:: Relacja
16 dzien wyprawy - 23.04.2008 r.
Budzik
mialem ustawiony na 6.45, ale przebudzil mnie troche wczesniej poranny
chlod - w pokoiku domku letniskowego (w ktorym sam spalem) maly
grzejnik elektryczny nie wystarczyl. Chociaz moze gdybym spal w
moim cieplym spiworzez Cumulusa nie bylobo zimno. Ale dzieki temu
szybciej udalo mi sie zebrac do drogi. Spakowalem sie i przygotowalem
sprzet do drogi, a nastepnie udalem sie na sniadanie. Znia byl juz
w pracy. Natomiast Anna przygotowala jajecznice usmazona z parowkami
oraz serem i posypala to pietruszka. Chciala mi przygotowac kanapki,
ale nie bylo takiej potrzeby - najadlem sie do syta. Na pamiatke
od Anny (oprocz zdjecia) dostalem porcelanowego pieska.
Droga minela stosunkowo szybko i spokojnie. Nie bylo juz postojow
"naszych" TIRow, a i ja chcialem jak najszybciej dotrzec
do Moskwy. Mialem tylko jeden dluzszy postoj - na ok. 44 km przed
celem zjadlem swoje wczesniejsze zapasy zywnosciowe. Ostatnie 30
km jechalem w duzym zageszczeniu samochodow, a czasmi stalem razem
z nimi w korkach (jechali nawet poboczami).
Na Plac Czerwony dotralem bez wiekszych problemow ok. 16. Tu jednak
wokol mnie i roweru dzialo sie duzo. Najpierw zaczepil mnie Maks
(nauczyciel pochodzenia marokanskiego). Nastepny byl Dima, ktory
jak sie dowiedzial, ze mam pusta karte telefoniczna, zaproponowal
ze mi ja z wlasnej kieszeni doladuje za 100 rub., a inny Rosjanin
dal mi do reki 100 rub! Byl takze Polak, z ktorym chwilem porozmawialem.
No i oczywiscie bylo sporo zdjec i pytan na temat calej wyprawy
rowerowej "Pekin 2008". Generalnie rzecz biorac przez
2 godziny bylem spora atrakcja na Placu Czerwonym.
Miedzy czasie udalo mi sie zorganizowac nocleg oraz porozmawiac
telefonicznie z Kierownikiem Konsulatu RP w Moskwie (nie zdazylem
zapisac nazwiska, bardzo mily Pan), ktory potwierdzil, ze MSZ zgodnie
z obietnica rozeslal informacje o mojej wyprawie. Nocleg dostalem
"u swoich", wiec i mam pelny sanitariat. Wieczorem jeszcze
spotkalem sie z Aleksiejem, moim znajomym z Tuly, ktory obecie pracuje
w Moskwie, praktycznie calodobowo. Wspolczuje mu!
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 91,60 km
" czas jazdy - 6:06:42 h
" srednia predkosc - 14,98 km/h
" dystans calkowity - 1755 km
" calkowity czas jazdy - 101:05 h
24.04.2008
Jako
że mieszkam niedaleko Kościoła Katolickiego, dzień mój zaczął się
od Mszy Św. w j. rosyjskim. Po niej chwilę rozmawiałem z zastępcą
Biskupa Diecezji Moskiewskiej, Ks. Wikariuszem Andrzejem (Polak).
Następnie udałem się do Proboszca, Ks. Józefa, z zapytaniem czy
nie znalekarza, który mógłby obejrzećmoje kolano. Pomimo, że Ksiądz
wypytał się wszystkich swoich znajomych i współpracowników, nie
udało się. Więc udałem się w tej sprawie do Konsulatu RP, który
jest niedaleko. Spędziłem tam ok. 1,5h, ale dowiedziałem się tylko
tyle, że wszyscy dyplomaci akredytowani w Polsce leczą się w jednej
przychodni (dostałem adres, niezbyt blisko). Natomiast podczas rozmowy
z jednym z "naszych" ochroniarzy, usłyszałem, że chyba
to przeciążenie i brakuje mi tej mazi co wypełnia staw kolanowy.
Jego teść to MP w Kolarstwie. Niestety był zbyt duży ruch, a mnie
wywolali dalej i nie mogłem się nic więcej dowiedzieć. Natomiast
rosyjscy milicjanci sprzed Konsulatu pokazali mi Prywatną Klinikę
"MEDSI", w której podobno dobrze leczą. Klinika była niedaleko,
więc się do niej udałem. Wizyta lekarska 1490 Rub., a następnie
USG 1190 rub. - trochę to kosztuje. Jakoże mam ubezpieczenie, postanowiłem
z niego skorzystać. Po kilkunastu minutach oczekiwania otrzymałem
odpowiedź, że mam brać rachunek, a oni mi zwrócą - Klinika nie chiała
przelewu od ubezpieczyciela. Pani doktor (uparli się, że to musi
być chirurg) stwierdziła, że prtzeciążenie i brak mazi. Generalnie
kazała 2 tyg. odpocząć i będzie wszystko ok (nie zabardzo się przejęła).
Wszystko to zajęło mi sporo czasu. Wróciłem po południu, zrobiłem
jedzenie i poszedłem szukać internetu. Nie udało mi się go znaleźć,
ale dostałem komputer, na którym mogłem chociaż przygotować relacje
do wysłania. To zajęło mi kilka godzin (z przerwą na Mszę Św. w
j. polskim). Teraz trzeba tylko znaleźć internet i będzie można
wszystko wysłać.
25.04.2008 piątek
Dzień
zaczął się (poza toaletą) od porannej Mszy Św. w j. rosyjskim. Następnie
było ponowne zbieranie informacji o kafejkach internetowych (jest
ich w Moskwie już nie wiele i w niektórych trzeba mieć własnego
laptopa). Dalej były skromne zakupy (ceny w Moskwie chyba przewyższają
znacznie te Warszawskie), a wkońcu śniadanie. Następnie odbyła się
przeprowadzka całego mojego "majdanu" z pokoju do pokoju
obok. Trwała dość sporo czasu, ponieważ przy okzaji trochę sprzęt
poczyściłem, sprawdziłem, czy nie ma usterek w plecakch, itd. No
i cały czas muślę, jak zmniejszyć wagę swojego bagażu. Cały czas
wysyłam także SMSy w sprawie mojego kolana - może kkomuś coś się
uda ustalić. Następnie dzięki pomocy dwóch Księży Salezjan, Zbigniewa
i Marka, dostałem na chwilę bezpłatny internet i mogłem wysłać przygotowane
relacje z podróży. Ok. 15 dotarłem do pobliskiej stołówki - obiad
z dwóch dań kosztuje 180 rub (ok. 18 zł) - smaczny, ale na temat
zniżki nie było skim rozmawiać. Może jutro się uda. Po obiedzie
zrobiłem sobie krótki spacer po aptekach, ponieważ dostałem informację,
jakoby wyciąg z chrząstki rekina może mi pomóc - bez efektu. Jakoże
nie wiedziałem, jak w j. rosyjskim jest ten wyciąg, zaszedłem do
Konsulatu, aby mi przetłumaczyli. Przy okazji rozglądałęm się za
ochroniarzem, który bez wizyty u lekarza wiedział, co mi jest (może
wie, jak leczyć), ale bezskutecznie. O 18 poszedłem na Nowennę i
Mszę Św. do Katedry - odrobię zaległości! Wieczorem zrobiłem jeszcze
pamiątkowe zdjęcie i udałem się do siebie. Na drogę wydrukowałem
sobie trochę relacji z podróży innych rowerzystów do Azji, więc
trzeba je czytać i pozbywać się tych mniej przydatnych. Na noc,
zgodnie z zaleceniem lekarza, zrobiłem sobie opatrunek w postaci
waty nasączonej wódką! Nie zabardzo w to wierzę, ale kupiłem butelkę
wódki za 100 rub., więc spróbuję. No i wieczorem zadzwonił jeszcze
kuzyn Arek z informacją, że dka sportowców robi się serię trzech
zastrzyków w kolano leku Synvisk. Ciekawe czy tu coś takiego mają?
