|
Przed
zachodem słońca dotarłem do granicy. Okazało się że dokumenty mi zamokły
a w paszporcie nie było widać pieczątki węgierskiego celnika. Po kilkominutowych
poszukiwaniach pod jakimś specjalnym urządzonkiem, znaleźliśmy jakieś
oznaki pieczątki, ale powiedzieli że mnie nie przepuszczą dopóki nie będę
miał suchego paszportu. No więc odpaliłem butlę i z godzinkę powoli, kartka
po kartce suszyłem go nad ogniem. W końcu przejechałem, ale to nie koniec
kłopotów. Ponieważ miałem tylko 200 marek, chorwaccy celnicy nie chcieli
mnie wpuścić do swego kraju. Po kilkuminutowej dyskusji pokazałem im kartę
do bankomatu (było tam 50 zł, ale oni nie wiedzieli) i po usilnych namowach
przepuścili mnie. Zrobiło się już ciemno więc spałem niedaleko, na polu
koło kukurydzy. Tego dnia zrobiłem 140 kilometrów.
Rano dojechałem do Koprownicy, gdzie zamieniłem walutę i zapoznałem się
z cenami. Ruszyłem w stronę Zagrzebia. Jadąc spostrzegłem, że tu są same
wioski. Ludzie widząc mnie pozdrawiali i cieszyli się. Na początku zastanawiałem
czemu tak często trąbią na mnie samochody, ale potem dostrzegłem, że kierowcy
też machają mi ręką pozdrawiając. Raz nawet dostałem darmowe bułki w piekarni
gdy dziewczyna dowiedziała się, że jadę z Polski.
Po południu dojechałem do Zagrzebia ale byłem tak potwornie zmęczony i
było tak gorąco, że ominąłem centrum. Kupiłem w kiosku mapę, bo mi się
skończyła i ruszyłem dalej.
Wyjeżdżając z miasta spotkałem na drodze żółwia który leżał na grzbiecie
i machał łapkami. Uratowałem mu życie i ruszyłem dalej. Nocowałem nad
bardzo czystą i ciepłą rzeką o dość zabawnej nazwie "Kupa". Kąpałem się
w Kupie ha ha..
Ponieważ miałem teraz dokładniejszą mapę (1:500tys) mogłem jechać jeszcze
bardziej bocznymi trasami. Jechało się bardzo przyjemnie. Czasami nawet
nie było asfaltu. Droga była pusta i bardzo się kurzyła. Mijałem miejsca
nazywane przeze mnie "miejscami typu raj". W bardzo czystej rzece "Korana"
gdy chwilę stało się w miejscu, rybki podpływały do stóp i skubały coś
z palców(prawdopodobnie brud), co strasznie łaskotało. Obok stał fajowy
drewniany most który wyglądał jakby miał się zawalić.
Znów zaczął się górzysty teren. Jechałem przez miejscowości które były
niezamieszkane od czasów wojny. Na ścianach ślady pocisków, popalone domy
i ani żywej duszy. Najbardziej zaskoczyły mnie tabliczki w polach "mine",
co oznaczało miny. Jadąc przed siebie, około południa spotkała mnie niespodzianka.
Przede mną była brama z tabliczką "zakaz wstępu poligon wojskowy". Ale
ja w myśl mojej głupiej zasady "nigdy się nie cofaj", przecisnąłem się
przez płot.
To był mój błąd. Droga stawała się coraz gorsza. Las był gęsty i mimo
upału, gdzieniegdzie było potężne błoto. Najgorsze było to, że niemiałem
wody. Wreszcie droga tak zarosła, że musiałem prowadzić rower. Nogi miałem
całe poharatane przez jarzyny. O istnieniu drogi mówiła mi jedynie lekko
pochylona trawa. Po dwóch godzinach takiej wędrówki w upale miałem naprawdę
dość. Położyłem się w cieniu i myślałem o rozpaleniu wielkiego ogniska,
z nadzieją że odnajdą mnie jacyś żołnierze. Znalazłem jakieś roztrzaskane
hełmy i beczki. Zebrałem się w sobie i ruszyłem dalej. Po jeszcze dwóch
godzinach dotarłem do takiej samej bramy jak na początku. Co za radość
mnie opanowała gdy ujrzałem asfalt. W pierwszej napotkanej wiosce wypiłem
jednym duszkiem półtora litra wody (później mnie brzuch rozbolał a bardziej
szczero to dostałem sraczki). Odpocząłem trochę i pojechałem jeszcze trochę.
Nocowałem na pastwisku dla owiec, u podnóża pasma gór otaczających Adriatyk.
