|
O wyprawie
Agnieszka
Szustak i Jakub Płatek. Oboje jesteśmy studentami 5-ego roku Wydziału
Geografii i Studiów Regionalnych na Uniwersytecie Warszawskim. Dwa
lata temu zrodził się w nas pomysł zwiedzenia Kenii. Jesteśmy członkami
nieformalnej rowerowej Grupy Upał, którą założyliśmy wraz z kolegami
ze studiów. Od paru lat zwiedzaliśmy świat na rowerze, więc i tym
razem wybraliśmy ten środek transportu. Wiele osób odradzało nam
ten pomysł. Na szczęście znalazły się też osoby pozytywnie nastawione
do tego projektu, jak np. p. Maryjka Sapieha-Beckmann, mieszkająca
w Nairobi. To głównie dzięki jej pomocy ta podróż udała nam się
znakomicie. Nie mieliśmy na trasie praktycznie żadnych problemów.
Ani ze sprzętem, ani z napotykanymi ludźmi. Sprzęt spisał się znakomicie,
natomiast Kenijczycy są w ogromnej większości nadzwyczaj przyjaznymi
ludźmi. Najgorzej pod tym względem czuliśmy się w typowo turystycznych
rejonach, gdzie ludzie mają przekonanie, że biały człowiek ma mnóstwo
pieniędzy i prezentów. Znakomita większość z nich odnosiła się do
nas jednak bardzo życzliwie.
Nie należy zapominać, że Kenia jest jednak afrykańskim
krajem, gdzie białego człowieka nie spotyka się zbyt często na ulicy,
a tym bardziej na rowerze (my spotkaliśmy dwóch takich). W związku
z tym, zwiedzanie Kenii na rowerze możemy polecić jedynie bardzo
zdecydowanym osobom, którzy wiedzą co robią i zdają sobie sprawę
z zagrożenia.
Do góry
Trasa
Nasza podróż po Kenii trwała od 27 czerwca do
12 sierpnia. W tym czasie pokonaliśmy 2265 km.

©
2007 Agnieszka Szustak Do góry
Relacja z podróży
Dość
nieswojo może poczuć się biały człowiek, gdy mknie rowerem po Afryce
i widzi jak w kierunku drogi biegnie większy lub mniejszy murzyn
z maczetą, motyką, lub innym narzędziem. Serce skacze do gardła,
chciałoby się uciec jak najszybciej, gdy okazuję się, że ów murzyn
chciał tylko pomachać, przywitać się, zobaczyć, co to za stwór jedzie
drogą koło jego wioski... Oto obraz Kenii jakiego doświadczyliśmy
podczas niemal dwóch miesięcy pedałowania.
Nairobi - Gilgil
Na lotnisko im. Jomo Kenyata w Nairobi przylecieliśmy bladym świtem
21 czerwca. Po krótkiej aklimatyzacji w nowych warunkach i zbieraniu
przydatnych informacji od dobrych ludzi wyruszyliśmy w naszą długo
oczekiwaną podróż. Obraliśmy kurs na Longonot - wioskę/miasteczko,
leżącą na drodze do Naivashy. Pierwsze wrażenia z trasy były bardzo
pozytywne. Ludzie na nasz widok się uśmiechali i machając pozdrawiali.
O ile w Nairobi ulice i domy wyglądały podobnie do tych w Europie,
to na prowincji już tak nie było.
Chaty
z blachy, gliny, wszechobecne śmieci, brud, ubóstwo, ludzie już
nie tak weseli jak ci spotykani na drodze. Nie sprawiało to zbyt
dobrego wrażenia. Podziwiając po drodze fantastyczne widoki ze ściany
Wielkiej Doliny Ryftowej dotarliśmy do wsi Longonot, położonej u
stóp wulkanu o tej samej nazwie. Wg naszego przewodnika miał być
tam jakiś hotelik lub kemping. Spytaliśmy więc miejscowych "ZIPów":
gdzie tu jest kemping? Oni natomiast - nie mniej zszokowani niż
my, niezbyt często, bowiem, widują białych rowerzystów - odpowiedzieli:
tu jest szkoła, tam policja. Cóż... Poszliśmy na policję. Zadaliśmy
to samo pytanie. Ci natomiast zaproponowali nam rozbicie się koło
posterunku! Jako, że nie mieliśmy innej opcji zdecydowaliśmy się
tu zostać. Nie był to posterunek policji w sensie europejskim, a
raczej gospodarstwo policyjne. Policjanci tam mieszkali, paśli owce,
uprawiali jakieś poletko. Od innych gospodarstw we wsi odróżniała
je tylko flaga Kenii powiewająca przed budynkiem posterunku. Jak
się okazało policja w Kenii jest bardzo lubiana przez ludzi.