26.04.2008 sobota
Początek
dnia standardowy - poranna toaleta, a następnie Msza Św. w j. rosyjskim.
Poźniej był spożywczak i zakupy na śniadanie. Wszystkie swoje ruchy
spowalniam, bo przecież trzeba kolano oszczędzać, a i mam dużo czasu.
W Kościele przyszedł mi do głowy pomysł, który zrealizowałem po
śniadaniu - zażyłem 2 tabletki Olfenu (max dawka dobowa) - środku
przeciwbolowego i przeciwzapalnego - po kliku godzinach ból całkowicie
zniknął. Szkoda, że nie leczy (tak mówi ulotka). Czas jaki miałem
przedpołudniem postanowiłem przeznaczyć na zrobienie kilku pamiątkowych
fotek na dzielnicy w koszulkach, które dostałem od sponsorów i patronów
medialnych. Ok. 14.30 zameldowałem się na stołówce, gdzie była kompetentna
osoba (Siostra Renata) i dzięki wcześniejszemu stawiennictwu Ks.
Andrzeja, cena obiadu spadła ze 180 do 100 Rub. Po obfitym obiedzie,
postanowiłem wziąść się za przegląd roweru. Na początek okazało
się, że mam maleńką dziurkę w kole od przyczepki, więc to naprawiłem.
Dokręciłem także nakrętkę przy stopce rowerowej, a następnie trzeba
było się wziąść za "brudną" robotę, tj. wyczyścić ze smaru
i błota łańcuch i zębatki. Jakoś poszło. Nie udało się natomiast
wyregulować tylnej przerzutki - są problemy ze zmianą niższej na
wyższą zębatkę - trzeba dzwignię przesunąć o 2 biegi, aby przeskoczyła
o 1. Weczorem chciał mi nawet pomóc Salezjanin, Ks. Igor (zapalony
rowerzysta), ale nie udało mu się - wg niego uszkodzona jest manetka
od zmiany biegów. Zaproponował, abym jutro pojechał to naprawić
do znanegomu sklepu rowerowego - jakieś 15 km drogi, a w niedzielę
jest mniejszy ruch - tym bardziej, że wg Kalendarza Prawosławnego
przypada Niedziela Wielkanocna (Pascha). Oni pracują także w Święta
- przekonywał Ks. Igor. Ja jednak dostałem od jednego z uczniów
Salezjanki, Siostry Ireny, namiary na lekarza, który leczy m.in.
sportowców (podobno jest bardzo dobry). Do tego czasu postanowiłem
się wstrzymać z wsiadaniem na rower. Wieczorem zadzwoniła do mnie
mama - od niej wiem, że popsuła się trochę pogoda, czyli w Moskwie
piękna pogoda też sięskończy, zapewne w poniedziałek.
27.04.2008
Wstałem
po 8 rano - sam się obudziłem. Umyłem się i poszedłem po zakupy
na śniadanie. Następnie do południa czytałem relacje z wyjazdów
innych podróżników (niestety koleją) do Chin - może ich informacje
się przydadzą. Na 13 poszedłem do Kościoła na Mszę Św. w j. polskim,
a po niej na obiad i dalej do lektury. Przeczytałbym całą niedzielę,
gdyby nie Aleksiej, który wrócił z ich Świąt Wielkanocnych, które
spędzał w rodzinnym domu k. Tuły. Prawie 2 godziny spaceru i rozmowa
ze znajomym przydała się. Zauważyłem także różnicę w obchodzeniu
Świąt w Rosji i w Polsce - tu prawie wszystkie sklepy spożywcze
są otwarte, a na ulicach pełno ludzi. Aleksiej chciał coś kupić
do picia w McDonaldzie, ale kolejka była tak duża, że kupił w pobliskim
kiosku. Zresztą był to kolejny ciepły dzień. Na jednym z termometrów
było 22 stopnie! Po rozstaniu się z Aleksiejem, ustaliłem z Siostrą
Ireną, jak dotrzeć w poniedziałek do lekarza (na mojej mapie nie
było tej ulicy - jest już na obrzeżach Moskwy) oraz podziękowałem
Ks. Józefowi za wszelkie łaski i życzliwość z jego strony - jutro
wyjeżdża do Polski na miesiąc, bo kończy mu się wiza. A wieczór
to ciąg dalszy czytania. A jutro chyba będzie dla mnie sądny dzień
- wizyta u lekarza i być może decyzja w mojej sprawie.
21 dzień wyprawy 28.04.2008
Wstałem po 7 - ciężki dzień. Po porannej toalecie udałem się pod
Konsulat RP, aby spróbować złapać kontakt z naszym wartownikiem,
z którym rozmawiałem w czwartek. Poszedłem na 8, a okazało się,
że otwierają o 9. Poczekało się, ale i tak nie udało mi się z nim
skontaktować. Usłyszałem, że jest na terenie Moskwy. Wracając do
siebie, zaszedłem do Kościoła. Po śniadaniu udałem się do stacji
metra. Miałem do przejechania 4 przystanki, ale metro dwa razy zatrzymało
się także poza przystankami. Wkońcu o 10.40 dotarłem do właściwej
stacji, ale do Kliniki i tak spóźniłem się 5 min. Były tego dwa
powody - część ludzi nie wiedziała, gdzie to jest, a druga poprowadziła
mnie na około (z powrotem szedłem znacznie krótszą drogą). U lekarza
nie było kolejki (zresztą klinika nie jest dla najbiedniejszych),
tylko na niego samego musiałem chwilę poczekać. Lekarz podotykał
przez chwilę moje zdrowe i chore kolano z boku (od wewnętrznej strony)
i stwierdził, że trzeba operować. Koszt ok. 1000 euro. Dał mi wizytówkę
- jak się zdecyduję, to mam zadzwonić. Nim wyszedłem z samej kliniki,
puściłem info do znajomych. Była także rozmowa z ubezpieczycielem,
mam sam omówić sprawę z lekarzem i dać mi znać. Ja wróciłem do siebie,
trochę pochodziłem bez sensu, aż wkońcu poszedłem na obiad. Po obiedzie
trochę pochodziłem i wychodziłem po godzinie czasu darmowy internet
na całe popołudnie (z przerwą na Mszę Św. w j. polskim), więcnadrobiłem
trochę zaległości, rozesłałem info do znajomych. Było już po 20,
jak zadzwonił lekarz ubezpieczyciela i poinformował mnie, że mam
zapalenie stawu rzepkowo-udowego i uszkodzenie łękotki przyśrodkowej.
