:: Relacja
1 dzień wyprawy
Ostatnia noc minęła spokojnie (Gdańsk Przymorze), ale krótko
spałem tylko 5 godz. (pakowałem się do 1 w nocy). Wstałem o 6
i od razy nie miła informacja było pochmurno i siąpił deszcz.
Szybka toaleta, śniadanie, ostatnie pakowanie rzeczy i wynoszenie
sprzętu na dwór, a następnie jego mocowanie na rowerze i w przyczepce.
O 7.30 byłem na mszy (trochę się spóźniłem), po której ksiądz poświęcił
rower i sprzęt i pobłogosławił mnie. Po mszy na Gdańskim Przymorzu
pojechałem do Sopotu na start, który był przy ul. Boh. Monte Cassino
(popularny Monciak), gdzie na 9.00 przewidywałem start. Było jednak
mnóstwo dziennikarzy i dużo wywiadów, więc ruszyłem z prawie 40
min. opóźnieniem. Żegnała mnie rodzina, przyjaciele i znajomi oraz
Prezydent Sopotu Jacek Karnowski i Wiceprezes Energii Zakładu Elektrowni
Wodnych w Straszynie Wiceprezes Maciej Romanow. Ujechałem kilkaset
metrów i był postój trzeba było udzielić kolejne wywiady, m.in.
dla TVN24. Następnie jeden ze zgromadzonych rowerzystów odprowadził
mnie do Rektoratu Uniwersytetu Gdańskiego (którego jestem studentem)
na Gdańskim Przymorzu. Tam były pamiątkowe zdjęcia z obecnym Rektorem
Prof. Andrzejem Ceynową oraz Rektorem Elektem Prof. Bernardem
Lammkiem. Z UG udałem się do Straszyna do Energii Zakładu Elektrowni
Wodnych (jeden ze sponsorów wyprawy), gdzie były pamiątkowe zdjęcia
z pracownikami oraz ciepła herbata u Wiceprezesa Macieja Romanowa.
W Straszynie udzieliłem także wywiadu dla Telewizji PULS. Następnie
była już jazda przy padającym deszczu przez Tczew (zrobiłem sobie
pamiątkowe zdjęcie przy pomniku kolarza) do Malborka, Gdzie z gorącą
herbatą czekała Kasia Chojnacka z Tatą. Chwilkę porozmawialiśmy,
a następnie udałem się na ostatni odcinek drogi do Dąbrówki Malborskiej,
mojego rodzinnego domu.
Statystyki dnia:
- dystans 85,66 km,
- czas jazdy 4,39 godz.,
- średnia prędkość 18,45 km/h
2 dzień wyprawy - 09.04.2008 r. środa
Wstałem o 6 rano poranna toaleta, ćwiczenia rozciągajce i pakowanie.
Odbyło się też ważenie ja miałem 75 kg naczco, a sprzęt z bagażem
91 kg! Następnie było sniadanie, na którym pojawiło się kilka osób
z rodziny i kolega Darek, który podarował mi Św. Krzysztofa. Sniadanie
się trochę przedłużyło i było przerwane krótką rozmową telefoniczną
na antenie Radia Gdańsk. Ostatecznie, zamiast o 8, wyruszyłem o
9.
Ujechałem może z 10 km i była pierwsza usterka tej wyprawy urwało
się mocowanie zaczepu w przyczepce. Dzięki pomocy jednego z mieszkańców
Trop Szt. Awaria została sprawnie i profesjonalnie naprawiona
straciłem jednak jakieś 1,5h. Dalej też nie było wesoło, ponieważ
droga Dzierzgoń Pasłęk jest tak dziurawa i nierówna, że nawet
z górki nie mogłem przekraczać 20 km/h! W Pasłęku był posiłek, wywiad
do lokalnej gazety i pamiątkowe zdjęcie. W drodze do Ornety była
kolejna telefoniczna rozmowa na żywo tym razem w Radio Olsztyn
(zresztą do godz. 16 było mnóstwo tel. od dziennikarzy). Władze
Giżycka zmieniły mi też plany na kolejny dzień zaproponowały mi
goscinę i nocleg u siebie. Do Ornety dotarłem stosunkowo późno (17.20),
więc był tylko szybki posiłekprzed Ratuszem i pamiątkowe zdjęcie.
Miałem 35 km do Lidzbarka Warmińskiego, gdzie był przewidziany nocleg,
który zorganizował Marek, współpracownik SKOK Stefczyka Głównego
Sponsora Wyprawy, na który dotrałem przed 20. Nocowałęm w Zajeździe
Uluru w Markajnach. Właściciel okazał się być zapalonym myśliwym
i podróżnikiem polował m.in. w Australii, więc było o czym rozmawiać
przy kolacji, którą zreszta ufundował.
- Dystans dnia 127,57 km
- Dystans całkowity 213 km
- Czas jazdy 7:05:33
- Średnia prędkość 18,16 km/h
3 dzień wyprawy - 10.04.2008 r. czwartek
Obudziłem się ok. 6.30 lało. Zbierałem się wolno, licząc, ze
przestanie padać. Niestety. O 9 ruszyłem w deszczu. Na początek
był Zamek w Lidzbarku, gdzie było kilka fotek do Gazety Lidzbarskiej.