Drugiego dnia, już trochę oswojeni z panującymi tu warunkami, ruszyliśmy
śmiało w kierunku Parku Narodowego Hell's Gate. Po drodze zahaczyliśmy
o miasto Naivasha. Do Naivashy prowadzi nowiutka, bardzo dobra szosa.
Jednak po zboczeniu na drogę w kierunku Hell's Gate nie mieliśmy
wątpliwości, ze jesteśmy w Afryce. Aczkolwiek nie było jeszcze najgorzej.
Napotykane tuż przy drodze zebry rekompensowały niedogodności podróży.
Zatrzymaliśmy się na kempingu YMCA niemalże pod bramą Parku.
Hell's Gate
Park
Narodowy Hell's Gate jest jednym z niewielu, gdzie można wjechać
rowerem, bądź wejść na piechotę, a to dlatego, że nie ma tam niebezpiecznych
dzikich zwierząt. Są jednak stada zebr, żyrafy, antylopy, guźce,
oraz wielkie bawoły. Te ostatnie potrafią być groźne, trzeba na
nie szczególnie uważać. Jest to niesamowite uczucie tak jeździć
pośród dzikich zwierząt. Jak się okazało parki kenijskie trochę
się różnią od tych które znamy z Polski. Nie ma tu np. drogowskazów,
szlaków i innych elementów ułatwiających turyście poruszanie się
po terenie. Jako prawdziwi geografowie nie mogliśmy sobie pozwolić
na wynajęcie przewodnika, co poskutkowało kilkukrotnym gubieniem
się - mieliśmy jedynie bardzo poglądową mapę.
Oprócz zwierząt w Hell's Gate na uwagę zasługuje wąwóz Njorowa.
Tam, jednak, nawet my musieliśmy przyłączyć się do grupy turystów
z przewodnikiem, bo nie ma tam żadnych wskazówek gdzie iść, by coś
zobaczyć. Jadąc dalej drogą za wąwozem dojechać można do elektrowni
geotermalnej, która zaopatruje 15% Kenii w energię elektryczną.
Crater Lake
Następnie
zwiedziliśmy J. Kraterowe, położone na zachód od J. Naivasha. Występują
tam podobne zwierzęta do tych w Hell's Gate, jednak skupione są
na mniejszym terenie. Inne są tu też krajobrazy. Należy uważać,
aby nie przepłacić za wstęp.
W tym miejscu mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Kemping
na terenie rezerwatu, koło krateru wydaje się być najrozsądniejszym
miejscem do spania w tej okolicy. My jednak zaplanowaliśmy jechać
w kierunku Gilgil i znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotu.
Było ok. 18:30, słońce zachodziło, gdy pewna miła pani sprzątająca
w jednym z domów wynajmowanym bogatym turystom zlitowała się nad
nami i pozwoliła się rozbić na swoim podwórku.
Był
to zdecydowanie nasz najprzyjemniejszy nocleg! Dostaliśmy mnóstwo
ciepłej wody do mycia, chiapatti z warzywami na kolację, mieliśmy
okazję porozmawiać z prawdziwą Kenijską rodziną i poczuć ich wzajemne
ciepło domowego ogniska. Zaskoczyła nas rozmowa z synem owej dobrej
kobiety - można było z nim prowadzić bardzo inteligentne rozmowy.