Przyznał także, że śledzi wyprawę na stronie www.rowerem.zehej.pl!!!
Umówiliśmy się, że na następnego dnia będzie kolejna wizyta u lekarza
wybranego przez Ubezpieczyciela i po niej ostateczna decyzja - krótkie
leczenie w Moskwie (jeżeli jest możliwe), a jak długie leczenie
- natychmiastowy powrót do kraju i leczenie z funduszu NFZ. Cały
wieczór upłynął na odbieraniu telefonów z kraju i czytaniu niezliczonej
liczby SMSów z wyrazami poparcia! Dziękuję:-)
29.04.2008 r.
Poranek jak zwykle - wstaje ok. 8 rano, szybka toaleta, a nastpnie
msza Św. w j. rosyjskim. Ale najważniejsze - ból w kolanie jest
coraz mniejszy. Po Kościele śniadanie, a następnie udało mi się
znowu dostać bezpłatny internet. Długo sobie na nim nieposiedziałem,
ponieważ otrzymałem telefoniczną informację od ubezpieczyciela,
gdzie mam się stawić na decydujące badanie. Po jakieś godzinie dotarłem
do wskazanej kliniki. Tam okazało się, że nie wszystko jest dograne
z moim badaniem i musiałem trochę poczekać. Wkońcu trafiłem do Pani
doktor (ortopeda). Jak się dowiedziała o wyprawie rowerowej "Pekin
2008" to wyjęła z torebki swoją komórkę i zadzwoniła do swojego
kolegi z prośbą o konsultacje, bo ma interesujący "przypadek"
człowieka, który jedzie rowerem z Sopotu do Chin! A ten kolega,
jak mi go zareklamowała do Adiunkt w Katedrze Ortopedii i zajmuje
się tylko kolanami. Za nim kolega dotarł, Pani doktor dokładnie
obejrzała moje kolano i wydała diagnozę. Po chwili dotarł oczekiwany
lekarz, który po kilku minutach wydał diagnozę, taką jak Pani doktor,
tj. przeciążenie i zapalenie kolana. Na wszelki wypadek zrobiono
mi jeszcze RTG - nic nie wykazało. Mam brać tabletki Voltaren i
Movalis, smarować kolano maścią Voltaren i nosić opaskę na kolanie.
Po tygodniu mam wyzdrowieć. Nad moim sprawnym poruszaniem się po
klinice czuwała Pani z kasy (wszędzie bez kolejki - kasa z Zachodu!).
Na koniec poprosiłem ją, aby diagnozę i zalecenia przefaksowała
do ubezpieczyciela. Nie chciała, ale jak usłyszała, że bez tego
nie będzie kasy za moje badania, to zostawiła wszystko i stanęła
przy faksie. Niestety, ale nie często obsługuje faks! W klinice
spędziłem ponad 2,5 godziny,
Na obiad dotarłem spóżniony, było już ok. 15.30. Ale za to byłem
sam i mogłem jeść w ciszy i spokoju. Później do wieczora to już
tylko krótki spacer i drobne zakupy spożywcze oraz msza Św. w j.
polskim. Wieczorem poczytałem sobie w przewodniku trochę o Karelii,
gdzie obecnie nie dotrę, ale w przyczłości warto byłoby. Było też
kilka SMSów, no i zadzwoniła mama.
No i bym zapomniał - w ciągu dnia udzieliłem wywiadu telefonicznego
dla "Gazety Wyborczej", dodatek "Trójmiasto".
23 dzień wyprawy 30.04.2008 r.
Kolejny dzień "siedzenia" w Moskwie. Straszliwa nuda.
Funkcjonuję wg codziennych schematów, więc skupię się na nowych
wydarzeniach.
Rano obudziłem się z przekonaniem, że aby mieć dalsze szanse w podróży,
muszę znacznie ograniczyć wagę swojego bagażu. Postanowiłem podzielić
go na 3 części - pierwsza jedzie ze mną, drugą wysyłam do Irkucka,
a trzecia wraca do domu lub czeka na mnie w Moskwie u dobrych ludzi.
W tym celu przeprowadziłem w ciągu dnia kilka rozmów, jak to najlepiej
technicznie wykonać.
Jeszcze przed południem miałem dwie rozmowy telefoniczne z lekarzem
ubezpieczyciela. Doszedł on do wniosku, że nie mam najmniejszych
szans, aby dalej jechać rowerem. Jeśli go dobrze zrozumiałem, to
była już dla mnie zrobiona rezerwacja na samolat na 01.05.2008 r.
Zrezygnowałem jednak z tej opcji i tym samym zerwałem umowę ubezpieczeniową!
Niestety te rozmowy nie wyszły mi na dobre - załapałem potężnego
"doła", co było chyba przyczyną "rewolucji żołądkowej",
która dopadła mnie wieczorem.
Po tygodniu obecności na Ziemi Moskiewskiej, wkońcu udało mi się
spotkać z Vladem, moim znajomym z Tuły, który obecnie mieszka i
pracuje w Moskwie! Podarował mi on "Tulski Piernik", który
jest podobno najlepszy na świecie. Przekonamy się:) Zaprosił mnie
także na weekend do siebie do domu - postanowiłem skorzystać z okazji
i pojechać zobaczyć Tułę. Będzie to jakiś fajny przerywnik, może
trochę moja głowa odpocznie.
Przez cały dzień otrzymałem mnóstwo SMS od znajomych i sponsorów,
zadzwonił także mój przyjaciel Sławek. Wszystkim dziękuję za słowa
wsparcia i otuchy:)
Ostatnio słyszę także głosy, że zdrowie jest najważniejsze i mam
wracać do domu. Wiem, że zdrowie jest najważniejsze, ale nie chcę
wracać. Ten wyjazd to świetna sprawa, a do czasu kontuzji był niesamowitą
przygodą. Wierzę, że uda mi się jechać dalej.
24 dzień wyprawy - 01.05.2008 r. czwartek
1
Maja - Święto Pracy. W Rosji chyba naprawdę obchodzone. Moskiewskie
ulice w południe były praktycznie puste. A w pamięci mam niedzielę,
kiedy była Niedziela Wielkanocna i wszędzie było pełno ludzi.
Mi dzień upłynął wyjątkowo dobrze i szybko. Wszystko to za sprawą
poznanego dzień wcześniej Rosjanina Jurka, który bardzo dobrze zna
język polski i jeździ na rowerze:) Poszliśmy razem na spacer po
Moskwie. Napoczątku naszej wędrówki dotarliśmy pod dawną siedzibę
Par;lamentu, gdzie w 1993 roku doszło do strzelaninu, w wyniku której
zginęło kilkadziesiąt osób. A wszystko to przez B. Jelcyna, który
chciał siłą rozpędzić demokratycznie wybrany Parlament, na czele
którego stał Czeczen! Ludzie stanęli w obronie i polała się krew.
