:: Relacja
Patagoński początek
Czasem
marzenia się spełniają. Coyhaique. Kruczowłosa dziesięcioletnia
Mila chyba nie do końca rozumie, co przed chwilą powiedziałem. -
To prezent dla ciebie - powtarzam, pokazując palcem oparty o drzewo
niebieski rower marki Oxford. Niewymuszony uśmiech dziecka wystarczył
za odpowiedź. Zrozumiała.
Dwa tygodnie wcześniej rozpocząłem rowerową przejażdżkę po Chile,
jadąc z Puerto Montt na południe, pedałując na trochę przymałym,
pozbawionym przerzutek rowerze, kupionym za równowartość trzystu
złotych. Przejechawszy wyspę Chiloe, wróci łem
promem z Quellon na stały ląd, aby kontynuować jazdę trasą zwaną
Carretera Austral, jedną z najbardziej malowniczych a zarazem wymagających
i stanowiących duże wyzwanie dla rowerzystów dróg w Chile. W przeważającej
części jest to jeszcze szutrówka, choć za kilka lat będzie zapewne
na całej długości pokryta asfaltem.
Pokonując kolejne kilometry w upalne, wilgotne popołudnia, pchając
rower na stromych podjazdach, żałowałem, że nie zabrałem własnego
jednośladu. Z drugiej strony, patrząc na spotykane raz po raz grupki
autostopowiczów, cieszyłem się, że mogę przemierzać Patagonię we
własnym tempie, nie będąc skazanym na łaskę i wyrozumiałość z rzadka
pojawiających się kierowców. Oczarowany krajobrazem i gościnnością
mieszkańców, postanowiłem wrócić do Ameryki Południowej w wakacje,
kiedy na półkuli południowej panuje zima, tym razem jednak już z
własnym rowerem.
Moja wioska moim światem
Pierwsze
tygodnie spędziłem w Argentynie, przejechawszy w zimowej scenerii
tunel Los Libertadores. Za Uspallata skręciłem na północ, wybierając
mało uczęszczane drogi, nocując w niewielkich, malowniczych wioskach
z domami z cegły adobe, poznając ludzi, a może raczej mijając ich,
poprzez przypadkowe spotkania, strzępy rozmów, podpatrzone codzienne
czynności, jak choćby pieczenie chleba przez osiemdziesięcioletnią
kobietę w przydomowym piecu.
- Pojadę do miasta, pieczywo sprzedam, buty nowe trzeba kupić -
mówi - i jeszcze wystarczy na baterie do radia - dodaje, bo prądu
na tym pustkowiu nie ma. Nigdzie nie była, najdalej w Salta, niecałe
sto kilometrów stąd, ale nigdzie indziej pojechać by nie chciała.
- Po co? - odpowiada, kiedy pytam dlaczego. - Tu mam wszystko. Spokój,
rodzinę, dom, zresztą, tengo miedo, boję się.
- A do Polski nie chciałaby pani?
- Do Polski? A piece do chleba macie?
- Nie mamy - odpowiadam. - No to senor widzi, po co ja tam miałabym
jechać? Nawet pieców nie macie.
Zwiedziłem inwentarz, gdzie kurę (gallina) nazwałem ciastkiem (galleta)
i dowiedziałem się, że oink, oink to świńskie chrum chrum po hiszpańsku.
- Jak wrócisz za tydzień, to spróbujesz boczku - powiedziała staruszka.
- Y que te vaya bien, dobrej drogi - dorzuciła na pożegnanie.
Dobre rady i święty spokój
Za
Calingasta, przez malowniczy wąwóz Quebrada de las Burras, dojeżdżam
do słynnej drogi Ruta 40 i dalej kieruję się na północ, w stronę
Boliwii. Przed Jachal zatrzymałem się na uzupełnienie kalorii z
kupionymi w pobliskim sklepie parówkami i chlebem. Zatrzymuje się
przy mnie jakiś dziadek
- Dokąd jedziesz? - pyta.
- Do Boliwii - odpowiadam. - Ooo, daleko, bardzo daleko. - Chwila
milczenia. Zsiada z roweru, siada obok mnie.
- Pamiętaj, jak będziesz zmęczony, to pedałuj równomiernie i licz
raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy i wtedy się nie zmęczysz. Raz dwa
trzy ,raz dwa trzy. Pokażę ci. - I oddalił się na swoim rozsypującym
się już rowerze. Zgadzam się, myślę. Należy zrezygnować z przestrzeni
fizycznych i zamieszkać w przestrzeni wyobraźni. Raz d wa
trzy, raz dwa trzy.