Pracował on na jednej z licznych farm kwiatów wokół J. Naivasha
i nie potrafił zrozumieć, po co europejczykom tyle kwiatów! Kwiaty
te, bowiem, eksportuje się do Holandii. Przyjął do wiadomości, że
mężczyzna może dać kobiecie kwiaty w prezencie - ale po co jej one!?
- pytał.
Do Gilgil, zamiast ruchliwej szosy A104, wybraliśmy boczną drogę,
która okazała się bardzo ciężka - górzysta, kamienista, a miejscami
piaszczysta. Mimo, iż był to jeden z najtrudniejszych etapów naszej
podróży, obfitował w piękne półpustynne widoki i był, co się rzadko
zdarza, niemal całkowicie pozbawiony ludzi!
Gilgil - Nyahururu - Nakuru
W
Gilgil zatrzymaliśmy się dwa dni w celu odpoczynku. W tym czasie
zwiedziliśmy niezbyt ciekawe muzeum prehistoryczne w Kariandusi,
oraz zjechaliśmy bocznymi drogami nad J. Elementeita. Wspaniale
się ono prezentuje: stosunkowo odludne brzegi, tysiące flamingów,
marabuty, wyłaniające się z wysychającego jeziora błotniste dno.
Następnie ruszyliśmy drogą C77 w kierunku Nyahururu. Zaraz za Gilgil
napotkaliśmy krótki stromy podjazd, natomiast reszta drogi pięła
się lekko, acz systematycznie w górę. Miasto Nyahururu jest najwyżej
położonym miastem w Kenii - ok. 2360 m n.p.m.. Warto w tym miejscu
zobaczyć Wodospady Thomsona - wysokie na 70 m.
Z
Nyahururu obraliśmy drogę B5 do Nakuru. Po drodze mieliśmy minąć
punkt widokowy nad Subukią, na krawędzi Wielkiej Doliny Ryftowej.
Niestety trafiliśmy na słabą widoczność i widzieliśmy jedynie wielkiego
stratusa. Droga do Nakuru systematycznie biegła w dół. Asfalt cały
czas nie dawał powodów do narzekań, a ruch samochodów nie był zbyt
duży. Samo miasto Nakuru - jak większość kenijskich miast - nie
zachwyca. Ograniczyliśmy pobyt tam do zrobienia zakupów i spędzenia
nocy w "ciekawym" hoteliku. Ominęliśmy natomiast Park
Narodowy Jeziora Nakuru. Z pewnością warto go odwiedzić, lecz w
tym celu należy mieć własny samochód, bądź wykupić zorganizowana
wycieczkę. Jezioro to znane jest z ogromnej populacji flamingów.
W latach 90. na skutek zmian w składzie chemicznym wody, spowodowanej
nagłym spadkiem jej poziomu, flamingi przeniosły się nad J. Bogoria.
Kilka lat temu skład wód uległ ponownej zmianie, co zaowocowało
powrotem flamingów.
Nakuru - J. Bogoria
Przed
wyruszeniem w trasę w kierunku J. Bogoria wjechaliśmy na pobliski
krater Menengai, który ma aż 12 km średnicy, a jego wierzchołek
położony jest na wysokości 2278 m n.p.m.. Widok z wierzchołka robi
naprawdę duże wrażenie - ciągnący się po horyzont krater wypełniony
morzem zastygłej lawy.
Następnie jadąc drogą B4 dojechaliśmy do miasta Marigat - był to
jedyny dzień, kiedy przekroczyliśmy dystans 100 km. Asfalt był całkiem
ładny, droga cały czas opadała lekko w dół. Znaleźliśmy się ok.
1000 m niżej - upał zaczął dawać się we znaki. Jadąc dalej na północ
w kierunku J. Baringo napotkaliśmy zerwany most - żadnych ostrzeżeń
na drodze - jakby ktoś nie znał terenu to by prawdopodobnie rozpędzony
wpadł do rzeki. Miejscowi zorganizowali na szczęście błotniste objazdy
i nawet rowerem można było się przeprawić przez bród - jak się okazało,
nasze wodoszczelne sakwy na coś się przydały!