Następnie ujechałem 20 km i była awaria w przyczepce puściły spawy
na głównym złączu. Niedaleko była stadnina koni Braci Romanowskich
w Wozławkach. Tam pracownicy bezpłatnie zrobili tymczasowy spaw
(nie mieli potrzebnej spawarki) i wysłali 8 km dalej, aby profesjonalnie
naprawino awarię. Częściowo musiłem zboczyć z drogi, ale chyba opłaciło
się. Spaw i wzmocienie jest super, ale w sumie straciłem ok. 3 godz.
Później była już tylko jazda z pamiątkowymi zdjęciami w przed Kościołem
i zamkiem w Reszlu, Katedrą Małą w Św. Lipce oraz zakup drożdżówki
i pączka za 2 zł w Centrum Kętrzyna! Śpieszyłem się do Giżycka,
gdzie było szykowane powitanie. Wszystko fajnie zoorganizowała Kierowniczka
O/SKOK Stefczyka, Pani Małgorzata Zawadka. Znowu było wielu dziennikarzy.
A w imieniu władz miasta powitał mnie Zastępca Burmistrza, Pan Paweł
Czachorowski. Jako że 90% trasy przejechałem w deszczu, w nagrodę
czekała na mnie uczta. Pani Małgorzata Zawadka zoorganizowała nocleg
i posiłki w super miejscu Hotel Helena (polecam). Był tam goracy
prysznic, obfita kolacja, a na koniec sauna! No i oczywiści gorące
grzejniki, gdzie mogłem wszystko wysuszyć.
- Dystans dnia 105,66 km
- Dystans całkowity 318 km
- Czas jazdy 5:45:41
- Średnia prędkość 18,34 km/h
4 dzień wyprawy 11.04.2008 r. piątek
Wstałem o 6 rano toaleta, 15 min rozgrzewki, a pożniej była
uczta przygotowana przez właścicieli Hotelu Helena jadłem 30 min.,
ale i tak nie dałem rady zjeść! Wyjechałem po 8 rano pierwsze
20 km było pochmurne, a później do prawie samych Suwałk lało, więc
odpuściłem sobie zwiedzanie Olecka.
W Suwałkach najpierw udałem się do Przychodni NZOZ Prymus, gdzie
miałem ostatnie szczepienie przeciwko żółtaczce typu B. Zaszczepiono
mni za darmo, abym dobrze wspominał Suwałki! Następnie była wizyta
w SKOK Stefczyka, gdzie czekało na mnie kilku dziennikarzy i domowy
obiad, przygotowany przez Panią Kierownik. Po 16 była kilkunastuminutowa
audycja w Radio 5. Później musiałem kupić jeszcze drug pompkę
do roweru, ponieważ okazało się, że mam dwa rodzaje wentyli! Następnie
ponownie zawitałem do siedziby O/SKOK Stefczyka, gdzie czekał
na mnie rower i kanapki. Po 18 trzeba było się zbierać do Sejn,
gdzie trzeba było zoorganizować nocleg. Z pomocą przyszła mi Ania
Kulecka (równierz rowerzystka), która SMS przysłała mi namiary na
nocleg. Po drodze był jeszcze kantor, gdzie wymieniłem trochę waluty.
Zapowiadał się odcinek 31 km suchej drogi, więc spodnie przeciwdeszczowe
trafiły do sakwy. Jednak wszystko zmieniło się na ostatnie 10 km
zrobiło się ciemno i była ulewa. W Sejnach czekał na mnie Pan
Miosław Banasiewicz, który zorganizował u kolegi Irka such garaż,
a następnie mnie zawiózł do Państwa Fidrych. Tam Justyna i Przemek
się mną zajęli. Była kolacja, podczas której przygotowałem sobie
kanapki na drogę oraz wieczorna rozmowa przy czekoladzie. Justyna
pokazała mi fajny cytat A. Kner:
Życie jset podobne do drogi pełnej zakrętów,
Widzimy tylko odcinek do kolejnego zakrętu,
Ale wiemy, że Bóg ogarnia wzrokiem całą drogę.
O północy poszedłem spać.
- Dystans dnia 129,53 km
- Dystans całkowity 448 km
- Czas jazdy 7:06:27
- Średnia prędkość 18,22 km/h
5 dzień wyprawy 12.04.2008 r.sobota
Wstałem o 4 rano, a o 5 czekał na mnie Pan Irek, który zawiózł
mnie z bagażem do garażu i pomógł mi wszystko zamontować. O 5.15
ruszyłem w drogę. Na granicy było pamiątkowe zdjęcie, przesunięcie
zegarka o godz. do przodu i w drogę. Do Wilna tylko jechałem i jechałem
tylko jeszcze gumę złapałem w przyczepce.
Na granicy miasta czekało na mnie czterech kolegów z Niemenczyna
(jednemu wkrótce popsuł się rower i dalej jeździliśmy w czwórkę).
Pojechaliśmy na Cmentarz na Rossie, gdzie zapaliłem znicz, a następnie
było szybkie, rowerowe zwiedzanie Wilna. Na koniec było 20 km drogi
na nocleg, na który dotarliśmy po 20.30. Tym sposobem pokonałem
ponad 200 km jednego dnia!
Warto wspomnieć o jeszcze jednym przez całą drogę zaczepiali mnie
ludzie z jadących samochodów i pozdrawiali mnie. Raz Polacy jadący
do Wilna poczęstowali mnie kawą (spotkaliśmy się później w Wilnie),
a raz Polak busem na litewskich tablicach rejestracyjnych wyprzedził
mnie, a następnie zatrzymał się, aby pogadać!