Za Jachal nocuję w małej wiosce Cienaga, gdzie zatrzymuję się przy
nieczynnym w zimę campingu. Okazuje się, że opiekuje się nim mieszkająca
w pobliżu rodzina. Pełen luksus - był i kibelek i stoliki i dobre
miejsce na rozbicie namiotu i nawet ciepła woda mogłaby być, gdyby
tylko senor sobie życzył. Senor jednakże chciał tylko trochę świętego
spokoju i odrobiny wody do makaronu. Jednego i drugiego dostał w
nadmiarze. Tubylcy nie tylko nie wyrazili wieczorem żadnego zainteresowania
moją osobą, ale schowali się na dobre w swoim domku z adobe i zobaczyłem
ich dopiero następnego dnia po wschodzie słońca. Cóż za miła odmiana
po pedałowaniu po Azji.
- To ile mam zapłacić za nocleg? - pytam następnego dnia. - Ile
senor da, ile chce zostawić, tyle będzie dobrze.
Czarne błogosławieństwo na zimne noce
Przed
Guandacol zatrzymał mnie patrol policyjny. Potrzebne papiery na
rower.
- Jakie papiery?? - pytam przerażony.
- Noo, numer rejestracyjny i jakieś dokumenty - dowiaduję się od
postawnego policjanta. Jakoś dogadaliśmy się odnośnie moich danych
personalnych, ale pan ciągle upierał się, aby mu podać numer rejestracyjny
roweru.
- 666 - mówię i widzę, że policjant skrupulatnie wpisuje markę roweru
z ramy, dodając obok 666. - Y que te vaya bien - dorzucił, jak wsiadałem
na rower. No to teraz już żadne złe duchy i przeciwności losu mi
niestraszne, pomyślałem. Miałem czarne błogosławieństwo na drogę.
Za Cafayate droga odbiła lekko na zachód i po strasznych wybojach
jechałem w stronę przełęczy Abra del Acay, leżącej na wysokości
4895 m.n.p.m. Nie byłem jeszcze dobrze zaaklimatyzowany i wjazd
na przełęcz był niebywale wyczerpujący, również ze względu na przeszywający
mróz. Zanocowałem bardzo blisko samej przełęczy i nad ranem temperatura
w namiocie spadła do minus siedemnastu stopni. Zapomniałem włożyć
butelkę z wodą do śpiwora, więc rano na śniadanie miałem płatki
i mleko w proszku ze śliną.
Wyśpiewana droga do Chile
W
San Antonio de Los Cobres zatrzymuję się w najtańszym w miasteczku
hospedaje, w pokoju bez okien, ale z wygodnym łóżkiem, przykrytym
siedmioma kocami. Do wieczora grzeję się w pieleszach. Rano idę
na zakupy, aby zrobić zapasy na kilkudniową przeprawę do San Pedro
de Atacama. Wszystkie sklepy pozamykane, a jest już po dziewiątej.
Stoję, przytupuję z zimna - nikogo na ulicach. O, wreszcie zbliża
się jakaś pani, zapytam.
- Nie wie pani, o której sklepy otwierają? - zagaduję - Ooo, dzisiaj
mucho frio, bardzo zimno - odpowiada. - Później otworzą, j ak
się cieplej zrobi - dodaje.
- A skąd jesteś? - pyta. - Z Polski. - Ojej, jak daleko. A po co
przyjechałeś do San Antonio? - Bo to po drodze do Chile, a teraz
wracam do Chile. - Do Chile? - dziwi się - to strasznie daleko.
A jak ty tam chcesz dojechać, samochodem? - Nie, rowerem. - O, to
może czapkę chcesz kupić albo rękawiczki? - i szybko sięga do torby,
wyciągając kilka par. - Nie, mam już czapkę i rękawiczki. - To może
szalik? - Nie, też mam. - Aaa, to na razie - i odwróciwszy się na
pięcie, poszła w swoją stronę. Sklepy otworzyli dopiero po jedenastej.
Za San Antonio de Los Cobres odbijam na zachód i wracam do Chile
przez przełęcz Sico. Droga była potwornie ciężka - stromo pod górkę,
do tego silny, porywisty wiatr zachodni, momentami uniemożliwiający
jakąkolwiek jazdę. Przeszywające zimno. Piasek wciskający się dosłownie
wszędzie. Pchanie roweru, przerwa na złapanie oddechu, czasem jazda
z prędkością dochodzącą w porywach do dziesięciu kilometrów na godzinę.