Obecnie w tym budynku mieści się siedziba rządu. Dalej było miejsce
puczu Janajewa z 1991 roku. Widzieliśmy też z bliska dwa budynki
przypominające warszawski Pałac Kultury. W jednym z nich jest Hotel
Ukraina, a w drugim siedziba Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji.
Interesującym miejscem jest także ulica, przy której wszystkie bloki
po jednej stronie mają kształt otwartej książki. A po drugiej jest
duża księgarnia - Rosjanie wiedzą jak przypominać ludziom o czytaniu.
Był też oczywiście spacer po Arbacie (on też był pustawy mimo popołudniowej
pory) - chyba jedynym takim deptaku w Moskwie. Pojechaliśmy także
na Dworzec Kurski, aby zorientować się w rozkładzie jazdy pociągów
do Tuły.
Wszędzie było cicho i spokojnie, jak nie w Moskwie. To chyba za
sprawą długiego weekendu. Tylko milicji wszędzie było pełno - chyba
obawiała się demonstracji i zamieszek pierwszomajowych. Ja przy
okazji spaceru w jednej z księgarń kupiłem Atlas Rosji. Mam nadzieję,
że przyda się nie tylko przy okazji tej podróży!
Wieczorem trochę czasu spędziłem na internecie. Odpowiedziałem już
chyba na wszystkie zaległe maile. Dokonałem także wstępnego podziału
bagażu. Jest on bardzo restrykcyjny - najcięższy bagaż (m.in. część
części zapasowych i namiot) jedzie do Irkucka, a część wraca do
domu.
25 dzień wyprawy - 02.05.2008 r. piątek
Dzień
minął wyjątkowo szybko. Przed południem była chwila na wysłanie
relacji z dnia poprzedniego,dokończenie podziału bagażu oraz krótkie
rozmowy z poznanymi wcześniej ludźmi. Przy okazji dowiedziałem się,
żeprzacujący w miejscowej parafii Ks. Salezjanin miałwczoraj wypadek
rowerowy i leży w szpitalu. Szczegółów nie udało mi się stalić.
Trochę dużo robi się chorych rowerzystów. Wczesne popołudnie to
już wyjazd do Tuły. Przejazd metrem na Dworzec Kurski, a następnie
3,5h elektryczką. Jechało się fajnie i spokojnie, aluz w samym pociągu
zniknąłprzed Tułą (ostatnie 30 min. to już ścisk), Jadąc zauważyłem,
ile straciłem siedząc w Moskwie. Przed przyjazdem do niej było deszczowo
i zimno, a na drzewach były tylko pąki. A teraz jest już wiosna
w całej swej okazałości. A do tegoludzie (przede wszystkim kobiety)
wsiadający przed Tułą mieli w dłoniach Żonkile -były bardzo piękne.
To mi przypomniało te z ogrodu mojej mamy. Też sąco roku bardzo
piękne. W Tule przywitał mnie Vlad ze swoją dziewczyną Leną. Prawie
godzinę pojeździliśmy samochodem po mieście (zobaczyliśmy z zewnątrz
dwie Cerkiwie oraz Kreml), po czym udaliśmy się do niego do domu.
Tam jego mama Swietłana czekała już z bardzo smacznym obiadem. Była
zupa solanka, ale całkiem inna niż ta, którą jadłem wcześniej. Było
także drugie danie - oczywiście kuchnia rosyjska. Mi najbardziej
smakował kulibiak, który wyrabia siępodobnie jak pizzę, ale nadzienie
wkłada się do środka. Ale ten niepowtarzalny sma- tego nie da się
porównać. Tata Siergiej poczęstował domowym, wiśniowym, wytrawnym
winem. Dla mojego "przeciążonego" żołądkabyło to chyba
jedyne ocalenie. Wszystkim oczywiściemusiałem pokazać wcześniejsze
zdjęcia z tego wyjazdu o raz stronę www.rowerem.zehej.pl . Po 23
udaliśmy się do pubu, gdzie przy cichej muzyce przez ok. 2 godziny
rozmawialiśmy z przyaciółmi Vlada i Leny.
26 dzień wyprawy - 03.05.2008 r. Sobota
Dzień
zaczął się stosunkowo późno i leniwie. Przed południem udało mi
się tylko wysłać relację z piątku oraz pooglądałem sobie z rodzicami
Vlada ich rodzinne zdjęcia. Po południu wyruszyliśmy na zwiedzanie.
Najpierw było Centrum Tuły, którego wizytówką jest Kreml (nasz zamek)
z dziewięcioma basztami, wybudowany na początku XVI wieku. Niestety,
ale poza dziewięcioma basztami i spinającym je murem, w środku jest
duży bardzo duży dziedziniec, na którym są Cerkiew i Muzeum Róży.
Samo wejście na Kreml kosztowało 20 rub., a za muzeum dodatkowo
płaci się 10 rub. W trakcie zwiedzania Kremla do naszej trójki (Vlad,
Lena i ja) dołączył Aleksej. Będąc w Tule nie można zapomnieć o
piernikach, z których miasto słynie są naprawde smaczne. Już w
czwórkę pojechaliśmy samochodem kilka kilometrów za miasto do Janej
Polany, czyli miejsca, gdzie urodził się, tworzył i został pochowany
Lew Tołstoj. Jest tam bardzo pięknie. Wszystko robi wrażenie dziewiętnastowiecznego
parku. Na początek przechodzi się przez groblę i idzie alejką wsród
drzew pod górę, po czym skręca się w lewo. Tam po kilkudziesięciu
metrach można po prawej stronie zauważyć dom Lwa Tołstoja, a po
lewej stronie stajnię dla koni (można się przejechać bryczką po
parku). Kilkadziesiąt metrów za domem jest rozwidlenie ścieżek.
W lewo ścieżka prowadzi do miejsca pochówka pisarza, a prosto przez
mały lasek na Jasną Polanę. Przy wejściu na Polanę stoją dwa stare
drzewa, które rosnąc wzajemnie się oplotły. Wówczas też moi przyjaciele
wytłumaczyli mi pochodzenie nazwy Jasna Polana. Otóż została ona
tak nazwana ponieważ każdego dnia oświetla ją słońce, a każdej nocy
łuna. Trzeba przyznać, że całe miejsce robiło niesamowite wrażenie
cisza, spokój, ćwierkające ptaszki. Aż żal było wychodzić. Po
powrocie czekał na nas obiad (a właściwie kolacja), której głównym
daniem dla mnie był wyśmienity barszcz. Wieczorem jeszcze chwilę
posiedzieliśmy w restauracji, ale pożegnaliśmy się przed 23.
27 dzień wyprawy 04.05.2008 r. niedziela
O 6 rano pobudka. Było 30 min na poranną toaletę i śniadanie
zdążyłem. Następnie szybko udaliśmy się z Vladem na dworzec kolejowy.