- Dystans dnia 201,78 km
- Czas jazdy 10,27 h
- Średnia prędkość 19,30 km/h
- Dystans całkowity 650 km
6 dzień wyprawy dzień odpoczynku! 13.04.2008 niedziela
Wstałem o 9.30 i po porannej toalecie poszedłem na mszę.Popołudnie
spędziłem na przesyłaniu relacji do Polski I na spotkaniach ze znajomymi
z Niemenczyna. Udzieliłem takze wywiadu Panu Zygmuntowi Żdonawicz
z Kuriera Wileńskiego.
7 dzień wyprawy 14.04.2008 r.
Wstalem
o 6 rano - szybka toaleta, a nastepnie ponad 20 min. gimnastyki
na rozgrzewke dla rozruszania misni po dniu przerwy. Dalej bylo
sniadanie z moim przyjacielem i gospodarzem Antonim Zakiewicz, ktore
to wspaniale przygotowala jego mama. Ona tez podarowala mi chleb
Sw. Agaty, aby chronila mnie przed nieszczesciami w podrozy (dzien
wczesniej otrzymalem rozaniec od mojej kolezanki Reginy Klukowskiej).
Ok. 8 rano wyruszylem z Niemenczyna w kierunku Lotwy. Po przejechaniu
20 km spotkalem tate Antoniego, z ktorym jeszcze chwile posiedzialem
i porozmawialem. Czas spedzony w samochodzie pozytywnie wplynal
na moje samopoczucie, ktore ze wzgledu na zimny wiatr i pochmurne
niebo nie bylo najlepsze. 10 km dalej byla Wies Wesolowka z polska
szkola, w ktorej dyrektorem jest moj dobry kolega Robert Komorowskij.
Zaprosil mnie dzien wczesniej, abym poprowadzil lekcje geografii
dla starszych klas, poswiecona mojej wyprawie. Bylo tez duzo pytan
uczniow i autografy! Nastepnie poczestowano mnie obiadem oraz kawa
z ciastkami. Dostalem takze kanapki na droge.
Kolejne 70 km byloby bez historii, gdyby nie fakt, ze przejechalem
przez Centrum Uteny, w ktorej nic ciekawego nie zauwazylem. Za Utena
na parkingu spotkalem dwoch kierowcow TIRow (Marcina i Przemka z
Siedlec). Zaprosili mnie na kawe, a na koniec byly pamiatkowe zdjecia.
Dalej juz jechalem przy slonecznej pogodzie, a i wiatr delikatnie
sprzyjal. Ok. 20 zaczalem rozgladac sie za noclegiem - pierwsze
trzy proby byly nieudane, a czwarta wyszla, gdy okazaalo sie, ze
jestem Polakiem. Przyjal mnie do siebie na noc straszy Pan, ktorego
ziec jest Merem Kowna! Ponad godzine siedzielismy i rozmawialismy
sobie, nim polozylismy sie spac.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 124,15 km
" czas jazdy - 6:48:56 h
" srednia predkosc - 18.87 km/h
8 dzien wyprawy- 15.04.2008 r.
Wstalem tradycyjnie o 6 rano - moj gospodarz juz nie spal. Kiedy
ja bylem zajety poranna toaleta, on w tym czasie przygotowal sniadanie.
O 7.15 wyruszylem w droge. Do granicy mialem 20 km, ktore pokonalem
w spacerowym tempie. Tam przekasilem, porozmawialem z Polskimi kierowcami
TIRow (czekali az Pani skonczy sie przerwa, aby mogli kupic winiety).
Do Daugavpils jechalo mi sie dobrze. Troche zwiedzilem miasto, a
na jego obrzezach kupilem troche jedzenia.
Kolejne miasto na mojej drodze to Rezekne - 80 km dalej. Postanowilem
je podzielic na cztery czesci, a po kazdej z nich krotka przerwa
na przekaszenie. Pierwsza czesc poszla super - jechalem ok. 27 km/h.
Niestety po przerwie nogi sie zbuntowaly - bolaly mnie, a jazda
nie szla. Ostatecznie do Rezekne dotarlem godzine pozniej niz planowalem.
Zatrzymalem sie na wjezdzie do miasta, aby zrobic pamiatkowe zdjecie.
Ruszajac ponownie, ze zdziwieniem zauwazylem, ze mam usterke w rowerze
- cos piszczalo jak pedalowalem (ale tylko do przodu). Zatrzymalem
sie na pobliskiej stacji benzynowej, aby sprawdzic co sie stalo.
Niczego nie zauwazylem, wiec ruszylem w miasto w poiszukiwaniu sklepu
rowerowego lub mechanika, aby poradzic sie. Niestety bylo po 18
i bylo za pozno. Zatrzymalem sie na chodniku przy wyjezdzie z miasta
i zaczalem od nowa przegladac wszystkie tryby. Zauwazylem, ze z
tylu nie pracuje najmniejsza zebatka, a "z gory" jest
wolny jeden bieg. Nie doszedlem o co chodzi, wiec zaczalem rozpytywac
sie znajomych o mechanika. W pobliskim domu mieli znajomego, ktory
naprawia rowery. Ale z przerzytkami nie miel jeszcze do czynienia.
Ale 7-letnia Pani Irena, wlascicielka domu (syn Iman), jak sie dowiedziala,
ze jestem Polakiem, zaproponowala mi nocleg, a rano syn ma mnie
zaprowadzic do sklepu rowerowego.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 137,03 km
" czas jazdy - 7:19:33 h
" srednia predkosc - 18.70 km/h
9 dzien wyprawy 16.04.2008 r.
