|
:: Relacja

Baltic Cycle 2007 z Brukseli na Cypr było piątą wyprawą rowerową
organizowaną wspólnie przez Stowarzyszenie Podróżników Crotos i
Litewski Klub Rowerowy Du Ratai. Przejechaliśmy przeszło 6,5 tys.
km przez 11 europejskich krajów, oraz azjatycką część Turcji. Pedałowały
z nami 164 osoby z czternastu państw, choć całość trasy pokonały
tylko 3. Każdemu z nas co innego zapadło w pamięć, każdy miał swoje
lepsze i gorsze, a czasami całkiem złe dni. Ulubione miejsca, wspaniałych
ludzi czy przepiękne widoki wspominamy z przyjemnością, ale nie
można zapominać również o wszystkim tym, co wcale nie było przyjemne,
jak zimne prysznice czy nocne błądzenie w poszukiwaniu noclegu.
Za tym jednak właśnie po powrocie do domu zaczyna się tęsknić, bo
nadaje to naszym wakacjom specyficzny klimat wyprawy, a nie zorganizowanej
wycieczki z przewodnikiem. Oto niektóre z moich wspomnień, a zarazem
fragmenty relacji z odcinka Praga - Cypr.

Praga - Wrocław, 8-14.07.2007
Praga okazała się stosunkowo przyjazna rowerzyście, a w najdogodniejszych
punktach widokowych zawsze można było znaleźć jakiś lokal i odżywić
zmachane praskimi podjazdami ciałko. Pogłaskaliśmy rzeźbę na moście
Karola, co zapewnić nam ma powodzenie jeśli nie na całe życie, to
miejmy nadzieję, przynajmniej do końca wyprawy. Kolejne dni to radosne
zmaganie się z deszczem i chłodem, uciekanie przed burzą, oraz szarlotka
na ciepło i grzane wino w górskich schroniskach i kawiarenkach -
całkiem przyjemnie. Póki co nie było też żadnych croto-noclegów
- w najgorszym razie trzeba się było umyć w umywalce z zimną wodą
(2 razy pod rząd), ale za to w okolicy tętniło turystyczne życie
i po tak przyjemnym i ożywczym doświadczeniu można było wyskoczyć
na rybkę, brodząc po kolana w błocie i mokrych trawach, a także
wypatrując baru wśród gęstych mgieł wieczornych.
Wczoraj był u nas dziennikarz z "Gazety Wrocławskiej"
i robił nam zdjęcia na tle prania, a że co poniektórzy byli jeszcze
w trakcie mycia i mieli ze sobą akcesoria czystościowe, można liczyć
na to, że w niedługim czasie wizerunek croto-podróżnika zostanie
zszargany do reszty. Próbowałam go wprawdzie jakoś ratować, ukazując
moje umazane smarem nogi, ale obawiam się, że zostały one przysłonięte
przez białą, świeżo upraną koszulkę.