Nad J. Baringo zatrzymaliśmy się we wsi Kampi Ya Samaki, opanowanej
przez natrętnych naganiaczy na wycieczki łódką po jeziorze. Warto
się twardo targować - my zeszliśmy ok. 50% z ceny wyjściowej. Warto
też wiedzieć, że przy wysokim stanie wody jeziora nie ma najmniejszych
szans na zobaczenie hipopotamów.
J. Bogoria
Następnie
pojechaliśmy nad pobliskie J. Bogoria, które stanowi rezerwat narodowy.
Jeszcze parę lat temu zamieszkiwała tam wielka populacja flamingów
znad J. Nakuru. Jednak na skutek zmian w składzie chemicznym wód
J. Nakuru wróciły na swoje pierwotne siedlisko. We wiosce przy bramie
do rezerwatu wciąż widać czasy dawnej świetności hotel i restauracje
mogące przyjąć bardzo dużo turystów podczas gdy teraz byliśmy jednymi
turystami, którzy zatrzymali się tam na noc. Oprócz nas spotkaliśmy
w rezerwacie dwa busy z turystami, którzy prawdopodobnie wpadli
tu po drodze nad J. Turkana, znajdujące się na północy Kenii. W
rezerwacie oprócz niegroźnych dzikich zwierząt, podobnych do tych
w Hell's Gate, warto zobaczyć gejzery i gorące źródła, tworzące
niezwykłą atmosferę tego miejsca.
Nad J. Bogoria złapaliśmy po jednej dziurze w dętce - jak się później
okazało, były to jedyne złapane "gumy" na naszej wyprawie.
J. Bogoria - Kakamega - Kisumu
Z
J. Bogoria, położonego ok. 1000 m n.p.m. podjechaliśmy drogą C51
do miasta Kabarnet, które znajduje się na wysokości ok.2000 m n.p.m..
Droga była mało ruchliwa i wyłożona stosunkowo gładkim asfaltem,
tak więc podjazd nie należał do najgorszych. Następnego dnia zjechaliśmy
do Kerio Valley z malowniczą, wkopaną w kamienisty kanion rzeką
Kerio (wys. 1100 m n.p.m.), po czym pokonaliśmy morderczy podjazd
na skarpę Elgeyo, do miasteczka Iten (wys. ok. 2300 m n.p.m.). Po
drugim dniu
takich "ćwiczeń" mieliśmy już naprawdę dosyć. Właściciel hoteliku,
w którym nocowaliśmy, gdy dowidział się, że przybyliśmy tu z Kabarnetu,
był w szoku i jednocześnie pełen podziwu. Dalsza droga do miasta
Eldoret biegła delikatnie w dół po terenie nie bardziej ciekawym
niż Mazowsze. Spotkaliśmy tu kilku trenujących lekkoatletów, oraz
jednego prawdziwego kolarza. Jak się później dowiedzieliśmy w tych
okolicach często ćwiczą światowej sławy sportowcy - wysoki poziom
terenu i niskie ciśnienie pozwala im osiągać dużo lepsze wyniki
na zawodach, które odbywają się na nizinach. Za Eldoretem ludzie,
których było mnóstwo, przestali nas pozdrawiać, stali się jakby
niemili. Tereny te zamieszkuje plemię Nandi, z którego się wywodzi
obecny prezydent, oraz które nie jest zbyt przychylne białym, czego
doświadczyliśmy na własnej skórze. Na szczęście skończyło się jedynie
na braku okazywania na nasz widok entuzjazmu.
Kakamega
Do
Kakamegi dostaliśmy się boczną gruntową drogą, wiodącą przez deszczowy
las równikowy. Na pierwszy rzut oka las wyglądał podobnie do naszych
polskich lasów, jednak po zboczeniu z drogi, wyraźnie widać, że
jest to las równikowy. Miasto Kakamega zrobiło na nas naprawdę pozytywne
wrażenie - wszędzie chodniki ułożone z płyt chodnikowych, całkiem
ładne domy, a wzdłuż głównej ulicy biegnie asfaltowa ścieżka rowerowa,
na której tworzą się od czasu do czasu korki rowerowe. Głównym środkiem
transportu publicznego
w zachodniej Kenii jest bowiem "boda-boda", czyli taksówki rowerowe.