Po drodze spotkaliśmy Aleksieja, którego podwozili rodzice samochodem,
więc kawałek i my pojechaliśmy. Powodem naszego pośpiechu był expres
do Moskwy. Do kas nie było kolejek, więc szybko daliśmy paszporty
i pieniądze, a po chwili były bilety. Co ciekawe, nasz pociąg jechał
2,5h, a więc godzinę szybciej niż elektriczka. Zapłaciliśmy za bilety
3 kl. 219 rub., a miejsca były wygodniejsze (rezerwacja) niż w elektriczce,
na którą bilet kosztuje 226 rub. Po przyjeździe do Moskwy na Dworzec
Kurski, postanowiłem ustalić ceny biletów na interesujących mnie
trasach. Władywostok Moskwa 2900 rub., Irkuck Moskwa 2500 rub.,
a Moskwa Kaliningrad 1100 lub 780 rub. (zależy od pociągu, jedzie
22 godz.) oczywiście wszystko plackarty. Następnie pożegnałem
się z Aleksiejem i Vladem (któremu jeszcze raz podziękowałem za
gościnę), którzy poszli do pracy, a ja wróciłem do siebie. Idąc
od przystanku metra, zatrzymałem się na chwilę obok zoo. Nie chciało
mi się jednak zachodzić do środka, tylko przez chwilę popatrzyłem
przez kraty. Popołudnie spędziłem na przeglądaniu sakw, tj. Ich
stanu technicznego oraz czy nie ma w nich jeszcze czegoś, czego
mogę się pozbyć. Był też krótki spacer i drobne zakupy w spożywczaku.
Wieczorem zadzwoniła jeszcze mama. Ja natomiast kładłem się spać
z postanowieniem, że jutro rano wstaję i jadę do Konsulatu Białorusi
wyrobić w trybie expresowym wizę tranzytową na drogę powrotną. To
kosztuje podobno 20 euro, a powrót przez Kaliningrad znacznie skraca
czas podróży i obniża koszty. A powrót i tak był planowany przez
Kaliningrad
28 dzień wyprawy 05.05.2008 r. poniedziałek
O
7 rano pobudka, o 8 rano wychodziłem na metro, którym udałem się
do przystanku Kitay Gorad, z którego wyszedłem na ulicę Marusiejki,
przy której mieści się Ambasada Białorusi. Tam czekała mnie przykra
niespodzianka z okazji święta nie pracują dziś i jutro oraz 09.05.2008
roku. Ochroniarz mi tylko potwierdził, że faktycznie wyrabiają expresowe
wizy tranzytowe w ciągu jednego dnia. No i poinformował mnie, że
Konsulat Białorusi mieści się w budynku za rogiem. Tak więc już
przed 9 wiedziałem, że plan wizy upadł. Postanowiłem pójść pieszo
na Plac Czerwony i zwiedzić okolicę. Ale i tu szybko okazało się,
że nie jest tak fajnie. Otóż z okazji święta zakończenia wojny,
które tu ochodzą 9 maja, już dziś i jutro są piewrsze defilady wojsk
na Placu Czerwonym i jest on zamknięty, chyba że ma się specjalną
wejściówkę. Ja jej nie miałem, ale jak gdyby nic ustawiłem się w
kolejce do sprawdzenia, czy czegoś nie wnoszę. O bilet nawet nie
zapytali. Udało się przejść nawet pomiędzy wojskami do trybuny dla
widzów, która stała k. Mauzoleum Lenina, zrobiłem kilka fotek, ale
na trybunę bez biletu nie wpuścili. Po chwili kręcenia się i robienia
zdjęć wypatrzył mnie jeden z ochroniarzy wojskowych i wyprowadził
mnie z Placu Czerwonego. Obszedłem go naokoło, przy okazji podziwiając
zabudowania sąsiednich ulic. Wszystko jednak było pozamykane. Pozostał
więć spacer ulicą Twerską w kierunku mieszkania. Do siebie dotarłem
przed 1. Do obiadu była godzina czasu, więc postanowiłem, że szybko
wypiję kawę i zakleję dętkę w tylnym kole roweru (jak przyszedł
rower do pokoju, znowu zrobiła się dziura). Kiedy rozebrałem koło
i próbowałem napompować dętkę, aby sprawdzić gdzie jest dziura,
pękł wentyl. To był koniec tej dętki. Stwierdziłem, że szkoda na
nią czasu i z torbu wyjąłem nową dętkę. I przyszła kolejna praca
rozwiercenie otworu w feldze, ponieważ nowa dętka ma wentyl samochodowy,
a stara miała tradycyjny rozmiar. Więc po obiedzie było najpierw
rozwiercenie felgi, a dopiero później złożenie koła. Następnie znowu
starciłem dużo czasu na wyregulowanie tylnej przerzutki. Nie jestem
fachowcem w tych sprawach, a i cierpliwości nie mam zbyt dużej.
W końcu jednak udało się. Postanowiłem więc rowerem wybrać się na
pocztę, aby wysłać kartki z Moskwy. Po dwóch tygodniach przerwy
znowu na rowerze, jak fajnie. Przejechałem 3,72 km. Wieczór to już
telefon od kolegi Sławka, wysłanie ostatnich e-maili i przerzucenie
kolejnych zdjęć z aparatu na pamięć oraz wypranie ostatnich brudnych
rzeczy, aby na drogę było wszystko czyste.
29 dzien wyprawy 06.05.2008 r.
Budzik
mialem ustawiony na 7 rano. Pomimo ze wczesniej nie moglem
doczekac sie wyjazdu, to wstawanie szlo opornie. Po sniadaniu udalem
sie jeszcze na chwile do Kosciola - gdy wychodzilem z niego zaprzyjazniony
Ks. Arkadiusz zaczal msze w j. rosyjskim - jedna z intencji byla
za mnie! Jako ze wyruszylem bez przyczepki, a i dawno nie pakowalem
sie, to tym razem zeszlo mi to znacznie dluzej niz planowalem. Ostatecznie
worka z rzeczami nie wyslalem do Irkucka - moze na przekor. Zostal
on u Pana Czeslawa (opiekowal sie mna w Moskwie) i on go wysle pod
wskazany adres, ktory podam mu z trasy. Na pozegnanie byly oczywiscie
pamiatkowe fotki z moimi dobrodziejami.
No i ruszylem ok 11. Najpierw zajechalem zrobic pamiatkowe fotke
przed
Konsulat RP, a nastepnie na Plac Czerwony, gdzie tez zrobilem kilka
fotek. Dalej juz byla tylko droga. Wyjazd z Moskwy okazal sie prostszy
niz myslalem - raz tylko zapytalem sie o droge i raz zerknalem na
mape,
a bodajze po 3 km byl juz znak M7, tj. nr mojej drogi. Praktycznie
cala
droge mialem wiatr w plecy oraz czulem sie niesamowicie lekki. Jechalo
mi sie niesamowicie szybko, pomimo niskich przerzutek. Nawet nie
spocilem sie (temperatura powietrza byla troche ponizej 20 stopni).
Ale
niestety kolano bolalo praktycznie od pierwszych kilometrow.
Nocleg znalazlem ok. 90 km od Placu Czerwonego (od niego mierzone
sa km)
w trzecim domu, w ktorym poprosilem o nocleg (w niektorych nie bylo
ludzi, bo w tym rejonie jest duzo daczy). Nocuje u prawoslawnego
popa.
Pocztkowo mial mie tylko nakarmic i zafundowac pokoj w hotelu, ale
ostatecznie zostalem na noc w oddzielnym budynku (tam maja kuchnie).
Mam
tylko nie mowic gdzie i podawac jego danych.