Wrocław - Użhorod, 15-28.07.2007
Pod wieczór czekały nas kolejne atrakcje - nocleg w prywatnym
skansenie pani Franciszki Drozd, ognisko, ciasto i występ grajka.
Ciekawe przeżycie. Kolejny dzień rozpoczął się również bardzo interesująco,
bo poszukiwaniem ścieżki wśród pokrzyw i przeprawą przez strumień
pośród chaszczy. Potem zwiedzanie ruin zamku, ogród dendrologiczny
(w którym nie byłam) i pół dnia na basenie, a później zwyczajowe
podwieczorne błądzenie w drodze na nocleg (tym razem nadrobiliśmy
30km) koło Pałacu i Stadniny Koni w Mosznej.
Następne dni pokazały, że na noclegu lepiej jest być później niż
wcześniej. Kiedy wszystko jest zajęte i człowiek zaczyna rozglądać
się po różnych zakamarkach, znajduje czasami ciekawe miejsca. Raz
np. znaleźliśmy kameralną salkę z nawiewem i własną łazienką, a
w szkole w Pszczynie zostaliśmy zakwaterowani w izolatce, również
z własną ubikacją i prysznicem. Kolejny dzień to zwiedzanie obozu
koncentracyjnego w Oświęcimiu, nocleg w Wadowicach i impreza z okazji
urodzin Sigitasa. Nie obeszło się oczywiście bez papieskich kremówek,
papieskiej wódeczki i innych papieskich przysmaków, bo jak zauważyliśmy
wszystko w tym mieście jest papieskie. W nocy przyszła nawet papieska
burza, ale rano było już ładnie, chociaż w okolicach Częstochowy
szalało podobno tornado. Z innych przyjemnych informacji związanych
z trasą naszej wycieczki, jakie do nas docierają, to skażenie chemiczne
na Ukrainie, upały i 49 pożarów w Bułgarii, a także zamieszki polityczne
w Turcji.
Polskę pożegnaliśmy ogniskiem, przekąskami i napitkami w Ustrzykach
Dolnych. Następnego dnia z rana przekraczaliśmy granicę polsko-ukraińską.
Nie było to przyjemne, bo trwało dosyć długo - ostatni odprawili
się dopiero koło 14.00, a do przejechania na nocleg mieliśmy jeszcze
110 km. Żeby nie było nazbyt przyjemnie - prawie cały czas pod górę,
bo spaliśmy na przełęczy. Co więcej - myliśmy się w lodowatej wodzie
ze studni, a do wychodka lepiej było nie zaglądać = pierwszy prawdziwy
croto-nocleg na wyprawie. Rano wszyscy dziwnie szybko się zwinęli
i pojechali w poszukiwaniu cywilizowanej toalety, jednak na próżno,
bo nawet w knajpach ciężko tu coś takiego znaleźć. Korzystamy więc
z uroków ukraińskiej przyrody.
I korzystać z nich będziemy jeszcze przez dobre kilka dni. W Użhorodzie
(z naszej przełęczy 100 km w dół) śpimy w sobotnio-niedzielnej szkole
polskiej im. Józefa Tischnera. Część osób od razu uciekła do hotelu,
obejrzawszy tutejsze toalety, ale my byliśmy twardzi i poszliśmy
się myć do rzeki, gdzie kąpały się dzieci, a jacyś ludzie łowili
ryby. Potem okazało się, że jednak jest prysznic - wprawdzie jeden,
ale zawsze to coś. Jednak żeby nie było za wesoło woda w całym mieście
bywa rzadko, także w toaletach, więc picie kawy trzeba planować
z wyprzedzeniem. Najlepiej między 6.00 a 8.00 rano, 12.00 - 13.00,
albo z wieczora od 18.00 do 22.00.

Użhorod - Konstanca, 29.07-17.08.2007
Trzy rumuńskie tygodnie owocowały w różne, choć nie zawsze miłe
wydarzenia. Mieliśmy np. małą epidemię bliżej niesprecyzowanej choroby.
Objawiała się zawrotami i bólami głowy, gorączką i wymiotami, a
ustępowała po małych białych tabletkach. Teraz jesteśmy już zdrowi,
bo ostatnie ogniska zakaźne opuściły naszą wycieczkę i nikt się
już potem nie zaraził. Mieliśmy też przygodę z niezwykle niemiłym,
chamskim i oszukańczym holenderskim naciągaczem Krisem z Borsy,
który podobno prowadzi kemping przy swoim domu. A sprawy mają się
tak, że w jego ogródku co najwyżej można sobie usmażyć kiełbasy
na grillu. Musieliśmy więc spać u sąsiadki, nie mieliśmy kibla tylko
zwykły wychodek, a zamiast prysznica, którego nie mogliśmy używać
ze względu na gości w samochodach kempingowych i niedogodności,
jakich byśmy im przysporzyli swoją obecnością, rura na dworze z
zimna wodą. Co więcej Kris zażyczył sobie 60 euro za poprowadzenie
wycieczki na górę szlakiem na szczyt Petrosul. Szlak był doskonale
oznakowany, tak, że nie mieliśmy najmniejszych problemów z trafieniem
na szczyt bez pana Krisa, który dodatkowo twierdził, iż jest górskim
przewodnikiem, a jak się okazało, zna tylko tę jedną trasę. Noc
i poranek koło jego domu obfitowała też w wizyty policji. Przyjeżdżali
do nas trzy razy - raz z powodu skradzionego roweru, drugi gdy żona
Krisa nasłała policjantów na Marylę - z niewiadomych przyczyn, i
trzeci ze względu na rumuńska imprezę urodzinową za miedzą. Słodko.
Jeden z kolejnych noclegów był już znacznie milszy, a na pewno
weselszy, bo spaliśmy na kempingu, gdzie o 23.00 panienki zaczynały
tańczyć przy rurze. Raczej drętwe i zdecydowanie paskudne, zwłaszcza
z bliska i przy lepszym oświetleniu, ale zawsze to jakaś rozrywka,
zwłaszcza jak człowiek przyjeżdża mokry i zmarznięty. A wtedy tak
właśnie było. Okropny dzień.
Miewamy także przygody z Cyganami. Rzucają w nas jabłkami, kamieniami,
suszoną kupką, oblewają wodą, biją kijkami i co im tam jeszcze przyjdzie
do głowy. Mi się jeszcze nie dostało, ale od pewnego czasu wożę
w torbie na kierownicę dwa kamienie na Cygana i pieprz na psy. Też
na Cygana. I ogólnie jesteśmy już nastawieni dosyć wrogo, więc lepiej
niech Cygan ma się na baczności i nie robi ekscesów, bo może się
to dla niego skończyć nieprzyjemnościami. Raz już Cyganów goniliśmy
ze złymi zamiarami, ale nam uciekli, bo mieli konia, a było pod
górę.

