Kamaza. Okrągła twarz, na przedzie dwa złote żeby. Jest bardzo zamożnym
człowiekiem. Ma 30 lat. Mieszka na stałe w okolicach Duszanbe. Wiezie
cement na budowę mostów. Czuje się słaby na tych górskich podjazdach.
W ramach treningu w Polsce przejechałem tylko 450 km. Stanowczo
za mało. Ulatniająca się ropa z Kamaza próbuje mnie udusić. Wszędzie
czuć spaliny. Samochód pokonuje wszystko. Nie tylko wznoszące się
na blisko 4 tyś metrów wąskie drogi, które maja szerokość 3 metrów
ale również głębokie koryta rzek. Zanurzony po maskę bez problemu
je forsuje. Nie dziwie się , że w generalnej klasyfikacji: Paryż
Dakar samochód ten jest w światowej czołówce . Bez tego samochodu
w Tadżykistanie nie istniałby transport. W wioskach są warsztaty,
które naprawiają tylko Kamaszy. W trakcie podróży z Uzbekistanu
do Duszanbe , Kamaz średnio przebija 4 opony. To standard na 500
km trasie.
Znowu wsiadam na rower. Niemniej jednak postanowiłem, że trasę
będę częściowo przemierzał rowerem a częściowo właśnie Kamazem.
Tak żeby zbliżyć się do ludzi. Przestała się liczyć forma i styl
podróżowania. Liczy się kontakt z tutejsza ludnością.
Przed Duszanbe potykam się. Ciężkie sakwy przewracają sprzęt. Pękły
klocki hamulcowe. Linka również się zerwała. Z przodu mam hamulec
tarczowy ale tył nadal na zwykłych szczękach. Do tego zerwały się
druciki łączące licznik z kołem. Koczuje na górskiej drodze. Próbuje
naprawić hamulec. Nie ma żadnego drzewa. Nie ma gdzie się schować,
przycupnąć przed słońcem. Jestem już tak zmęczony, że przed oczami
fruwają mi kolorowe plamy. Kolana zaczynają siadać. Czuje ból. Dzisiaj
już nie nabije kilometrów. Dosyć. Po przejechaniu 150 km górskimi
bezdrożami ponownie ładuje swój rower do Kamaza. Mojego zbawiciela.
Jadę do Duszanbe. Muszę tam naprawić rower. Przed wjazdem do stolicy
dzwonie do poznanego wcześniej Abrahama. Obiecał mi, że pomoże,
kiedy się tu zjawię. Po niespełna 40 minutach podjeżdża nowym srebrnym
Audi A6 . Sprowadził auto z Moskwy. Jedziemy do jego domu. Wcześniej
jednak zawozi mnie do łaźni.

- Ogol się ,wykąp -będzie Ci lżej . Nie musi mnie długo zachęcać.
Abraham wszystkich zna a jego wszyscy szanują. Jest biznesmenem.
Oprócz kamazowego interesu, prowadzi sklep, handluje samochodami
i nie wiadomo jeszcze czym. Wcześniej mi powiedziano, że kto w Tadżykistanie
ma super zachodni samochód ten na pewno miał lub ma do czynienia
z narkotykami. W Tadżykistanie handel narkotykami jest dość powszechny.
Tadżykistan jest szmuglerską drogą tranzytową z Afganistanu do Europy.
Za 10 dni w rodzinie Abrahama będzie ,,swalba" czyli wesele.
Jego brat przyjeżdża z Moskwy. Jak większość Tadżyków pracuje w
Rosji. W Duszanbe o prace jest trudna. Bierze ślub z 20-to letnią
dziewczyną. W Tadżykistanie tak jak w innych krajach muzułmańskich,
kobieta musi wyjść za mąż przed 22 rokiem życia. Później nie jest
w zainteresowaniu mężczyzn. Kobieta musi być młoda, dziewica- śmieje
się Abraham. Zostań u nas na weselu. Znajdziemy Ci jakąś kobietę.
Abraham mieszka wraz ze swoim rodzeństwem, żona i rodzicami. W Tadżykistanie
rodziny są wielodzietne. Abraham ma 4 braci i 5 sióstr.

Niestety czas nagli. Musze jechać. Czeka mnie przeprawa przez Pamir.
Udaję się na milicje. Musze się zameldować. Niestety nie zarejestrowałem
się w terminie 3 dni po przekroczeniu granicy. Pojawiły się problemy.
-Musisz zapłacić karę. Karę? Tak - 400$! Takie prawo - tłumaczy
urzędnik. Sprawa zmienia się kiedy w ciemnej klatce wkładam do kieszeni
urzędnika 50$. Lepsze taka strata niż 400$ . Korupcja jest dość
powszechna.