Dystans dnia - 104.55 km
czas jazdy - 5:30:52 h
srednia predkosc - 18.95 km/h
30 dzien wyprawy - 07.05.2008 r.
Wstalem o 6.35 - moi gospodarze o 7.45 wyjezdzali do swojego kosciola
(na swoja cerkiew mowia Hram). Calkiem interesujacy ludzie. On pop
oraz jego zona, ktora sie wszystkiego bala - nawet nie kazala mi
brac tabletek bi nie mozna (nie posluchalem). Wieczorem na poczekaniu
ugotowali zupe rybna z Jesiotra, do kolacji otworzyli butelke Martini
- nawet jak dla nich pilem zbyt wolno i poprzestalem tylko na jednej,
duzej lampce. Dzis na droge dostalem domowy chleb, pare jajek, puszke
rybna i z ikra oraz ok. 0,5kg ciastek. Chcieli mi tez dac butelke
zsiadlego mleka, ale nie mialem juz, gdzie to zapakowac. On w tajemnicy
przed zona dal mi na pamiatke swoja fotografie i 1000 rub.! W drodze
nic ciekawego sie nie dzialo. Rano byl przymrozek, a do ok. 15 pomimo
slonca wial bardzo zimny wiatr (czesciowo pomagal). Ciezko bylo
nawet robic przystaki, a jak byly do glownie na stacjach benzynowych,
aby w cieplym byc. Ok. 17 dotarlem do Wlodzimierza. Zrobilem zobie
pamiatkowe zdjecie przy Zlotej Bramie, troche sie pokrecilem po
okolicy i udalem sie do Kosciola Katolickiego. Mialem informacje,
ze jest tam rosyjski ksiadz, wiec byla szansa na nocleg. Jednak
okazalo sie, ze ksiadz wyjechal, ale byly 2 polskie siostry zakonne.
One poprowadzily liturgie slowa, komunie Sw. oraz Nabozenstwo Majowe
(po raz pierwszy uczestniczylem w takiej modlitwie). Po mszy Sw.
przez dluzsza chwile stalismy i rozmawialismy w Kosciele (zauwazylem,
ze w Rosji rozmowy w Kociolach sa czyms normalnym). Przy okazji
delikatnie poruszylem temat noclegu. Pomogl mi w tym czwarty uczestnik
rozmowy, Aleksiej. Jego dziadek byl Polakiem, sam tez calkiem niezle
mowi po Polsku. Zadzwonil do domu i jego mama zgodzila sie, aby
zaprosil mnie do siebie na noc. Aleksiej mieszka w mieszkaniu w
starej kamienicy, spory kawalek drogi od Centrum. Przesiedzielismy
caly wieczor przy herbacie i rosyjskich cukierkach (sa pyszne).
Rozmawialismy o zyciu w Polsce i w Rosji, o stereotypach, ktore
mamy na wzajem o sobie. Troche rozmawiala z nami takze mama Aleksieja,
na codzien wykladowczyni j. angielskiego na Uniwersytecie Wlodzimierskim.
Dystans dnia - 90.24 km
czas jazdy - 5:27:58 h
srednia predkosc - 16.50 km/h
31 dzien wyprawy 08.05.2008 r.
Wstalem
o 7.15, aby pozegnac sie z Aleksiejem, ktory wychodzil do pracy.
Pozniej jego mama przygotowala sniadanie i rozpoczelismy mila rozmowe.
Od niej wiem, ze srednia zaplata w 2007 roku w Oblasti Wlodzimierskiej
wynosila 8000 rub., a minimalna 3700 rub. (370 zl).
Po 9 rano wyruszylem na zwiedzanie Wodzimierza, miasta, ktre
zdecydowanie naley odwiedzic. Szczegolna uwage przyciaga Sobor Uspienski
(niestety ze wzgledu na odprawiane nabozenstwo, moje zwiedzanie
bylo
ograniczone). Nastepnie udalem sie do kafejki internetowej - za
1 godz.
i 10 min zaplacilem 63 rub.
Przed 12 wyruszylem do Bogulubowa, gdzie byl kolejny Sobor i zabudowania
klasztorne. Zwiedzanie zajelo mi ok. 30 min., a za wejcie zaplacilem
12
rub. (znizka studencka). Dalej juz byla tylko droga z przystankami
co
ok. 10 km. Wial zmienny wiatr, a po 15 nawet sie ocieplilo.
Kolano niestety boli. Jadac wlasciwie o niczym innym nie mysle,
tylko o
nim. No i o tym, czy z takim kolanem mozna mozna jechac. Napotkana
przypadkowo we Wlodzimierzu lekarka z Kalingradu potwierdzila, ze
to
raczej nie lakotka, ale przeciazenie. Wg niej kolano w drodze nie
przestanie bolec, czyli dalsza droga do Pekinu z bolacym kolanem?
Dadatkowo zauwazylem, ze wiecej pracuje prawa noga.
Po poludniu dopadla mnie niestrawnosc zoladka, a wlasciwie cos
na nim
"stanelo". Podejrzenie padlo na konserwe rybna, ktora
dostalem od popa.
Tabletki nie pomagaly. Na nocleg zjechalem ok. 20.20 (brakowalo
miejscowosci przy drodze, wolno jechalem). Na dodatek chyba dopadla
mnie
goraczka. Na szczescie strasci ludzie, do ktorych dotarlem, dali
do
picia mala, goraca, czarna herbate i poszedlem spac ok. 9. Zreszta
dziadki, ktorzy byli z malym wnukiem Jagorka, rowniez szybko poszli
spac. Wieczorem probowala dodzwonic sie mama - ale padla bateria
w
komorce, a ja bylem zbyt slaby, zeby szukac po ciemku kontaktu i
ja
ladowac.
dystans dnia - 71,55 km
czas jady - 4:56:10 h
srednia predkosc - 14,49 km/h
dystans calkowity - 2023 km
calkowity czas jazdy - 117:17 h
32 dzien wyprawy 09.05.2008 r.
W nocy obudzil mnie kilka razy placz Jagorki - podobno dla tego,
ze za duzo biegal w ciagu dnia. Pospalem sobie do 9 - z zoladkiem
bylo jakby lepiej, ale krople zoladkowe i tak wypilem. Zjadlem dietetyczne
sniadanie i trzeba bylo zbierac sie do drogi. Wyjechalem ok. 10.20
i po przejechaniu 24 km (byl jeden postoj) zadekowalem sie w calkiem
sympatycznej restauracji. Zoladek meczyl, a na dodatek dopadly mnie
drgawki (jakby z zimna) i sennosc). Bylem tam prawie 3 godz. i przez
pierwsze 2 bylo ze mna zle. Wypilem najpierw wegiel, a po godz.
kolejne tabletki i wkoncu przeszlo. W dalsza droge ruszylem ok.