Konstanca - Istambuł, 18-31.08.2007
Zaraz za Varną zatrzymaliśmy się na dwie noce w Kamciji, gdzie
nieopodal plaży knajpkę swoją malutką prowadzi pan Janusz - Bułgar,
muzułmański duchowny, który pracuje w Varnie, a w sezonie kręci
nad morzem kulinarne biznesy. Bardzo dobrze mówi po polsku, ponieważ
dawno temu przez cztery lata chodził z Polką, ale jej rodzina nie
pozwoliła na ślub, na skutek czego ożenił się z Turczynką. Knajpka
pana Janusza niepozorna - mała budka, plastikowe stoły i krzesełka,
ale za to jedzenie przepyszne - w życiu nie jadłam tak dobrej ryby
jak tam - małe kawałki bez ości, smażone w cieście, do tego sałatki
i gotowana kukurydza w kolbach. Byliśmy tam pierwsi, ale poleciliśmy
innym i w końcu zeszli się tam wieczorem prawie wszyscy Polacy.
Pan Janusz przyniósł płyty z polskimi sanatoryjnymi przebojami sprzed
paru ładnych lat - np. pieśń o Ciechocinku, Kołobrzegu czy Andżelice
- a my przynieśliśmy alkohol i zaczęła się impreza. Jedliśmy i tańczyliśmy
do upadłego - dosłownie. Były nawet tureckie i greckie tańce, a
panowie tańczyli na krzesłach jakieś tutejsze tańce przypominające
walkę kogutów. Przyjemny to był widok, zwłaszcza, że chłopcy całkiem
urodziwi. Na wypadek gdybyśmy jeszcze za mało pojedli, dostaliśmy
w prezencie dwie duże blachy pączków z czekoladą. To już nie było
na moje siły.
Aheloj. Kemping paskudny - w damskim prysznicu na 5 działały 2,
z czego w jednym można było umyć sobie nogi, nie było też światła,
a w toalecie typu narciarz można się było nieźle pokiereszować (o
czym przekonała się Celine), ponieważ nie dość, że ślisko, to jeszcze
drzwi się nie zamykały, więc trzeba je było jakoś trzymać, co stanowiło
już poważne wyzwanie. No i oczywiście lepiej tam było za dużo nie
oddychać. Sprzątanie tego miejsca wyglądało tak, że pan przyszedł
z gumowym wężem, odkręcił wodę, postał chwilę, zakręcił wodę, zabrał
węża i poszedł.