Tego dnia zrobiłem 145 kilometrów.
O świcie obudziły mnie grzmoty i burza. Deszcz był bardzo intensywny.
W kilka chwil cały przemokłem. Po poprzednich doświadczeniach zawinąłem
dokumenty w śpiwór a śpiwór w reklamówkę. Śniadanie kupiłem w samochodzie,
który rozwoził jedzenie po okolicznych wioskach, ale tak potężnie padało,
a ja niemiałem się gdzie schować, więc zanim zdążyłem zjeść bułki już
zdążyły namoknąć. Nieznajomość języka sprawiła, że zamiast jogurtu kupiłem
śmietanę. Tego dnia chciałem dojechać nad morze. Czekała na mnie przełęcz
Alana 1406 m. n.p.m. Drogą spływała woda, niosąc ze sobą błoto i drobne
kamyczki. Po czterech godzinach pedałowania wjechałem w chmurę.
Było bardzo zimno. Ręce mi tak skostniały, że niemogłem zmieniać przerzutek.
Jeszcze dwie godziny pedałowania i dotarłem do przełęczy. Miałem nadzieję
ujrzeć stąd morze, ale niebyło nic widać na 15 metrów. Droga zaczęła przypominać
nasyp kolejowy. Luźno porozrzucane kamienie sprawiały że potwornie mną
rzucało. Bałem się czy opony wytrzymają. Utrzymanie równowagi ułatwiał
mi amortyzator. Ręce na stałe zaciśnięte na dźwigniach hamulców. Zjeżdżałem
sobie tak powoli stojąc na pedałach i starając się jechać jak najbardziej
miękko. Po godzinie takiego zjazdu, wyjechałem z chmury i ujrzałem wspaniały
Adriatyk wraz z jego licznymi wysepkami. Zatrzymałem się na chwilę zrobić
zdjęcie i zobaczyłem coś co mnie zamurowało. Na bagażniku nie było śpiwora,
tenisówek i ręcznika. Musiało to zlecieć jak zjeżdżałem po tych kamieniach.
Najgorsze było to że miałem tam paszport.
Głodny, przemoczony, zmarznięty i zmęczony ruszyłem spowrotem. Jechać
pod górę się nie dało więc prowadziłem rower. Dobrze że tędy nic nie jeździło
i po pół godziny znalazłem śpiwór. Jeszcze z 10 minut marszu pod górę
i postanowiłem zrezygnować z poszukiwania tenisówek i ręcznika.
Totalnie wykończony zjeżdżam spowrotem w dół, tym razem co chwila spoglądając
czy śpiwór się trzyma. Po 2 godzinach bez pedałowania, ciągle hamując
dojechałem nad Adriatyk do miejscowości Stinica. Z tylnich klocków hamulcowych
nic nie zostało. Byłem tak potwornie głodny, że zjadłem cały chleb i 0,4
kg kremu czekoladowego. Później z miejscowości Jablanac przepłynąłem promem
na wyspę Rab.
Początkowo wydawało mi się, że na wyspie niema ani jednej roślinki, ale
gdy dojechałem do wspaniałej wypoczynkowej miejscowości, z pięknymi zabytkami
i wąskimi uliczkami okazało się, że na wyspie rośnie dużo roślin, drzew
i krzewów. Wieczorem wreszcie upragniona kąpiel w Adriatyku. Okazało się,
że woda jest bardzo ciepła i strasznie słona, przez co jest tak gęsta,
że niemusiałem machać rękoma żeby się unosić na powierzchni. Zapowiadało
się na deszcz więc musiałem znaleźć kawałek dachu nad głowę, więc spałem
na jakiejś budowie. Noc była bardzo ulewna. Tego dnia zrobiłem niewiele,
78 kilometrów, ale zato byłem rowerem na wysokości 1406 metrów.
Sobotę postanowiłem przeznaczyć na odpoczynek. Rano zwiedziłem całe miasteczko.
Nigdzie nie znalazłem garstki piasku, tylko skały, kamienie i głazy.
Później wybrałem się (oczywiście z rowerem co budziło zdziwienie turystów)
na najwyższe wzniesienie na wyspie (410 metrów). Cały czas na niebie nie
było żadnej chmurki. Było strasznie gorąco. W Adriatyku nie podobało mi
się to, że wskakując do niego nie czułem wcale orzeźwienia. Woda była
tak ciepła, że można było w niej siedzieć cały czas. Wieczorem pojechałem
kawałek za miasto nad malowniczą zatoczkę z mnóstwem jachtów i tam nocowałem.