W Kakamedze było ich chyba najwięcej. Nieopodal miasta znajduje
się Rezerwat Narodowy Lasu Kakamega W rezerwacie znajduje się pole
kempingowe, gdzie za stosunkowo niewielką opłatą, można rozbić namiot.
Dzięki temu można bez trudu wybrać się na lekką wędrówkę po lesie,
obserwować charakterystyczne dla lasu równikowego rośliny i zwierzęta.
Warto też wstać przed świtem, by podejrzeć budzącą się do życia
przyrodę.
Droga A1 do Kisumu daje znać, że jest się w Afryce - chropowaty
asfalt i dziura na dziurze! Do tego całą drogę ciągną się wsie przechodząc
jedna w drugą - taka wielka globalna wioska. Do Kisumu warto dojechać
trochę wcześniej, by znaleźć dobry nocleg - jest to jedno z najbiedniejszych
miast Kenii i chodzenie po nim wieczorem nie należy do przyjemności.
W dzień natomiast miasto sprawia wrażenie całkiem szczęśliwego,
zwłaszcza centrum.
Kisumu - Kisii
Zanim
opuściliśmy Kisumu, odwiedziliśmy zachwalany w przewodniku Hippo
Point - być może byliśmy poza głównym sezonem, ale widok tam zastany
nie zachęcał do zostania tam nawet chwili - brudno, pełno śmieci,
błota, jakaś rozgrzebana budowa - w dodatku było pochmurno i szaro.
Ale za to ujrzeliśmy największe jezioro świata w pełnej okazałości
- Jezioro Wiktorii. Czym prędzej udaliśmy w dalszą drogę wzdłuż
brzegu jeziora. Zwiedziliśmy rejony Homa Bay i zatrzymaliśmy się
nieopodal miasteczka/wioski Mbita, skąd mieliśmy dobry punkt wypadowy
na wyspę Rusinga. Jadąc dalej wzdłuż brzegu jeziora droga
była okropna - gruntowa, górzysta, a czasem bardzo kamienista. Nieopodal
Parku Narodowego Ruma spotkaliśmy na drodze żyrafy! Jadąc rowerami
wśród żyraf czuliśmy się jak pierwotni odkrywcy Afryki. Po kilkudniowej
przeprawie przez te trudno dostępne rejony osiągnęliśmy rybacką
wioskę Karunga, gdzie odbiliśmy drogą C18 na zachód w kierunku Kisii.
W tym miejscu zaczął się asfalt, a raczej to co z niego zostało
- w 2/3 droga składała się z dziur. Na szczęście po wyjechaniu na
główną szosę (A1) wielkie dziury się skończyły, zaczęły się za to
wielkie ciężarówki mknące do Tanzanii - szczęśliwie nie w wielkiej
ilości.
Dojechaliśmy do malowniczo położonego pośród upraw herbaty miasta
Kisii - jednego z gorszych miast na naszej trasie - ludzie jakoś
strasznie nie przyjemni, w dodatku straszny tłok, brud i hałas.
Uciekliśmy stamtąd jak najszybciej.
Kisii - Narok
Okazało
się, że znów mamy do czynienia z "globalną wioską", czyli po horyzont
ciągnące się domostwa, wszędzie ludzie, brak możliwości zatrzymania
się w celu odpoczynku, posilenia na łonie natury. Tego nam chyba
najbardziej brakowało - spokoju. Zawsze byliśmy w centrum zainteresowania.
W każdej wiosce wywoływaliśmy sensację. Trzeba było na jakiś czas
zapomnieć o anonimowości. Droga B3 między miejscowościami Sotik
a Narok miała być jedną z najgorszych na naszej trasie - zarówno
wg naszej mapy jak i przewodnika. Okazało się, że jest wyłożona
nowiutkim asfaltem z poboczem. W dodatku ruch samochodów na tej
drodze prawie nie istnieje. Planowaliśmy tę drogę na 3 dni, jednak
zrobiliśmy ją w 1,5. Dodatkową niespodzianką było to, że nowa droga
nie do końca pokrywa się ze starą, gruntową. Jakoś sobie jednak
poradziliśmy - z pomocą przyszli nam strażnicy z posterunku przy
czymś w rodzaju siedziby starostwa, którzy pozwolili nam rozbić
namiot koło swojej budki. Międzyczasie zmieniliśmy też krajobraz
z herbaciano-górzystego na stepowo-masajski.