W Istambule zatrzymaliśmy się w dwóch hostelach w dzielnicy Sultanahmed
- w samym turystycznym zagłębiu. 5 minut spacerkiem od świątyni
Hagia Sophia i z 10 od Błękitnego Meczetu. W Istambule byliśmy 4
dni. Nazwiedzaliśmy się, najedliśmy kebabów za wszystkie czasy.
Mieliśmy też imprezę pożegnalną (2/3 grupy wyjechała następnego
dnia) na statku pływającym po Bosforze. Dołączyliśmy do imprezy
ekologów, którzy byli tu na ekologicznej konferencji. Niektórych
z nich spotkaliśmy dwa lata temu w Mołdawii, kiedy nocowaliśmy w
ich hipisowskim obozie, gdzie wychodki i prysznice zrobione były
z wiklinowych witek, a na śniadanie do wyboru było menu wegetariańskie
lub wegańskie.
Bodrum - Alanya, 2-13.09.2007
Przyszedł czas na wypoczynek i pływanie łódką. Popłynęliśmy na
wyspę żółwi, aby pooglądać zwierzątka, jednak jak można się było
spodziewać, żadnych zwierzątek nie zobaczyliśmy. Widoki za to były
rewelacyjne - turkusowa woda, górskie szczyty w tle, a na dodatek
duch historii unoszący się w powietrzu. Zamiast planowanej nocy
w chaszczach spaliśmy na kempingu, do którego podpłynęliśmy łodzią
- więc nad sama wodą, do tego drewniany taras z poduszkami i niskimi
stolikami, gdzie można się było zrelaksować po ciężkim dniu popijając
turecką herbatkę. W skałach nieopodal - rzymskie grobowce z V w.
wyglądające raczej na jakieś kościoły, w nocy podświetlane, tak
więc było na czym oko zawiesić podczas kolacji w szykownej restauracji.
A nocną porą - krzyki i bójki w pobliskim disco-barze Sweet - nawet
policja interweniowała.

Nigdy bym nie przypuszczała, że to właśnie w Turcji zjem najgorszy
kebab w moim życiu. A jednak. Zatrzymaliśmy się jak zwykle na mały
odpoczynek w porze obiadowej, żeby pojeść, popić i pospać. Zamówiliśmy
m.in. kebaby z kurczakiem, ale pan przyniósł nam, co? Grzanki z
połówek chleba ze skwarkami. I to bynajmniej nie kurczakowymi. Ohyda.

W końcu jeżdżenie na rowerach nam się znudziło, postanowiliśmy
więc przygotować autostopowe zawody w ramach Dnia bez Roweru. Podzieliliśmy
się na trzy grupy: 1.- ja, Ula, Adam; 2. - Natalia, Wojtek, Karolina;
3. - z góry przegrana drużyna leniuchów i oszukańców - Bob i Leanna.
Wyznaczyliśmy 3 miejsca, w których mieliśmy się spotkać i kilka
punktów między nimi, do zaliczenia. Najważniejsza reguła - pieniądze
mogliśmy wydawać tylko na piwo, więc jeśli chodzi o jedzenie, w
grę wchodziło zbieractwo, żebractwo, darowizna i kradzieże. Była
też inna punktacja za różne rodzaje samochodów - 5 pkt. - samochód
zwykły z siedzeniami, 10 pkt. - jazda na pace, i 15 pkt. za samochód
z bonusem, czyli np. ciężarówkę z brudnymi zwierzakami, samochód
policyjny (za bycie aresztowanym dodatkowe punkty), karetkę pogotowia
(za bycie rannym dodatkowe punkty), złomiarkę itp. Z każdego etapu
mieliśmy też przynieść jakiś gadżet. Drużyna nr 1., co dało się
przewidzieć już na starcie, znokautowała konkurencję, ale długo
by o tym pisać
Kąpiel nasza wieczorna wyglądała mało luksusowo, bo trzeba się było
umyć pod szlauchem służącym do spuszczania wody w brudnym narciarzu,
lawirując między plastikowymi stópkami tak, żeby nie wpaść do środka.
Ciężka sprawa.