Wstalem wyjatkowo pozno - kiedy budzik zadzwonil o 7.30 wszyscy
spali, wiec ja postanowilem pospac sobie do 8.15. po porannej toalecie
udalem sie z synem Pani Ireny, Imamem, w poszukiwaniu sklepu rowerowego,
w ktorym bylby mechanik. W pierwszym nie udalo sie, ale wskazali
sklep kilka metrow dalej. Niestety byl otwierany o 10, a byla 9.15.
Po 15 min. pojawila sie sprzedawczyni. Poinformowala ona, ze mechanik
bedzie po poludniu. Krotki bajer o wyprawie i zadzwonila do mechanika,
ktory pojawil sie po kilku minutach. Czekajac na niego zauwazylem,
ze ceny czesci rowerowych sa o 15-20% wyzsze niz w "sklepie
rowerowym Zuchlinski" w Gdyni. Naprawa trwala kilka minut,
a wlasciwie to solidnie wyregulowal tylna przerzutke i troche przednia.
Mam watpliwosci, czy to na dluzej wystarczy - czas pokaze. My wrocilismy
do domu, gdzie Pani Irena przygotowala sniadanie, ktore troche sie
przedluzylo. Warto zwrocic uwage, ze w Rezekne sa dwa koscioly katolickie
i polska szkola.
Wyjechalem przed 12, ale to byle mekka - co prawda po kliku kilometrach
wyszlo slonce, ale nim dojechalem do granicy i tak sie schowalo.
Wiekszym problemem byl wiatr, pod ktory jechalem praktycznie caly
dzien - momentami wial niemilosiernie. Dadatkowo kiepski stan drog
lotewskich dobijal calkowicie. Przy wjezdzie na granice lotweska,
Bialorusin, ktorego poprosilem o zrobienie zdjecia, goraco mnie
namawial, abym zawrocil, bo dalsza droga jest zbyt niebezpieczna.
Na granicy, pomimo ze spedzilem niecala godzine (bylem atrakcja
i jechalem bez kolejki), zmarzlem okrutnie, a miesnie zesztywnialy.
Przed odjazdem z niej zrobiono mi pamiatkowe zdjecie, ale od razu
pogranicznicy mnie dopadli i kazali je wykasowac. Bylem tak zmarzniety,
ze dojechalem do najblizszej stacji benzynowej, gdzie w barze zamowilem
sobie goracy gulasz z makaronem i herbate. Chcialem jak najszybciej
odjechac od granicy i szukac noclegu - niestety, ale bez efektu.
Bylo klika domow na ok. 25 km od granicy, ale to raczej byly letniskowe
(tzw. dacze) lub calkowite ruiny. Kilka kilometrow dalej natrafilem
na motel z lozkiem za 200 rub. i prysznicem za 30 rub., czyli razem
za 23 zl. Na tym spasowalem poszukiwanie noclegu.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 93.79 km
" czas jazdy - 5:58:25 h
" srednia predkosc - 15.69 km/h
10 dzien wyprawy 17.04.2008 r.
Budzik obudzil mnie o 6.30, ale stwierdzilem, ze skoro place za
nocleg, to trzeba wypoczac. Wstalem godzine pozniej, ale dzien nie
zapowiadal sie milo - bylo pochmurno i trzeba bylo zajac sie kolem,
z ktorego poznym wieczorem raptownie zeszlo powietrze - tak jakby
pod wplywem ciepla pokoju. Kiedy robilem kolo rozpoadalo sie. Wiec
zamowilem sobie herbate, a nastepnie jajecznice na sniadanie, ale
nie przestalo padac.
Juz mialem ruszac, kiedy pojawil sie Marcin z Siedlec (kierowca
TIRa, ktorego poznalem pod Utena) - okazalo sie, ze jak ja przekraczalem
w spokoju granice, ich trzymali i dokladnie sprawdzali (no i dwa
dni stali w kolejce). Chcial mnie zabrac na kawe, ale jakoze zblizala
sie 10, ruszylem w deszczu w droge. To byla rzez - deszcz lal caly
dzien, groga byla niesamowicie pofalowana (skonczyly sie rowniny),
a dziur bylo jak w szwajcarskim serze. Do tego pierwsze 50 km bylo
pod wiatr, a reszta to naprzemian boczny i ukosny od przodu. Po
prawie 40 km byl bar, w ktorym trzeba bylo sie ogrzac. Chcialem
to zrobic kilka kilometrow wczesniej, ale zblizala sie 12 i pani
sklepowa robila sobie przerwe obiadowa. Trzeba bylo kupic produkty
i robic kanapki pod sklepem. W knajpie spedzilem ponad dwie godziny
(troche czytalem i rozmawialem ze paniami z obslugi) - wypilem kawe,
herbate i zjadlem duzy talerz barszczu. Lalo dalej, wiec ruszylem
na ostatnie 12 km do Pustoszki w deszczu, gdzie zjadlem kanapkem
i wypilem mala kawe rozpuszczalna za 10 rub. Po kolejnych 20 km
drogi na Nevel byla kolejna stacja benzynowa, gdzie poprosilem,
aby mi nalali do mojego kubka wrzatku i tym spospobem zrobilem sobie
kawe zbozowa z miodem i zaczalem jesc kanapki przed budynkiem. Jedna
z pan z obslugi zawolala mnie do srodka, a sama zabrala moje brudne
i mokre rekawiczki, bo kradna!