Droga przez Pamir
Jadę wzdłuż granicy z Afganistanem. Rzeka Ab -i- Panj jest naturalną
granicą. Po drugiej stronie słychać wybuchy. -Amerykanie drogi budują
mówi brodaty mężczyzna w turbanie. Znalazłem się na drodze pomiędzy
Khorg a Murgab.
W latach 30 ubiegłego wieku sowieccy inżynierowie wybudowali drogę
ciągnący się na 728 km: Palmirski Trakt. Łączy ona Khorg z dużym
kirgiskim miastem Osh Droga ciągnie się prosto aż po horyzont. Góry
pustynne, wypalone przez słońce. Tuz przy niej pasą się stada owiec,
baranów i jaków. Pamir przypomina Tybet. Przemieszczam się po płaskowyżu.
.Jadę na wysokości 3 tyś. metrów. Jest wietrznie a droga prosta
jak strzała. Częściowo asfalt, częściowo szutrowa. Ale jest zdecydowanie
lepsza niż w płn. Tadżykistanie. Nie ma dużych serpentyn wznoszących
się w górę. Zatrzymuje się koło jurty. Na obiad zajadam się wędzoną
rybą z pobliskiej rzeki i oczywiście tłustą baraniną. W Murgab ostatnim
większym mieście w Pamirze nocuje u poznanych Pamirczyków. Nauczony
wcześniejszym doświadczeniem melduje się na milicji. W Pamirze potrzebna
jest dla obcokrajowców tutejsza wiza. Tak zwany "permit"
zezwalający na swobodne poruszanie się po tym obszarze. Otrzymałem
ją wcześniej w ambasadzie Tadżykistanu w Berlinie. W powietrzu unosi
się zapach krowiego łajna, który służy tu jako materiał opałowy.
Wodę gotuje się na ognisku podrzucając łajno. Osada jest w stadium
agonii. Rozwalone domy. Podziurawione dachy. Półmrok. Chmury niemalże
pełzają po ziemi. . W zimie połowa populacji wyjeżdża do kirgiskiego
miasta Osh. Nie ma tutaj wystarczająco dużo energii do ogrzania
domów. Ojciec 4 córek i dwóch synów proponuje żebym wziął jego córkę
za żonę. Uśmiecham się pokazując obrączkę na palcu. - Ja już mam
żonę. W Polsce.-Nic nie szkodzi u nas możesz mieć cztery - uśmiecha
się pokazując swoje złote zęby.



Nie jest już tak gorąco jak w dolinach. Temperatura 22 stopnie
C. Czuję chłodny, rześki powiew wiatru. Pokonuje przełęcz Akbaytal
Pass: 4655 metrów! To najwyżej położona przełęcz w tej podróży.
Góry tutejsze nie są już tak wypalone słońcem jak przy granicy z
Afganistanem. Robi się chłodno. Zakładam polar. Naciskam na pedał.
Naoliwiony łańcuch z łatwością wchodzi na największą zębatkę. Podjeżdżam
na kolejne wzniesienie. Coraz więcej w górach widać śniegu. Zaczyna
padać deszcz. To pierwszy deszcz w tej podróży! Czuję ulgę. Balsam
dla ciała.
Na granicy Tadżycko - Kirgiskiej wopista z klamrą na pasku, na
której jest młot i sierp odprawia mnie. Polacy do Kirgizji nie potrzebują
wizy. Po lewej stronie widać wznoszący się w niebo siedmiotysięcznik
to Pik Lenina. Góry Pamiru są olbrzymie. Niegdyś Breżniew miał w
planach aby te góry wysadzić. Wszystko po to, żeby z tutejszych
lodowców popłynęła woda na pustynne pola bawełny, aby je nawodnić.
Ostatecznie nie doszło to do skutku. Wystraszono się reakcji światowej.
Były tez obawy, że wody z lodowców zatopią większość rejonów ZSRR.
Kirgiz zszedł z konia
Stepy Kirgizji są zielone. Tutejsze góry też. Nomada przemieszcza
się wraz ze swoim domem-Jurtą. Rozstawiają je zazwyczaj na granicy
wysokich gór. Robię przerwę. Zatrzymuje się koło jednej z jurt.

-Wejdź, zjedz - zaprasza wypity mężczyzna. W Kirgizji
piją więcej niż w Rosji. Trafiłem na ucztę. Syn wrócił z odbytej
służby wojskowej. Właśnie ubito barana. Zeszli się wszyscy z pobliskich
jurt rozstawionych kilkanaście kilometrów od siebie. Kirgizi nie
lubią bliskich sąsiadów. Barana w Kirgizji zarzyna się w wyjątkowych
okolicznościach. W czasie uczty jeden z mężczyzn podaje mi ugotowana
głowę barana. Muszę zjeść mózg. Gospodarz wydłubuje oko, które jest
wielkości moreli.
- Spróbuj - zachęcają wszyscy. Drugie oko zjada gość. W taki sposób
zawiązuje się przyjaźń , więzy braterstwa. To stary zwyczaj tutejszych
Kirgizów. Znał je również podróżnik minionej epoki Marco Polo. Tłumaczenie,
że mam problemy z żołądkiem na nic się zdają. Delikatnie przeżuwam.
Przełykam. Podchodzi mi to wszystko pod gardło ale daje rade.
Droga do Osh to kilkudniowa wędrówka. Im dalej na południe, tym
mniej jurt. Ryszard Kapuścinski już znacznie wcześniej dostrzegł,
że "Kirgiz zszedł z konia". Współcześni nomadzi tylko
latem wędrują. Przesiedli się z konia do samochodu. Barany już nie
kategoryzują społeczeństwa. Azja Centralna się zmieniła. Jedwabny
Szlak przestaje być mistyczna drogą. Staje się dobrą cywilizowaną
drogą do Europy.
Po przemierzeniu 2,5 tys km kończę swoja podróż. Zatrzymuje się
na bazarze w Osh.To właśnie z tych bazarów wyruszały karawany. Tutaj
jak zawsze jest gwarno. Czas się zatrzymał.
- Co chcesz bracie kupić? Złoto, srebro? Może złote runo? .Uśmiecha
się sprzedający Kirgiz.
-Tylko sto dolarów. Kiwam głowa z niedowierzaniem.

Tekst i zdjęcia Marcin Gienieczko
Organizatrem wyprawy byla AGENCJA PERDIDO EXPEDITIONS
Do góry
:: Strona WWW
O innych wyprawach autora przeczytasz na stronie: www.gienieczko.prx.pl »
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|