Następnego dnia dotarliśmy do Narok. Jest to ostatnie miasto na
trasie Nairobi - Masai Mara, więc każda wycieczka safari zatrzymuje
się tu na lunch, w celu kupienia pamiątek, lub po benzynę. Skutkuje
to w mocno wygórowanych cenach - zarówno noclegów jak i posiłków
w knajpach. Wybraliśmy się tu wczesnym wieczorem na piwo do pubu.
Prawdą okazały się informacje w przewodniku, że Masajowie chodzą
na co dzień w swoich tradycyjnych czerwonych kocach. Widzieliśmy
niejednego takiego, lekko zataczającego się przy barze - dość zabawny
widok.
Narok - Nairobi
Dalsza
część drogi B3 okazała się być podczas gruntownego remontu. Naprawdę
jechało się ciężko - mnóstwo pyłu, ciężarówek, busików safari...
Tylko robotników i maszyn mogłoby być więcej. Przebudowa, nawet
w porównaniu do tych, które znamy z Polski, szła nad wyraz niemrawo.
Przy drodze tej napotkaliśmy dużo Masajów - zarówno takich z dziurami
w uszach i czerwonych kocach, jak i bez dziur i w normalnych koszulach,
oraz wszelkie inne kombinacje ubiorów. Zauważyliśmy, że ci starsi
prawie zawsze pozwalają się fotografować, natomiast młodzi - niezależnie
czy ubrani tradycyjnie, czy nie - zawsze chcą pieniędzy. Jest to
skutek dużej ilości turystów przejeżdżających przez te rejony. Zatrzymaliśmy
się u stóp wulkanu Suswa we wiosce o tej samej nazwie, przy posterunku
policji. Tutejsi policjanci byli nad wyraz mili i pomocni. Dało
się z nimi normalnie porozmawiać, dali nam też trochę wody z prywatnych
zapasów na drogę i - co może dziwić - odmówili zapłaty!
Parę
kilometrów za Suswą odbiliśmy na gruntową drogę w kierunku Ngong,
leżącego na przedmieściach Nairobi. Niestety nasza mapa po raz kolejny
zawiodła - drogi na niej i w rzeczywistości nie do końca się pokrywały.
Zawiedli nas także miejscowi, którym chyba duma nie pozwala się
przyznać, że czegoś nie wiedzą. Jak pytaliśmy czy ta droga prowadzi
do Ngong, zawsze odpowiadali twierdząco. Jak spytaliśmy o jakieś
miasteczko, którego nazwy nie znali, to odpowiadali, że leży tam,
za górą. Ale nikt nie powiedział "nie wiem". W ten sposób zrobiliśmy
ekstra 20 km po sawannie w pyle i upale. Naszym pierwszym błędem
na tej trasie było zapytanie o kierunek na rozstaju dróg kobiety
- niestety, ale kenijskie kobiety nie bardzo się orientują. Jedna
nawet się twardo upierała, że nam pokazała dobrą drogę i że innej
nie ma - podczas gdy trzeba było wrócić parę metrów i była inna...
Niektóre kobiety znają prawdopodobnie tylko drogę od domu do źródła
wody, lub na pole i z powrotem. Niestety. Jeszcze długa droga, jeśli
chodzi o rozwój cywilizacyjny przed Kenią. Mimo
kłopotów z lokalizacją na tej drodze, był to jeden z najciekawszych
dni naszej podróży. Spotkaliśmy mnóstwo nieskażonych turystyką ludzi,
zebry i żyrafy z dala od parków narodowych i ponownie wdrapaliśmy
się na ścianę Wielkiego Rowu, co wiąże się z niesamowitymi widokami.