Do Nevela bylo jeszcze 30 km, wiec ruszylem dalej do boju. Po 20
km zaczalem myslec o noclegu. Na 5 km przed miastem byla wioska,
ktorej pierwsze domy zaczynaly sie przy glownej ulicy (generalnie
wioski w Rosji sa przy bocznych drozkach, oddalnoe o 2-3 km od glownej
drogi). W pierwszym z nich poprosilem o herbate "bo zimno".
Dostalem zupe solanke z chlebem (pychota), a gdy strasi juz gospodarze
Nikolaj i Irena dowiedzieli sie, ze sam jade rowerem do Chin, zaproponowali
mi nocleg.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 95,97 km
" czas jazdy - 5:41:04 h
" srednia predkosc - 16,88 km/h
11 dzien wyprawy - 18.04.2008 r.
Wstalem
ok. 7 - gospodyni spieszyla sie na autobus i wkrotce wyszla, a gospodarz
nie mial ochoty mnie puscic. Wiec byla kawa, sniadanie i mila rozmowa.
Ja jednak o 8 ruszylem w deszczu, ktory towarzyszyl mi przez pierwsze
20 km.
Po 10 km, na wyjezdzie z Newela, zatrzymalem sie przy spozywczaku,
gdzie zjadlem pierozka i kupilem na droge kwas chlebowy i czekolade.
Jakies 2 km dalej stal znak, ktory wprowadzil mnie w oslupienie
- informowal mnie, ze dalszy przejazd ta droga jest platny! Nie
bylo jednak bramek z oplatami (szkoda, ze nie zrobilem zdjecia).
Przez kolejne 100 km jakos sie jechalo - nawet niezle, tylko raz
mialem 5 km remontowanej drogi, co oznaczalo przejazd po pamaranczowej
mazi, pod ktora byly ostre kamienie. Zreszta cala droga byla przeplatana
odcinkami dobrymi i dziurawymi (wszyscy bawili sie w ich omijanie).
Przy jednej z takich dziur "wychaczyl" mnie radiowoz (jechalem
srodkiem), ale skonczylo sie na pogadance o wyprawie. Nawet o paszport
nie zapytali! Bylo to k. Vieleza, gdzie w spozywczaku posililem
sie i zdjalem spodnie przeciwdeszczowe. Po 2 km musialem je znowu
bierac. Po kolejnych 15 km znowu bylo goraco i trzeba bylo sie rozbierac.
Ostatnie 20 km to byla juz meczarnia - ewidentnie mialem juz dosc.
Wkoncu doczolgalem sie do wioski, gdzie w pierwszym z brzegu domu
otrzymalem goscine. Zona nie byla moze zachwycona, ale maz Vitalij
(mial troche wypite) jak najbardziej byl za. Z nim zjadlem kolacje
i jakies 2 godziny przegadalem - ma male gospodarstwo i niewielka
firme budowlana (patrzac na wyglad w srodku i brak drzwi troche
trudno w to uwierzyc). Spac poszedlem o 23.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 168,89 km
" czas jazdy - 9:23:30 h
" srednia predkosc - 18,01 km/h
12 dzien wyprawy 19.04.2008 r.
Wstalem
po 7 - gospodyni doila juz krowy, a Vitalij jeszcze spal. Mialem
wiec czas na spokojna gimnastyke na rozgrzewke. Gdy skonczylem pojawila
sie zona i obudzila gospodarza. Jeszcze przed 8 byla jajecznica
na sniadanie, a dla mnie paczka zywnosciowa - chleb, cebula, jajka
i mleko. Przy zaczepianiu przyczepki okazalo sie, zze wyskoczyla
metalowa opaska z uchwytu przyczepki i zostala w uchwycie przyczepki.
W 5 min. bylo naprawione.
Ruszylem do Olszy, gdzie wg informacji od moich znajomych kierowcow
TIRow, byl duzy przystanek "naszych". Po klikunastu metrach
jazdy pojawilo sie dziwne skrzypienie w tylnym kole - na postoju
troche naoliwilem i przeszlo (widocznie woda sie wdarla). W Olszy
od razu zauwazylem postoj TIRow - faktycznie naszych bylo sporo.
Marcina i Irka z Siedlec jednak nie zauwazylem (planowali tam byc
w sobote rano), pomimo ze bylem tam ok. godziny. Natomiast na obiad
zaprosil mnie do swojej ciezarowki Krzysztof - byla domowa zupa
i pierogi o solidnej wielkosci. Bylo bardzo smaczne, dzieki! Na
koniec bylo pamiatkowe zdjecie. W tym czasie ustapila tez silna,
poranna mgla, ktora zastapily chmury. Deszczu jednak nie bylo.
Od przystanku w Olszy do Gniezdowa bylo tylko 9 km, a do Katynia
kolejne 3 km. Pod Gniezdowem (miejscem wyladunku polskich oficerow)
wyprzedzila mnie stara ciezarowka - odglos byl jak z tej wiezniarki
z filmu A. Wajdy "Katyn" - uczucie okrutne! Dworzec kolejowy
jest 150 m od glownego skrzyzowania, Wyremontowany, bez sladow z
dawnych lat. A potem byl sam Katyn, a wlasciwie "Memorial Katyn",
jak nazwali to Rosjanie - miejsce straszne dla nich i dla nas. Jak
przyjechalem bylem jedynym odwiedzajacym - panie z obslugi od razu
przyszly zrobic mi pamiatkowe zdjcie i zaproponaowaly po zwiedzaniu
herabte i toalete otworza dla mnie! Bylem traktowany wyjatkowo.