15. Czulem sie nawet niezle, tylko zoladek bolal - nie wiedzialem
tylko, czy z choroby, czy z glodu. Po 20 km dotarlem do miejscowosci
Vjazniki, gdzie na wiezdzie kuplem Cole. Po kilku jej lykach zoladek
zaczal pracowac, ale bol nie ustapil. Zakupu dokonalem na stacji
benzynowej, gdzie zrobilem tez wywiad w sprawie internetu. Pracownik
nawet wykonal telefen na informacje, aby sie dowiedziec, gdzie on
jest w miescie. Niestety 9 Maja w Rosji to duze swieto, a Vjazniki
to "Miasto Gieroj", czyli miasto, ktore oparlo sie atakowi Niemcow
podczas II wojny swiatowej. Postanowilem jednak przejechac sie przez
cale miasto. Widac bylo, ze ludzie mocno "swietuja", szczegolnie
ci starsi. Internet oczywiscie bez szans, a miasteczko nie zrobilo
wiekszego wrazenia. Zauwazylem tylko pomnik Stalina, a dokola niego
rosnace kwiaty. Kilka kilometrow za miastem spotkalem motel z ogrodzonym
placem dla TIRow - byly dwa "nasze", ale kierowcy spali. 15 km dalej
byl kolejny parking i tam byl jeden "nasz", z ktorym porozmawialem
sobie jakies pol godziny. Proponowal mi nawet nocleg w kabinie,
ale ja wolalem w wiejskiej chacie. Kilka kilometrow dalej byla wioska,
dobry km od glownej drogi. Tam w drugim wybranym domu dostalem nocleg.
Gospodyni (juz po 60) z pochodzenia Polka, zwala mnie swoim "synok".
Wieczorem zadzwonila siostra, ale rozlaczylo nas, poniewaz u mnie
jest nr telefonu na Moskiewska Oblasc i obecnie tez place za polaczenie
- pewnie karte wyczyscilo.
dystans dnia - 82,01 km
czas jady - 5:17:57 h
srednia predkosc - 15:47km/h
33 dzien wyprawy 10.05.2008 r.
Przebudzil
mnie ruch po 6 rano, ale udalem, ze spie. Anna obudzila mnie o 7,
a chwile pozniej podala duzy talerz smarzonej jajecznicy z kielbasa
(tej drugiej bylo znacznie wiecej). Nie pomogly opory, ze to za
duzo (o szkodliwym tluszczu dla zoladka nawet nie probowalem tlumaczyc)
- musialem zjesc pelny, gleboki talerz. Bylo tyle tluszczu, ze nie
pomoglo nawet jakies 20 ml spirytusu leczniczego (70%). Witalij
wstal o 8, ale byl bez humoru (byly gimnastyk sportowy i lekkoatleta),
podobnie jak corka sasiadki, ktora ta przyprowadzila, abym mogl
ja poznac.
Na pierwszym z moich przystankow zagadnal mnie czlowiek, twierdzac,
ze
jakies 1,5 km przede mna idzie do Pekinu jakis austriak. Ciekwawe
jak on
chce zdarzyc - pomyslalem i ruszylem w droge, aby go spotkac. Niestety,
ale akurat bylo miasto po drodze, wiec pewnie tam gdzies znikl.
Wyruszylem przed 10. Droga to istna meczarnia - byla wyjatkowo
plaska,
ale zoladek. Jechalem glodny caly dzien, a pomiedzy 12 a 18 wypilem
15
kapsulek wegla leczniczego - bez efektu.
Do granic Niznego Nowgorodu dotarlem po 18, ale od bram miasta
do
centrum bylo do przejechania ponad 20 km, w tym jeden bardzo ostry
podjazd (pelna redukcja przerzutek) - ja go spokojnie pokonalem
w
odroznieniu od miejscowego chlopaka, ktory zszedl z roweru i pchal
go
pod gore! Interesujacym momentem byl przejazd przez most w miejscu
w
ktorym Oka laczy sie z Wolga. Bardzo ladne miejsce, a za rzeka po
lewej
stronie Kreml, a po prawej cerkiew z zabudowaniami klasztornymi.
dystans dnia - 97,22 km
dystans calkowity - 2202 km
czas jazdy - 5:53:44 h
calkowity czas jazdy - 128:29 h
srednia predkosc - 16,49 km/h
34 dzień wyprawy 11.05.2008 r. niedziela
Dziś
był planowany odpoczynek, więc sobie trochę pospałem (ostatnio coś
dużo śpię). Niestety miałem też jeden przykry obowiązek - pranie
i to w Zielone Świątki. Zabrałem się do tego od razu jak wstałem,
ponieważ całe ubranie "pachniało" tą konserwą rybną. A
poza tym to dzień minął na miłym wypoczynku.
Byłem na Mszy Św. w Kościele Katolickim (główne elementy mszy były
w językach rosyjskim i angielskim) oraz na Internecie. Z nim było
jednak trochę problemów. Najlepsze i najtańsze miejsce było w remoncie,
więc udałem się na Główną Pocztę Rosji - celny strzał, ale był jeden
problem - nie można było wysyłać zdjęć (blokada na czytaniu dysków
wymiennych). Więc po godzinie ruszyłem dalej. Innego Internetu jednak
nie znalazłem, ale udało mi się zdjęcia z aparatu przerzucić na
dwie pamięci, a jedną z nich nagrać - za całość razem z CD zapłaciłem
180 rub.
Późne popołudnie i wieczór to czas poświęcony na spacer po Balszoj
Pokrowskij (bardzo długi deptak) od Placu Gorkiego do Kremla i z
powrotem. Interesujące i bardzo ładne miejsce ze starą zabudową
i sporą ilością zieleni (jak w całym Niżnym N.) Na Kreml wszedłem
bez biletu (nie zauważyłem kas), ale nie chciało mi się całego obejść.
Na zewnątrz bardzo okazale prezentowały się stare mury, natomiast
środek to zabudowa raczej z XIX wieku - jak dla mnie nie pasująca
do murów. Obok wejścia rzucała się w oczy wystawa sprzętu wojennego
z pierwszej połowy XX wieku. Wracając zauważyłem, że jest jeszcze
19 stopni ciepła, a była akurat 20.00. Uświadomiłem sobie także,
że to już 20 dzień z rzędu stosunkowo dobrej pogody, bez deszczu.
Pewnie wkrótce się to skończy.
35 dzień wyprawy 12.05.2008 r. poniedziałek
Budzik
miałem ustawiony na 6.30, ale pospałem sobie trochę dłużej. Później
skorzystałem z dobrodziejstwa mieszkania w mieście, tj. ciepłej,
bieżącej wody. Było także obfite śniadanie i żywność na drogę (głównie
słodycze). A na koniec oczywiście pożegnanie z moimi gospodarzami.
Wyruszyłem ok. 9.30. Wyjazd z Centrum Nożnego Nowogrodu okazał się
prosty i dobrze oznakowany. Droga właściwie od samego początku była
dobrze "pofalowana", ale podjazdy były poniżej 2 km i
nie przekraczały 12% nachylenia (wg znaków). Ok. 87 km trafiło mi
się 15 km fatalnej nawierzchni - w pewnym miejscu doły były po kolana,
a droga wąska - nawet TIRy nie próbowały mnie wyprzedzać! Były bardzo
ciepło - pierwszy raz cały dzień jechałem w krótkich spodenkach
i koszulce. Był lekki wiaterek, który tylko czasami przeszkadzał.