W muzeum w San Pedro de Atacama oglądam film o Indianach Shipibo
i ich geometrycznych wzorach, wyszywanych na tkaninach, które potem
można wyśpiewać. Już podczas wyszywania układa się do nich melodię.
Pomyślałem, że chciałbym, aby moja droga ułożyła się w taki wzór,
kiedy jadę, który można potem nie tyle wyśpiewać, ile
opowiedzieć,
poprzez słowa i zdjęcia.
Z ciastkami na szczyt
Tydzień
później jestem w przygranicznej dziurze zabitej torami, czyli w
Ollague, gdzie próbuję wjechać na wulkan Aucanquilcha. Na szczęście
przyjechałem tam z zapasami, bo okazało się, że dwa sklepy w miasteczku
są zamknięte i szanse na zrobienie zakupów właściwie żadne. Nocowałem
w hospedaje "Brin Bran", prowadzonym przez przygłuchego
dziadka - El Veterano i jego niedowidzącą żonę. W cenie noclegu
wliczone śniadanie. Przychodzę z rana z pustym brzuchem, licząc
na ciepły, w miarę obfity posiłek. Niestety, tylko jedna bułka.
- Czy mógłbym kup ić
więcej chleba?
- Ile? - pyta El Veterano - Dwa, trzy?
- Osiem - odpowiadam, gdyż zamierzałem resztę zabrać na drogę.
- Osiem! - Wykrzykuje pan i marszczy brwi. Wychodzi na zaplecze,
skąd dobiegają mnie strzępy konwersacji. - Chłopak chce osiem chlebów!
- krzyczy do żony staruszek. Nie dosłyszałem, co odpowiedziała małżonka,
ale pan wrócił za chwilę i mówi, że nie ma chlebów, ale są ciastka.
- No dobrze, wezmę dziesięć paczek - odpowiadam zrezygnowany.
W ramach klimatyzacji wchodzę na wulkan Ollague, by następnego dnia
zacząć podjazd na Aucanquilcha. Do picia i gotowania zabrałem dziewięć
litrów wody - na trzy dni. Na mycie i pranie już chyba nie wystarczy,
pomyślałem. Pierwszy nocleg po opuszczeniu Ollague spędziłem na
wysokości 4800 m.n.p.m. Do tzw. Campam ento,
znajdującego się na wysokości 5340 m.n.p.m., dotarłem drugiego dnia
w południe. Późnym popołudniem 'wjechałem' jeszcze po bardzo piaszczystej
drodze na wysokość 5700 m.n.p.m. Zostawiłem tam rower z kilkoma
niezbędnymi rzeczami i zszedłem na nocleg do namiotu. Rankiem temperatura
minus dwadzieścia stopni. Tym razem wodę trzymałem już w śpiworze,
więc miałem na czym ugotować płatki na mleku i kakao. Oddychało
się bardzo ciężko, nie było mowy o szybszym marszu, powolne, miarowe
kroki i długie przerwy na wyrównanie oddechu. Po godzinie doszedłem
do miejsca, gdzie zostawiłem rower i dalej kontynuowałem 'jazdę',
a raczej pchanie, gdyż droga była tak zapiaszczona, że zupełnie
wykluczała pedałowanie.
Po kilku godzinach marszu dalszy spacer z rowerem stał się na tyle
niebezpieczny, że porzuciłem myśl o wniesieniu go na wierzchołek.
Zjechałem do Ollague jeszcze tego samego dnia, by dowiedzieć się
w hospedaje, że droga na szczyt prowadziła z drugiej strony, niż
ta, którą podjeżdżałem. Niewypowiedziany żal, smutek, złość, niemoc,
wielkie rozczarowanie. Po kilku godzinach rozpamiętywania, co by
było gdyby
i tak dalej, postanowiłem, że wracam na górę.
Bez roweru nie wchodzę
Z
nowym zapasem ciastek i wody ruszam przed południem na szczyt, z
ogromną determinacją i wolą walki. Ponieważ byłem już dobrze zaaklimatyzowany,
postanowiłem pokonać prawie dwa kilometry przewyższenia w jeden
dzień i rozbić obóz w Campamento. Docieram tam późnym wieczorem
i decyduję się jeszcze na spacer w stronę szczytu. W zupełnych już
ciemnościach, pod nieprawdopodobnie gęsto rozgwieżdżonym niebem,
wnoszę rower na 5700 m.n.p.m., by wrócić po niego następnego dnia.