Samo zwiedzanie bylo krotkie - w sumie to niewielki teren, a jak
zobaczylem na cmentarzu nowozencow robiacych sobie pamiatkowe zdjecia
slubne, odechcialo mi sie calkowicie chodzenia po nim. Przy wyjsciu
panie czekaly na mnie, aby zaprosic do budynku administracyjnego,
gdzie czekala na mnie juz kawa, kanapka, cukierki, no i oczywiscie
byla "normalana" toaleta. W rozmawach gorowala kobieta,
ktora w dniu dzisiejszym kierowala wszystkim - pytala co mysle o
Katyniu, Zamek Krzyzacki w Malborku, o Unie Europejska (interesowalo
ja m.in., czy pracami Komisji Europejskiej moze kierowac Rosjanin!).
A na koniec czekala mnie telefoniczna rozmowa w Naczelniczka, ktora
chciala wiedziec, czy mi sie podoba Cmentarz. W sumie przegadalem
ok. 1,5 h.
Wyjechalem
po 15 i po godzinie drogi bylem w Centrum Smolenska przed historycznym
Soborem (widac go juz z daleka). Na podjezdzie pod Sobor poczulem
bol w lewym kolanie. Zwiedzanie zajelo mi kilka minut, a potem trzeba
bylo ustalic, jak jechac na Moskwe, aby nie nadkladac drogi. Ludzie
kierowali mnie ronie, na szczescie intuicja, a nastepnie znaki drogowe
wyprowadzily mnie z miasta - niestety bylo ok. 2,5 km ostrego podjazdu,
na ktorym chyba na dobre uszkodzilem lewe kolano. Przed wyjazdem
na glowna droge Minsk - Moskwa, na przystanku autobusowym, byla
okazja zjesc produkty od Vitalija - nie udalo sie wszystkiego.
Dochodzila 18, a mi zalezalo, aby jak najdalej odjechac od Smolenska.
Niestety kolano nie pozwolilo. Ujechalem tylko ok. 15 km droga w
kierunku Moskwy (2 pasy w kazda strone), kupujac po drodze na stacji
benzynowej slodka wode mineralna - jedyny wydatek dnia, 16 rub.
Z noclegem byl problem, poniewaz w okolicy Smolenska sa lasy. Wkoncu
trafila mi sie jedna wioska z daczami - tam trafilem do duzego domu,
gdzie ojciec Pawel i syn Roman "swietowali". Moglem sie
spokojnie umyc, zjadlem kolacje, a na noge dostalem od Pawla silnie
rozgrzewajaca masc - pieklo i grzalo przez kilka godzin.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 95,12 km
" czas jazdy - 5:52:05 h
" srednia predkosc - 16,21 km/h
Warto jeszcze wspomniec o Polskich kierowcach TIRow, ktorych jest
bardzo wielu na trasie Minsk - Moskwa. Wielu z nich przyjaznie trabi,
pozdrawiaja rekami, a czasami wrecz "oslaniaja" przed
nierozsadnymi kierowcami osobowek lub tez tak mnie wyprzedaja, aby
i cos dla mnie zostalo z tunela powietrznego i wiatru, ktory robia.
Wielkie dzieki. Takze kierowcy Rosyjskich TIRow jada bardzo kultularnie.
13 dzien wyprawy - 20.04.2008 r.
Masc rozgrzewajaca na noc od Pawla to bylo chybione rozwiazanie
- kilka razy w nocy sie budzilem, bo strasznie pieklo, a rano bylo
opuchniete. Zastosowalem wiec masc zabrane z Polski i opuchlizna
po kilku godzinach znikla. Od rana caly czas padal deszcz (lub lal)
i wial wiatr. Moi gospodarze wstali ok. 8.30, zrobili sniadanie,
a nastepnie Roman poszedl spac. Ja natomiast rozmawialem z Pawlem
do poludnia, a pozniej on tez poszedl spac. Mialem czas dla siebie.
W TV byly same teleturnieje i programy rozrywkowe, np. odpowiednik
naszej Familiady. Do Kociola nie mialem gdzie pojsc, wiec odmowilem
I Czesc Rozanca (odtad codziennie podczas postojow odmawiam jedna
Czesc).
Ok. 14 wstal Roman - troche porozmawialismy i zaczalem zbierac sie
do drogi. Nie za bardzo mialem ochote jechac w deszczu, ale wiedzialem,
ze moi gospodarze tez po poludniu wyjezdzaja. Postanowilem, ze jak
Bog pozwoli, to przejade w deszczu i wietrze jakies 50 km i poszukam
kolejnego noclegu. O 15 udalo mi sie wyjechac, robiac pamiatkowe
zdjecie na pozegnanie.
Droga wlasciwie bez historii. Po jakis 20 km mialem postoj na jedzenie,
a po kolejnych 10 km natrafilem na postoj z "naszymi"
TIRami. Tam dostalem od jednego z kierowcow dostalem goracej wody
i moglem sobie zrobic kawe zbozowa. Bylo to w Jarcewie. Miejscowi
z obslugi stacji paliwowej twierdzili, ze bedzie tak Kosciol Katolicki.