Następnego dnia dotarliśmy w końcu do Ngong - miasto sprawia wrażenie
zdecydowanie bogatszego od wszystkich innych miast mijanych po drodze.
W panoramie widzianej ze wzgórza widać dużo dachów krytych dachówką,
jakieś ogrody, płoty - coś od czego już dawno się odzwyczailiśmy.
W końcu minęliśmy granicę Nairobi, przejazd nieopodal wielkich slumsów
z widokiem na bogate, biznesowe centrum z wieżowcami, mały odpoczynek
w reprezentacyjnej części miasta w Uhuru Park (Park Niepodległości)
i zaraz byliśmy z powrotem w naszej "bazie" po drugiej stronie miasta.
Mieliśmy szczęście, że dotarliśmy do celu w niedzielę - ruch był
zdecydowanie mniejszy niż w ciągu tygodnia. W ten sposób zakończyliśmy
pierwszą część naszej podróży.
Wybrzeże
Po
krótkim odpoczynku i rozeznaniu, co do wyjazdu nad morze przetransportowaliśmy
się autobusem do Mombasy. Główne miasto wybrzeża przywitało nas
realnie tropikalnym upałem - nie ma czym oddychać, cali spływamy
potem. Krajobraz zdecydowanie się tu różni od tego w głębi kraju
- mnóstwo palm, baobaby, ludzie jakby bardziej wyluzowani. Przespacerowaliśmy
się wieczorem po starym mieście, które wygląda trochę inaczej niż
te znane z Europy. Minęło trochę czasu zanim się zorientowaliśmy,
że cały czas chodzimy po nim. W ogóle, był to chyba pierwszy raz,
kiedy mogliśmy bezpiecznie przejść się po zmroku po mieście w tym
kraju. Po zmroku na miasto wychodzą kobiety czakrach, które za dnia
zwykle siedzą w domach. Widok miasta pełnego zasłoniętych od stóp
do głów kobiet sprawia mocne wrażenie. Cały następny dzień spędziliśmy
na zwiedzaniu Mombasy. Warto zobaczyć Fort Jesus (choć cena jest
trochę wygórowana), gaj baobabów i przespacerować się po prostu
po mieście, które jest bardzo specyficzne. Na uwagę zasługuje tutejsza
kuchnia Suahili - można zjeść całkiem tanio i bardzo smacznie.
Diani Beach
Następnie
udaliśmy się na południe w kierunku Diani Beach. Po drodze zboczyliśmy
do Shimba Hills, gdzie dzięki uprzejmości znajomych, mieliśmy możliwość
rozbicia namiotu na 350 metrowej skarpie z przepięknym widokiem
na Rezerwat Słoni Mwaluganje. Coś fantastycznego! Oglądać słonie
z góry, malutkie jak ziarnka maku...
Diani Beach swoje czasy świetności ma już za sobą. Rafa koralowa,
która ciągnęła się ok. 300 m od brzegu w ostatnich latach obumarła
na skutek ocieplenia się wody w oceanie. Za nią obumarło już kilka
hoteli w okolicy. Pozostali tylko nachalni naganiacze na plaży,
tzw. "Beach Boys". Nie warto się pisać na żadną z ich wycieczek.
Lepiej włożyć sandały, maskę i przespacerować się na resztki rafy.
Arabuko Sokoke
Następnie
w dwa dni przejechaliśmy trasę do lasu Arabuko Sokoke. O tej porze
roku wieje tam południowy wiatr, więc nie sprawiło nam to żadnych
trudności. Arabuko Sokoke to deszczowy las równikowy. Niegdyś całe
wybrzeże Afryki Wschodniej było nim pokryte. W skrawku, który się
tu ostał stworzono park narodowy. Park nie nadaje się za bardzo
na wycieczki rowerowe - większość dróg pokrytych jest grząskim piaskiem
- przez większość czasu musieliśmy prowadzić nasze rowery. Niedaleko
lasu znajdują się ruiny miasta Gedi. Wejście w przystępnej cenie
- naprawdę warto! Ruiny są bardzo tajemnicze i można się poczuć
miejscami trochę nieswojo. Miasto Gedi prosperowało bardzo dobrze
od XIII do XVII w., handlując m.in. z Chinami, Indiami, Hiszpanią,
a także Wenecją. Mimo, iż od XV w. w odległej o 15 km Malindi stacjonowała
flota Portugalska Vasco da Gamy, nie pozostały żadne zapiski na
temat miasta Gedi. Nigdy nie zostało do końca wyjaśnione, dlaczego
zostało opuszczone.