Po kilku godzinach wyczerpującego marszu droga się urwała i musiałem
rower nieść na plecach. Ostatnie sto metrów dzielące mnie od szczytu
wypełniło rumowisko skalne, po którym nie miałem już sił i ochoty
ciągnąć ze sobą roweru. Znajdowałem się na 6070 m.n.p.m. Przyszło
mi do głowy, że cały ten wysiłek jest zupełnie bez sensu i kiedy
wyobraziłem sobie, że ktoś z boku stoi i przygląda mi się, jak po
kamieniach wchodzę na szczyt z rowerem na plecach, zacząłem się
głośno śmiać a cały ten pomysł wniesienia jednośladu na wierzchołek
wydał mi się idiotyczny. Z perspektywy ciepłego pokoju i wygodnego
fotela, w którym teraz siedzę, widzę to inaczej i oczywiście żałuję,
że nie wszedłem tych ostatnich stu metrów, ale wtedy miałem już
dosyć i, obraziwszy się na górę, że urwała mi drogę na szczyt, abym
mógł tam spokojnie wejść z rowerem, zupełnie zrezygnowałem z wchodzenia.
Z rowerem się nie da, to w ogóle nie wchodzę, pomyślałem.
Podróż solą ziemi, rower solą życia
Za
Ollague zmieniam kierunek jazdy i pchany przez zachodnie wiatry
po boliwijskich wybojach, dojeżdżam po trzech dniach do Uyuni. Kilka
dni odpoczynku przed czekającymi mnie pustymi, białymi przestrzeniami
salarów - słonych jezior, po których zimą można bezpiecznie przejechać,
z nieodpartym wrażeniem bycia na lodowej pustyni. Biało dookoła,
gdzieś na horyzoncie majaczą zamglone szczyty. Zimno, wiatr, zmęczenie,
krótki oddech, wszystko to nieistotne, przestaje być ważne. Odpoczynek
w namiocie i ciepłym, puchowym śpiworze. Bezruch, jak co wieczór,
kiedy już zajmie swoje miejsce cisza. Pustka wokół, pełnia we mnie.
Szczęścia.
W wiosce Coipasa nie ma restauracji ani baru, ale pani ze sklepu,
który otworzyła tylko dla mnie, może coś ugotować, jeśli chcę. Zadowoliłem
się konserwą i chlebem. Rozsiadłem się na niedużym placyku, gdzie
przysiadł się do mnie postawny, barczysty mężczyzna.
 -
A po ile w Polsce kilo soli? - Dwa dolary, mówię. - Dwa dolary!!
Jadę! Daleko do tej Polski? Załaduję ciężarówkę solą i wrócę bogaty!
Tutaj całe jeziora soli, po horyzont!
W Sabaya dzień przerwy. Stamtąd kilka dni do Tambo Quemado. Pani
ze straganu domaga się, abym zapłacił jej za zdjęcia, które robię
budynkom.
- Ale przecież pani nie fotografuję - mówię.
- Ale ja tam mieszkam i trzeba zapłacić! - ona na to.
Cwana jest. Mówi, że potem sprzedam te zdjęcia i zarobię, bo mam
dobry, duży aparat. Forsy nie dostała, ale zrobiłem na jej straganie
duże zakupy i jakoś dogadaliśmy się, choć nie wyglądała na w pełni
usatysfakcjonowaną.
Z Boliwii przez przełęcz Tambo Quemado wracam do Chile. Dziewięć
tygodni w podróży, prawie cztery tysiące przejechanych kilometrów,
setki spotkań, milion wrażeń. 'Prawdziwie odkrywcza podróż nie polega
na poszukiwaniu nowych pejzaży, lecz na otwieraniu oczu na nowo'
pisze M. Proust. Czekam na następną podróż. Gdzieś przeczytałem,
że podróżowanie to ciężka choroba. Mam nadzieję, że nieuleczalna.
Do góry
:: Informacje praktyczne
Transport - Samolot
Leciałem liniami SwissAir za 4000 zł. Do tego osiemdziesiąt euro
(w jedną stronę) za przewóz roweru, niezależnie od wagi jednośladu.
SwissAir wymaga, aby rower był zapakowany w pudło.
W Chile nie miałem żadnych problemów z przewiezieniem roweru samolotem.
Linie Aerolineas del Sur nawet nie pobrały dodatkowej opłaty. Na
odcinku Iquique-Santiago de Chile zapłaciłem niecałe 300 zł.
Wizy i pozwolenia:
Aby wjechać do Chile, Argentyny lub Boliwii, obywatele Polski potrzebują
jedynie ważny paszport, wizę w formie stempelka i małego papierka
(w przypadku Chile należy pamiętać, aby zachować go do chwili wyjazdu
z kraju) dostaje się na granicy właściwie od ręki. Do Chile nie
można wwozić artykułów pochodzenia zwierzęcego, ani świeżych owoców.