(dziś 20 kilometrów)
W niedzielę postanowiłem zmienić wyspę. Wróciłem więc spowrotem promem
na wspaniałą szosę, która biegnie wzdłuż całego Adriatyku. Jechało się
wspaniale, cała masa zakrętów, mostów, wąskich przejść między skałami
i ruch niewielki. Jechałem tak kilka godzin w upale przez wypoczynkowe
miejscowości, podziwiając widoki i szybkie motory które mnie często mijały.
Po południu przez ogromny most wjechałem na wyspę Krk. Po typowo turystycznym
popołudniu (lody, plaża, piwo, kobiety bez staników, słońce i fale) znalazłem
sobie wspaniałe miejsce na nocleg nad samym morzem, nieopodal miejscowości
Njvice, na niewielkim wzniesieniu. Noc była pełna gwiazd ciepła i bez
komarów. Tego dnia zrobiłem 131 km.
Następnego dnia dojrzałem na mapie jaskinię. Postanowiłem się tam udać
przy okazji zwiedzając wyspę.
Jadąc w południe, już od kilku dni zastanawiałem się co tak strasznie
hałasuje w drzewach i trawie. Wkońcu gdy zobaczyłem na drodze potężnego,
bardzo ładnie ubarwionego konika polnego (po chorwacku skakańca) domyśliłem
się, że to one. Koło miejscowości Rudine, w bardzo malowniczej zatoce
zatrzymałem się na błotną kąpiel. Wysmarowałem się cały w słonym błocie
a ludzie początkowo śmiejąc się, później też zaczęli się sami smarować.
Wyglądało to bardzo zabawnie. Byłem dość zaskoczony gdy niemogłem się
przez następne dwa dni uwolnić od dość przykrego błotnistego zapachu.
Zwiedziłem jaskinię, która nie zafascynowała mnie aż tak bardzo (przyjemny
był jedynie chłód).
Później postanowiłem udać się w kierunku promu który kursuje na kolejną
wyspę Cres. Oprócz nadmorskich wypoczynkowych miejscowości w środku wyspy
są małe wioski utrzymujące się chyba głównie z uprawy winogrona którego
wszędzie pełno rośnie (szkoda że jeszcze niedojrzały). Po południu dostrzegłem
dziwne urządzenie w wodzie. Okazało się że to wyciąg narciarski. Od razu
popędziłem tam, kupiłem bilet na trzy okrążenia wziąłem narty i podniecony
czekam na swą kolej. Pierwszy raz w życiu na jakichkolwiek nartach i udało
mi się wystartować za pierwszym razem. Było mega czadowo (niejestem poeto
więc niepotrafię dobrać odpowiednich słów). Wieczorem dojechałem do promu,
ale robiło się ciemno i postanowiłem spać nad morzem. Ta noc także była
gwieździsta i ciepła. (Dziś 70 km)
Z rana zapakowałem się na dość spory prom i przepłynąłem na wyspę Cres.
Wyspa okazała się jeszcze bardziej górzysta niż dwie poprzednie. Ciągle
było bardzo ciepło ale ja powoli zaczynałem radzić sobie z upałem. Po
odwiedzeniu głównej miejscowości udałem się na najwyższy szczyt Chorwackich
wysp o wysokości 648 metrów. Rower musiałem zostawić u podnuża. Wchodząc
przedzierałem się przez setki koników polnych i wypociłem chyba z 2 litry,
ale warto było. Z góry wspaniała panorama i wieje przyjemny wietrzyk.
Wieczorem z miejscowości Porozina przepłynąłem promem na zachodnie wybrzeże.
Znowu jazda nadmorskimi miejscowościami. Nocowałem w miejscowości Optaja
w remontowanym pałacyku nad samym morzem. Tego dnia zrobiłem 70 km.
Od tego momentu zaczął się oficjalny powrót do domu. Pedałując byłem świadomy
tego, że z każdym obrotem korby jestem kilka metrów bliżej Polski. Trochę
zaczęła mi nawalać tylnia przerzutka, więc w dość sporej miejscowości
Rjeka odwiedziłem sklep rowerowy, ale nic nie kupiłem. Znów zaczął się
kilkugodzinny podjazd pod górę (cały Adriatyk jest otoczony górami). Strasznie
zmęczony dojechałem do miejscowości Delnice. Tam nocowałem nad jakimś
stawem, ale do późna w nocy rozmawiałem z młodymi rybakami. Chorwacki
język jest bardzo podobny. Ja im opowiadałem o swojej podróży a oni mi
o swoim kraju i trochę o wojnie która tu była jak byli mali. Ruszyłem
z samego rana. Bez problemów przekroczyłem granicę i byłem już w Słowenii.
|