Watamu
Na
koniec odwiedziliśmy Watamu - typowy nadmorski kurort, a jednak
zachował coś ze swojego pierwotnego klimatu wioski rybackiej. Na
plażę w Watamu zakaz wstępu mają "Beach Boys", dzięki czemu naprawdę
można tam odpocząć - tak też uczyniliśmy. Wybraliśmy się także na
nurkowanie z rurką na przepiękną rafę koralową - coś fantastycznego!
Feeria barw, ryby wszelkiej maści i rozmiaru! Czuliśmy się, jakbyśmy
oglądali National Geographic na żywo! W ramach tej samej wycieczki
zwiedziliśmy lasy mangrowe w pobliskiej zatoce Mida. Na tym zakończyliśmy
naszą rowerową podróż po Kenii. Wsiedliśmy w autobus w Malindi,
który zawiózł nas do Nairobi. Trzeba przyznać, że nocna jazda autobusem
przysporzyła nam całkiem sporo adrenaliny.
Safari
Czym
byłaby podróż do Kenii bez safari? Wybraliśmy się więc na profesjonalnie
zorganizowaną wycieczkę do rezerwatu Masai Mara. Rezerwat ten jest
jedynie skrawkiem wychylającego się za granicę tanzańsko-kenijską
parku Serengeti. Jak widać natura nie zna granic. Jakoś nie przypadł
nam do końca do gustu rytm zwiedzania narzucony przez organizatorów
- ale widać większość turystów tak lubi. Jak dla nas za dużo przystanków
na posiłki i pamiątki, za dużo bezproduktywnego siedzenia w obozie,
a za mało jeżdżenia po parku i podziwiania zarówno zwierząt, jak
i ciekawostek geograficznych. O tych drugich przewodnicy chyba nie
wiedzą za dużo. Czasem mieliśmy wrażenie, że przyjechaliśmy tylko
zaliczyć to lwa, to słonia, to geparda... No może też - ale czasem
fajnie tak poobserwować jak to się wszystko odbywa w naturze. Tak
więc jeśli ktoś ma możliwość niech wynajmuje samochód i jedzie tam
na własną rękę! Oczywiście przewodnik może być bardzo przydatny
- zgubić się w gąszczu dróżek i ścieżynek w Masai Mara nie jest
trudno.
Naturalnie, mimo tych wszystkich rzeczy, zdecydowanie warto się
wybrać na taką wycieczkę! Zwłaszcza w lipcu/sierpniu, gdy wielkie
stada antylop gnu migrują z Serengeti w Tanzanii do Masai Mara.
Ciężko było uchwycić taki kadr, by nie było tam ani jednego zwierzęcia!
Zawsze w zasięgu wzroku mieliśmy jakąś antylopę, zebrę, żyrafę,
nierzadko lwa, geparda czy słonia. Dzięki tym stadom gnu zobaczenie
lwa czy geparda, posilającego się jedną z antylop było całkiem łatwe
- po drugim dniu wręcz spowszedniał nam ten widok. Dzięki gnu, o
tej porze roku w Masai Mara jest również mnóstwo turystów, mnóstwo
busików i terenówek. Trudno jest poczuć to, co czuliśmy podróżując
na rowerze, niemalże sam na sam z naturą. Ale takie to już uroki
zorganizowanych safari
Do góry
.
Oficjalna strona naszej WWW wyprawy
Więcej
o naszej wyprawie do Kenii, informacje praktyczne, porady, a także
mnóstwo zdjęć zobaczycie na naszej oficjalnej stronie:
http://www.platki.waw.pl
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|