Cypr, 13-21.09.2007
Pierwszą noc spędziliśmy w luksusach - dwuosobowe, klimatyzowane
pokoje z łazienkami, do tego kolacja, a rano pyszne śniadanko. Nie
najgorzej jak na początek. Przyjechał też Vidmantas - szalony Litwin,
który pracuje na Cyprze i przygotował tu dla nas trasę. Po kolacji
(i dłuuuugim map meetingu) pojechaliśmy na piwo, aby lepiej się
zaznajomić.
Na własnej skórze doświadczyliśmy skutków politycznego zamętu na
Cyprze. Wszyscy byli autentycznie przerażeni i pełni najczarniejszych
myśli, kiedy dowiedzieli się, że po zejściu z promu dostaliśmy pieczątki.
Ponieważ port, do którego przypłynęliśmy znajduje się po tureckiej
stronie, jest portem, ale i przejściem granicznym nie uznawanym
przez stronę grecką, a więc mieliśmy dowód na to, że nielegalnie
przekroczyliśmy granicę. Zachodziło więc duże prawdopodobieństwo,
że 1. nie przepuszczą nas na stronę grecką, 2. wsadzą nas do więzienia,
3. jeśli nawet nas przepuszczą i nie wsadzą, mogą nas nie puścić
na lotnisku i odesłać na lotnisko w Turcji.
Po nocy u mnichów i na bezpłatnym kempingu, który jednak okazał
się płatnym, musieliśmy się zadowolić skrawkiem ziemi przy sklepie
obok plaży, na której według legendy urodziła się Afrodyta. Większości
z nas nie chciało się rozkładać namiotów, więc spaliśmy na trawce
albo na złączonych ławkach. Nikt nas nie okradł, mimo iż rowerów
nie spinaliśmy, a nasze rzeczy walały się w nieładzie wszędzie dookoła.
Po obchodach Międzynarodowego Dnia Pokoju, w których uczestniczyliśmy,
mer tureckiej części Nikozji (przez środek miasta przebiega granica)
zaprosił nas do restauracji na kolację. Dostaliśmy też od niego
medale i upominki - ciężko stwierdzić, co to właściwie jest (jakieś
rękodzieło z gliny, słomy i koralika), ale ma nóżki i można to sobie
postawić na biurku. Po kolacji pojechaliśmy do Andy'ego, żeby się
trochę obmyć, a potem na lotnisko, skąd nie odesłali nas ani do
Turcji, ani do więzienia i chyba w ogóle te pieczątki mało ich interesowały.
I tak zakończyliśmy kolejną wyprawę: opaleni, wysportowani, najedzeni
i, co najważniejsze, wolni.
Tak było. A przed nami kolejne, wyjątkowo ambitne wyzwanie - Wielka
Wyprawa Olimpijska - Olimpia-Pekin 2008. Startujemy już 20 lutego
z Grecji, aby po niemal 6-ciu miesiącach i 12-u tys. km, dokładnie
8 sierpnia, czyli w dzień rozpoczęcia olimpiady, dotrzeć do Pekinu.
Jeśli chcesz do nas dołączyć, lub dowiedzieć się więcej o naszych
planach czy poprzednich wyprawach, zajrzyj na www.bicycle.pl.
Do zobaczenia na szlaku!







Monika Stasiuk
:: Co to Croto ?

Pierwszą podróżą, która spełniła marzenia wielu podróżników kochających
rower był rajd dookoła świata - Peace Ride (1998-2000). Wyprawa
była ogromnym przedsięwzięciem organizacyjnym, wzięło w niej udział
ponad 600 rowerzystów z całego świata. Uczestniczyli w niej również
dwaj Polacy: Sławomir Płatek (przejechał całość trasy) i Waldemar
Grabka (pokonał odcinek Polska - Japonia). To oni po powrocie do
kraju postanowili kontynuować spełnianie marzeń...
Podczas Peace Ride okazało się, iż niezbędne jest stworzenie organizacji,
która ułatwiłaby nadzorowanie przebiegu wyprawy, tj. załatwianie
formalności związanych z przekraczaniem granic, koordynowanie trasy,
pomoc w dołączaniu się kolejnych uczestników. Założyliśmy Stowarzyszenie
i rozpoczęliśmy organizowanie tzw. CROTO-wypraw.
Stowarzyszenie Podróżników CROTOS jest organizacją non-profit.
Głównym celem naszych działań jest promowanie turystyki rowerowej.
Wyprawy, które organizujemy są wydarzeniami medialnymi promującymi
walory krajoznawcze i kulturowe miejsc, do których docieramy - z
tego właśnie powodu staramy się, aby brała w nich udział możliwie
jak największa liczba osób. Kluczową sprawą jest, aby opłaty, które
ponoszą uczestnicy, nie stanowiły dla nich bariery finansowej. Wyprawy
są organizowane w stałej współpracy z litewskim klubem rowerowym
Du Ratai, od którego przyjęliśmy dla naszej najdłużej wyprawy w
roku nazwę BaltiCCycle.
A kto w CROTOSie? Szczegóły naszych poprzednich wypraw i wypowiedzi
uczestników? Szukaj na stronie http://www.bicycle.pl
Do góry
:: Trasa