Na miejscu jednak okazalo sie, ze to jest przede wszystkim dom mieszkalny,
a w jednym z pomieszczen podobno funkcjonowal jakis odlam - "Kosciol
piecdziesiatnicy". Kawalek dalej znowu trafilem na Polskich
kierowcow, wiec znowu postalem i chwile z nimi porozmawialem.
Jednak zblizal sie wieczor i trzeba bylo szukac noclegu. Okazalo
sie i tym razem, ze to nie problem. Natalia i Gienadij przyjeli
mnie do siebie i nakarmili. No i moglem rozwiesic swoje mokre rzeczy.
Kazali mi zalowac, ze nie przyjechalem wczesniej, bo bym poznal
ich 26-letnia corke Ljeke, ktora oddaliby mi za zone.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 53,87 km
" czas jazdy - 3:44:14 h
" srednia predkosc - 14,41 km/h
14 dzien wyprawy - 21.04.2008 r
Obudzilem
sie o 6.30 rano i z przerazeniem zauwazylem, ze jedyny elektryczny
grzejniczek, ktory mial osuszyc moje ubranie i buty zostal wieczorem
wylaczony - wiec go wlaczylem i polozylem sie jeszcze na polgodziny.
Gienadij po 7 poszedl do pracy (daroznik), a Natalia zrobila mi
sniadanie - smazone ziemniaki i rowniez smazony, przerosniety boczek.
Do tego 2 duze herbaty, kawa i chleb - wystarczylo na pol dnia drogi.
Wyjechalem po 8. Kolano caly czas bolalo, wiec jechalem ostroznie,
z naciskiem na prawa noge. Rano asfalt byl bardzo mokry i bylo pochmurno,
a od poludnia padal deszcz. Caly czas wial wiatr. Na 39 i 92 km
mojej drogi zrobilem sobie dluzsze postoje na goraca kawe - polecam
stacje paliwowe "Lukoil" - maja WC na europejskim poziomie.
Jakoze buty nie wyschly przez noc, caly dzien przyszlo jechac w
mokrych.
Jak tylko wykonalem plan min. (ponad 105 km), zaczalem szukac noclegu.
Akurat przez 10 km mialem las, a nastepnie musialem dojechac jeszcze
2 km do wioski - ostatnie 300 metrow bylo po rozmieklej, polnej
drodze. Wkoncu dotarlem do domu, gdzie mieszkalo starsze malzenstwo
i wiekowa staruszka - oni przyjeli mnie do siebie. On napalil w
centralnym i rozwiesil moje mokre rzeczy, a ona dala mi miske cieplej
wody, abym ogrzal stopy. Oczywiscie pozniej byla kolacja.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 117,38 km
" czas jazdy - 7:12:50 h
" srednia predkosc - 16,27 km/h
15 dzien wyprawy - 22.04.2008 r.
Obudzil
mnie ruch w domu ok. 6.20, ale jeszcze kilkanascie minut polezalem,
za nim wstalem i zaczalem sie ubierac. Tradycyjnie juz otrzymalem
sniadanie - smazone ziemniaki, gotowane jajka, czarny chleb i dwa
sporej wielkosci koltlety mielone. Jajek nie dalem rady zjesc, wiec
zapakowano mi je na droge.
Sama droga minela spokojnie. Praktycznie caly czas jechalem pod
wiatr, a po poludniu mialem nawet cieple slonce. Byly dwa przystanki
na 147 i 97 km drogi (wzdluz drog w Rosji stoja male znaki informujace,
ktory to jest km drogi od jej poczatku lub do jej poczatku - w tym
wypadku 0 km to Centrum Moskwy). Tam zatrzymywali sie Polscy kierwocy
TIRow. Zatrzymalem sie takze na postoju na 138 km, gdzie jeden z
naszych naprawial sprzeglo, a inny jadl obiad. Tam tez kupilem rosyjska
karte telefoniczna na moskiewska oblasc (Rosja jest podzielona na
kilkadziesiat oblasci/rejonow i tylko odbierajac teefon bedac w
"swoim rejonie" nie placi sie za to - w pozostalych traktowane
jest jako romming). Kierowca jedzacy obiad zaprosil mnie na kawe.
Podczas rozmowy kilkakrotnie namawial mnie, zebym zapakowal rower
i pojechal z nim do Niznego Nowgorodu - "1000 km w jeden dzien".
Faktycznie bym przyspieszyl. Jednak pomimo bolu w kolanie, nie dalem
sie zlamac.
Droga, ktora jechalem od Smolenska do Moskwy, omijala duzym lukiem
wszystkie miasta, do ktorych trzeba bylo odbic kilka kilometrow.
Jakoze bolalo mnie kolano, ograniczalem sie do jazdy glowna droga
(aby je oszczedzac), dlatego tez opoznia sie moje relacje z drogi.
Nocleg tradycyjnie poszukalem juz na wiosce - ok. 88 km od Centru
Moskwy. Tym razem nie w pierwszym, a drugim domu udalo sie i po
raz pierwszy pokazalem swoj paszport. Zaopiekowala sie mna Anna
(wdowa) i jej syn Zenia (moj rowiesnik). Moglem sie wykapac oraz
dostalem kolacje w zachodnioeuropejskim stylu. Jak mi wytlumaczyla
Anna "dbaja o linie". Wieczor spedzilismy na wspolnym
ogladaniu zdjec.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 125.12 km
" czas jazdy - 7:56:08 h
" srednia predkosc - 15.76 km/h
Dalej
»
:: Uczestnik
Krzysztof
Przemysław Skok z Gdańska (rodzinne korzenie sięgają Dąbrówki
Malborskiej k. Malborka). Od 1997 roku jestem studentem trójmiejskich
uczelni. Ukończyłem Politologię na Uniwersytecie Gdańskim, Europejskie
Studia Specjalne na Politechnice Gdańskiej, a obecnie studiuję Zarządzanie
i marketing na UG. Pasjonują mnie coraz to nowsze wyzwania, a podróżując
spełniam swoje marzenia. Z odbytych podróży na wschód wymienię
tylko te najważniejsze: Kazachstan 2004, Ukraina i Mołdawia 2006,
Zakaukazie (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) 2007. Obecnie debiutuję
w nowej roli samotna wyprawa rowerem na koniec świata.