Ale przede wszystkim były wspaniałe krajobrazy. Nierówny teren,
na którym były uprawy (lub łąki) oraz lasy - głównie brzozowe (zaczyna
się!). Tak jakbym jechał przez inną krainę - wszystko uporządkowane,
ułożone, nawet chyba czyściej niż we wcześniejszych rejonach.
Odpoczywając w Niżnym N. pomyślałem sobie, że fajnie byłoby na nocleg
w Kazaniu (pewne miejsce) dotrzeć w środę wieczorem. To jakieś 400
km, z czego na dziś było 130 km. Ok. 20 wjechałem do wioski, ale
na liczniku było 128 km, więc chciałem pojechać do następnej. W
niej jednak było dużo straganów z jabłkami, gruszkami i kiszonymi
ogórkami. Jeden ze sprzedawców wypatrzył mnie i podszedł do drogi
jak go mijałem i dał jabłko i gruszkę!
Nocleg, tradycyjnie już bez większych problemów, dostałem u dyrektora
miejscowej szkoły podstawowej. Nagrał na wideo krótki wywiad ze
mną, poczęstował dwoma kieliszkami wódki i zaprosił do bani. To
był raj dla mojego ciała - pierwsza moja bania podczas tej podróży.
Było co prawda tylko 65 stopni ciepła, ale i tak było super. A później
do 23.30 była rozmowa przy kolacji. Opowiedział mi wówczas o grupie
kolarzy, którzy jadą Moskwa - Pekin i będą w jego Rejonie (jako
goście) 15.05.2008 r. - może się spotkamy na trasie.
dystans dnia - 138,15 km
czas jazdy - 7:53:28 h
średnia prędkość - 17,50 km/h
36 dzień wyprawy 13.05.2008 r. wtorek
Przebudziło mnie zimno w moim oddzielnym domku, w którym spałem.
Gdybym spał w moim puchowym śpiworze z Cumulusa, nie byłoby tego
problemu. A tak skończyło się na tym, że ponownie włączyłem grzejnik
elektryczny na pełną parę i ubrałem ciepłą bluzę. Mój gospodarz
przyszedł po mnie o 7 rano, aby zabrać na śniadanie. Przed 8 byłem
już na trasie z założeniem, że muszę przejechać 140 km.
Droga była mniej pagórkowata niż wczoraj, ale nadal kręta i dziurawa
miejscami, a miejscami super. Przez cały dzień jechałem "aleją"
pośród drzew, a co kilka kilometrów była jakaś miejscowość. Po jakiś
40 km wjechałem na teren Republiki Czuwaszji. Znaku informacyjnego
nie widziałem, ale zauważyłem, że wszystko jest jakby bardziej zadbane,
mniej śmieci przy drodze. Ceny najniższe, jakie dotychczas spotkałem:
czarny chleb - 13,50 rub., lody w wafelku (z zamrażarki) - 4,50
rub., a kawa na stacji benzynowej - 7 rub. (herbata - 6 rub.). Ale
najfajniejszy jest język Czuwaszy - nic z niego nie rozumiem (oczywiście
mówią też po rosyjsku). Chciałem zobaczyć ich stolicę Czebaksary,
ale musiałbym nadłożyć 15-20 km, kolejna godzina to min. na zwiedzanie,
a dla mnie priorytet to dotrzeć jutro do Kazania bez zbędnego przemęczania
się.
Jadąc tradycyjnie już zwalniam w miejscach postojów dla TIRów, ale
"naszych" nie widać. Natomiast Rosyjscy kierowcy sami
mnie zaczepiają. Od nich to wiem, że jak mogę to powinienem jechać
po trasie przez Pietropawłowsk (Kazachstan) - lepsza i krótsza droga.
Po południu udało mi się jednak spotkać dwóch "naszych"
- wracali już do domu, byli niedaleko granicy chińskiej. Pytali
się czy czegoś mi trzeba, ale ja grzecznie podziękowałem. Wówczas
postanowili podreperować mój budżet - "przyda się"!
140 km wypadł przed samym miasteczkiem, ale była dopiero 19, więc
zjechałem do pobliskich domów, aby poprosić o wrzątek do herbaty.
Młoda kobieta dała mi wodę i zaczęliśmy rozmawiać. Po chwili dołączył
jej mąż. Jak wypiłem herbatę, zaprosili mnie do domu na zupę szczawiową.
Jak zjadłem i zacząłem się zbierać, "bo 20.00, a ja jeszcze
nie wiem, gdzie będę spał", oni na to, że mają klucze od domku
znajomej i tam mogę spać! Wieczór spędziliśmy na wspólnej rozmowie
zajadając suszoną rybę i popijając lokalne piwo.
dystans dnia - 140,09 km
czas jazdy - 7:58:54 h
średnia prędkość - 17,55 km/h
37 dzień wyprawy 14.05.2008 r. środa
Obudziło mnie słońce po 6 rano, ale pospałem sobie jeszcze trochę,
ponieważ śniadanie było po 7 (zupa mleczna, chleb z serem, herbata).
Na koniec tradycyjne zdjęcie z moimi gospodarzami i w drogę. Chciałem
dotrzeć na 18 do Kazania na otrzymany w Niżnym N. adres, więc jechałem
dłuższymi etapami. Po kilku kilometrach kolano przestało boleć,
więc wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Niestety
po 50 km miałem najpierw ciężki podjazd, a następnie "dopadł"
mnie na kolejne 40 km silny wiatr (strasznie mnie wymęczył), a to
kończył kolejny, ciężki podjazd. A na dodatek przez ponad 20 km
nie miałem, gdzie zaopatrzyć się w wodę do picia i jedzenie.
Nie wiem, w którym miejscu wjechałem na teren Republiki Tatarstanu,
ale jak na razie widać, że to druga z rzędu całkiem fajnie "zadbana"
i wyglądająca Republika. Tylko jakby mniej lasów. Natomiast przejeżdżałem
przez duże rozlewisko wodne, a w samym Kazaniu przez Wołgę. W samym
mieście widać bardzo duży rozwój i niezliczoną ilość inwestycji
(w tym drogowych i budowlanych).
Na miejsce dotarłem lekko spóźniony, ale udało się. Podczas mojej
wieczornej obecności w Kazaniu udało mi się poznać miejscowego proboszcza
Parafii Katolickiej, Ks. Diogenesa (Argentyńczyk), Ks. Michała (Polak),
Maxa (Rosjanin) oraz trzy młode osoby z Demokratycznej Republiki
Kongo. Opowiedzieli mi o pewnym niezwykłym, głębokim kanionie w
ich kraju. Otóż nie można się do niego zbliżyć na odległość 5 metrów,
ponieważ sam wciąga na zasadzie przyciągania na dół (nie robiąc
krzywdy). Natomiast po 10-15 min. sam takiego "gościa"
wyrzuca z powrotem do góry! Podobno naukowcy od wielu lat zastanawiają
się, jak to się dzieje, ale na razie nie doszli do tego. Wieczorem
oglądałem zwycięski dla Zenitu Sankt Petersburg finał Pucharu UEFA
z Glasgow Rangers.
dystans dnia - 135,85 km
czas jazdy - 8:05:18 h
średnia prędkość - 16,79 km/h
dystans całkowity - 2616 km
całkowity czas jazdy - 152:26 h
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|