\
kliknij
aby powiekszyć
Do góry
:: Zapowiedź wyprawy

Stowarzyszenie
Podróżników CROTOS zaprasza na wyprawę rowerową BaltiCCycle 2007!
BRUKSELA - ISTAMBUŁ (i na CYPR) 21.06 - 31.08 (21.09) "Szlakiem
jednoczącej się Europy czyli Na kebaba do Turcji". Na terenie
Polski będziemy przejeżdżać w dniach 12.07-27.07.2007.
- 12.07. Karpacz
- 14/15.07. Wrocław
- 20.07 Wadowice
- 21/22.07. Kraków
- 26.07. Ustrzyki Dolne
Zapraszmy serdecznie wszystkich miłośników rowerowych podróży -
małych i dużych !!! Dołaczyć można się na dowolny czas i w dowolnym
miejscu. Wyprawę rozpoczniemy w Brukseli - siedzibie Unii Europejskiej.
Podróżując przez 70 dni z zachodu na wschód kontynentu zobaczymy
różnorodne kraje Unii Europejskiej (członkowie i aspiranci: Belgia,
Holandia, Niemcy, Czechy, Polska, Ukraina, Rumunia, bułgaria, Turcja).
Po dotarciu do Istambułu zakończymy pierwszą cześć wyprawy. Później
zamierzamy przepłynąć promem Morze Marmara do miejscowości Izmir
i jeszcze przez dwa tygodnie przemierzać Turcję wzdłuż wybrzeża
Morza Śródziemnego. Ostatni tydzień wyprawy spędzimy na Cyprze,
poznając zarówno turecką, jak i grecką część wyspy.
Bruksela 21.06, Kolonia 24.06, Mainz 27.06, Praga 08-11.07,Wrocław
14-16.07, Kraków 21-23.07, Użhorod 28-30.07, Bukareszt 12.08, Konstanca
17.08, Warna 21.08, Istambuł 28-31.08 (Izmir 01.09, Antalya 14.09,
Larnaka 21.09)
Wszelkie szczegółowe informacje znajdują się na stronie www.bicycle.pl,
prosimy pisać pod adres info@bicycle.pl lub dzownić 663 266 553.
Tegoroczna
wyprawę organizujemy według sprawdzonych zasad z lat ubiegłych (Nordkapp-Ateny
2004, Gdańsk-Odessa 2005, Dookoła Bałtyku 2006). Dzienny dystans
to ok. 80 km. Raz w tygodniu planowany jest dzień odpoczynku, podczas
którego planujemy szczególne atrakacje. Każdego ranka podczas map-meetingu
uczestnicy otrzymują mapę z sugerowaną na ten dzień trasš, zaznaczonymi
miejscami wartymi zobaczenia oraz informację o miejscu noclegu,
na którym spotyka się cała grupa. Przebieg trasy zależy od indywidualnego
upodobania uczestnika. Podczas podróży nie tworzymy peletonu, można
jechać w dowolnej grupie lub samotnie - tempo jazdy zależy od Ciebie!
Noclegi są organizowane na polach namiotowych, szkolnych boiskach
lub w szkołach (śpimy w we własnych namiotach).
Już teraz zapraszamy do dołączenia na trasie BaltiCCycle 2007 -
na dzień, tydzień, miesiąc lub na całość trasy!
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|