Do góry
:: O wyprawie
Planowana podróż ma rozpocząć się 08 kwietnia tego roku i trwać
aż 5 miesięcy. Startuję z małej miejscowości położonej na Pomorzu-
Dąbrówki Malborskiej, miejscowości w której się wychowałem. A potem
przez Wilno, Katyń, Moskwa, Irkuck, Datong, Szanghaj i meta w Pekinie,
podczas Igrzysk Olimpijskich Pekin 2008.
Dlaczego właśnie tam??? Ponieważ celem tej podróży nie jest jedynie
przejechanie ponad 12 tysięcy kilometrów, aby sprawdzić swoje możliwości
i wytrzymałość ale również i przede wszystkim poznanie kultury i
obyczajów sąsiadów zza wschodnich granic, popularyzacja międzynarodowej
turystyki rowerowej oraz spełnienie swojego skrytego marzenia jakim
jest obejrzenie zmagań polskich sportowców na Igrzyskach Olimpijskich
w Pekinie.
Odkąd pamiętam interesuję się sportem a w szczególności kolarstwem
szosowym, siatkową oraz piłkę nożną. Między innymi dlatego tez postanowiłem
właśnie w taki sposób dotrzeć na Igrzyska Olimpijskie, które uważam
za specyficzną formę zawodów sportowych, opierającą się na zasadach
takich jak:
- rywalizacja fair play, czyli dżentelmeńska, czysta gra
- rywalizacja na sportowych stadionach, nie na wojnach
- apolityczność
- uniwersalizm, czyli wszystkie gry, wszystkie narody
- równość mówiąca ,że każdy może startować w igrzyskach bez względu
na płeć, pochodzenie społeczne, zawód, zamożność, wyznanie religijne,
poglądy polityczne
A jak sił nie zabraknie i rower wytrzyma, dalsza droga poprowadzi
do Władywostoku. Stamtąd droga powrotna może być tylko jedna - koleją
transsyberyjską, to ponad 9 tys. km i tydzień drogi jednym pociągiem
do Moskwy! Dalej kolejnym pociągiem do Kaliningradu. Przyjazd do
Polski przewidziany jest ok. 03.09.2008 roku, po 150 dniach podróży.
Najważniejsze cele podróży
- obejrzenie zmagań polskich sportowców na Igrzyskach Olimpijskich
w Pekinie
- pokonanie rowerem trasy Gdańsk - Pekin
- poznanie kultury i obyczajów mieszkańców Rosji, Mongolii i
Chin
- przejechanie jednym pociągiem całej trasy kolei transsyberyjskiej
- popularyzacja międzynarodowej turystyki rowerowej
Do góry
:: Trasa
Planowana droga wyprawy wraz z przewidywanymi terminami pobytu:
08.04.2008 r. Gdańsk - Dąbrówka Malborska
09.04.2008 r. Dąbrówka Malborska - Lidzbark Warmiński
10.04.2008 r. Lidzbark Warmiński - Giżycko
11.04.2008 r. Giżycko - Sejny
12.04.2008 r. Sejny - Wilno (przekroczenie granicy polsko - litewskiej)
13.04.2008 r. Wilno
15.04.2008 r. przekroczenie granicy litewsko -łotewskiej
16.04.2008 r. przekroczenie granicy łotewsko - rosyjskiej
18.04.2008 r. Katyń, Smoleńsk
20.04.2008 r. Moskwa
30.05.2008 r. Irkuck
05.06.2008 r. Ulan Ude
08.06.2008 r. przekroczenie granicy rosyjsko - mongolskiej
10.06.2008 r. Ułan Bator
17.06.2008 r. przekroczenie granicy mongolsko - chińskiej
20.06.2008 r. Datong
05.07.2008 r. Lanzhou
20.07.2008 r. Szanghaj
08.08.2008 r. Pekin
19.08.2007 r. przekroczenie granicy chińsko - rosyjskiej
22.08.2007 r. Władywostok
31.08.2007 r. Moskwa
02.09.2007 r. Kaliningrad
03.09.2007 r. przekroczenie granicy rosyjsko - polskiej i powrót
do domu
Do góry
:: Patronaty
- wRower.pl - Rowery od A do Z
- Polski Komitet Olimpijski
- Prof. UG dr hab. Andrzej Ceynowa - Rektor Uniwersytetu Gdańskiego
- Pan Paweł Adamowicz - Prezydent Miasta Gdańska
- Pan Arkadiusz Rybicki - Poseł PO na Sejm RP
- Pan Józef Poltrok - Konsul Honorowy Litwy w Gdańsku
- Pan Krzysztof Figel - Konsul Honorowy Łotwy w Gdańsku
Do góry
:: Strona WWW
www.rowerem.zehej.pl
Do góry
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|