Przy wjeździe od strony Boliwii pamiętać, aby wyjąć z bagażu liście
koki, jeśli się takowych używało na polepszenie samopoczucia na
boliwijskim Altiplano. W Boliwii są legalne. Należy też uważać na
terenach przygranicznych pomiędzy Chile i Boliwią, ponieważ zdarza
się, że tereny są zaminowane, o czym ostrzegają odpowiednie znaki.
Do wymienionych powyżej krajów nie są wymagane żadne szczepienia.
Noclegi:
Nocowałem właściwie prawie cały czas w namiocie, a ze znalezieniem
miejsca na rozbicie się raczej nie było problemu. Problem był z
wodą, o myciu można przez kilka dni zapomnieć, kilka litrów zabieranego
płynu zużywałem do picia, a nie mycia. W miasteczkach są miejsca,
gdzie można znaleźć nocleg pod dachem, tak zwane hospedajes, ale
i tak dobrze mieć ze sobą ciepły śpiwór. Spałem w bardzo różnych
temperaturach. Od kilkunastu stopni na plusie w lutym do dwudziestu
pięciu na minusie w sierpniu, np. w bazie pod Aucanquilcha, czy
na salarze.
Jedzenie i woda:
W miasteczkach i wioskach są restauracje i sklepy, zawsze można
też dostać lub kupić coś od tubylców. Zabieranie z Polski liofilizatów
uważam za absurdalne, suchy prowiant na kilka dni można kupić w
sklepie na miejscu, chyba, że komuś poprawi to samopoczucie i stworzy
iluzję bycia na prawdziwej 'ekspedycji'. Ameryka Południowa to nie
Wenus, sklepy znajdziemy w najbardziej zapadłych dziurach. A nawet,
jeśli będą zamknięte, to można liczyć na pomoc mieszkańców.
Dobrze mieć dodatkowy, 'zapasowy' litr wody, gdyby okazało się,
że np. wioska na mapie istnieje tylko w wyobraźni jej twórców.
Jeśli chodzi o ceny, w Chile wahały się one na poziomie cen polskich,
taniej było w Argentynie i zdecydowanie najtaniej w Boliwii. Nocleg
pod dachem można tam było znaleźć już za równowartość kilku złotych,
oczywiście bez żadnych wygód. W Chile i Argentynie w cenie noclegu
jest zazwyczaj śniadanie, skromne, ale zawsze coś - bułka, marmolada,
czasem kawa.
Podczas podróży żywiłem się właściwie tym, co w Polsce - chleb,
sery, masło na śniadanie lub mleko z płatkami. Na obiad makarony,
kasze, fasola itp. W miastach często jadałem w skromnych restauracjach,
gdzie wybór dań był dość duży a ceny bardzo przystępne. Jako przekąskę
można kupić hot doga, hamburgera, frytki lub sałatkę w przydrożnych
barach, jeśli takowe się trafią, co oczywiście ma miejsce tylko
przy uczęszczanych drogach. W Argentynie i Chile hot dogi nazywa
się completos i podaje najczęściej z dodatkiem ugniecionej, zielonej
papki z mango. W Boliwii do posiłku często dodawana jest zupa, gęsta
i pożywna, np. z dodatkiem quinua, komosy ryżowej, której Boliwia
jest największym producentem na świecie.
Jedzenie często kupowałem też na targach, nie zważając na idiotyczne
przestrogi z niektórych anglojęzycznych przewodników, odnośnie braku
higieny panującej na stoiskach ze straganami. Nie odbiegały one
od standardów polskich wiejskich targowisk, ale mogę zrozumieć,
że wrażliwe żołądki mogłyby pewnych specjałów nie tolerować. Wybór
pozostawiam zdrowemu rozsądkowi, każdy wie, co mu szkodzi, a co
nie, ale warto chyba poeksperymentować z potrawami innych krajów.
Sprzęt i przygotowanie do jazdy:
Rower ma być sprawny, przegląd generalny przed wyjazdem jest niezbędny.
Miałem duże kłopoty z kupnem dętki z cienkim wentylem. Były dostępne
jedynie w dużych miastach. Jeśli chodzi o narzędzia, to zabrałem
standardowy zestaw, który zapewne różni się w zależności od osobistych
preferencji. Jak ktoś wybiera się w Andy i w pustynne tereny, to
raczej nie trzeba mu udzielać wskazówek, co należy zabrać. Nie miałem
po drodze żadnych poważniejszych problemów z rowerem, poza zalepianiem
dziur w obu dętkach.
Do góry
|
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|